Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dęły. Było zimno, straszne zimno. To zimno wjechało mi w tył czaszki i zostało w niej. Tu jest bardzo zimno.
„Kulisi“ poruszający „punki“ poszli spać. W redakcji świeciły dwie lampy naftowe i pot lał mi się z twarzy strugami. Carnehan drżał i obawiałem się, że straci przytomność. Obtarłem twarz, dotknąłem znowu strasznie poszarpanej jego reki i spytałem:
— Cóż się potem stało?
— Cóż mam powiedzieć? — jęknął Carnehan. — Wzięli nas bez słowa. Ani nie mruknął żaden, kiedy król rozciągnął na ziemi pierwszego człowieka, który śmiał podnieść na niego rękę; ani nie mruknęli, kiedy stary Peachey wypalił w nich nabój. Te bestje ani nie pisnęły. Otaczali nas coraz ciaśniejszem kołem i czułem, jak ich kożuchy śmierdzą. Tu był ktoś, zwany Dziunek Fish — zarżnęli go. Zarżnęli go jak wieprza. Król rzucił okiem na te kałuże krwi na śniegu i rzekł:
— Nie będziemy potrzebowali chodzić daleko z rachunkiem; tu nam zapłacą. Cóż dalej? Ale Peahey Taliszferro, powiem wam w cztery oczy — stracił zupełnie głowę. A właściwie nie prawda. Król stracił głowę na jednym z tych sznurowych mostów. Bądźcie tak uprzejmi, dajcie mi ten nóż do rozcinania papieru. Szli tędy.