Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


działem stu ludzi. Ale co najśmieszniejsze — na głowie miał wielką, złotą koronę.
— Rany Boskie Carnehan — powiada do mnie Daniel! — to ci dopiero historja. Jestem ci synem Aleksandra Wielkiego i królowej Semiramidy, a ty jesteś mój młodszy brat i w dodatku bóg! To największa awantura, jakiej kiedykolwiek mogliśmy dożyć. Sześć tygodni maszerowałem z armją i wojowałem. W obrębie pięćdziesięciu mil najmniejsza wioska zgłaszała się do nas i witała nas radośnie. Co więcej — znalazłem klucz do tej całej komedji i zdobyłem dla ciebie koronę. Kazałem ją zrobić dla ciebie w jednej miejscowości, zwanej Szu, gdzie złoto leży w skale, jak tłuszcz w baraninie. Złoto widziałem i turkusy wyłupywałem ze skał a tu masz granaty, znalezione w piasku nad strumieniem i agaty, które mi przyniósł jeden człowiek. Zawołaj wszystkich kapłanów, a tu weź sobie swoją koronę.
Jeden z jego ludzi otworzył czarną sakwę z włosia i wyjął koronę. Była za mała i za ciężka, ale nosiłem ją dla parady. Była z kutego złota i ważyła najmiej jakich pięć funtów. Wyglądała jak obręcz z baryłki.
— Peachey — rzekł Dravot — nie będziemy już potrzebowali walczyć więcej. Cały „trick“ jest w masonerii, jak Boga mego!