Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Odkąd-że to jesteś niewolnicą, królowo moja?
— Od samego początku — kiedy twoja łaska padła na mnie. Jakżeż mogłabym być pewną twej miłości, wiedząc, że zapłaciłeś za mnie srebrem!
— Nie, to był tylko posag. Wypłaciłem go twej matce.
— A ona zakopała pieniądze w ziemi i siedzi na nich cały dzień, jak kura na jajach. Co tu mówić o posagu. Kupiono mnie jakbym nie była dzieckiem, lecz tancerką z Lucknow.
— I martwisz się, ze cię kupiono
— Martwiłam się. Ale dziś jestem szczęśliwa. Teraz już nigdy nie przestaniesz mnie kochać, prawda? Odpowiedz, mój królu!
— Nigdy, nigdy! Nie!
— Nawet jeśli „mem-log“ — białe kobiety z twej własnej krwi — zechcą cię kochać? A wiedz o tem, przyglądałam się im, kiedy wieczorem jechały tędy powozami. Są bardzo piękne.
— Widziałem setki latających baloników. Ale kiedy wreszcie ujrzałem księżyc — przestałem patrzeć na baloniki.
Ameera klasnęła w ręce i roześmiała się.
— Bardzo dobra mowa! — rzekła.
A potem z nagłym przypływem uroczystej powagi: