Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ale w gruncie rzeczy to jego szaleństwo nawarzyło tego całego piwa.
— Bardzo mi przykro, Dan — odpowiedziałem. — Ale zdaje mi się, że to nie opowiastki dla krajowców. To już wszystko w boskiem ręku. Może nam się uda jeszcze uratować sytuację, jeśli się na czas dostaniemy do Baszkai.
— A więc chodźmy do Baszkai — zgodził się Dan — ale przysięgam Bogu, że ja tu wrócę, przejadę się po dolinie tak, że ani pluskwa w pierzynie przy życiu nie zostanie!
Maszerowaliśmy całą dobę. Dan deptał śnieg, targał się za brodę i mruczał do siebie.
— Niema nadziei, żebyśmy się mogli wymknąć — odezwał się naraz Dziunek Fish. — Kapłani rozesłali do wsi gońców z wieścią, że wy jesteście tylko ludźmi. Czemużcie nie chcieli pozostać bogami — przecież tak było lepiej! Jestem stracony.
To rzekłszy, rzucił się na ziemię i zaczął się modlić do swego Boga.
Następnego dnia znaleźliśmy się w jakiejś dzikiej okolicy. Szliśmy wciąż pod górę i nadół, ani cala równego i ani kęsa chleba. Sześciu ludzi z Baszkai patrzało na Dziunka Fisha jak głodne wilki, ale żaden z nich nie rzekł ani słowa. Nareszcie wyszliśmy na jakiś pła-