Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Tota ułożył swe tłuste nóżki w zachwycające fałdy. Pełzał już po ziemi, ale nie chciał kalać wiosny swych ust zbytecznem mówieniem. Chciał pociągnąć Miau Mittu za ogon.
Kiedy wreszcie dojrzał do godności noszenia srebrnego pasa — co wraz z zawieszonym na jego karku srebrnym amuletem, opatrzonym mahometańskim napisem, stanowiło większą część jego kostjumu, przedsięwziął niebezpieczną wycieczkę na koniec ogrodu do Pir Chana i ofiarował mu wszystkie swoje klejnoty za przejażdżkę na koniu Holdena, wiedząc dobrze, iż matka jego matki targuje się z dwoma kupcami na werandzie. Pir Chan zapłakał, niedoświadczoną stopę dziecka postawił sobie na znak hołdu na głowie i odniósł zuchwałego awanturnika do domu, a oddając go matce, przysięgał, iż Tota będzie wodzem mężów, zanim mu broda wyrośnie.
Pewnego gorącego wieczora Tota, siedząc między ojcem i matką i przyglądając się nieustającej gonitwie latawców, puszczanych przez dzieci miejskie, zażądał osobnego latawca dla siebie, któregoby mógł puszczać z Pir Chanem, bo z chłopcami, zwłaszcza większymi od siebie, spółki żadnej zawierać nie chciał. Holden nazwał go smarkaczem. A wówczas smarkacz wstał i odpowiedział powoli w obronie swej nowo odkrytej indywidualności.