Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A ty wiesz, żeśmy nigdy nie odprawiali w Loży rytuału.
— Ale to będzie majstersztyk polityki! — wykrzyknął Dravot. — Będziemy mogli włóczyć się po kraju, jak po własnym domu. Nie możemy się już cofnąć, bo wówczas gotowi się na nas rzucić. Za mną przyszło tu czterdziestu wodzów, których muszę awansować stosownie do ich zasług i stanowiska. Rozkwateruj ich jakoś we wsi i postaraj się, żebyśmy mogli zorganizować Lożę. Najlepsze miejsce będzie w świątyni Imbry. Każ babom uszyć nam fartuszki i pokaż im, jak się to robi. Dziś w nocy zwołam zgromadzenie naczelników, a jutro Lożę.
Nie bardzo mi się to podobało, ale z drugiej strony rozumiałem dobrze, co za potęgę daje nam taka Loża. Żonom kapłanów pokazałem, jak szyć fartuszki różnych stopni, ale dla Davota kazałem zrobić fartuszek nie z sukna, lecz ze skóry z błękitną obwódką i znakami z nieszlifowanych turkusów. Jako siedzenie dla Mistrza obraliśmy jeden z wielkich kwadratowych kamieni w świątyni, gdy tymczasem na mniejszych głazach mieli siedzieć inni dostojnicy Loży; na czarnej podłodze kamiennej pomalowaliśmy białe kwadraty, jednym słowem staraliśmy się, żeby wszystko było, jak należy.
Na zgromadzeniu, które odbyło się w nocy,