Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


stara armja pomogła mi i w ten sposób mieliśmy przecie jakich 500 ludzi obznajmionych z musztrą i do dwustu, którzy umieli przyzwoicie broń trzymać w rękach. Nawet te pogięte, jak korkociąg, ręcznie robione flinty, były dla nich cudowną rzeczą. Kiedy zima nadchodziła, Dravot, przechadzając się pod świerkami, marzył już o wielkich prochowniach i magazynach.
— Ja już nie chcę zrobić z nich narodu! — mówił! — To zamało. Ja tu założę cesarstwo. To nie są murzyni, uważasz, to Anglicy! Popatrz na ich oczy — popatrz na ich usta. Popatrz, jak oni wstają. Oni w domu siedzą nie na ziemi, lecz na krzesłach. To są jakieś zagubione plemiona, czy coś podobnego, i dojrzały już zupełnie do tego, aby zostać Anglikami. Jeśli kapłani tego się nie zlękną zanadto — na wiosnę muszę zarządzić spis ludności. Tu w tych górach będą ich kopiate dwa miljony. A wsi pełne dzieci! Dwa miljony ludności — dwieście pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy — i wszystko Anglicy! Potrzebują tylko karabinów i „drylu“, niczego więcej. Dwieście pięćdziesiąt tysięcy ludzi, gotowych dźgnąć Rosję w prawe skrzydło, gdyby się tak zamierzyła na Indje! Peachey, człowieku! — wołał, szarpiąc się gwałtownie za brodę — będziemy cesarzami, imperatorami! Radża Brooke będzie niemowlęciem w porównaniu z nami! Rozpocznę