Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/78

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wić z bezczelnemi białemi „mem-log“? Wracaj prędko, życie moje.
Wychodząc z podwórza i kierując się ku uwiązanemu u furtki koniowi, Holden zawołał starego stróża, który pilnował domu, i wręczył mu wypełnione już przez siebie blankiety telegraficzne, wytłumaczywszy mu, kiedy i wśród jakich okoliczności, który z nich ma wysłać. To było wszystko, co Holden mógł zrobić, poczem, z uczuciem człowieka jadącego na swój własny pogrzeb, nocnym pociągiem udał się na wygnanie. Przez cały dzień z godziny na godzinę z biciem serca oczekiwał depeszy, a w nocy myślał bez przerwy o śmierci Ameery. Wskutek tego wszystkiego, jego praca dla państwa nie była pierwszorzędna, a jego zachowanie się wobec kolegów również nie mogło być nazwane bardzo uprzejmem. Dwa tygodnie przeszły bez żadnych wieści z domu i wkońcu, prawie nieprzytomny z niepokoju, Holden musiał strawić dwie bezcenne godziny na obiedzie klubowym, podczas którego mógł słyszeć, niejasno, jak w zemdleniu, głosy opowiadające mu, jak nędznie spełniał obowiązki człowieka, którego miał zastąpić, i jak haniebnie zachował się wobec swych kolegów. Wysłuchawszy tego wszystkiego, skoczył na konia i poleciał w noc ciemną przed siebie z gardłem ściśniętem niepokojem. Nikt mu