Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z wice-królem rokowania, jak równy z równym. Poproszę go, aby mi tu przysłał dwunastu wyborowych Anglików — już ja ich sobie sam wybiorę, żeby nam trochę pomogli rządzić. Toby był Mackray, dymisjonowany sierżant, jest w Segowli — niejeden dobry obiad zjadłem u niego, a jego żona dała mi raz parę kalesonów. Toby był jeszcze Donkin, profos więzienny w Tounghoo — ale, setki ich znalazłyby się, gdybym był w Indjach! Dla mnie wice-król z pewnością to zrobi, rozumie się, bez gadania! Na wiosnę pchnę tam gońca w tej sprawie i równocześnie napiszę list z prośbą o przebaczenie co do tej Loży i że sam mianowałem się Wielkim Mistrzem. A oprócz tego, żeby mi przysłali wszystkie karabiny systemu Snidersa, wszystkie, jakie wojska kolorowe oddały, kiedy je uzbrojono w karabiny systemu Martini; są pewnie już wystrzelane, ale w tych górach jeszcze doskonale wystarczą. Dwunastu Anglików, sto tysięcy karabinów Snidersa, a rozbijemy państwo Emira na drobne kawałki... W pierwszym roku wystarczy choćby 20 tys. karabinów — i będziemy cesarzami! A kiedy już wszystko będzie gotowe, oddam koronę — tę koronę, którą mam teraz na głowie — na klęczkach oddam koronę królowej Wiktorji, a ona powie: Powstań, sir Daniel Dravot! Oh, to będzie wspaniałe, powiadam ci, wspaniałe! Ale