Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nad tem, czy telegraf istotnie jest tak wielkiem błogosławieństwem i czy ten umierający człowiek, czy walczący naród zdaje sobie sprawę z tego, jakie zamieszanie robi każda chwila dalszej zwłoki. Prócz gorąca i zmęczenia nie było żadnej szczególniejszej przyczyny do wzruszania się, mimo to kiedy wskazówki zegara wreszcie dopełzły do trzeciej godziny a uskrzydlone koła maszyny, czekając na jedno moje słowo, poruszyły się kilka razy dla sprawdzenia czy wszystko jest w porządku i czy można puścić je w ruch, o mało nie krzyknąłem głośno z radości.
Huk i szczęk kół potargał ciszę na drobne kawałki. Chciałem już wyjść, gdy wtem ujrzałem przed sobą dwóch biało ubranych mężczyzn.
— To on! — rzekł pierwszy.
— Tak jest, to on! — potwierdził drugi.
I obcierając czoła spocone śmiali się, swym śmiechem zagłuszając huk maszyny.
— Spaliśmy dla chłodu w rowie koło gościńca. Po drugiej stronie ulicy zobaczyliśmy światło. Redakcja jeszcze jest otwarta — powiadam do mego obecnego tu przyjaciela. — Chodźmy do niego i pogadajmy z nim. Przecie to on zawrócił nas od granicy państwa Degumber.
Tak mówił mniejszy z nich dwóch. Poznałem w nim człowieka, z którym jechałem kie-