Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Po tem poznaję, że ciebie to wszystko nic nie obchodzi. I jakże może być inaczej? Biali mają serca z kamienia, a dusze z żelaza. O, czemuż nie wyszłam zamąż za człowieka z mego własnego narodu! Choćby mnie bił, — nie potrzebowałabym nigdy jeść chleba cudzoziemca!
— Czyż jestem cudzoziemcem — matko mego syna?
— A czemże — Sahibie? — O, przebacz mi, przebacz! Śmierć dziecka zrobiła mnie szaloną. Jesteś życiem serca mego, światłem oczu moich, tchnieniem mego życia, a ja odepchnęłam cię od siebie... Mogłam to zrobić! A przecież gdybyś ty mnie porzucił, do kogóż mogłabym się udać o pomoc? Nie gniewaj się. Wierz mi, to ból tylko tak mówił, nie ja, niewolnica twoja.
— Wiem, wiem. Było nas troje, a oto pozostało nas dwoje tylko. Tembardziej musimy teraz być jednym duchem w dwóch ciałach.
Jak zwykle siedzieli na dachu domu. Wczesna wiosenna noc była ciepła, a na horyzoncie tańczyły błyskawice do taktu głuchej pieśni, wygrywanej przez oddalony grzmot. Ameera przytuliła się do Holdena.
— Wyschła ziemia ryczy, jak krowa, o deszcz, a ja — ja się boję. Nie tak wyglądało niebo, kiedy swego czasu liczyłam na niem gwiazdy.