Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/92

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ja chciałam prostej odpowiedzi, a ty dajesz mi słodkie słowa. Czy ma modlitwa będzie wysłuchana?
— Jakże ja mogę na to odpowiedzieć? Bóg jest bardzo dobry.
— Nie jestem tego pewna. A teraz słuchaj. Kiedy ja umrę lub kiedy to dziecko umrze, cóż ty poczniesz? Powrócisz z pewnością do bezczelnych białych kobiet, bo nie napróżno mówią: Swój do swego.
— Nie zawsze.
— Co się tyczy kobiety, to tak. Ale z mężczyznami jest inaczej. W tem życiu prędzej czy później wrócisz do swego narodu. Mogłabym to przeboleć, bo przecież ja umrę. Lecz jeśli ty umrzesz, zostaniesz przeniesiony do dziwnego miejsca, do raju, którego ja nie znam.
— To z pewnością będzie raj?
— Rozuimie się. Któżby ci chciał co złego zrobić? Ale my dwoje — ja z dzieckiem — będziemy gdzieindziej i nie będziemy nigdy mogli przyjść do ciebie, ani ty nie będziesz nigdy mógł przyjść do nas. Dawniej, zanim nam się synek urodził, nie myślałam o tych rzeczach. Dziś myślę o nich wciąż. I otóż to są bardzo twarde słowa.
— Będzie, jak ma być. Nie wiemy nic