Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przed sobą dwudziestu chłopów, również z łukami i strzałami. Walka była zacięta. Chłopy były piękne — piękniejsze odemnie i od was — z zółtemi włosami i doskonale zbudowani. Dravot, zobaczywszy ich, natychmiast rozpakował jedną pakę z karabinami.
— Zaczynamy swoją robotę — powiada. — Pomożemy tym dziesięciu drabom.
To mówiąc, wystrzelił z dwóch karabinów i ze skały, na której siedział, zabił jednego z nich z odległości jakich dwustu sążni. Na to reszta tych chłopów zaczęła zmykać, ale Carnehan i Dravot, siedząc na swoich pakach, ścigali ich ogniem przez całą dolinę. Wówczas podeszliśmy ku tym dziesięciu drabom, którym przyszliśmy z pomocą; oni uciekli przez śnieżne pola, strzelając do nas z małych łuków. Dravot wystrzelił im nad głowy z karabinu, a oni wówczas upadli na twarz. Wtedy Dravot skopał ich i zdeptał, a potem popodnosił ich i każdemu z nich podał rękę, żeby ich przyjaźnie usposobić. Zawołał ich i kazał im nieść skrzynie i paki i kiwał im ręką na powitanie, jakby już był królem. Zanieśli paki i jego przez tę dolinę na jakąś gorę, gdzie w świerkach stało z pół tuzina kamiennych bożków. Dravot zaraz podszedł do największego — Imbra nazywają tego młodego człowieka — położył u jego stóp jeden karabin