Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


drugi uciekł. No i tak Carnehan władował na muły karabiny, które zdjęto z wielbłądów i ruszyliśmy naprzód w te okropne, zimne góry, gdzie drogi nie są szersze od dłoni.
Przerwał i milczał przez chwilę. Spytałem go, czy nie może sobie przypomnieć, jak wyglądał kraj, przez który szli.
— Opowiadam to, co pamiętam, ale moja głowa nie jest już taka dobra, jak była. Oni mi wbijali w głowę gwoździe, żebym lepiej słyszał, jak Dravot kona. Okolica była górzysta, muły uparte, mieszkańców mało, rozproszonych po górach. Więc oni tak szli pod górę i nadół, i znowu pod górę i nadół, i jeden spólnik Carnehan prosił Dravota, żeby nie śpiewał i nie gwizdał tak głośno z obawy przed lawinami. Ale Dravot mówił, że jeśli królowi nie wolno śpiewać, to nie warto być królem i walił muły, i ani dachu nad głową przez dziesięć dni. Zeszliśmy wreszcie na szeroką, płaską dolinę ze wszystkich stron otoczoną górami, a ponieważ muły prawie już zdychały, więceśmy je zabili, zwłaszcza, że nie mieliśmy żadnego żarcia dla nich — ani dla siebie. Usiedliśmy na pakach i bawiliśmy się głupkowato nabojami, które z nich wypadły.
Nagle pojawiło się na dolinie dziesięciu jakichś chłopów z łukami i strzałami. Pędzili oni