Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mi się, że jeszcze więcej się przeląkł. Mam wrażenie, że wnet już wywiezie z Indji swoje jasno oświecone „ja“.
— Dałbym dużo za to, żeby go cholera wzięła. Może poszłoby za nim też paru jego zacnych kolegów. Ale cóż z tą cholerą? Zdaje mi się, że zawcześnie jeszcze na coś takiego? — mówił dyrektor nigdy nie opłacającej się warzelni.
— Nie wiem dokładnie — odpowiedział z namysłem inspektor okręgowy. — U nas jest szarańcza, a wzdłuż granicy północnej, właściwie wciąż mamy cholerę sporadyczną jak się ją nazywa ze względów przyzwoitości. Zbiory wiosenne zawiodły w pięciu dystryktach i nikt nie wie, gdzie się deszcze podziały. Wkrótce będzie marzec.. Nie chcę nikogo niepokoić, ale zdaje mi się, że tego roku Przyroda będzie robiła rachunek z wielkim czerwonym ołówkiem w ręce.
— Właśnie kiedy chciałem wziąć urlop! — odezwał się jakiś głos.
— Urlopów tego roku nie będzie, zato można się spodziewać licznych awansów. Przyjechałem namówić rząd, aby umieścił mój kochany kanał na liście prac głodowych. Zbiera się na jakąś burzę, a ja koniecznie chciałbym skończyć ten swój kanał.
— A więc stoimy znowu wobec starego programu — rzekł Holden. — Głód, febra i cholera.