Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jeśli jednak, obserwując nas przez czas tak długi, wciąż jeszcze uważali nas za bogów, nie moją rzeczą było wybijać im to z głowy.
— Bóg wszystko może! — powiedziałem. — Jeśli król upodoba sobie jaką dziewczynę, z pewnością jej nie zje.
— A właśnie nie wiadomo! — rzekł Dziunek Fish. W tych górach jest mnóstwo bogów i szatanów i ile razy która z dziewcząt dała się takiemu bogu lub szatanowi skusić, ślad po niej ginął. Prócz tego — wy dwaj znacie tajemnicę znaku rzeźbionego na tym kamieniu — a ten znak rozumieją tylko bogowie. Myśmy was też mieli za ludzi, dopóki nie pokazaliście nam tego znaku.
Pomyślałem, że kto wie, czy nie lepiej byłoby dla nas, gdybyśmy byli im wytłumaczyli tę całą historję z Lożą — ale nic na to nie powiedziałem. Przez całą noc z małej ciemnej świątyńki, leżącej w połowie drogi na górę, słychać było dęcie w rogi i krzyk dziewczyny taki, jakby ją tępym nożem mordowano. Jeden z kapłanów objaśnił nam, że to przygotowuje się dziewczynę do poślubienia króla.
— Co wy za historję wyrabiacie! — zniecierpliwił się Dan. — Nie chcę się sprzeciwiać waszym obyczajom, ale sam chcę sobie zdobyć żonę.
— Dziewczyna boi się trochę — tłumaczył