Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mam jechać, wiedząc, że jeśli spotka cię ból tak mały, jak mój mały paznokieć — widzisz, jaki on maleńki — dowiem się o tem i poczuję, choćbym była w raju. A tu, tego lata — mógłbyś umrzeć — aj, dżani! umrzeć! a kiedyby cię złożono na śmiertelnem łożu, mogliby zawezwać białą kobietę i ona w ostatniej chwili skradłaby mi twą miłość!
— Miłość nie jest dzieckiem chwili i nie rodzi się na śmiertelnem łożu!
— Co ty wiesz o miłości, kamienne serce? Ona uniosłaby z sobą twoje dziękczynienia, a na Proroka i na Beebee Miriam, matkę twego Proroka, tegobym nigdy nie przeżyła. Mój panie, miłości moja, zostawmy tę szaloną rozmowę o wyjeździe. Jestem, gdzie jestem. Dosyć już tego.
Wzięła go za szyję i położyła mu dłoń na ustach.
Niema szczęścia słodszego, jak w cieniu miecza. Siedzieli razem na dachu i śmieli się, otwarcie już przemawiając do siebie pieszczotliwemi słowy, choć bez względu na to, że one mogły wywołać gniew bogów. Miasto leżące pod niemi wplotło się w ich własne cierpienia, siarczyste ognie płonęły w ulicach, konchy w świątyniach hindostańskich wyły i ujadały, albowiem bogowie byli nieczuli w tych dniach. W wiel-