Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czy wszystkie?
— Wszystkie. Zostało kilka starych jędz, które dręczą serca swych mężów ryzykiem, na jakie się narażają.
— Nie. Te, które zostały, są mojemi siostrami i ty nie mów o nich źle, bo w takim razie i ja będę jędzą. Zresztą szczęśliwa jestem, że te wszystkie bezczelne „mem-log“ wyniosły się.
— Czy ja mówię z kobietą, czy z dzieckiem? Jedź w góry, a już ja się postaram, abyś odbyła tę podróż, jak jaka córka królewska. Pomyśl, dziecko. Pojedziesz w czerwono-lakierowanym wozie zaprzężonym w woły z firaneczkami, ze śpiżowemi pawiami na dyszlu i z czerwonemi czaprakami. Jako eskortę dam ci dwóch żołnierzy ordynansowych i...
— Dosyć! To ty mówisz, jak dziecko! I cóż mnie po tych wszystkich zabawkach! Tota głaskałby woły swą małą rączką i bawiłby się frendzlami czapraków. Gdyby to było dla niego, — kto wie — przy tobie stałam się prawie Angielką — być może, że pojechałabym. Ale tak — nie chcę. Niech białe kobiety uciekają.
— Kochanie, to ich mężowie wysyłają je.
— Dobrze mówisz. Ale odkądże to jesteś moim mężem, abyś mógł mi rozkazywać, co ja mam robić, a co nie? Tyle, że syna ci urodziłam. Jesteś jedynem pragnieniem mojej duszy. Jakże