Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pełne wyrzutów sumienia, rozważań, właściwych wszystkim, którym umarło dziecko, a wierzącym, iż przy odrobinie, przy odrobineczce większej uwagi, mogli byli dziecko od śmierci uchronić.
— Być może — mówiła Ameera — nie dosyć na niego uważałam. Mam słuszność, czy nie? Tego dnia, kiedy to on tak długo sam się bawił, promienie słońca padały na dach, a ja — ahi! — zaplatałam włosy. Może to wówczas słońce przyniosło febrę? Gdybym go była zasłoniła przed słońcem, byłby może zdrów. Ale — o życie moje — powiedz, że ja jestem niewinna! Wiesz przecie, że kochałam go tak mocno, jak ciebie. Powiedz, że to przecie nie moja wina, bo inaczej umrę — umrę.
— Nie jesteś winna — Bóg widzi, że tu twojej winy niema wcale. Tak już widać było napisane i jakże moglibyśmy odmienić przeznaczenie? Co się stało — stało się. Dajmy już temu pokój, najdroższa.
— On był całem sercem mojem. Jakże mogę zapomnieć, gdy ramię moje co noc przypomina mi, iż jego przy mnie już niema. Ahi! Ahi! O, Tota, wróć do mnie, wróć, żebyśmy znowu mogli być wszyscy razem, jak przedtem.
— Cicho! Cicho! Dla siebie samej i dla mnie, jeśli mnie kochasz — uspokój się.