Bez błogosławieństwa bożego

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Rudyard Kipling
Tytuł Bez błogosławieństwa bożego
Pochodzenie O człowieku, który chciał być królem
Wydawca Feliks Gadomski
Data wydania 1923
Druk Zakłady Drukarskie F. Wyszyński i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Jerzy Bandrowski
Tytuł orygin. Without Benefit of Clergy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Bez błogosławieństwa bożego.

Przed wiosną mą jesieni zżąłem plon
I pola me przed czasem bieli szron;
Bólom mym z tajni rok się musiał zdać.
Każda ma pora drży od chorych tchnień,
Misterjum życia w śmierci wchodzi cień,
I ja zmierzch widzę tam, gdzie drugi dzień,
Zbyt mądry w tem, czegobym nie miał znać.
Gorzkie Wody.

— A jeśli to będzie dziewczynka?
— Panie mego życia — to nie może być. Modliłam się przez tyle nocy i tak często składałam dary w kaplicy Szejka Badla, że jestem pewna, że Bóg da nam syna — chłopca, który wyrośnie na pięknego mężczyznę. Myśl o tem i bądź szczęśliwy. Matka moja będzie jego matką, póki nie wstanę, a mułła z meczetu Pałłan dokona obrzezania — daj Boże, aby on przyszedł na świat w szczęśliwą godzinę! — a potem, potem ty już nigdy nie odwrócisz się odemnie, swej niewolnicy.
— Odkąd-że to jesteś niewolnicą, królowo moja?
— Od samego początku — kiedy twoja łaska padła na mnie. Jakżeż mogłabym być pewną twej miłości, wiedząc, że zapłaciłeś za mnie srebrem!
— Nie, to był tylko posag. Wypłaciłem go twej matce.
— A ona zakopała pieniądze w ziemi i siedzi na nich cały dzień, jak kura na jajach. Co tu mówić o posagu. Kupiono mnie jakbym nie była dzieckiem, lecz tancerką z Lucknow.
— I martwisz się, ze cię kupiono.
— Martwiłam się. Ale dziś jestem szczęśliwa. Teraz już nigdy nie przestaniesz mnie kochać, prawda? Odpowiedz, mój królu!
— Nigdy, nigdy! Nie!
— Nawet jeśli „mem-log“ — białe kobiety z twej własnej krwi — zechcą cię kochać? A wiedz o tem, przyglądałam się im, kiedy wieczorem jechały tędy powozami. Są bardzo piękne.
— Widziałem setki latających baloników. Ale kiedy wreszcie ujrzałem księżyc — przestałem patrzeć na baloniki.
Ameera klasnęła w ręce i roześmiała się.
— Bardzo dobra mowa! — rzekła.
A potem z nagłym przypływem uroczystej powagi:
— Dosyć już o tem. Pozwalam odjechać — jeśli chcesz.
Mężczyzna nie ruszył się. Siedział na niskiej otomanie z czerwonej laki w pokoju, którego całem umeblowaniem były błękitne i białe chodniki, kilka kobierczyków i cała kolekcja poduszek w stylu krajowym. U stóp jego siedziała szesnastoletnia kobieta, poza którą zdawał się świata bożego nie widzieć. Z wielu przyczyn i pod każdym względem powinnoby być inaczej, ponieważ on był Anglikiem a ona córką Mahometanina, kupioną przed dwoma laty od matki, która znalazłszy się bez pieniędzy, nieczuła na łzy Ameery sprzedałaby ją Księciu Ciemności, gdyby tylko zapłata była wystarczająca.
Z lekkiem sercem i niewiele o tem myśląc, zawarł John Holden ten związek. Zanim jednak dziewczyna doszła do zupełnego rozkwitu, zaczęła wypełniać większą część jego życia. Dla niej i dla jej matki, zwiędłego już babska, wynajął mały domek na górze, skąd było widać wielkie, czerwonemi wałami otoczone miasto. A kiedy rozkwitające żółte chryzantemy na wiosnę okoliły studnię w podwórzu i kiedy Ameera urządziła się stosownie do swych własnych wyobrażeń o komforcie i kiedy wreszcie matka jej przestała gderać na niedostatek naczyń kuchennych, oddalenie od targu i kłopoty gospodarskie, John Holden zrozumiał że ta chatka stała się jego domem. Do jego kawalerskiego „bungalowu“ (angielska willa w Indjach) dniem czy nocą każdy miał prawo wstępu, a życie, które tam prowadził, nie było nadzwyczaj przyjemne. W swym drugim domu on jeden miał prawo przekroczyć podwórze zewnętrzne, z którego się szło do pokojów kobiet, a kiedy zaryglowano za nim wielką drewnianą bramę, był na swem terytorjum królem z Ameerą, jako królową. I otóż w królestwie tem miała się teraz pojawić trzecia osoba, której przybycie było dla Holdena nie tak znów nadzwyczajnie pożądane. Niezbyt ono harmonizowało z jego dotychczas najzupełniej błogim stanem szczęśliwości. Wniosło pewien rozdźwięk w doskonały spokój domu, który przywykł uważać za swój własny. Ale Ameera szalała z radości na myśl o dziecku, a i jej matka była uradowana. Miłość męską, a już zwłaszcza miłość „białego“, uważała za coś niezmiernie niestałego. Teraz — według zdania obu kobiet — uczucie to mogło być pewnie kierowane rączką dziecka.
— A potem — zwykła mówić Ameera — nigdy więcej już nie będzie latał za białemi „mem-log“. Nienawidzę ich wszystkich, nienawidzę ich.
— Prędzej czy później, kiedy czas przyjdzie, on wróci do swego narodu — rzekła matka. — Ale dzięki błogosławieństwu boskiemu obecnie dzień ten jest bardzo oddalony.
Holden siedział w milczeniu, pogrążony w myślach o przyszłości, a trzeba przyznać, że myśli te były niezbyt przyjemne. Liczne są niekorzyści podwójnego trybu życia. Rząd z właściwą sobie szczególniejszą pieczołowitością, odkomenderował go na dwa tygodnie na stanowisko opróżnione przez urzędnika, który musiał czuwać przy łożu swej cierpiącej żony. Zawiadomienie o tem chwilowem przeniesieniu obwarowano serdeczną uwagą, iż Holden powinien czuć się niezmiernie szczęśliwym, jako kawaler i człowiek zupełnie niezależny. Właśnie przyniósł był te nowiny Ameerze.
— To nie bardzo dobrze — mówiła powoli — ale ostatecznie niema w tem też nic złego. Matka moja jest przy mnie i nie może mi się stać nic złego — o ile nie umrę z samej radości. Idź do swej roboty i nie martw się. Kiedy przyjdzie czas, wierzę — nie: jestem pewna. A wówczas podam ci go na ręce i ty będziesz mnie już kochał na zawsze. Pociąg odchodzi dziś w nocy, o północy, prawda? Idź i nie trap się mną, nie bądź o mnie niespokojny. Ale przyjedziesz niezwłocznie, jak tylko będziesz mógł? Nie będziesz się zatrzymywał na ulicy, aby mówić z bezczelnemi białemi „mem-log“? Wracaj prędko, życie moje.
Wychodząc z podwórza i kierując się ku uwiązanemu u furtki koniowi, Holden zawołał starego stróża, który pilnował domu, i wręczył mu wypełnione już przez siebie blankiety telegraficzne, wytłumaczywszy mu, kiedy i wśród jakich okoliczności, który z nich ma wysłać. To było wszystko, co Holden mógł zrobić, poczem, z uczuciem człowieka jadącego na swój własny pogrzeb, nocnym pociągiem udał się na wygnanie. Przez cały dzień z godziny na godzinę z biciem serca oczekiwał depeszy, a w nocy myślał bez przerwy o śmierci Ameery. Wskutek tego wszystkiego, jego praca dla państwa nie była pierwszorzędna, a jego zachowanie się wobec kolegów również nie mogło być nazwane bardzo uprzejmem. Dwa tygodnie przeszły bez żadnych wieści z domu i wkońcu, prawie nieprzytomny z niepokoju, Holden musiał strawić dwie bezcenne godziny na obiedzie klubowym, podczas którego mógł słyszeć, niejasno, jak w zemdleniu, głosy opowiadające mu, jak nędznie spełniał obowiązki człowieka, którego miał zastąpić, i jak haniebnie zachował się wobec swych kolegów. Wysłuchawszy tego wszystkiego, skoczył na konia i poleciał w noc ciemną przed siebie z gardłem ściśniętem niepokojem. Nikt mu nie odpowiedział, kiedy bił pięściami w bramę swego domu. Zniecierpliwiony oczekiwaniem zawrócił koniem tak, aby on mógł uderzyć w bramę tylnemi kopytami, gdy naraz z latarnią w ręku pojawił się Pir Chan i stanął przy nim trzymając mu strzemię.
— Co się tu dzieje? — spytał Holden.
— Nie moją rzeczą jest odpowiadać na to pytanie, o obrońco ubogich, ale...
To mówiąc, wyciągnął drżącą dłoń, jak przystoi komuś, co, przynosząc dobrą wiadomość, ma prawo spodziewać się nagrody.
Holden pobiegł przez podwórze. Na górze płonęło światło. Koń jego zarżał u bramy, a w tej chwili Holden usłyszał słabe, lecz przenikliwe skomlenie, na którego odgłos coś go chwyciło za gardło. Był to nowy tutaj głos — nie mówił jednakże nic o tem, czy Ameera żyje.
— Kto tu? — krzyknął w ciasnej, ceglanej klatce schodowej.
Odpowiedział mu okrzyk zachwytu Ameery, a potem drżący z dumy i starości głos jej matki:
— jesteśmy tu dwie kobiety i — mężczyzna — twój syn.
Na progu pokoju Holden nastąpił na obnażony sztylet, położony tam dla odwrócenia złych uroków; sztylet pękł u rękojeści pod naciskiem jego niecierpliwej stopy.
— Bóg jest wielki, krzyknęła w półcieniu Ameera. — Wszystkie nieszczęścia dziecka ściągnąłeś na swoją głowę.
— Aj, ale jak ty się czujesz, życie mego życia? Stara kobieto, jakże z jej zdrowiem?
— Zapomniała o swych cierpieniach z radości, że powiła to dziecię. Wszystko dobrze — ale mów cicho — rzekła matka.
— Do wyzdrowienia brakowało mi właśnie tylko ciebie — odezwała się Ameera. — Mój królu, długi czas byłeś daleko odemnie. I jakież to podarki masz dla mnie? Aha, tym razem to ja mam podarek dla ciebie. Patrz, życie moje, patrz! Widziałeś kiedy na świecie takie dzieciątko? Nie, jestem tak osłabiona, że ręki od niego usunąć nie mogę.
— Więc odpoczywaj i nie mów. Jestem przy tobie, bachari (mała kobieta).
— Dobrze to powiedziałeś, bo to jest węzeł i lina (peechari) między nami, węzeł, którego już nic rozwiąże. Patrz, czy możesz patrzyć w to oślepiające światło? On jest bez zmazy i skazy. Nigdy nie było takiego chłopca. Ja illach! Będzie pundytą (pundyta — tajny wywiadowca z topograficznej sekcji angielskiej w Indjach) — nie, będzie żołnierzem królowej. A słuchaj, życie moje, czy będziesz mnie kochał jak przedtem, mimo, że jestem słaba, chora i na nogach utrzymać się nie mogę? Powiedz prawdę.
— Tak. Kocham, jak kochałem, szczerze, z całej duszy. Leż spokojnie, perło, i odpoczywaj.
— Tylko nie odchodź. Siadaj tu przy mnie — tak. Matko, pan tego domu potrzebuje poduszki. Przynieś ją.
W tej chwili nowonarodzona istotka, leząca w ramionach Ameery, dała jakiś, prawie niedostrzegalny znak życia.
— Aha! — wykrzyknęła kobieta, głosem łamiącym się z miłości: — Ten chłopak to siłacz od urodzenia. Wciąż wymierza mi w bok potężne kopnięcia. Czy widział kto kiedy takie dziecko? I to jest nasze dziecko — twoje i moje. Połóż rękę na jego główce, ale ostrożnie, bo to jeszcze bardzo malutkie, a mężczyźni są bardzo niezgrabni w takich wypadkach.
Holden z niezmierną ostrożnością dotknął końcami palców główki okrytej puchem.
— On już jest wyznawcą Wiary prawdziwej — mówiła Ameera. — Leżąc tak bezsennie w nocy odmówiłam mu do ucha modlitwę i wyznanie wiary. A co najcudowniejsze to to, że on się urodził w piątek, tak jak i ja. (Piątek u Mahometan mający znaczenie niedzieli — uważany jest za dzień bardzo szczęśliwy). Pamiętaj o nim, życie moje! Ale uważasz, że on już chwyta rączkami?
Holden namacał bezsilną, malutką rączkę, która słabo wzięła go za palec od ręki. Dotknięcie to zbudziło w nim jakiś prąd, który wstrząsnął całem jego ciałem, aż doszedł do serca. Dotychczas myślał tylko o Ameerze. Teraz zaczynał rozumieć, że oprócz nich dwojga był jeszcze ktoś trzeci na świecie, ale nie mógł sobie wyobrazić, że to był naprawdę jego syn z duszą i ciałem. Usiadł, myśląc o tem wszystkiem, zaś Ameera zapadła w lekką drzemkę.
— Wyjdź stąd, sahibie — odezwała się szeptem jej matka. — Nie trzeba, żeby ona widziała cię czuwającym przy sobie. Powinna wypocząć.
— Już idę — rzekł Holden posłusznie. — Tu masz rupje. Uważaj, żeby moje „bobo“ było tłuste i żeby miało wszystko, czego potrzebuje.
Dźwięk srebra zbudził Ameerę.
— Jestem jego matką, nie mamką — odezwała się słabym głosem. — Myślisz, że będę o niego dbała więcej lub mniej ze względu na pieniądze? Matko, oddaj to. Panu swemu powiłam syna.
Zanim skończyła zdanie popadła w twardy sen wyczerpania. Holden, z sercem przepełnionem radością, wyszedł po cichutku na podwórze. Pir Chan, stary odźwierny, zachichotał radośnie.
— Ten dom jest pełny — rzekł i bez żadnych komentarzy wetknął w rękę Holdena rękojeść szabli, którą nosił dawno już temu, przed wielu laty, kiedy on, Pir Chan, służył królowej w policji. Od cembryny studni dolatywało beczenie przywiązanych kóz.
— Są dwie! — mówił Pir Chan. — Dwie co najlepsze kozy. Kupiłem je i niemało za nie zapłaciłem. A ponieważ gości na tej uroczystości nie będzie, całe mięso mnie przypadnie. Tnij mocno, sahibie. Szabla jest źle oprawiona i kiwa się trochę. Zaczekaj, aż przestaną skubać trawę i podniosą głowy do góry.
— Pocóż to? — spytał Holden zdziwiony.
— Jest to ofiara za urodzenie dziecka. Cóż innego? Inaczej dziecię, nie bronione przed nieszczęściem, może umrzeć. Obrońcy ubogich znane są słowa, które przy tem należy wygłosić.
Istotnie Holden nauczył się kiedyś tej modlitwy z małą nadzieją, iż będzie jej mógł kiedykolwiek użyć. Dotknięcie zimnej rękojeści szabli przypomniało mu nagle ściskające jego palec słabe paluszki dziecka na górze — dziecka, które było jego synem — i nagły strach przed utratą tego dziecka napełnił jego serce.
— Tnij! — mówił Pir Chan. — Nigdy życie nie przyszło na świat, aby życiem za nie nie zapłacono. Patrz, kozy podniosły głowy. Teraz! Nie rąb, ale tnij!
Prawie nie zdając sobie sprawy z tego co czyni, Holden ciął dwa razy, mrucząc przy tem modlitwę mahometańską, która brzmiała:
— Wszechmocny! W zastępstwie mego syna ofiaruję życie za życie, krew za krew, głowę za głowę, kość za kość, włos za włos, skórę za skórę.
Koń uwiązany do płotu, parsknął i zaczął dreptać, podrażniony zapachem gorącej krwi, która trysnęła na wysokie buty Holdena.
— Dobre cięcie! — rzekł Pir Chan, obcierając szablę. — Byłby z ciebie dobry fechtmistrz! Odejdź w spokoju, synu Niebios! Jestem sługą twoim i sługą twego syna. Obyś żył tysiąc lat, ale mięso kóz należy do mnie?
Pir Chan odszedł bogatszy o całomiesięczną pensję. Holden skoczył na konia i pogalopował przez nisko wiszące mgły wieczorne wśród drzew. Był pełen bujnej radości, zmieniającej się chwilami w jakieś nieokreślone rozczulenie, nie skierowane właściwie ku żadnemu, ściśle określonemu przedmiotowi, ale chwytające go za gardło, gdy się pochylał nad karkiem swego niespokojnego konia.
— W życiu swojem nie czułem czegoś podobnego — myślał. — Wstąpię do klubu, może uda mi się jakoś przyjść do siebie.
W klubie właśnie rozpoczynano pulę bilardową i sala pełna była ludzi. Holden, spragniony światła i towarzystwa kolegów, wszedł, śpiewając wysokim głosem:
„W Baltimore spotkałem raz piękną duszę!“
— Istotnie? — odezwał się sekretarz klubu ze swego kąta. — A czy ta dama nie powiedziała panu przypadkiem, żebyś pan mógł wyżąć swoje przemoczone buty? Wielki Boże, człowieku, to krew!
— Drobiazg! — odpowiedział Holden, biorąc swoje „tago“ z półki. — Przyjmiecie mnie do partji? To rosa. Jechałem przez wysokie zboże. Na honor! Ładnie moje buty wyglądają!

A jeśli to będzie dziewczyna.
Ślubną obrączkę jej dam,
Lecz jeśli to będzie chłopczyna,
To pójdzie, jak tata sam,
Bić się z wrogami za króla.

— Zdaje się, że teraz na pana kolej — zwrócił mu obojętnym głosem uwagę „markier“.
— Bić się z wrogami za króla! Na mnie kolej, powiadasz pan? Bić się z wrogami za króla! Eh, eh — pudło! To pójdzie, jak tata sam.
— Nie wiem, dla czego pan jest taki wniebowzięty — rzekł z przekąsem jakiś gorliwy, młody urzędnik. — Rząd nie jest znów tak zachwycony pańską działalnością podczas zastępstwa Sandersa.
— To znaczy, że mam się spodziewać nosa z głównej kwatery? — mówił Holden z roztargnionym uśmiechem. — Zdaje mi się, że potrafię jeszcze to przeżyć.
Rozmowa potoczyła się dalej wartkim prądem na wiecznie zajmujące i nowe tematy służbowe i zupełnie przywróciła Holdenowi przytomność. W odpowiedniej chwili wrócił do swego ciemnego, pustego „bungalowu“, gdzie przełożony nad służbą przyjął go, jak człowiek, który wie wszystko. Holden nie spał przez większą część nocy, zaś sny miał miłe.

II.

— Ile on ma lat?
— Ya illah! To jest pytanie mężczyzny! Ma wszystkiego ledwie sześć tygodni, a dziś w nocy ja poraz pierwszy, wraz z tobą, życie moje, wyniosę go na dach domu, gdzie będziemy liczyli gwiazdy. Na dobrą wróżbę. A on urodził się w piątek pod znakiem słońca i powiedziano mi, że przeżyje nas oboje i zostanie bogaczem. Czy można życzyć sobie jeszcze czegoś więcej, najdroższy?
— Zapewne, że nie. Chodżmyż na dach i ty policzysz gwiazdy — ale niewiele ich znajdziesz, bo niebo dziś pełne jest chmur.
— Deszcze zimowe jakoś nie nadeszły i być może spóźnią się tego roku. Chodźmy, zanim gwiazdy się skryją. Mam na sobie wszystkie moje klejnoty.
— Zapominasz o najdroższym.
— Aj! O naszym skarbie! On pójdzie z nami. Nigdy jeszcze nie widział nieba.
Ameera zwolna szła ciasnemi schodami, prowadzącemi na płaski dach. Dziecko ciche i z szeroko otwartemi oczami leżało na prawej jej ręce, przybrane wspaniale w muślin o srebrnych frendzlach i małą, krągłą czapeczkę. Ameera przybrała się we wszystko, co w jej oczach miało jakąś wartość. Były tu diamentowe ozdoby na nos, zastępujące zachodnie plasterki piękności, a mające zwracać uwagę widza na delikatne wyrzeźbienie nozdrzy, i złoty ornament umieszczony na środku czoła, a usiany połyskującemi szmaragdami i rubinami pośledniejszej czystości, kark ujęty był ciężką obręczą z kutego złota trzymającą się elastycznością czystego metalu, a dookoła różowych kostek pobrzękiwały na nogach bransolety srebrne i giętkie, jak węże. Jak przystało na córę Wiary prawdziwej, Ameera strojna była w ciemno-zielony muślin, a od jej ramion do łokci i od łokci aż do przegubów zwisały srebrne bransolety, związane ze sobą lśniącym jedwabiem. Na przegubach miała bransoletki z kruchego szkła, mające wykazać cieńkość i smukłość jej kości i członków. Nie brak też było kilku ciężkich złotych bransolet, których wprawdzie jej strój paradny nie znał, lecz które zachwycały ją niezmiernie raz dlatego, że Holden jej je darował, a powtóre ponieważ zamykały się bajecznie na zmyślny europejski zatrzask.
— Ile on ma lat?
Usiedli przy niskiej, białej poręczy na dachu, skąd widać było miasto i jego światła.
— Ci ludzie na dole są szczęśliwi — odezwała się Ameera. — Ale nie sądzę, aby mogli być tak szczęśliwi, jak my. I nie zdaje mi się też, aby białe „mem-log“ mogły być tak szczęśliwe. A jak ty myślisz?
— Wiem, że nie są szczęśliwe.
— Skąd to wiesz?
— One oddają dzieci swoje mamkom.
— Nigdy-m tego nie widziała — rzekła Ameera z westchnieniem — i nie chcę widzieć. Ahi! — opuściła głowę na ramię Holdena. — Naliczyłam czterdzieści gwiazd i zmęczyłam się już. Popatrz na dziecko miłości mego życia, ono także liczy gwiazdy.
Szeroko otwartemi i nieruchomemi oczyma dziecię patrzyło w ciemności nieba. Ameera położyła je Holdenowi na rękach: dziecko leżało cicho.
— Jak go nazwiemy? — spytała. — Patrz! Oczu od niego oderwać nie można. On ma zupełnie twoje oczy. Ale usta...
— Usta ma twoje, kochanie. Któż to może wiedzieć lepiej odemnie?
— Takie malutkie usteczka! Taka buzia malusieńka! A całe moje serce jest w tych usteczkach. Daj mi dziecko. Zadługo je trzymasz.
— Nie, niech sobie leży. Przecież nie płacze?
— A jak zacznie płakać, to mi oddasz, co? Prawdziwy mężczyzna. Kiedy ono płacze jest mi droższe, niż kiedy leży cicho. Ale, życie moje, jakież mu damy imię?
Malutkie ciałko leżało tuż przy sercu Holdena. Było bezmiernie bezsilne i ciche. Nieledwie bał się odetchnąć na nie, aby go nie rozbić.
Naraz zamknięta w klatce zielona papuga, uważana w domach krajowców za coś w rodzaju ducha domowego, ruszyła się na swej grzędzie i silnie zatrzepotała skrzydłami.
— Oto odpowiedź — rzeki Holden — Miau Mittu przemówił. On będzie papugą. Kiedy wyrośnie, będzie mówił potężnie, biegając z miejsca na miejsce. Miau Mittu nazywa się papuga w twoim języku — w języku Muzułmanów, nieprawda?
— I pocóż odpychać mnie tak daleko? — skrzywiła się Ameera z urazą. — Czemuż nie nazwać go z angielska — ale nie zupełnie. Bo przecież on jest i mój.
— Więc nazwij go Tota. To jest podobne do angielskiego.
— Aj, Tota! (Totta w języku „hindustan“ oznacza papugę), a to także jest papuga! Wybacz mi, panie mój, i puść w niepamięć, co było przed minutą, ale przecie w samej rzeczy chłopaczek nasz jest zamały, aby mógł dźwigać całe brzemię imienia Miau Mittu! Niech się nazywa Tota — nasz mały Tota! Słyszysz, maluśki? Maleństwo, ty jesteś Tota!
Dotknęła zlekka policzka dziecka, które zakwiliło cichutko, tak że Ameera musiała je wziąć na ręce i uspokoić przecudownym rytmem „Are Koko, Dżare Koko“, który opiewa:
— O, wrono! Idź wrono! Dziecię usnęło głęboko. A śliwki rosną w dżungli, po groszu tylko funt. Po groszu funt, babo, tylko po groszu funt!
Uspokojony w ten sposób najzupełniej co do ceny śliwek, Tota zwinął się w kłębek i zasnął. W podwórzu widać było dwa tęgie, białe bawoły kieratowe, z niezmąconą powagą przeżuwające swą wieczerzę. Stary Pir Chan przykucnął na ziemi u głowy konia Holdena i, przełożywszy swą szablę przez kolana, ciągnął sennie dym z nargilów, które rzechotały, jak żaba w sadzawce. Matka Ameery przędła na werandzie na dole, a drewniana brama była zamknięta i zaryglowana. Zdaleka wybijając się ponad miły szum miasta, dolatywały odgłosy muzyki weselnej, a na tle nisko wiszącej tarczy księżyca wyraźnie rysowały się sylwetki nietoperzy.
— Modliłam się — odezwała się Ameera po dłuższej przerwie. — Modliłam się o dwie rzeczy. Pierwsze, abym mogła umrzeć zamiast ciebie, gdyby twej śmierci zażądano, a powtóre, abym mogła umrzeć zamiast dziecka. Modliłam się o to do Proroka i do Beebee Miriam (Dziewica Marja). Czy myślisz, że które z nich mnie wysłucha?
— Któż nie wysłuchałby najmniejszego słówka, wymówionego przez twoje słodkie wargi?
— Ja chciałam prostej odpowiedzi, a ty dajesz mi słodkie słowa. Czy ma modlitwa będzie wysłuchana?
— Jakże ja mogę na to odpowiedzieć? Bóg jest bardzo dobry.
— Nie jestem tego pewna. A teraz słuchaj. Kiedy ja umrę lub kiedy to dziecko umrze, cóż ty poczniesz? Powrócisz z pewnością do bezczelnych białych kobiet, bo nie napróżno mówią: Swój do swego.
— Nie zawsze.
— Co się tyczy kobiety, to tak. Ale z mężczyznami jest inaczej. W tem życiu prędzej czy później wrócisz do swego narodu. Mogłabym to przeboleć, bo przecież ja umrę. Lecz jeśli ty umrzesz, zostaniesz przeniesiony do dziwnego miejsca, do raju, którego ja nie znam.
— To z pewnością będzie raj?
— Rozuimie się. Któżby ci chciał co złego zrobić? Ale my dwoje — ja z dzieckiem — będziemy gdzieindziej i nie będziemy nigdy mogli przyjść do ciebie, ani ty nie będziesz nigdy mógł przyjść do nas. Dawniej, zanim nam się synek urodził, nie myślałam o tych rzeczach. Dziś myślę o nich wciąż. I otóż to są bardzo twarde słowa.
— Będzie, jak ma być. Nie wiemy nic o jutrze, ale wiemy dobrze, co to miłość i dzień dzisiejszy. A dziś jesteśmy szczęśliwi.
— Jesteśmy tak szczęśliwi, że chciałabym zapewnić sobie to szczęście. A twoja Beebee Miriam powinnaby mnie wysłuchać: bo ona jest również kobietą. Lecz jeśli ona mi pozazdrości? Nie przystoi mężczyznom wielbić kobietę!
Holden roześmiał się głośno, ubawiony tym małym atakiem zazdrości Ameery.
— Nie przystoi, mówisz? A czemuż to pozwalasz, abym ja ubóstwiał ciebie?
— Ty — ubóstwiać? I mnie? Mój królu, mimo tych wszystkich twoich słodkich słów, wiem ja dobrze, iż jestem twą sługą i twą niewolnicą i prochem pod twemi stopami. I nie chcę, aby było inaczej. Patrz!
Zanim Holden mógł jej przeszkodzić, pochyliła się ku ziemi, dotykając jego stóp. Prostując się z cichym śmiechem przytuliła Totę silniej do piersi. A naraz spytała prawie dziko.
— Czy to prawda, że bezczelne białe kobiety żyją trzy razy dłużej odemnie? Czy to prawda, że wychodzą za mąż wówczas, kiedy się zupełnie zestarzeją?
— Wychodzą za mąż tak, jak i inne — kiedy są kobietami.
— Wiem o tem, słyszałam jednak, że wychodzą zamąż dopiero, jak mają dwadzieścia pięć lat. Czy to prawda?
— Tak jest.
— Ya illak! Jak mają dwadzieścia piąć lat! Któżby chciał dobrowolnie ożenić się z kobietą osiemnastoletnią! Taka kobieta starzeje się z godziny na godzinę! Dwadzieścia pięć lat. W tym wieku będę starą babą, a — te bezczelne „mem-log“ są wiecznie młode! jak ja je nienawidzę!
— Cóż one mają z nami wspólnego?
— Nie wiem. Wiem tyle tylko, że na tym świecie może się znaleźć kobieta starsza odemnie o dziesięć lat i która może przyjść do ciebie i odebrać mi twoją miłość, dziesięć lat później i gdy ja będę już siwą staruszką, piastunką syna Toty... To jest niesprawiedliwie i źle. Bodaj wszystkie pomarły.
— Widzisz, mimo wszystkich tych swoich lat, jesteś dzieckiem, które trzeba wziąć na ręce i znieść na dół.
— Tota! Uważaj na Totę, panie mój! Jesteś szalony i lekkomyślny, jak dziecko!
Holden zniósł na rękach po schodach Ameerę, która śmiejąc się, tuliła do siebie i osłaniała ramionami dziecię, patrzące na nią szeroko otwartemi oczyma i uśmiechające się, jak mały aniołek.
Było to dziecko ciche i zanim Holden mógł sobie dokładnie zdać sprawą z jego istnienia, wyrosło na małego złotoskórego bożka i niezaprzeczonego tyrana małego domku nad miastem. Dla Holdena i Ameery były to miesiące zupełnej szczęśliwości — szczęśliwego odcięcia od świata i słodkiej samotności, strawionej za drewnianemi wrotami, strzeżonemi przez Pir Chana. W dzień Holden pracował z uczuciem niewysłowionego politowania dla wszystkich, którzy nie byli tak szczęśliwi, jak on, i z wielką sympatją dla małych dzieci, skaczących i bawiących się z matkami w „rondzie“. Wieczorem wracał do Ameery — Ameery, pełnej entuzjazmu dla przedziwnych czynów Toty. Jak to on klaskał w ręce i ruszał palcami i z całą świadomością i celowo — co było jawnym, niewątpliwym cudem — jak później z własnej inicjatywy wydostał się ze swego niskiego łóżeczka na ziemię i trzymał się na nóżkach przez czas trzech tchnień.
— A były to tchnienia długie, bo we mnie aż serce zamarło z rozkoszy — mówiła Ameera.
Wreszcie Tota powołał do swej rady zwierzęta — woły kieratowe, małe, szare wiewiórki, ichneumona, który mieszkał w dziurze niedaleko studni, a szczególnie Miau Mittu, papugę, którą niemiłosiernie targał za ogon, a Miau Mittu wrzeszczał tak głośno, że aż Holden nadbiegł z Ameerą.
— O ty brzydalu! O ty siłaczu! To tak postępujesz ze swym bratem z wierzchołka domu? Tobak, Tobak! Wstydź się! Ale ja znam zaklęcie, przy pomocy którego można go zrobić tak mądrym, jak Suleiman i Aflatun! (Salomon i Plato). Patrzaj tylko — mówiła dalej, dobywając z haftowanego woreczka garstkę migdałów. — Patrz! Odliczymy siedem. A teraz w imię Boga!
Posadziła Miau Mittu, bardzo rozgniewanego i nastraszonego, na wierzchołku klatki i, usiadłszy między dzieckiem a ptakiem, rozgryzła i obrała w palcach migdał mniej biały, niż jej zęby.
— To prawdziwe i mocne zaklęcie, życie moje i ty się ze mnie nie śmiej. Patrz, daję połowę papudze, a połowę Tocie.
Miau Mittu ostrożnie wziął dziobem migdał z ust Ameery, która drugą połowę dała dziecku. Tota gryzł migdał powoli, z oczami pełnemi podziwu.
— To będę robiła przez siedem dni i niewątpliwie nasz chłopak zostanie śmiałym i mądrym mówcą. Eh, Tota, czem ty zostaniesz, kiedy będziesz już dorosłym mężczyzną, a ja siwą staruszką.
Tota ułożył swe tłuste nóżki w zachwycające fałdy. Pełzał już po ziemi, ale nie chciał kalać wiosny swych ust zbytecznem mówieniem. Chciał pociągnąć Miau Mittu za ogon.
Kiedy wreszcie dojrzał do godności noszenia srebrnego pasa — co wraz z zawieszonym na jego karku srebrnym amuletem, opatrzonym mahometańskim napisem, stanowiło większą część jego kostjumu, przedsięwziął niebezpieczną wycieczkę na koniec ogrodu do Pir Chana i ofiarował mu wszystkie swoje klejnoty za przejażdżkę na koniu Holdena, wiedząc dobrze, iż matka jego matki targuje się z dwoma kupcami na werandzie. Pir Chan zapłakał, niedoświadczoną stopę dziecka postawił sobie na znak hołdu na głowie i odniósł zuchwałego awanturnika do domu, a oddając go matce, przysięgał, iż Tota będzie wodzem mężów, zanim mu broda wyrośnie.
Pewnego gorącego wieczora Tota, siedząc między ojcem i matką i przyglądając się nieustającej gonitwie latawców, puszczanych przez dzieci miejskie, zażądał osobnego latawca dla siebie, któregoby mógł puszczać z Pir Chanem, bo z chłopcami, zwłaszcza większymi od siebie, spółki żadnej zawierać nie chciał. Holden nazwał go smarkaczem. A wówczas smarkacz wstał i odpowiedział powoli w obronie swej nowo odkrytej indywidualności.
— Hum, park nakin hai. Hum admi hai, (Nie jestem smarkaczem, lecz mężczyzną).
Ten protest wywarł na Holdenie tak silne wrażenie, że zmusił go do poważnego zastanowienia się nad przyszłością Toty. Ale nadaremnie zadał sobie ten trud. Rozkosz tego życia była zbyt doskonała, aby mogła być trwałą. A przeto zniknęła, jak wiele innych rzeczy znika w Indjach — nagle i bez żadnego ostrzeżenia. Mały pan domu — jak go nazywał Pir Chan — stracił humor, i on, który nigdy nie wiedział, co znaczy ból, zaczął skarżyć się na bóle. Ameera, oszalała ze strachu, czuwała przy nim przez całą noc, a o mroku następnego dnia, życie zgasiła w nim febra, zwykła, sezonowa febra jesienna. Zdawało się wogóle niemożliwem, aby on mógł umrzeć i w pierwszej chwili ani Ameera, ani Holden nie rozumieli, co znaczy to małe ciałko na łóżeczku. A potem Ameera zaczęła bić głową o ścianę i byłaby się rzuciła do studni, gdyby jej był Holden siłą nie uprowadził z ogrodu.
Jednej łaski niebo przecież użyczyło Holdenowi. Późnym rankiem powlókł się do biura i zastał tam czekający na siebie gruby plik papieru, który wymagał od niego skupienia całej uwagi i wytężonej pracy. Ale wówczas nie doceniał jeszcze dobrotliwości bogów.


III.

Człowiek trafiony kulą w pierwszej chwili nie czuje bólu większego, jak od nagłego uszczypnięcia. Ranione ciało dopiero po kilkunastu sekundach wysyła swój protest do duszy. Tak samo i Holden powoli zdawał sobie sprawę ze swego bólu, podobnie jak swego czasu powoli uświadamiał sobie swoje szczęście i z tą samą niezwyciężoną dążnością do zatarcia wszelkich jego śladów. Z początku czuł tylko, że coś stracił i że Ameera potrzebowała pociechy. Kiedy siedząc z głową opuszczoną na kolana drżała, słysząc jak Miau Mittu wołał z dachu domu: — Tota! Tota! Tota! — Później zaczął go drażnić cały świat i codzienny tryb życia. Krzywdą było dla niego, że dzieciaki, zgromadzone wieczorem na placu dookoła muzyki, żyły i hałasowały, gdy jego własne dziecko musiało umrzeć. Kiedy które z nich dotknęło go przypadkiem, sprawiało mu to ból niewypowiedziany, a historje, jakie ojcowie opowiadali mu o najnowszych czynach swych dzieci, raniły go do żywego. Ale nie mógł zdradzić się ze swem cierpieniem. Nie miał ani pomocy znikąd, ani pociechy, ani współczucia. Zaś z końcem każdego dnia Ameera wiodła go przez całe piekło pełne wyrzutów sumienia, rozważań, właściwych wszystkim, którym umarło dziecko, a wierzącym, iż przy odrobinie, przy odrobineczce większej uwagi, mogli byli dziecko od śmierci uchronić.
— Być może — mówiła Ameera — nie dosyć na niego uważałam. Mam słuszność, czy nie? Tego dnia, kiedy to on tak długo sam się bawił, promienie słońca padały na dach, a ja — ahi! — zaplatałam włosy. Może to wówczas słońce przyniosło febrę? Gdybym go była zasłoniła przed słońcem, byłby może zdrów. Ale — o życie moje — powiedz, że ja jestem niewinna! Wiesz przecie, że kochałam go tak mocno, jak ciebie. Powiedz, że to przecie nie moja wina, bo inaczej umrę — umrę.
— Nie jesteś winna — Bóg widzi, że tu twojej winy niema wcale. Tak już widać było napisane i jakże moglibyśmy odmienić przeznaczenie? Co się stało — stało się. Dajmy już temu pokój, najdroższa.
— On był całem sercem mojem. Jakże mogę zapomnieć, gdy ramię moje co noc przypomina mi, iż jego przy mnie już niema. Ahi! Ahi! O, Tota, wróć do mnie, wróć, żebyśmy znowu mogli być wszyscy razem, jak przedtem.
— Cicho! Cicho! Dla siebie samej i dla mnie, jeśli mnie kochasz — uspokój się.
— Po tem poznaję, że ciebie to wszystko nic nie obchodzi. I jakże może być inaczej? Biali mają serca z kamienia, a dusze z żelaza. O, czemuż nie wyszłam zamąż za człowieka z mego własnego narodu! Choćby mnie bił, — nie potrzebowałabym nigdy jeść chleba cudzoziemca!
— Czyż jestem cudzoziemcem — matko mego syna?
— A czemże — Sahibie? — O, przebacz mi, przebacz! Śmierć dziecka zrobiła mnie szaloną. Jesteś życiem serca mego, światłem oczu moich, tchnieniem mego życia, a ja odepchnęłam cię od siebie... Mogłam to zrobić! A przecież gdybyś ty mnie porzucił, do kogóż mogłabym się udać o pomoc? Nie gniewaj się. Wierz mi, to ból tylko tak mówił, nie ja, niewolnica twoja.
— Wiem, wiem. Było nas troje, a oto pozostało nas dwoje tylko. Tembardziej musimy teraz być jednym duchem w dwóch ciałach.
Jak zwykle siedzieli na dachu domu. Wczesna wiosenna noc była ciepła, a na horyzoncie tańczyły błyskawice do taktu głuchej pieśni, wygrywanej przez oddalony grzmot. Ameera przytuliła się do Holdena.
— Wyschła ziemia ryczy, jak krowa, o deszcz, a ja — ja się boję. Nie tak wyglądało niebo, kiedy swego czasu liczyłam na niem gwiazdy. Ale ty kochasz mnie, jak dawniej, — mimo, że ten węzeł pękł? Odpowiedz!
— Kocham cię jeszcze więcej, bo oto zadzierzgnął się między nami nowy węzeł smutku, który nas połączył; wiesz, o czem myślę.
— Tak, wiem — odpowiedziała Ameera cichutko. — Ale chętnie słyszę, jak mówisz tak, o życie moje, ty, który jesteś tak silny i tak umiesz pokrzepić. Nie chcę już dłużej być dzieckiem, chcę być kobietą i pomagać ci. Słuchaj! Podaj mi gitarę, — przezwyciężę się i będę śpiewała.
— Sięgnęła po lekką, srebrem wykładaną gitarę i zaczęła śpiewać pieśni o wielkim bohaterze Radży Rasalu. Ale naraz ręka opadła jej na struny, pieśń urwała się, złamała i, zatrzymawszy się na niskiej nucie, zmieniła się w biedną, szarą, skromną kołysankę:
— A w dżungli rosną śliwki, po funcie tylko za grosz...
I naraz trysnęły łzy, wybuchnął żałosny bunt przeciw losowi, aż wreszcie usnęła i leżała tak, jęcząc czasem przez sen, z prawą ręką odsuniętą od ciała, jak gdyby osłaniała nią coś, czego tu już nie było. Ale od tego wieczora życie stało się przecie trochę lżejsze dla Holdena. Wieczny ból pchał go do pracy, a praca odwzajemniała mu się, zaprzątając jego umysł przez dziewięć do dziesięciu godzin dziennie. Ameera, pogrążona w żałosnych rozpamiętywaniach, siedziała sama w domu, ale przecież, stosownie do swej kobiecej natury, uspokajała się, widząc, że Holden czuje się lepiej. I znowu przyszło do nich szczęście, jednakże tym razem rozkoszowali się niem ostrożnie.
— Tota umarł dlatego, żeśmy go zanadto kochali. Zawiść bogów padła na nas — rzekła Ameera. — Powiesiłam przed naszem oknem mały czarny dzbanuszek, aby odwrócić zły urok, a my nie powinniśmy przyznawać się do szczęścia, lecz raczej iść cicho pod gwiazdami, dopóki Bóg nas nie znajdzie. Czy to nie mądre słowa, o najukochańszy?
I aby dowieść szczerości swych zamiarów, silniejszy nacisk położyła na ostatniem słowie. Pocałunku, który po tych słowach nastąpił, jako znak zapoczęcia nowego życia, mogliby pozazdrościć bogowie. A potem zeszli nadół, szepcząc: „To nic, to nic!“ w nadzieji, że Moce niebieskie ich usłyszą.
Ale moce niebieskie zajęte były innemi sprawami. Użyczyły one trzydziestu miljonom ludności czterech lat tłustych, podczas których ludzie odżywiali się dobrze, zbiory były dobre, a liczba urodzeń wzrastała z roku na rok. Powiaty wykazywały po dziewięćset do dwóch tysięcy ludności rolniczej na jednej mili kwadratowej przeciążonej ziemi i członek Lower Tooting (instytucja londyńska) podróżujący po Indjach w cylindrze i żakiecie, mówił wiele o błogosławieństwach panowania angielskiego, twierdząc, że jedynem, co jeszcze pozostało do zrobienia, jest zaprowadzenie powszechnego prawa głosowania i nadanie ludności rozmaitych przywilejów. Jego cierpliwi i doświadczeni goście uśmiechali się i przyjmowali go serdecznie, a kiedy ten pan zaczął pięknie dobranemi słowy podziwiać kwiecie krwawo-czerwonego drzewa „dhak“, rozkwitłe przedwcześnie, jako zapowiedź tego, co miało przyjść, śmiali się więcej, niż kiedykolwiek.
I oto inspektor okręgowy z Kot-Kumharsenu, zatrzymawszy się w klubie na dzień, wesoło i lekkomyślnie opowiedział anegdotkę, której zakończenie podsłuchane przez Holdena, ścięło mu krew w żyłach.
— Zaczął się mieszać coraz bardziej. Nigdy w życiu jeszcze nie widziałem człowieka tak zdziwionego, jak on. Pomyślałem sobie, że on niewątpliwie wniesie w tej sprawie interpelację w parlamencie. Jego towarzysze podróży na statku — ci sami, z którymi jadł obiad, — dostali cholery i pomarli w przeciągu osiemnastu godzin. Niema się z czego śmiać, chłopcy! Ten młody człowiek jest z tego powodu wściekły; ale zdaje mi się, że jeszcze więcej się przeląkł. Mam wrażenie, że wnet już wywiezie z Indji swoje jasno oświecone „ja“.
— Dałbym dużo za to, żeby go cholera wzięła. Może poszłoby za nim też paru jego zacnych kolegów. Ale cóż z tą cholerą? Zdaje mi się, że zawcześnie jeszcze na coś takiego? — mówił dyrektor nigdy nie opłacającej się warzelni.
— Nie wiem dokładnie — odpowiedział z namysłem inspektor okręgowy. — U nas jest szarańcza, a wzdłuż granicy północnej, właściwie wciąż mamy cholerę sporadyczną jak się ją nazywa ze względów przyzwoitości. Zbiory wiosenne zawiodły w pięciu dystryktach i nikt nie wie, gdzie się deszcze podziały. Wkrótce będzie marzec.. Nie chcę nikogo niepokoić, ale zdaje mi się, że tego roku Przyroda będzie robiła rachunek z wielkim czerwonym ołówkiem w ręce.
— Właśnie kiedy chciałem wziąć urlop! — odezwał się jakiś głos.
— Urlopów tego roku nie będzie, zato można się spodziewać licznych awansów. Przyjechałem namówić rząd, aby umieścił mój kochany kanał na liście prac głodowych. Zbiera się na jakąś burzę, a ja koniecznie chciałbym skończyć ten swój kanał.
— A więc stoimy znowu wobec starego programu — rzekł Holden. — Głód, febra i cholera.
— O nie. To się nazywa tylko miejscowym niedostatkiem i epidemją chorób sezonowych. Dowiesz się pan o tem z raportów, jeśli pan dożyje przyszłego roku. Ale cóż — pan jest szczęśliwy. Pan nie ma żony, którąby pan musiał usunąć z drogi nieszczęścia. Stacje klimatyczne w górach będą tego roku pełne kobiet.
— Zdaje mi się, że pan przejaskrawia trochę plotki uliczne! — rzekł jakiś młody urzędnik. — O ile ja zauważyłem...
— Ośmielam się powiedzieć, że pan istotnie zauważył — przerwał mu inspektor okręgowy — ale pan masz jeszcze dużo do zauważenia, moje dziecko. Równocześnie i ja chciałbym zrobić panu pewną uwagę.
To mówiąc, inspektor okręgowy posadził młodego urzędnika koło siebie i wplątał go w długą dyskusję nad ukochanym przez się kanałem. Holden udał się do swego „bungalowu“, zrozumiawszy nagle, że ogarnia go lęk o tę drugą istotę, co dla mężczyzny jest jednem z najstraszniejszych uczuć.
Jak to był przepowiedział inspektor — w dwa miesiące później, Przyroda zaczęła przeprowadzać kontrolę rachunku zapomocą czerwonego ołówka. O przednówku rozległy się wołania o chleb i rząd, który postanowił, że ani jeden człowiek nie ma umrzeć, posłał pszenicę. A wówczas w całym kraju wybuchnęła cholera. Zaatakowała półtoramiljonową rzeszę pielgrzymów, zgromadzonych dookoła pewnej świątyni. Wielu skonało u stóp swych bogów, zaś pozostali rozbiegli się w popłochu po kraju, roznosząc zarazę po kraju. To znów cholera ujarzmiała otoczone murami miasta i mordowała po dwustu mieszkańców dziennie. Tłumy przepełniały pociągi, ludzie wisieli na platformach i stopniach wagonów lub kucali na dachach wagonów, lecz zaraza była wśród nich, bo na każdej stacji wyrzucali z wozów umarłych lub konających. Umierali w rowach przydrożnych, a konie Anglików płoszyły się, napotykając ukryte w trawie trupy. Posucha była taka, że ziemia stężała w żelazo, aby nikt nie mógł uniknąć śmierci przez schowanie się pod ziemię. Anglicy odesłali swe kobiety do letnisk w górach i pracowali niestrudzenie, posuwając się naprzód w miarę, jak trzeba było zapełniać luki w szeregach. Holden nieprzytomny z trwogi o jedyny skarb, który mu pozostał na świecie, robił co mógł, aby namówić Ameerę do wyjazdu wraz z matką w Himalaje.
— Dlaczego miałabym wyjeżdżać? — spytała go jednego wieczora na dachu.
— Tu zaraza, ludzie umierają, wszystkie białe kobiety wyjechały.
— Czy wszystkie?
— Wszystkie. Zostało kilka starych jędz, które dręczą serca swych mężów ryzykiem, na jakie się narażają.
— Nie. Te, które zostały, są mojemi siostrami i ty nie mów o nich źle, bo w takim razie i ja będę jędzą. Zresztą szczęśliwa jestem, że te wszystkie bezczelne „mem-log“ wyniosły się.
— Czy ja mówię z kobietą, czy z dzieckiem? Jedź w góry, a już ja się postaram, abyś odbyła tę podróż, jak jaka córka królewska. Pomyśl, dziecko. Pojedziesz w czerwono-lakierowanym wozie zaprzężonym w woły z firaneczkami, ze śpiżowemi pawiami na dyszlu i z czerwonemi czaprakami. Jako eskortę dam ci dwóch żołnierzy ordynansowych i...
— Dosyć! To ty mówisz, jak dziecko! I cóż mnie po tych wszystkich zabawkach! Tota głaskałby woły swą małą rączką i bawiłby się frendzlami czapraków. Gdyby to było dla niego, — kto wie — przy tobie stałam się prawie Angielką — być może, że pojechałabym. Ale tak — nie chcę. Niech białe kobiety uciekają.
— Kochanie, to ich mężowie wysyłają je.
— Dobrze mówisz. Ale odkądże to jesteś moim mężem, abyś mógł mi rozkazywać, co ja mam robić, a co nie? Tyle, że syna ci urodziłam. Jesteś jedynem pragnieniem mojej duszy. Jakże mam jechać, wiedząc, że jeśli spotka cię ból tak mały, jak mój mały paznokieć — widzisz, jaki on maleńki — dowiem się o tem i poczuję, choćbym była w raju. A tu, tego lata — mógłbyś umrzeć — aj, dżani! umrzeć! a kiedyby cię złożono na śmiertelnem łożu, mogliby zawezwać białą kobietę i ona w ostatniej chwili skradłaby mi twą miłość!
— Miłość nie jest dzieckiem chwili i nie rodzi się na śmiertelnem łożu!
— Co ty wiesz o miłości, kamienne serce? Ona uniosłaby z sobą twoje dziękczynienia, a na Proroka i na Beebee Miriam, matkę twego Proroka, tegobym nigdy nie przeżyła. Mój panie, miłości moja, zostawmy tę szaloną rozmowę o wyjeździe. Jestem, gdzie jestem. Dosyć już tego.
Wzięła go za szyję i położyła mu dłoń na ustach.
Niema szczęścia słodszego, jak w cieniu miecza. Siedzieli razem na dachu i śmieli się, otwarcie już przemawiając do siebie pieszczotliwemi słowy, choć bez względu na to, że one mogły wywołać gniew bogów. Miasto leżące pod niemi wplotło się w ich własne cierpienia, siarczyste ognie płonęły w ulicach, konchy w świątyniach hindostańskich wyły i ujadały, albowiem bogowie byli nieczuli w tych dniach. W wielkiej mahometańskiej świątyni odprawiano modły, a wezwanie do modlitwy rozlegało się z minaretów bez przerwy. Słyszeli zawodzenie w domach dotkniętych śmiercią, a raz pisk kobiety, która straciła dziecię i wzywała je z powrotem na ziemię. O zmierzchu widzieli, jak niesiono umarłych ku bramom miasta i za każdemi noszami grupę żałobników. Wówczas całowali się i drżeli.
Była to czerwona i ciężka rozprawa, albowiem kraj był bardzo chory i potrzebował odrobiny wytchnienia, zanimby mogła go znowu zalać fala taniego życia. Dzieci niedojrzałych ojców i nierozwiniętych matek nie stawiały żadnego oporu. Zastraszone siedziały cicho, czekając, rychło w listopadzie miecz zostanie wsunięty do pochwy, jeśli takie będzie przeznaczenie. Luki powstawały wśród Anglików, ale te luki zapełniały się. Prace, mające na celu niesienie pomocy głodnym, budowę schronisk dla cholerycznych, rozdawanie lekarstw i stosowanie wszelkich środków do walk z tą klęską, posuwało się naprzód, ponieważ tak rozporządzono.
Holdenowi zapowiedziano, aby był gotów zastąpić najbliższego człowieka, który padnie. Przez dwanaście godzin na dobę nie mógł widzieć Ameery, zaś ona mogła skonać w przeciągu trzech godzin. Zastanawiał się nad tem, coby musiał wycierpieć, gdyby jej nie widział przez trzy miesiące lub gdyby umarła i zniknęła mu z oczu. Był bezwzględnie pewny, iż śmierć jej zostanie postanowiona — tak pewny, że kiedy podniósł głowę z nad depeszy i ujrzał w drzwiach zadyszanego Pir Chana, zaśmiał się na cały głos.
— A więc? — zapytał.
— Kiedy w nocy rozlegnie się krzyk, a duch wleci w gardło, któż ma czar tak potężny, aby temu zapobiegł. Pójdź prędko, Synu Niebios. To czarna cholera.
Holden pogalopował do domu. Niebo było ciężkie od chmur, ponieważ długo zwłóczące deszcze zbliżały się już, a upał dusił. W podwórzu powitała go matka Ameery, szepcząc;
— Kona już. Sama wpędziła się w śmierć. Jest już prawie umarła. I cóż ja teraz pocznę, sahibie?
Ameera leżała w tym samym pokoju, w którym Tota umarł. Kiedy Holden wszedł, nie dała ani znaku życia, jako że dusza ludzka jest istotą bardzo samotną, a kiedy zbiera się do odejścia, ukrywa się w mglistym kraju pogranicznym, dokąd żywi iść za nią nie mogą. Czarna cholera dokonywa swego dzieła spokojnie i bez żadnych objaśnień. Ameera była wykreślona z życia, jak gdyby sam Anioł Śmierci dotknął jej swą dłonią. Przyśpieszony oddech wskazywał, że albo bała się, albo też cierpiała jakieś bóle, ale ani oczy, ani usta nie dały żadnej odpowiedzi na pocałunki Holdena. Nie było tu nic do powiedzenia, ani do zrobienia. Holden mógł tylko czekać i cierpieć. Właśnie pierwsze krople deszczu zaczęły szumieć na dachu i słychać było okrzyki nadziei w prześladowanem mieście.
Na chwilę powróciła przytomność i usta poruszyły się. Holden pochylił się, chcąc słyszeć.
— Nie bierz nic mojego! — mówiła Ameera. — Nie bierz ani włosa z głowy. Onaby go potem spaliła. A ten płomień ja odczułabym. Niżej! Pochyl się jeszcze więcej. Pamiętaj tylko, że ja byłam twoja i dałam ci syna. Choć jutro już poślubisz białą kobietę, rozkosz wzięcia od niej w swe ramiona pierwszego syna na zawsze została ci odjęta. Wspomnij mnie, kiedy ci się urodzi syn — jedyny, który wobec całego świata będzie nosił twe nazwisko. Niechaj niedole jego spadną na moją głowę. Świadczę — świadczę —
Wargi kształtowały słowa u jego ucha.
— Iż niema Boga, prócz ciebie — najdroższy.
A potem umarła. Holden siedział i milczał; wszystkie myśli go opuściły — póki matka Ameery nie podniosła zasłony.
— Umarła, sahibie?
— Umarła.
— Zatem odprawię po niej żałobę, a następnie spiszę inwentarz. Bo te meble będą moje. Sahib chyba nie chce ich zabrać. To przecie tak mało, tak bardzo mało, sahibie, a ja jestem już stara baba. I ja chciałabym czasem poleżeć na czemś miękkiem.
— Na miłość boską, milcz przez chwilę. Wyjdź stąd i odprawiaj swe zawodzenia, ale tak, żebym ja nie słyszał.
— Sahibie, ona musi być pogrzebana do czterech godzin.
— Znam obyczaj. Pójdę stąd, zanim ją wyniosą... To należy do ciebie. Pamiętaj, żeby to łóżko, na którem ona — na którem ona leży...
— Aha! To przepiękne, czerwoną laką wykładane łoże! Już od dawna pragnęłam...
— Aby to łóżko tu zostało nietknięte do mego rozporządzenia. Zresztą wszystko w domu należy do ciebie. Wynajmij wóz, bierz wszystko co tu jest i postaraj się, żeby przed zachodem słońca nie było nic więcej prócz tego, co ja kazałem uszanować.
— Jestem stara kobieta. Chciałabym mieszkać tu, póki nie odprawię żałoby, a właściwie deszcze się zaczęły. Dokąd-że pójdę?
— Co mnie to obchodzi? Rozkaz mój mówi, że masz stąd iść. Urządzenie domu warte jest tysiąc rupij, a mój ordynans przyniesie ci sto rupij dziś wieczór.
— To bardzo mało. Pomyśl, że muszę nająć wóz.
— Nie dostaniesz nic, jeśli nie wyjdziesz natychmiast i to prędko. Kobieto, zabieraj się stąd i zostaw mnie z moją umarłą.
Matka zbiegła na dół i, zapomniawszy o żałobie, zaczęła gromadzić i pakować rzeczy. Holden siedział przy zwłokach Ameery, a deszcz bębnił w dach. Choć kilka razy próbował zbierać myśli, nie mógł myśleć spokojnie z powodu hałasu. — A naraz do pokoju wślizgnęły się cztery duchy w przemoczonych szmatach i spojrzały na niego przez zasłonę. Były to obmywaczki trupów. Holden wyszedł z pokoju i skierował się ku swemu koniowi. Kiedy tu jechał, panowała w powietrzu martwa, parna cisza, a pył na gościńcu był po kostki. Teraz podwórze zamieniło się w staw, pełen skrzeczących żab. Pod bramą szumiał strumień żółtej wody, a wicher rzucał skośne strugi deszczu w gliniany mur, który huczał, jak gdyby pod salwami śrutu.
— Oznajmiono mi rozkazy sahiba — rzekł Pir Chan. — Dobrze. Ten dom jest teraz pusty. Ja też odejdę, aby moja małpia twarz nie przypominała tego, co się tu stało. Co się tyczy łóżka, zaniosę je rano do twego domu. Ale pamiętaj, sahibie, że będzie to dla ciebie nóż, obracający się w świeżej ranie. Ja sam pójdę w pielgrzymce do jakiego świętego miejsca i nie wezmę ze sobą pieniędzy. Utyłem na twoim chlebie, panie, i twój smutek jest moim smutkiem. Po raz ostatni trzymam ci strzemię.
Obu rękami dotknął buta Holdena. Koń skoczył w ulicę, gdzie skrzypiące bambusy siekły niebo, a wszystkie żaby skrzeczały. Z powodu deszczu, bijącego w twarz, Holden nic nie widział. Zasłonił oczy rękami i mruknął:
— O ty bydlę, ty nędzne bydlę!
Wiadomość o jego nieszczęściu dotarła już do jego bungalowu. Wyczytał ją w oczach swego przełożonego nad służbą. Ten, postawiwszy przed nim półmisek, pierwszy i ostatni raz w swem życiu położył dłoń na ramieniu swego pana i rzekł:
— Jedz, sahibie, jedz! Jedzenie to dobry środek przeciw smutkom. I ja niejedno przeżyłem. Jak zwykle: cienie zjawiają się i znikają, sahibie; zjawiają się i znikają. A to są jaja w potrawce.
Ale Holden nie mógł ani jeść, ani spać. Niebo zesłało tej nocy osiem cali deszczu i wymyło ziemię do czysta. Wody zniosły mury, zmyły drogi i spłókały płytkie groby na cmentarzu mahometańskim. Przez cały następny dzień padał deszcz i Holden siedział w swym bungalowie, pogrążony w rozmyślaniach nad swem nieszczęściem. Trzeciego dnia rano otrzymał depeszę. Stało w niej krótko:
— Richetts, Myndonie. Konający. Holden zastępuje. Natychmiast.
Przyszło mu na myśl, aby przed odjazdem rzucić jeszcze okiem na dom, którego był panem i władcą. Właśnie deszcz przestał padać i z ziemi kurzyła się para.
Stanąwszy na miejscu spostrzegł, że deszcz zerwał dwa gliniane słupy u bramy, a ciężka drewniana furta zwisła bezwładnie z zawiasów. Podwórze zarosło trawą wysoką na trzy cale. Komórka Pir Chana była pusta, a słoma ze strzechy zwisała między krokwiami. Szara wiewiórka zawładnęła werandą, jak gdyby dom był niezamieszkały nie od trzech dni, lecz od trzydziestu lat. Matka Ameery uprzątnęła wszystko, zostawiwszy tylko kilka zapleśniałych mat. „Tik-tik“ małych skorpionów, biegających po podłodze, był jedynym odgłosem w domu. Pokój Ameery i Toty już porastał wilgotną pleśnią. Wąskie schody, prowadzące na dach, były pomalowane w smugi i pręgi przez deszcz, który zaniósł je błotem. Holden przyjrzał się temu wszystkiemu, zaś wychodząc spotkał na ulicy właściciela, który mu był dom wynajął, Durgę Dassa — człowieka tłustego, uśmiechniętego, ubranego w białą muślinową szatę, jadącego w małym wózku na resorach. Durga Dass przyjechał popatrzeć, jak się trzyma jego posiadłość po pierwszych deszczach.
— Słyszałem — rzekł — że pan nie chce już mieszkać tu dłużej.
— A co pan wtenczas z tym domem zrobi?
— Może go znowu wynajmę.
— To ja zatrzymam go dla siebie.
Durga Dass milczał przez chwilę.
— Niech pan porzuci ten dom — odezwał się wreszcie. — Kiedy byłem młodym człowiekiem, ja też... ale dziś jestem członkiem rady miejskiej! Ho! Ho! Nie. Kiedy ptaki się rozleciały, pocóż utrzymywać gniazdo? Jabym ten dom kazał zburzyć. Drzewo zawsze można sprzedać, a miasto chce poprowadzić tędy drogę od cmentarza aż do murów miejskich i nikt nawet nie będzie mógł powiedzieć, że tu kiedyś stał dom.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Rudyard Kipling i tłumacza: Jerzy Bandrowski.