Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kapłan. — Ona myśli, że jest skazana na śmierć, więc oni dodają jej tam trochę odwagi, zagrzewają ją.
— Zagrzewajcież ją bardzo delikatnie — pogroził Dravot — bo inaczej ja was tak zagrzeję kolbą, że wam się raz na zawsze wszelkiej rozgrzewki odechce.
Oblizał swe wargi i zaczął chodzić po izbie. Chodził tak do północy, myśląc o żonie, którą miał rano poślubić. Nie byłem w bardzo dobrym humorze, wiedząc, że konszachty z kobietami na obczyźnie, choćby się było królem dwadzieścia razy koronowanym, są zawsze ryzykowne. Wstałem bardzo wcześnie, kiedy Dravot jeszcze spał. Zauważyłem, że kapłani coś szepczą między sobą, wójtowie też coś spiskują, a wszyscy patrzą na mnie zezem.
— Co słychać, Fish? — spytałem wójta Baszkai, który stał obok, wspaniały w swym kożuchu.
— Nie wiem dobrze — odpowiedział. — Gdybyście jednak mogli odwieść króla od tego niedorzecznego zamiaru małżeństwa, oddalibyście jemu, sobie i mnie wielką przysługę.
— Bardzo wierzę! — rzekłem. Ale Dziunek, ty chyba, któryś kiedyś walczył przeciw nam, a potem z nami razem, wiesz do djabła najlepiej, że tak król, jak i ja, nie jesteśmy niczem