Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mam czasu, żeby się wszystkiem zajmować, a tu i zima nadciąga i tego...
I to mówiąc aż pół brody wsadził sobie odrazu do gęby; a brodę miał czerwoną, jak ta złota korona.
— Bardzo mi przykro, Dan — powiadam na to. — Zrobiłem, co tylko mogłem. Wyćwiczyłem ci rekrutów i pokazałem ludziom, jak trzeba lepiej chodzić koło owsa. Przywiozłem ci też karabiny z Ghorbandu — ale ja wiem, o co idzie. Ja wiem, że królowie zawsze się nudzą!
— Nie, nie, tu, widzisz, chodzi o co innego — mówi Dravot, chodząc tam i nazad pod drzewami — Zima nadchodzi, a nasz naród nie narobi nam tu zamieszania. Zresztą, choćby i narobił — to cóż poradzimy, skoro się z miejsca ruszyć nie można? Ja potrzebuję żony.
— Na miłość boską, zostaw baby w spokoju! — zawołałem. — Zrobiliśmy wszystko, co trzeba było zrobić, choć ja jestem głupszy od ciebie. Przypomnij sobie kontrakt i daj spokój babom!
— Kontrakt obowiązywał nas tak długo, jak długo nie byliśmy królami, a zostaliśmy już nimi przecież i to przed kilku miesiącami — odpowiedział Dravot, ważąc w dłoni swą koronę. — Ty także musisz się ożenić, Peachey. Wyszukasz sobie ładną, zgrabną, tłuściutką