Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/30

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


powiednią ilością amunicji — wszystko ukryte pod grzechotkami i staremi lalkami.
— Niech Bóg ma was w swej opiece, jeśli was z tem złapią! — rzekłem. — Wśród Pathanów karabin systemu Martini sprzedaje się na wagę srebra.
— Wsadziliśmy w ten interes 1500 rupij — każdą rupję, jaką mogliśmy wyżebrać, wyprosić lub ukraść — wszystko włożyliśmy w te dwa wielbłądy — mówił Dravot. — Nie złapią nas. Przez Chajber pójdziemy z regularną karawaną. Któżby śmiał tknąć biednego obłąkanego kapłana?
— Macie wszystko, czego potrzebujecie? — spytałem ze zdumieniem, zmieszany tem wszystkiem.
— Jeszcze nie, ale wkrótce już będziemy mieli. Dajcie nam coś na pamiątkę swej uprzejmości, bracie. Oddaliście mi przysługę wczoraj i wtedy w Marwar. Jak to się mówi — połowa mego królestwa należy do was.
Zdjąłem mały kompas z łańcuszka od zegarka i podałem go kapłanowi.
— Good-bye — rzekł Dravot, podając mi ostrożnie rękę. — Ostatni to raz na długi czas ściskam dłoń Anglika. Carnehan, podaj mu rękę! — krzyknął, kiedy drugi wielbłąd nas mijał.
Carnehan schylił się z wielbłąda i podał mi