Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Oznajmiono mi rozkazy sahiba — rzekł Pir Chan. — Dobrze. Ten dom jest teraz pusty. Ja też odejdę, aby moja małpia twarz nie przypominała tego, co się tu stało. Co się tyczy łóżka, zaniosę je rano do twego domu. Ale pamiętaj, sahibie, że będzie to dla ciebie nóż, obracający się w świeżej ranie. Ja sam pójdę w pielgrzymce do jakiego świętego miejsca i nie wezmę ze sobą pieniędzy. Utyłem na twoim chlebie, panie, i twój smutek jest moim smutkiem. Po raz ostatni trzymam ci strzemię.
Obu rękami dotknął buta Holdena. Koń skoczył w ulicę, gdzie skrzypiące bambusy siekły niebo, a wszystkie żaby skrzeczały. Z powodu deszczu, bijącego w twarz, Holden nic nie widział. Zasłonił oczy rękami i mruknął:
— O ty bydlę, ty nędzne bydlę!
Wiadomość o jego nieszczęściu dotarła już do jego bungalowu. Wyczytał ją w oczach swego przełożonego nad służbą. Ten, postawiwszy przed nim półmisek, pierwszy i ostatni raz w swem życiu położył dłoń na ramieniu swego pana i rzekł:
— Jedz, sahibie, jedz! Jedzenie to dobry środek przeciw smutkom. I ja niejedno przeżyłem. Jak zwykle: cienie zjawiają się i znikają, sahibie; zjawiają się i znikają. A to są jaja w potrawce.