Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


do jeszcze jednej doliny, okropnie górzystej, wśród lodowców i śnieżnych pól. Ta dolina była bezludna i tam na armję padł taki strach, że nie chciała iść dalej. Ale Dravot zabił na miejscu jednego żołnierza i przecie ruszył naprzód i szedł, póki nie znalazł ludzi w jednej wsi. Armja wytłumaczyła im, że o ile nie chcą żeby ich w pień wycięto, niech raczej ze swych rusznic lontowych nie strzelają, bo oni mieli małe lontowe rusznice, ci górale. Zaprzyjaźniliśmy się z kapłanem, a ja zostałem tam z dwoma ludźmi z armji i uczyłem ich, jak mają musztrować rekrutów. Wtedy pojawił się też w tych stronach jakiś grzmiący, wielki wódz. Przyszedł z biciem w bębny i kotły i trąbieniem w rogi, bo usłyszał, że się pojawił jakiś nowy bóg. Carnehan zobaczył kupę tych ludzi na pół mili na śniegu i dał im znak ręką, żeby jeden z nich przyszedł, równocześnie sam wyprawił do tego wodza posła z oznajmieniem, że jeśli nie chce być zabity, musi się stawić i podać Carnehanowi rękę. Wódz przyszedł pierwszy sam. Carnehan podał mu rękę i zrobił nad nim różne hokus-pokus, jak Dravot, a wódz bardzo się zdziwił i głaskał Carnehana po brwiach. Potem znów Carnehan odwiedził wodza i spytał na migi, czy on niema jakiego wroga. — I owszem, mam! — powiada wódz. Wobec