Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/48

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


na stoku świętego wzgórza wśród płonących stosów, Dravot oświadczył, że on i ja jesteśmy bogami, synami Aleksandra Wielkiego i świętej pamięci Semiramidy, Wielkimi Mistrzami Loży, i przyszliśmy zrobić Kafiristan krajem, w którym każdy człowiek będzie mógł jeść w ciszy, a pić w spokoju, a przedewszystkiem będzie musiał nas słuchać. Potem naczelnicy przychodzili jeden za drugim uścisnąć nam rękę, a byli tacy biali i przyjemni, iż miało się wrażenie, że się jest między przyjaciółmi. Ponadawaliśmy im imiona stosownie do tego, jak który był podobny do znajomych w Indjach — i tak jeden nazywał się Dziunek Fish, drugi Holly Dickworth, trzeci Pikky Kergan, ten co to był kontrolerem bazaru, gdy ja byłem w Mhow itd., itd.
Ale największy cud wydarzył się następnej nocy w Loży. Jeden ze starych kapłanów ciągle nas obserwował, aż mi się niedobrze robiło, bo wiedziałem, że kręcimy w rytuale, a nie wiedziałem, co wiedzą ci ludzie. W chwili kiedy Dravot wdział fartuch, zrobiony dla niego przez dziewczynę według moich wskazówek, ten stary pop jak nie krzyknie, jak nie zawyje — zerwał się i chciał przewrócić kamień, na którym Dravot siedział.
— Wszystko wzięli djabli! — wołam do Dravota. — To masz za to, żeś im tu mydlił oczy w Loży bez rękojmi.