Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jeszcze tyle do roboty jest wszędzie — i w Baszkai i w Kawaku i w Szu, wszędzie!
— Co to może znaczyć! — spytałem go. — Tej jesieni nie przysłano nam rekrutów do wyćwiczenia. Przyjrzyj się tym grubym, czarnym chmurom — one niosą śnieg!
— Ale, to nic nie znaczy! — odpowiedział Daniel, opierając się ciężko dłonią na mem ramieniu. — A wogóle, nie chcę nic przeciwko tobie powiedzieć, bo ty jesteś jedynym człowiekiem, który poszedł za mną i pomógł mi zostać tem, czem jestem. Jesteś pierwszej klasy głównodowodzącym i naród cię zna. Ale — to wielkie państwo — i czasami, Peachey, nie możesz mi tak pomóc, jakbym tego potrzebował.
— To idź do swoich przeklętych kapłanów! — krzyknąłem i żałowałem, żem się tak odezwał, ale przykrym mi był ten sposób mówienia z góry Daniela, kiedy właściwie ja wyćwiczyłem armję i robiłem wszystko, co mi kazał.
— Nie kłóć się ze mną, Peachey — rzekł Dan bez gniewu. — Przecie ty także jesteś królem i połowa królestwa należy do ciebie. Czy nie widzisz, Peachey, że potrzebujemy już dzielniejszych ludzi od siebie — trzech lub czterech, żeby byli niby naszymi namiestnikami. To jest strasznie wielkie państwo i ja już nie zawsze jestem pewien, czy postępuję właściwie i nie