Kopciuszek (Kraszewski, 1863)/Tom V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kopciuszek
Tom Tom V
Wydawca Maurycy Orgelbrand
Data wydania 1893
Druk K. Kowalewski
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

KOPCIUSZEK.


POWIEŚĆ


przez


J. I. Kraszewskiego.


TOM V.



 



WILNO.
Nakład Maurycego Orgelbranda.


 
1863.



Wolno drukować, pod warunkiem złożenia w Komitecie Cenzury, po wydrukowaniu, prawem przepisanéj liczby egzemplarzy.

Warszawa dnia 10/22 Sierpnia 1862 r.
Starszy Cenzor, Antoni Funkenstein.


___________________________
  w Drukarni K. Kowalewskiego.





Mieszkańcy miast często się uskarżają na pozytywki, które im z nieznośnym uporem ciągle jedną pod oknami odegrywają piosenkę, nie zawsze ładną, a często w dodatku pofałszowaną schrypłemi dudkami starych organków. Jest nawet rzeczą dowiedzioną, że katarynkarze równie rachują na przyjemność, którą czynią, jak na dokuczliwość jaką sprawiają i tyle zyskują od okupujących ich milczenie, co od pragnących nasycić się ich muzyką. W istocie pozytywka pod oknem, choćby najczuléj wyśpiewywała arją z Normy, jest okrutnie zawadną i mają słuszność ci, co się na nią uskarżają; ale z małemi wyjątkami ludzie także są takiemi, słowo w słowo, pozytywkami, jedną przez pół życia powtarzającemi piosenkę.
I są tacy, którzy więcéj nad nią nie umieją, są co ich mają dwie lub trzy na odmianę, ale zakręć tylko takiego człowieka, a z góry wiész już, jaką ci śpiewkę będzie nucił.
Trudno ludzką naturę przemienić, nie ma na to sposobu, lecz gdy się żyje ciągle z jednemi, a przyjdzie słuchać tych żywych pozytywek, codzień powtarzających toż samo, — nie powiem żeby to miało być zabawne.
Jednak rzadki bardzo człowiek, szczególnie gdy podstarzeje i zleniwieje umysłowo, gdy się przestanie podsycać i karmić, żeby pozytywką nie został.
Do poczciwych a zacnych pozytywek takich, należał i pan Jan Wydym, którego w Rynku Starego Miasta i sąsiednich uliczkach, znano pod imieniem „Beznogiego.“
Wydym, nietylko mową ale czynem, został, skutkiem przedłużonego kawalerskiego stanu i przywyknienia do niewolniczego porządku — taką pozytywką, powtarzającą codzień jedno a jedno.
I było mu z tém wszelako bardzo dobrze, bo nie ma na świecie spokojniejszych i szczęśliwszych ludzi, nad takie machinki.
Wiemy już, że posiadał kamieniczkę w Rynku Starego Miasta, wazką, starą, ale gruntownie pobudowaną w owych jeszcze czasach, gdy wszystko silnie i mocno się robiło, kiedy to glinę gnojono lat kilkanaście, cegłę wypalano z niéj jak żelazną, a wapno w dołach przekazywano potomkom testamentami.
Postawiona grubo, zasadnie i silnie, trzymała się tak krzepko staruszka, że gdy w niéj czasem wypadło wybić muru kawałek, to się żelazne kruszyły młoty, a iskry ze skamieniałego wapna sypały. We dwóch czy trzech miejscach porobiły się wprawdzie w murach szczeliny, jak marszczki na staréj twarzy, ale Wydym utrzymywał, że temu głównie winno było utrzymanie kilkoletnie mniéj staranne, pod ten czas gdy on w domu nie był, w wojsku służył i nogę tracił.
Od chwili gdy ją objął Beznogi, kamieniczka pod niedźwiedziem pielęgnowana była jak najukochańsze dziecię. Wydym nie miał nic do roboty, dzielił więc godziny swe na spoczynek, zużytkowany zawsze poczciwie, i pracę około swego kochanego domu.
Tak się bowiem do niego przywiązał, że mu wcale nie szło o zysk, o trwanie dla oszczędności, ale o to, aby ulubione dziecię miało się dobrze.
Abyśmy lepiéj poznali Wydyma, musimy z nim, nie powiem beczkę soli zjeść, boby to było za wiele dla czytelnika powieści, ale przeżyć choćby dzień jeden. Ab uno disce omnes.
Wydym wstawał latem i zimową porą punkt w chwili, gdy zegar w sypialnym pokoju, poważny staruszek, po wielkiem wysileniu, bzyczeniu, krztuszeniu i przyborze okrutnym, widocznie wiele go kosztującym, wydzwaniał godzinę piątą. Jeżeli, uchowaj Boże, zasnął nieco dłużéj, co się nadzwyczaj rzadko zdarzało, był to znak, że się nie miał dobrze, że głowa była ciężką, że zjadł w wilją nad miarę, lub wypił trochę więcéj niż potrzeba. Wówczas porucznik zaczynał, po uczynieniu znaku krzyża świętego, od medytacji głębokiéj — jakaby mogła być przyczyna tego nadwerężenia jego zdrowia. Często bardzo wskazywał ją rachunek sumienia; niekiedy wszakże skutek zostawał dlań tajemnicą.
Tu następowała wielce delikatna operacja, zastąpienia nogi, na któréj zbywało panu Janowi, dorobionym drzewa kawałkiem. Wydym stracił tę podporę w bitwie i doktór Szwagrowicz, żwawy staruszek żyjący dotąd, który mu odejmował resztę niepotrzebną na pobojowisku, nie mógł zapomniéć stoicyzmu, z jakim porucznik natychmiastową zniósł operację. Nie było wówczas eteru i chloroformu, szklanka wina je zastąpiła, a gdy przyszło piłować, Wydym ze strachu, żeby nie krzyknąć przypadkiem lub jak baba nie omdléć, śpiewał marsza przez cały czas amputacji, niekiedy tylko trochę piskliwiéj zawodząc.
Ozdrowiawszy, porucznik musiał pomyśléć o dorobieniu nogi i trafił na doskonałego majstra, który mu ją tak od razu dopasował, że bez kuli o kiju i bardzo żwawo chodził, a nawet podskakiwał i biegał. Późniéj ten dość ciężki i nie bardzo zgrabny klocek, zobaczywszy jenerał S... przyjaciel porucznika, sprowadził mu z Paryża daleko zgrabniejsze do chodzenia narzędzie, lekkie, zręczne i nawet wytworne, ale téj nogi francuzkiéj, jak ją zwał Wydym, rzadko używał, po części uważając ją za pamiątkę drogą od swego wodza, a w rzeczy może iż przywykł do staréj nogi. W zapasie była jeszcze trzecia, téj saméj fabryki co pierwsza, która się zwała nową nogą, ale tą tylko czasu wielkiego błota, gdy potrzeba było wśród dnia odmienić narzędzie, posługiwał się porucznik.
I choć stara noga nieco się schodziła i starła, zawsze ona mu była najmilszą.
Wstawszy i przypasowawszy nogę, porucznik modlił się przechadzając, potém ubierał starannie, a gdy już dobrze rozwidniało, szedł na ogląd swéj kamienicy, mając sobie za najświętszy obowiązek całą zwertować codziennie, nie spuszczając się na stróża, na sługi, na cudze oczy i dozór przyobiecywany. Pańskie oko konia tuczy, mawiał wychodząc na oględziny. Zstępował tedy na dół, zaglądając do każdego kątka, wychodził nawet zewnątrz, żeby obejrzéć facjaty i niedźwiadka, potém wdrapywał się na wschody i tak dochodził aż do strychu, stukając nogą, a notując sobie małe nieporządeczki, dostrzeżone wśród rewizji.
Kiedy niekiedy towarzyszył mu stróż, co zawsze obudzało jakiś niepokój w Wydymie, gdyż przekonał się, że ilekroć tak bardzo nad nim czuwał, zawsze coś miał na sumieniu. Naówczas zaglądał do najmniejszego kątka i badał póty, póki nie dobadał się winy, co w stróżu wywoływało przekleństwa ciche, ale zarazem i podziwienie nad niesłychaną beznogiego przenikliwością.
Wróciwszy z tego przeglądu, porucznik sam gotował sobie kawę na maszynce, wypalał fajkę i niekiedy kładł tak zwany napoleoński pasians kartami związanemi tasiemką, która tak się nauczyła na pewien węzełek codzień zaplątywać, że sama się prawie weń składała. Karty i tasiemka nabrały, przez codzienne obcowanie ze stolikiem koloru tak niepewnego, że gdyby kto o pochodzeniu jego nie wiedział, mógłby je wziąć za bardzo brudne.
Zobaczywszy stan barometru, który wisiał przy oknie pierwszego pokoiku, i termometru przyczepionego do szyby w sypialni, porucznik zdejmował czapeczkę haftowaną, zaczesywał księżycowate bokobrody, mastykował wąsy, przeglądał się w zwierciadełku, kładł surdut i wychodził.
Dokąd? zdawało mu się że to było tajemnicą, ale stukanie drewnianéj nogi na wschodach, powtarzające się przez długie lata w jednéj porze, nie mogło ujść ucha ludzkiego.
Wydym wchodził na trzecie piętro swojego domu.
Przykro mi bardzo wydawać porucznika z sekretu, ale utaić tego nie mogę. Mieszkała tu od lat dobrze dziesięciu bardzo ładna panna.... Czytelnik łatwo porachuje, że mieszkając tu przez lat więcéj niż dziesięć, ta panna, gdyby nawet w chwili zajęcia lokalu liczyła tylko lat około dwudziestu, jużby teraz miała więcéj niż trzy krzyżyki spełnione. O rachunek ten sprzeczać się nie widzę potrzeby, powtórzę tylko uparcie, że to była nawet bardzo ładna panna.
Znano ją w domu pod imieniem Mniszki, gdyż chodziła zawsze czarno, była bardzo pobożną i prowadziła życie tak zamknięte i ciche, jak w klasztorze.
Pannie imie było Salomea — zresztą kto, zkąd była, nikt tak dalece nie wiedział i po latach z górą dziesięciu, nikt się o to zbyt natarczywie dowiadywać nie myślał.
P. Salomea zajmowała tu dwa pokoiki, powiedzmy lepiéj szczerą prawdę, jeden przeforsztowany, i pracowała po całych dniach, bo to musiało stanowić całe jéj utrzymanie.
Brała ona robotę do domu, a że była niezmiernie sumienną w jéj wykonywaniu, nigdy jéj na tém nie zbywało.
Prócz p. Wydyma z tytułu gospodarza, nikt prawie u niéj nie bywał. Ale porucznik za to dnia jednego nie opuścił, żeby zaczesany i wyświeżony, nie zajrzał na chwilkę do panny Salomei.
Jest rzeczą nie ulegającą wątpliwości, że się w niéj na zabój od lat dziesięciu kochał — ale myśląc i przemyśliwając, gotując się niemal codzień jéj to wyznać, zawsze się dla swojego kalectwa od stanowczego kroku wstrzymywał. Gdy był u siebie, Wydym nader śmiało oświadczenie układał i postanawiał je wyrzec, dowodząc sobie, że mu korona z głowy nie spadnie chociażby odmówiła, — ale siadłszy naprzeciw niéj, zupełnie tracił odwagę i odkładał na jutro.... Dziesięć już lat codzień powtarzało się toż samo.
Pokoik p. Salomei był dla swéj czystości tylko i świeżości miły — szczupluchny, ciasny, ubogi — ona zawsze przy stoliczku i robocie, czasem pęczek kwiatów przed nią.
Poznali się zapewne ze stosunków gospodarza z lokatorem, ale stosunek przyjaźny stał się trwałym i codziennym. — Porucznik wzdychał gdy się do drzwi zbliżał, a często mocniejsze jeszcze westchnienie wydawał odchodząc.
Gdy z niego sobie ktoś bliższy żartował, co się czasem zdarzało, bo ludzie pletli różnie o czułéj przyjaźni, odpowiadał prawie gniewnie:
— Tak! tak! bredźcie! bredźcie. Co to jest? zapewne! oszaleli! którażby kobieta wzięła beznogiego kawalera! gdzież to kto słyszał? I jabym był téż głupi, gdyby mi się co takiego przyśniło na stare lata! Ale téż!
Panu Bogu tylko wiadomo, jak się tymczasem porucznik męczył ciągle zbierając oświadczyć, — niekiedy już miał stanowcze słówko na ustach, ale się zawsze za język ukąsił i skończył rumieńcem dziewiczym. Panna uśmiechała się, poglądała nań, zdawała czegoś oczekiwać, z wyrazem przyjaźni wlepiała weń czarne oczy, potém z westchnieniem spuszczała znów głowę nad robotą, któréj odwiedziny nigdy na chwilę nie przerywały. Porucznik odważał się czasem trzymać jéj motek lub zwijać nici.
Parę lat temu Wydym niebezpiecznie zachorował, nie było go komu doglądać, panna Salomea dowiedziawszy się zeszła zaraz i trzy dni i trzy nocy siedziała przy biednym, póki nie minęła gorączka.... Ujrzawszy ją zbladłą i zmęczoną przy sobie, porucznik się rozpłakał, ucałował jéj ręce, o mało nie wyrzekł, aby pozostała przy nim na zawsze... ale w téj chwili spojrzał na drewniane nogi uporządkowane w kąciku i odwagę stracił. P. Salomea powróciła na górę, ale przyjaźń ich zmieniła się w poufalszą i serdeczną. Musiał Wydym przyjmować od niéj opłatę za mieszkanie, bo jéj odmową nie chciał upokarzać, starał się jednak, aby ten grosz zawsze jéj w małych zwrócić podarkach.
Odwiedziny trwały czasem całą godzinę, poczem Wydym całował ją w rękę ze drżeniem, wzdychał i powoli ku drzwiom patrząc odchodził, a oczy ich spotykały się, i panna Salomea uśmiechała do niego z uczuciem siostry, a gdy wyszedł, wzdychała po cichu i niekiedy łza zakręciła się jéj w oku.
Taki poczciwy braterski stosunek trwał już od więcéj lat dziesięciu. Od choroby swéj, Wydym coraz mocniéj postanawiał szczęścia próbować i oświadczyć się, ale gdy pomyślał, że odmówiwszy mu gotowa panna Salomea wynieść się z jego domu... brakło odwagi.
Wspomniałem przypadkiem o czarnych oczach p. Salomei, i to mi przywodzi na pamięć niespełniony obowiązek odwzorowania Mniszki... Był to przywiędły nieco, ale ładny jeszcze kwiatek i długa, pociągła twarz rysów szlachetnych, prześliczne włosy krucze, postawa królowéj, wdzięk smutny jakiś i skromny. Zrazu bardzo się za nią uganiano, ale przekonawszy się, że na nikogo spojrzéć nawet nie chciała, opuściła ją młodzież i stare przyjaciołki, które się troskliwie losem jéj zaopiekować chciały.
Po tych odwiedzinach, które go na cały dzień nakarmiały, schodził Wydym zamyślony do swojego mieszkania, brał jaką książkę w rękę, którą od lat piętnastu czytał i powoli kart kilka przestudjował, potém znowu kładł kabałę zamyślając na pannę Salomeę, palił fajkę, ubierał się raz jeszcze stosownie do pory i wychodził na miasto. Droga jego przechadzki tak była jednostajną, jak życie całe. Mijał powoli kościół Śgo Jana, wyruszał mimo Zygmunta przez Senatorską, przyszedłszy przed Ratusz sprawdzał chód swego zegarka, notował ile jego termometr różnił się od miejskiego, nareszcie za Reformatami pod Bankiem aż zarzucał kotwicę.
Tu go czekał obiad gospodarski u wdowy po dalekim krewnym, która go od lat wielu stołowała. Pani Marchwińska, niegdyś żona urzędnika, obarczona sześciorgiem dzieci całujących najregularniéj porucznika w rękę, gdy przychodził i oddalał się, karmiła go za tanie pieniądze i wcale nie źle, w niejakiéj nadziei może, że kiedyś coś po bezdzietnym kuzynie otrzyma w spadku.
Trapiło ją tylko, że przypadkiem dowiedziała się o pannie Salomei i z razu poczęła była po obiedzie, ogólnikami narzekać na zepsucie kobiet, na ich chciwość i chytrość, ale widząc, że Wydym nic nie odpowiadaj i spieszniéj odchodzi, przestała nawracania. Nie wiem ile rachuba na sukcessją była usprawiedliwioną, ale porucznik dość lubił dziatwę, brał młodsze na kolana, bawił tu czasem do czwartéj; a potém już inną drogą przez Tłumackie, Długą, Freta wędrował nazad na Stare Miasto. Obejrzawszy co się działo w domu, gdyż godzina po obiedzie niebezpieczną bywa z powodu kucharek dla podwórza, porobiwszy sobie w księdze potrzebne notatki, porucznik wieczorem znowu wybierał się na herbatę do kawiarni na rogu Podwala i tu zabawiwszy chwilkę, ostatecznie do domu powracał.
Trafiało się w porze owoców lub kwiatów, że kupiwszy cóś, przez stróża posłał p. Salomei, sam znajdując nieprzyzwoitém nachodzić ją spóźnioną porą.
A że bał się by i owe dary podejrzanemi nie były, zawsze oddając je stróżowi, dodawał z miną lekceważącą, głosem obojętnym.
— Zanieś to tam, pannie — wiesz.
Stróż odpowiadał — No! no! — i na tém się kończyło. Powróciwszy do domu porucznik rozbierał się, odejmował nogę, siadał na łóżku, palił fajkę iterum iterumque kładł pasians, pisywał sobie niektóre obserwacje, a gdy zegar wybijał bzycząc dziesiątą, gasił świecę z ogromném westchnieniem ku trzeciemu piętru.
To życie tak się zmieniło, że drobne w niém nawet nieregularności, niezmiernie się rzadko zdarzały. Zdaje się, że ono najlepiéj daje poznać Wydyma, któremu naturalnie osadzenie samowolne w niewoli kapitana Pluty, tak dziwnie i szybko dokonane, że się nad jego następstwami zastanowić czasu nie miał, zupełnie pomięszało szyki i zmusiło do nadzwyczajnéj pilności, do wycieczek ku lochowi, do niespokojnych snów i zapytań nieustannych: Jak się to skończy! a nuż zdechnie?
Biedny porucznik był w niesłychanym kłopocie i gryzł się niezmiernie, tak że panna Salomea spytała go nawet raz, czy się nie czuł chorym, bo czegoś bardzo mizernie wyglądał.
Mocno go to obeszło, zwłaszcza, że jakoś chodziło mu o to zawsze by w oczach przyjaciołki jak najpiękniejszym się wydawał. Dnia tego, gdy mu to powiedziała, kilka razy nawet przejrzał się w zwierciadle, a po cichu serdecznie klął tego utrapionego Zeżgę.
Tymczasem w lochu cicho było jak w grobie.
Pluta z razu znękany i podpiły usnął, obudził się jednak z gorączką, nie rychło rozmiarkował gdzie był i przypomniał jak się tu dostał, by znowu rzucać, przeklinać i rozpaczać.
Żart trwał za długo.
Drugiego dnia potrzeba było zapaliwszy świecę uciec się do suchego chleba i resztki rozlanéj wody, któréj cóś na dnie dzbanka pozostało. Przekąska ta wcale mu nie smakowała, ale żołądek się jéj natarczywie domagał. Pluta klął przez ścięte zęby, ale przestrach pierwszy raz w życiu ogarniał go nieopisany — przypuszczał z przerażeniem, że głodem umorzonym być może.
Krzyczał, pienił się, tarzał, usypiał, budził się by bić we drzwi, których poruszyć nie mógł, powracał na swój barłóg tracąc resztkę ducha i drżąc przed obawą śmierci. Nie stworzony był na męczennika wcale, i w téj chwili byłby największą podłość popełnił, najstraszniejszy na siebie cyrograf podpisał, byle go kto chciał uwolnić.
Trzeciego dnia przez otwór we drzwiach spuszczono mu chléb świeży i wodę na któréj zbywać zaczynało; — na szmer otwierającego się okienka, porwał się biedz ku niemu Pluta, chcąc użyć całych sił wymowy, aby rozbroić klucznika, ale nim dopadł po ciemku drzwi, otwór się zasunął, a głos przeklęstw pełen, w grobowéj tylko rozległ się ciszy.
— A! to tak! to tak! — krzyknął kapitan łamiąc ręce — chcą widocznie trzymać mnie tu zbrodniarze na chlebie i wodzie dopóki nie zdechnę! a no! zobaczymy! zobaczymy! ale jeśli się wyrwę.... biada wam! biada! biada!
Gniew i wściekłość rozbudziły w nim trochę, przykrością położenia wcale niezwyczajnego, odrętwiałe władze umysłowe, począł sobie znowu przypominać wszystkie niegdyś słyszane historje o sławnych więźniach różnych, począwszy od barona Trenka, o środkach misternych na jakie się zdobywali dla oswobodzenia, o nadludzkich wysiłkach do których wielkie cierpienia i niebezpieczeństwo człowieka zniewolić mogą.... aż jakaś dziwna nadzieja i ufność we własne siły, wstąpiły do jego serca. Jął się więc powoli w kilka dni rozpatrywać po swoim lochu, a że mu nikt w téj pracy nie przeszkadzał, czasu miał bardzo dosyć, aby zbadać położenie i ocenić wszystkie możliwe dobycia z niego sposoby.
W samo południe, troszeczkę światła które bardzo wysoko umieszczone okienko przepuszczało, gdy oczy się z grubym oswoiły mrokiem — dozwoliło rozpoznać budowę lochu, nagie jego ściany i trudności wydostania się przez jedyny otwór u góry. Kapitan jednak raz wziąwszy się do roboty nie poprzestał na powierzchownym oglądzie, postanowił dostać się do okna i bliżéj z niém zapoznać. Jakkolwiek wielki zawsze czuł wstręt do ręcznéj pracy, w położeniu jego stawała się ona nieuchronną, a choć mu z wielką przychodziła trudnością, musiał się do niéj brać nie żartem, klnąc przyjaciela, bo nie miał się kim wyręczyć. Za dobrych czasów, Pluta nie lubiał wstawać z kanapy, żeby sobie fajkę nałożyć i posługiwał się w tém nawet Kirkuciem, choć wiedział, że przyjaciel zawsze garścią tytuniu do kieszeni ściągniętą się wynagradzał — teraz sam pan sam sługa, choć potniał a sił mu brakło, bo o chlebie i wodzie pieszczochowi wcale nie było zdrowo, choć nic wzmacniającego nie miał dla pokrzepienia — co mu nadzwyczajną sprawiało przykrość i przyprawiało prawie o chorobę — musiał i głową robić dobrze, aby cóś wymyśléć i rękami pracować. Ulgę mu przynosiło tylko, że wymyślał po cichu, odgrażał się i przyrzekał pomścić uroczyście.
Cała jego uwaga i usiłowania zwróciły się do okienka w sklepieniu. O ile mógł miarkować, było ono dosyć szerokie, by się człowiek przez nie z biedą przecisnął, ale zakratowane grubemi żelaznemi prętami. Kapitanowi na myśl przyszło, że miał przy sobie zegarek, w zegarku sprężynę, i że gdzieś czytał, jakoby z podobnego materjału robiły się piłki do przecinania żelaza.
Ale szło naprzód o to, jak się tam dostać do tych górnych stref, ażeby lepiéj wystudjować sam otwór i żelazne kraty. Pluta znalazł podostatkiem desek wścianach, które niegdyś były półkami, rozmaite szczątki drewna i umyślił zbudować drabinę. Człowiekowi tak niewprawnemu jak on, nie mogło to pójść łatwo, ale czego bieda nie nauczy? Mordował się długo i kilkakroć porzucał robotę, wreszcie przekonawszy się, że drzewo wymaga żelaza, że drabina tak długo lada jako skleić się nie da, wpadł na ideę związania jéj z podartéj kołdry i prześcieradła. Jakkolwiek pościel choć licha, gnuśności jego dogadzała, zrzekł się wygody i począł sznury kręcić z gałganów, wiązać, lepić, aż rodzaj lichéj drabinki, nie bez wielkich trudności, utworzył sobie nareszcie. Kilka grubych ćwieków znalezionych w deskach i zagiętych, dostarczyło haków na których drabina zawisnąć miała. Rachował na to, że ją zarzucić potrafi.
Poczęły się tedy ćwiczenia gimnastyczne, które dosyćby były śmieszne dla widzów, gdyby ich mógł miéć kapitan. Ciskał przez całe dnie ową drabinkę, a spadało mu to na nos, to na ramiona nie dając się przytwierdzić w żaden sposób. Ale zręczności nabywa się wprawą i po kilku dniach drabinka została umocowaną tak, że Pluta oparłszy się na ostatnim jej szczeblu, poprobował mocy i przekonał się, że go utrzyma. Naówczas rachując na to, że nim się wydostanie, będzie mógł choć kartkę oknem wyrzucić, napisał ów bilecik do Kirkucia, schował go do kieszeni i począł drapać się do góry.
Z niemałą przyszło trudnością i ową kartkę nakreślić, bo nie posądzając Pluty, aby miał w lochu literaturą się zajmować, nie przygotowano mu nic, coby do pisania służyć mogło. Trochę spalonéj słomy z łojem zastąpiły inkaust, a piórko od zębów znalezione w kieszonce od kamizelki, wzięte gdzieś w traktjerni, jako tako pomogło do koszlawego skreślenia liter.
Ale ba! drabinka kołysała się tak mocno, że kapitan wszedłszy na parę szczeblów w górę i począwszy się z nią obracać w powietrzu, zrazu cofnął się przed zadaniem. Dzień cały przeleżał na słomie, myśląc jakby sobie śmierć zadać, tak mu już jakoś życie obrzydło, ale obraz zgonu nową wlał otuchę — jakoś nie chciało mu się w żaden sposób umierać. Za drugim razem wszedł na cztery szczeble i potańcowawszy w górze, daleko jeszcze od sklepienia i okna, znowu się spuścił czując zawrót głowy — za trzecim spadł chcąc znowu zbyt żywo i pospiesznie dzieła dokonać, a za czwartym razem zerwała się drabinka w połowie, co kilka dni zwłoki spowodowało, bo Pluta potłukł się, leżéć musiał i czuł się ostatecznie zrażonym. Ale wyczekawszy nieco, rozpoczął znowu wiązanie téj drabiny w nadziei, czepianie jéj i pochód ku sklepieniom. Przytwierdziwszy końce do ziemi, nogami i rękami czepiając się, dobił się jakoś tego, że sobie mocno stłukł głowę o cegły i pochwycił nareszcie za żelazne pręty okienka.
Ale — doszedłszy kresu życzeń, przekonał się o tém, iż nauka perspektywy każdemu jest potrzebną, lufcik bowiem maleńki w przysklepieniu osadzony, nie mógł wielkiego Pluty w żaden żywy sposób przepuścić, a krata była tak okrutnie gruba i mocna, że jéj rozpiłować ani wykruszyć nie widział sposobu. Za pomocą jednak patyka z zewnątrz wbitego między pręty, potrafił kartkę z kieszeni wyrzucić tędy w rynsztok niedaleko przechodzący tylne podwórko.
Zlazł nieszczęśliwy Pluta zrozpaczony nadaremną kołdry stratą, klnąc znowu i wyleżał dwa dni na barłogu nie ruszając się z niego, tylko do dzbanka i chleba.
Pierwszego dnia resztka niedopalonego cygara i parę papierosów pozostałych w cygarnicy, nieco go rozweselały, ale wkrótce nieopatrznie zużyty zapas wyczerpał się. Nałóg cóś palić kazał, dopalał więc resztki, reszteczki, odrobinki, a naostatek słomę z pod siebie dla rozrywki zaczął kopcić, od czego się krztusił — ale zawsze to był dym jakiś.
W wolnych od snu godzinach, kapitan rozwodził lamenta nad niesprawiedliwością losu, nad okrutném położeniem swojém, złością ludzką i nieczułością Opatrzności. Zwykłe jego szyderstwo rzadko się już mięszało do tych diatryb przeciwko rodzajowi ludzkiemu, bo kapitan w owém nieszczęściu postradał nawet niewyczerpany dawniéj swój dowcip i wesołość.
— Nie ma bo nic głupszego nad człowieka, — mówił do siebie jednego wieczora, zestarzeje się nie nabrawszy doświadczenia i da się potém złapać na lada co, jak dziecko. Nie wierzyć ludziom nigdy, nie wierzyć, powiadałem ci to Pluto, ale dobroć serca twego zawsze cię narażała na nieprzyjemności, a zbrodni, które knowa zdrajca i szatanby się nie domyślił. Bez winy, bez sądu, do takiego zamknąć mnie więzienia, na chléb i wodę zatęchłą, bez cygara, nawet bez prostéj wódki kieliszka; a niechże ich jasne pioruny zapalą!
Właśnie gdy się tym monologiem rozrywał kapitan, zdało mu się, że obok łoża swego jakiś szmer usłyszał. Nie pierwszy to raz uszów jego dochodziły szelesty niezrozumiałe dlań, głuche, jakby z zamuru przenikające. Ale włosy mu się jeżyły na głowie, gdy je usłyszał, bo wyobrażał sobie, że oprócz szczurów i myszy, z któremi widywał się codziennie, mogły gdzieś sąsiadować z nim stworzenia bajeczne, jakie napełniać zwykły lochy przez poetów opisywane, węże, żmije i ropuchy. Pluta zaś miał wrodzony wstręt do wszelkich gadów.
Zerwał się na równe nogi, lecz gdy stanąwszy przy ścianie, wyraźnie dosłyszał jakby za cienkim murem coś się przelewało... jakby płyn jaki spadał z góry kaskadą, wpadł na myśl, że blisko musiał być rynsztok, że deszcz może strumieniem leciał weń z ulicy. Od rynsztoka tego wspomnienia jego pobiegły w miasto i ciężkie westchnienie dobyło się z piersi uciśnionéj, na myśl o dawném tak swobodném niegdyś życiu. Jednakże to lanie i przelewanie, nie ustawało, przerwane odnawiało się, i tak dalece obudziło baczność kapitana, że podszedł ciekawie ucho do ściany przyłożyć.
Mur był dosyć cienki w framudze i przycisnąwszy się do niego, Pluta mógł rozeznać lepiéj, że owemu laniu towarzyszyło sztukanie, zabijanie, suwanie, jakaś widocznie ludzka robota.
Serce okrutnie mu bić zaczęło.
— Gorzéj już nie będzie, — rzekł w sobie, obok mnie są ludzie, wszyscy w zmowie być nie mogą, trzeba się do nich dostać, przez mur słychać, nie powinien być zbyt gruby, wydrapię go lub podkopię się — o! muszę się ratować.
Błysnął tedy promyk nadziei i kapitan chwycił się gorliwie do nowéj roboty. Żelaznych kilka antabek i gwoździ dostarczyły mu narzędzi, wygodnie o ile mógł przysiadł się do muru i rozpoczął kruszenie cegieł, które wcale nie szło łatwo.
Potniał Pluta, wzdychał, stękał, klął, ale musiał robić około swojego wyzwolenia, bo nikt o nim widać nie myślał. Co parę dni otwierało się okienko, spuszczał dzbanuszek i bułka, nie mniéj nie więcéj, za każdą razą podbiegał Pluta i z niczém powracał, musiał więc z tego przykrego położenia się ratować.
Wydrapywanie muru nie jest rzeczą zbyt przyjemną, ma tę między innemi niedogodność, że ręce męczy, usta i nos zasypuje nieustannie pyłem, a człowieka niecierpliwi, ale wiele ten czyni kto musi. Pluta począwszy niezgrabnie, znacznie się późniéj wprawił i doszedł do tego, że cegłę dokoła obrabiał a potém ją całą prawie wyjmował.
W parę dni otwór szedł już tak głęboko, że odgłosy z piwnicy sąsiedniéj coraz dolatywały go wyraźniéj.
Gdy zacny kapitan tak usilnie pracuje, my zajrzemy co się dzieje z drugiéj strony muru, bo i tam mogą być rzeczy ciekawe.
Na dole w kamienicy p. Wydyma, znajdował się od niepamiętnych czasów sklep winny i korzenny, niegdyś p. Deodata Brenner’a, był on tu jeszcze od pradziada jego i utrzymywał się z pokolenia w pokolenie na jedném miejscu. Ale, że rodziny kupieckie takim losu zmianom ulegają jak książęce i hrabiowskie, zszedł w ostatku ów uczciwy handel na bardzo słabe i nieudolne ręce. Owdowiała bezdzietna pani Deodatowa Brennerowa, miała lat pod czterdzieści gdy mąż zmarł; wkrótce potém główny subjekt, a daleki ich krewny, z tyfusu życie zakończył i została w bardzo przykrém położeniu. Okazało się, że ani zapasów, ani pieniędzy, ani sposobu prowadzenia dalszego handlu nie było. W dodatku Brennerowa tylko płakać i lamentować umiała; chodziła nieboraczka po pokoju, zalewała się łzami, ale nie wiedziała co począć. Handel jeszcze szedł, ale już już miało wszystkiego zabraknąć, gdy jakieś zrządzenie Opatrzności zesłało jéj niespodzianie jenjalnego człowieka, który ją dźwignął z téj niedoli.
Mocno byśmy zgrzeszyli, gdybyśmy malując te obrazki, lekko pominąć mieli człowieka, o którym mowa. Genjusze rodzą się wszędzie, choćbyśmy je w handlu winnym znaleźli i tam je poszanować potrzeba. Achilles Czwartacki, tak się bowiem zwał, niezaprzeczenie do liczby ich należał, ludzie mu nie wierzyli, ale on przynajmniéj najmocniéj był o tém przekonany. Nie poznany i nie uznany, nie tracił wiary w siebie, co, jak wiadomo, jest cechą jenjuszu, a choć okoliczności zmusiły go na małéj przestrzeni i w ciasném kole działalności dawać dowody, nie tracił wszakże nadziei, iż się szerszego pola dobije w przyszłości.
Achilles Czwartacki nie mawiał nigdy o swém pochodzeniu, ale ci co go dawniéj znali, zawsze w nim nadzwyczajności upatrywali znamiona. Sama fizjognomja była wielce znaczącą, odbijał wśród niéj nos strasznie zadarty, oczy na wierzchu siedzące, czoło kwadratowe, a nad niém włosy ogromnie obfite i rozbujałe, swobodnie puszczone w kształcie lwiéj grzywy, którą lubił potrząsać, spadały kaskadą czarną na szerokie ramiona.
Achilles czuł w sobie jenjusz zawczasu, który mu spocząć nie dawał, nie mógł tylko trafić na właściwe jego przeznaczenie, na swe, jak powiadał, szczególne posłannictwo. Cokolwiek widział naśladował zaraz, zapalał się do każdéj rzeczy, dochodził w niéj do pewnéj wprawy, ale po za ten kres trudno mu było pójść daléj — zapewne dla tego, że się do nazbyt wielu rzeczy razem porywał. Trochę rysował choć się nigdy nie uczył, trochę grał na skrzypcach z ucha i słyszenia, pisywał wiersze w ciężkiéj potrzebie, nie gorsze od innych chodzących po świecie, deklamował wcale nie źle dosyć głupie rzeczy, ale ostatecznie passją jego stała się chemja, którą rozpoczął podobno od zrobienia różowego atramentu. Jakiś czas sam myślał, że zostanie farmaceutą, wstąpił był na naukę, trochę liznął kwasów i soli, i rozmiłował się w ich kombinacjach; ale że zarazem uczył się astronomji, muzyki na flecie i przeraźliwie się zakochał — farmacją wkrótce porzucić musiał.
Została mu po niéj, niczém nie usprawiedliwiona, do mixtur i robót chemicznych namiętność. Nie wiemy dokładnie, jakich w życiu przygód doznawał, to pewna, że znikł z oczów przyjaciół i znajomych, nie zostawując wieści po sobie, a niektórzy go nawet opłakali, — gdy zjawił im się w nowéj odświeżonéj edycji, wspanialszy, pewniejszy siebie niż kiedykolwiek, ale golszy jeszcze niż ongi bywało.
Pierwsi co go spotkali, musieli wygłodzonego przez dni kilka przekarmiać, gdyż, jak mówił, przybył do kraju z zagranicy, gnany mnóstwem przygód fantastycznych, ale ze skarbami doświadczenia i nauki, któremi mógł zarobić miljony.
Mówił o swéj umiejętności nabytéj gdzieś tajemniczo, o zyskach z niéj przyszłych z uśmiechem pełnym tak osłupiającéj pewności i wiary w siebie, że ci co go słuchali, nie mogli ją podać w wątpliwość.
— To wszystko głupstwo, — szeptał przyjaciołom, — goły dziś jestem, ale powiadam wam, dajcie mi tylko pole — pokażę co umiem — świat się zdumieje.
Nie wygadał się jednak wcale o co szło i jako talentu miał użyć, chodził długo, tam i owdzie grosza zarwał, nareszcie jednemu z przyjaciół zwierzył się pod wielkim sekretem, że posiadał tajemnicę tworzenia win, przerabiania ich, metamorfozowania jak w kanie galilejskiéj.
— Dajcie mi lurę, wodę, trochę spirytusu i to co ja wiem, a zrobię co zechcę.... Gdybym znalazł wspólnika, — dodawał po cichu klaszcząc językiem, mówię wam że zrobilibyśmy miljony — ja w tém.
Ale po długich poszukiwaniach, gdy się z jednym, drugim kupcem rozmówił, przekonał się, że w Warszawie, dla jéj barbarzyńskich przesądów, nic począć nie było można.
— To ludzie starego etatu! — wołał pogardliwie, — oni nie rozumieją rzeczy — nie ma co mówić z niemi.
Ktoś, nie wiem, przypadek czy przyjaciel, wskazał mu ową wdowę po Brennerze, okoliczności sprzyjały rozwinieniu talentu Achillesa. Deodatowa była w ostateczności — handel już, już miał upaść.... szukała zbawcy oddając mu wszystko, bo nic nie było do stracenia.
Raz pierwszy przyszedłszy do niéj, wysłuchał jéj lamentów Achilles, rozważył położenie, a drugiego dnia rozpatrzywszy sklep i księgi, zatarłszy czuba, przybrał minę poważną i zasiadając w fotelu nieboszczyka, w te słowa biedną wdowę zainterpelował:
— No! biorę handel na moją odpowiedzialność, na głowę moją i rozum, to dosyć, ale idziemy z panią do połowy zysków.
Posłuchaj pani.
— Więc pan wkładasz kapitał?
— Największy jaki jest na świecie — mój jenjusz, — odparł Czwartacki.
Pani Brennerowa zamilkła, trudno jéj się było przyznać, że nie zrozumiała.
— Znasz pan moje położenie? — spytała po cichu.
— Doskonale, jest firma, to grunt.... w sklepie się tam cóś jeszcze kręci zapasów.
— Ale potrzeba kapitału..... — dodała wdowa.
Achilles prawie pogardliwie się uśmiechnął.
— Potrzeba głowy, — zawołał bijąc się ręką w czoło zwycięzko, — ot — i basta.
— A za cóż kupimy czego nam braknie?
— No! są zapewne rzeczy, — rzekł z cicha Czwartacki, — bez których kupienia na nieszczęście obejść się nie można, ale dużo a dużo rzeczy się zrobi.
— Jakto? — spytała pani Deodatowa zdumiona.
— A no! ja pani powiadam. Co się tyczy rzeczy płynnych, jako to win, araków i porterów, to są przesądy.
Poczciwa kupcowa zrozumiéć go nie mogła jeszcze.
— Otóż w tém głowa moja pani, — rzekł Achilles, — żeby to co drudzy drogo kupują, samym sprodukować sobie w domu tak, aby głupia, z pozwoleniem, publiczność, nie poznała się na tém.
— Jakto? sfabrykować? sfabrykować! — zakrzyczała porywając się Brennerowa.
— Wyraz barbarzyński, — a od czegoż chemja? mościa dobrodziejko, a od czego rozum? to co natura robi niedołężnie, człowiek może daleko prędzéj i lepiéj utworzyć. W tém cała sztuka!! w tém tajemnica! Wina, moja mościa dobrodziéjko, to, jakem pani powiedział, stary przesąd. Wina my żadnego, prócz prostego, białego francuzkiego kupować nie będziemy, a będziemy je mieli wszystkie, aż do Alikantu.... ot co!!
A spostrzegłszy przestrach na twarzy biednéj kobiety, chemik rozśmiał się na całe gardło.
— O przesądy! przesądy! — zawołał, — kiedyż gruntowne rzeczy pojęcie i cywilizacja wykorzenić je potrafią — posłuchaj mnie pani, w każdém winie są jedne pierwiastki, a kiedy ja je z kieszeni dobędę i złożę, kiedy dam słodycz, kwasek, dam zapaszek, dam moc przyzwoitą — czy nie wszystko jedno a nie lepiéj nawet, że ja to własnoręcznie utworzę, niżbym miał czekać aż je tam krzemyki i słońce w niemieckim kraju sfabrykują, a niemcy nam je drogo zapłacić każą. Ręczę pani, że usta sobie oblizywać będą — spuść się pani na mnie. Ściśle biorąc, nie potrzebowałbym może i wina do tego, byle była tęgiego spirytusu baryłka i woda jakiéj zażądam, no! ale dla ludzi coś zrobić potrzeba, z początku należy brać za podstawę wino, dla oka.... żeby głupcy nie wypaplali.
Teorje transcedentalne nowego subjekta, zdawały się wprawdzie wielce ryzykownemi pani Deodatowéj, upłakała się więc, ale tonący brzytwy się chwyta, przyjęła warunki jenjalnego człowieka, który z wielką serją wziął się do roboty.
I stało się, że choć win żadnych nie kupowano, sklep w istocie obfitował w najwykwintniejsze ich gatunki. Achilles zamykał się na dole w piwnicy, która była jego pracownią tajemniczą, obstawiał w kieszeniach przyniesionemi flaszkami, proszkami, różnemi ingredjencjami, nieznanemi z nazwiska nawet prostym śmiertelnikom — i z pomocą ich tworzył cuda. Znajdowano nawet, że wina z piwnicy Brennerów miały bukiet i smak daleko wybitniejszy, niż wszelkie inne.
W czém także celował Czwartacki, to w nadaniu im powierzchowności pięknéj, lub jak sam się wyrażał, estetycznéj.
Flaszki jego miały oblicza tak rozmaite i charakterystyczne, napisy na nich tak były złocone, srebrzone, malowane cudownie, korki zalepiane takiemi lakami, zatykane tak różnemi kapsułkami, że patrząc na te utwory krajowe, wziąłbyś je za jakieś zamorskie pielgrzymy. Achilles miał w tym względzie osobliwsze teorje — utrzymywał, że oczy ludzkie zaspokoiwszy, o usta i żołądek wiele się troszczyć nie potrzeba.
Sam wprawdzie win swoich nie pijał nigdy, wykręcając się od tego różnemi pozorami, choć gdzieindziéj dosyć chętnie brał się do kieliszka — ale zalecać te płody swojego kunsztu umiał wybornie, a ceny téż na nie naznaczał wcale umiarkowane.
Dosyć, że — o cudo industrji i pracy! handel od razu poszedł nadzwyczajnie, a Achilles nabrał takiéj pewności siebie, jakby kamień filozoficzny wynalazł. Szeptali wprawdzie zawistni i rozsiewali fałszywe pogłoski, jakoby wszystkie wina Brennerów były podrabianą wodą ze spirytusem, farbą, olejkiem i cukrem — ale o parę złotych taniéj je kupujący, wierzyć w tę potwarz nie chcieli. Trafiało się, że wino dłużéj postawszy w zaczętéj flaszce, dziwną woń zgniłych jaj wydawało i okrywało się pleśnią — ale gdy mu to zarzucano, odpowiadał zwycięzko:
— Wino jest na to, żeby odkorkowawszy je wypić na razie — ot co! A w cieple postawiona odkorkowana butelka, choćby w niéj było wino patryarchy Noego — musi skwaśniéć, to koléj rzeczy ludzkich.
Nietylko zresztą gatunki różne szczęśliwie mu się naśladować udawało, ale i lata; miał na to takie niechybne recepty, że nigdy o pół roku nie chybił, i gdy mu stuletniego wina było potrzeba, nie dał pewnie 99 za sto.... Z niezmierną łatwością tworzył wina, które nosiły nazwiska Kościuszkowskich, Sobieskiego, Augustów, Sasów, Poniatowskiego, księcia Józefa i t. p., bo znowu co do nazwisk, był niewyczerpany i niesłychanie płodny.
Trzeba téż było wiedziéć, z jaką powagą z rana wchodził do piwnicy, którą zaraz za sobą na klucz zamykał; z jakiém przejęciem swą sztuką powracał na świat biały, narobiwszy tyle ile mu było potrzeba wszelkiego rodzaju.
W nomenklaturach i ozdobach pomysły miewał istotnie genjalne, niekiedy nadawał winom imiona tak osobliwsze, iż sama ich rzadkość porywała przechodnia. On to stworzył nieznane w Bordeaux Chateau Blaguerry, które zalecał jako daleko wyższy gatunek od Lafittu i przeznaczony do wielkiéj kiedyś chwały; z reńskich on skomponował Schloss Janusberg, zastępujące dla krótkowidzących produkt winnic ks. Meternicha i Pompernickelbrunner, niższy nieco, ale z przedziwną łatwością dający się pić gatunek. W potrzebie nie kosztowało go rodzić fabryki jak tworzył wina, i szampańskie swoje podpisywał: Grand imperial et Rogal — Sapristi Napoleon, à Reims Veuve Pompon et fils.
Któżby się nie dał wziąć na te tytuły i wspaniałego orła Napoleońskiego, złoconego od stóp do głów?
Nic już nie mówię o orakach i likworach, abym zbytnie czytelnika nie upajał, ale zdaje mi się, że już być musi dostatecznie o jenjuszu Achillesa Czwartackiego zbudowany.
Nie dziw, że z takim darem, który mało komu dostał się w udziale, Achilles mierzył niezmiernie wysoko i tylko dla przyspieszenia skutków pracy, któremi los obowiązany był nagrodzić jego zdolności, trzymał bilet na loterji, a tymczasowo, dla przepędzenia czasu, kochał się zlekka w pannie Salomei. Nie było w tém żadnych dalszych matrymonjalnych zamiarów, bo pewien był, że się ożeni z obywatelka ziemską lub miejską, ale mającą najmniéj dwie wsie, lub trzy wielkie dwupiętrowe kamienice.
W sklepie około sprzedaży nie siadywał wcale Achilles, nie zniżał się do tych drobnostek; tu go wyręczał mały, milczący i cichy człowieczek, który z pewną obawą rozdawał mixtury tym co je połykać mieli, i choć nie śmiał protestować słowem, na wymówienie imienia ruszał dziwnie ramionami. Achilles z rana zajmował się chemją stosowaną, a po obiedzie odpoczywał, puszczając się wyświeżony w miasto, na teatr i t. p.
Sumienie p. Deodatowéj zrazu wiele cierpiało na tym handlu, którego dobrze zrozumiéć nie mogła, który mimo dowodzeń, zdawał się jéj rodzajem fałszu i kradzieży, ale ostatecznie skrupuły te zwyciężył Czwartacki wyrzeczeniem:
— Byłem mościa dobrodziejko, we Francji, w Niemczech, we Włoszech. Otóż wino nigdzie nie rodzi się gotowe w zakorkowanych butelkach, wszędzie je robią, przerabiają, podrabiają, słodzą, cukrują, gummują, i potém nam głupim sprzedają. A cóż ja gorszego robię? Dla czego mam płacić za to co sam równie dobrze potrafię?
I ruszył ramionami, a że szło wcale dobrze i kartki złocone a kolorowane, których zrazu pani Deodatowa zrozumieć nie mogła, bo Achilles więcéj płacił w litografjach niż za wina — dobrze się wypłacały, zamilkła.
Nie mało bo téż badań i pracy kosztowały one p. Achillesa, które całe album brzegów Renu przywiezione z Kolonji, na reńskich win swojéj inwencji illustrowanie wyszafował.
Schloss Janusberg miał jedną z najpiękniejszych etykiet, całą otoczoną liśćmi winnéj latorośli i przeglądającemi z między nich głowami aniołków. Huty robiły dlań flaszki takich kształtów, że artystycznie nawet zastanawiały, wszystkie jednak miały wspólną własność — wydawały się ogromne a zawierały bardzo małą ilość płynu. W niektórych owa góra, która wznosi się na dnie każdéj butelki, dochodziła wysokości Chimborazzo i trochę dłuższy korek głęboko wetknięty na jéj wierzchołku spoczywał. To zetknięcie się dwóch antithez uważał Czwartacki za jeden ze swych najpiękniejszych pomysłów, a konsumentów przekonywał, że to są flaszki oryginalne, scientyficznie ulepszone w celu, aby wino przebiegał pewien strumień żywotny elektryczno-magnetyczny, który miał je nadzwyczaj szybko udoskonalać, i gatunek ich, smak, wigor o wiele podnosić.
Jednego poranka Achilles Czwartacki robił jak się zdaje, nowy rodzaj wina reńskiego, w którém pewną rolę szczypiącego kwasu grał skromny witriol i dzielił go z powagą na dozy oszczędne, właśnie będąc zajęty ich wymiarem, gdy.... runęło cóś straszliwie. W piwnicy kawał ściany nagle się wstrząsł, zachwiał i z wielkim trzaskiem obalił na stojące tuż beczułki wina. Odmalować przestrach wielkiego człowieka, który mimo jenjuszu był tchórzem i mimo tchórzostwa jenjuszem — niepodobna. Achilles zadając kłamstwo heroicznemu imieniowi swemu, porwał się krzycząc przerażony, a strach jego doszedł do najwyższego stopnia, gdy za opadnięciem kurzu, ujrzał włażącego wyłomem człowieka odartego, z brodą odrosłą, strasznego, bladego jak widmo, który złożywszy ręce, rzucił się przed nim na kolana.
— Co to jest? — zakrzyknął twórca win, czego chcesz człowiecze.
— Litości! miłosierdzia, milczenia na Boga — milczenia i przedewszystkiém kieliszek wódki!
— Ale cóż to jest! co to jest! — powtórzył drżący Czwartacki.
— Milcz pan i posłuchaj, — odparł kapitan, — który jedném wejrzeniem ocenił człowieka — to jest! to jest! niesłychana zbrodnia spełniona nad najcnotliwszym z ludzi! to jest historja, którą potomnym wiekom opowiadać będą wnuki dziwiąc się zepsuciu natury ludzkiej...: Jestem więźniem od lat dwunastu w tym lochu — a mym ciemięzcą, jest właściciel tego domu.
— Jakto? kto? kto?
Kapitan nazwiska zapomniał był, co mu nieco sprawę popsuło, ale umiał się wykręcić.
— Cierpienie odjęło mi pamięć..... głód i pragnienie....
Tu Pluta zapachem wina i wódki, których tak dawno nie kosztował znęcony, porwał nie prosząc o pozwolenie w drżącą rękę stojącą przed sobą na stoliku flaszkę i już miał ją do ust przyłożyć, gdy Achilles wyrwał mu ją gwałtownie. Był to witriol.
— Człowiecze! śmierć! — zawołał.
Kapitan zbladły flaszkę postawił, a Czwartacki litując się nad jego niedolą, dal mu szklankę świeżo spreparowanego płynu, który zniknął jak kropla w morzu w gardle Pluty, zaschłém od więziennego pragnienia.
— Ale cóż to jest u djabła! — zapytał z kolei odzyskując całą przytomność i siły kapitan, który już czuł, że zostanie wyzwolony i powracał do swego charakteru.
— Jakto? Reńskie! — odparł Achilles.
— Tak! Reńskie jakem ja piętnastoletni młodzieniec... tfu! daj mi WPan prostego spirytusu z wodą, żeby przepłukać gębę po téj miksturze.
Achilles mocno zgorszony, ale przelękły usłuchał, kapitan napił się powtórnie, spojrzał w oczy Czwartackiemu i wzmocniony uczuł się panem położenia.
— Wychodźmy razem, — rzekł, — resztę opowiem WPanu w jego mieszkaniu, WPan mnie przyodziejesz, bo jak widzisz, w tym lochu odzienie ze mnie poopadało. Moich przygód cudowniejszych niż myślisz dowiesz się się w swoim czasie.
— Ale, ależ przecie, — zagadnął Achilles nie wiedząc co począć i czy go ma wypuścić, a nawet wpadając na myśl, że to mógł być złodziéj, — ależ proszę pana, ja przynajmniéj powinienem wiedziéć cóś....
— Słuchajże pan, — zawołał Pluta chwytając i cisnąc go za rękę — ofiara prześladowania niewinna! ojciec dzieciom... niegdyś obywatel ziemski... z powodu sukcessji dla pochwycenia jéj udany za umarłego, wtrącony do ciemnicy, morzony głodem, wystawiony na zasadzki... a! włosy powstają na głowie.... Słyszałeś pan o hrabi Parkoszu?
— Nie!
— Nie! jakto? kraj cały o nim wié. Europa czytała jego historją! a pan nic nie wiesz?
To czego się kapitan spodziewał, nastąpiło. Achilles zawstydził się swéj niewiadomości i wybąknął:
— Coś słyszałem.
— A więc wiedz, wiedz WPan, — z naleganiem dodał Pluta, — ja nim jestem! ja!
Achilles pod wrażeniem pędu słów ogłuszających, pobladł i czegóś mu się straszno zrobiło, zdało mu się nawet doprawdy, że gdzieś, kiedyś słyszał o hrabi Parkoszu.
Korzystał z tego Pluta zwycięzki i doszedłszy już zkąd pochodził spirytus i gdzie znajdowała się woda, nalał sobie jeszcze pół szklanki, chcąc długą wstrzemięźliwość nagrodzić, potem pochwycił pod rękę Achillesa i jak stał, w dosyć zaniedbanym stroju pierwsze potrzeby zaledwie zaspakajającym, pociągnął z sobą ku drzwiom, prawie gwałtem, gospodarza.
Wschody były szczęściem puste i nikt nie spotkał kapitana, który widząc, że już potężne wywarł na Czwartackim wrażenie, postanowił z niego korzystać ze zwykłą sobie przytomnością umysłu, całkiem prawie odzyskanym.
Zaraz więc wszedłszy na górę, sarn zaryglował drzwi wchodowe, a nie tracąc czasu obejrzał się, szukając dla siebie stosownego odzienia.
Achilles stał osłupiały, a kapitan plądrował swobodnie nie mówiąc słowa. Szczęściem jakiemś suknie chemika przygotowane leżały na wierzchu, miara ich przypadała na kapitana, który spróbowawszy pomyślał naprzód o ogoleniu i umyciu.
Czwartacki stał niemy i bezwładny, podbity był śmiałością tego człowieka, który znać miał jakieś prawo, gdy się tak rządził tu jak u siebie. Achilles stracił panowanie nad sobą, czuł się jego podwładnym.
— Gdzie brzytwy i mydło? — spytał Pluta. Właściciel je wskazał, resztę, instynktem poznajdywał kapitan otwierając szafy i szuflady, domyślając się już łatwo schronienia ręcznika i przytułku wody. Potém nie oglądając się wcale na gospodarza, który wciąż stal milczący na warcie u drzwi, siadł, przeciągnął brzytwy i rozpoczął dość ciężką pracę około brody potężnie rozbujałéj.
— Nie masz co zjeść? — spytał skończywszy i obmywszy się.
— Nic, kawałeczek séra zdaje mi się.
I dobył sérek owczy, który w szafie zasychał, przypadkowo kiedyś przyniesiony.
Pluta powąchał, obejrzał, potrząsł głową i ukłonił się.
— Tak, — rzekł, — jest to rodzaj séra ale dla studentów i dla myszy, dajmy mu pokój. A teraz, — dodał, — może byś mi WPan na pierwszy występ do jutra mógł co pożyczyć?
— W jakim rodzaju? — spytał naiwnie chemik.
— W gatunku srebrnym lub papiérkowym, odparł Pluta, — co chcesz, byle szło za pieniądz.
Czwartacki, któremu już od téj całéj historji głowa się zawracała, zabełkotał cóś nie wyraźnie, otworzył szufladkę, a Pluta aż go po ramieniu poklepał, widząc tak poczciwie posłusznym.
— Jesteś zacny, godny chłopiec, — rzekł poważnie, — mam dla WPana wiele — wiele szacunku.... Czuję to, że zważając na mój przed chwilą dziwny sposób zarekomendowania się, miałbyś prawo obawiać się, nie ufać mi.... ale masz serce.

Miéj serce! i patrzaj w serce!

Umiem to ocenić i szanuję WPana.
Domawiając tych słów, kapitan spuścił oczy w szufladkę, w któréj było z pięćset złotych, odliczył skrzętnie czterysta pięćdziesiąt i czterdzieści groszy na dorożkarza, schował to wszystko do kieszeni nie oglądając się na Achillesa, poczém siadł i napisał rewers, podpisując tak nie wyraźnie imię hrabiego Parkosza, że nikt w święcie, nawet najwprawniejszy zecer nie mógłby go przeczytać, nałożył kapelusz na głowę znaleziony na łóżku, wstrząsnął dłonią Czwartackiego i zabrał się do wyjścia.
— Zacny młodzianie, — rzekł patetycznie w progu, — winienem ci wyrwanie mnie z więzów przemocy, — ocalasz ofiarę zemsty niegodnéj, człowieka nie chwaląc się pełnego cnót i chwały, nic ci dziś nie powiem więcéj, przyszłość zapisze resztę w dziejach! Vale et me ama! — dodał całując w oba policzki osłupiałego chemika.
To rzekłszy otworzył drzwi kapitan, ale mu coś przyszło do głowy, gdy już jedną nogą był za progiem.
— Wyznam ci jednak, mój drogi, że reńskie wino robisz szkaradnie!.... Bywaj zdrów.
Takim wystrzałem uciekającego Parta, raniwszy w samo serce biednego Achillesa, który poczynał już nowego surduta żałować, wyszedł kapitan i znalazł się na wschodach.
Tuż, naprzeciw przez otwarte przypadkiem drzwi widać było izdebkę panny Salomei, i ją samą nad stoliczkiem z robotą opartą. Kapitan mimowolnie zwrócił oczy i stanął wryty... jakby widmo jakie zobaczył.
Nie wiem co się z nim stało, ale choć obawa pochwycenia, pogoni, powinna go była z domu tego co najprędzéj wygnać, wstrzymał się z jakiémś mimowolném przerażeniem. Jakby czując ten wzrok padalca wlepiony w siebie, biedna istota podniosła schyloną głowę, spojrzała i krzyknęła.
Jéj także złowrogie jakieś ukazało się widmo.
Na krzyk ten prawie, zjawiła się trzecia postać, któréj chodu choć stukliwego ani kapitan ani ona nie słyszała.
Był to Wydym, który w swojéj godzinie szedł właśnie odwiedzić pannę Salomeę. Głos kobiety przeraził go, zbliżył się kapitan i obejrzawszy się trącony, postrzegł go przy sobie.
Oba osłupieli... ale Pluta prędko przytomność odzyskał.
— Upadam do nóg porucznika! wszak porucznik? — zapytał szydersko. — Gdzież się podziewa przyjaciel mój kochany Zeżga? ha?
Pierwszy raz w życiu porucznik się uląkł, zdawało mu się, że ze wschodów spadnie, że śnił...
— Nie mylisz się WPan.... kapitan Pluta, do usług, — dodał zbieg więzienny szybko, który nie zapomni, że jadł chléb pański i będzie mu się zań starał odwdzięczyć.... Do zobaczenia! do zobaczenia!
Poczém jak dwudziestoletni młodzieniec puściwszy się wschodami na dół, zginął z oczów Wydymowi w bezdennych ciemnościach korytarzy.
Porucznik poczuł, że mu się zrobiło słabo, usiadł na wschodach i obawiał się omdlenia, gdy troskliwa ręka panny Salomei przybiegła z ratunkiem.... głos jéj od wstydu słabości go ocalił.




Czytelnik o ile sobie pochlebiam nie mógł zapomniéć znajomości, które porobił w ciągu naszéj powieści i zapewne zechce sobie przywieść na pamięć rodzinę Narębskich, któréj jedynaczka Elwira, tak nieszczęśliwą powzięła miłość ku dosyć obojętnemu a okrytemu dotąd tajemnicami panu Adolfowi Szwarcowi, ukochanemu synowi propinatora z Zamurza.
Straciliśmy z oczów zajmujący widok dwojga kochanków z nad brzegów Wisły, który choć wcale różny od sławnego romansu z naddniestrzańskich wybrzeżów, niemniéj wszakże psychologicznie ciekawy przedstawiał obrazek.
P. Adolf Szwarc, który miał rozległe stosunki w stolicy i prawie ciągle w niéj bawił, ukazywał się rozmarzonemu i trochę rozkapryszonemu dziewczęciu, jak idealne zjawisko i znikał potém w głębinach tłumu niepochwycony, uparcie dotąd broniąc wprowadzenia do domu Narębskich.
Matka i córka, które w nim widziały ciągle potomka jednéj z najznakomitszych rodzin, krajowych księcia S.... lub hrabiego Z... przypisywały to obecnie jego opozycji ze strony familji i przekonanie to tak było wkorzenione, iż żadna siła odeprzéć go nie mogła... pani Samuela dostawała spazmów i bólu głowy, gdy mąż, który już wiedział o tajemnicy i ruszał na nią ramionami, śmiał się sprzeciwiać domysłom, Elwira dzieliła najmocniéj zdanie mamy.
Poniekąd uparte trzymanie się na uboczu p. Adolfa Szwarca, który obawiał się, aby jego marzenia nie rozbiły się o rzeczywistość i zwlekał przedstawić się rodzicom, przyczyniło się do utwierdzenia w tych ideach o jego znakomitym rodzie, które zresztą potwierdzała zupełnie miła i szlachetna powierzchowność, elegancja stroju i piękne, nie dla wszystkich dostępne ukształcenie.
Adolf, jak wielu młodych ludzi, których serce się opierało długo a potrzebowało kochać, zakochał się trochę sercem, zakochał trochę głową, a może i prosta, mniéj szlachetna odezwała się tam jaka namiętność, do któréj przyznać się trudno, a oprzeć się jéj, często jest nad siły człowieka.
Dosyć, że Adolf upojony Elwirką, która wcale nie była ideałem, ale najrzeczywistszą córką téj nieboszczki Ewy, którą tradycyjnie za matkę wszystkich słabostek kobiecych uznajemy — błądził koło niéj i bał się szczerze przybliżyć.
Nie było sposobu namówić go do domu Narębskich. Ale za to Elwira ile się razy pokazała na ulicy, w kościele, w Saskim ogrodzie, w alejach, spotykała go zawsze, widziała go ostrożnie ścigającego ją, i jako wielce przezorna istota, umiała z tych zręczności korzystać.... Stosunek zawarty w Lublinie czasu karnawału, coraz stawał się bliższy i poufalszy; matka widząc prawdziwy talent w córce do prowadzenia sprawy, nie mieszała się do niéj wcale.
Ale ilekroć panna Elwira chciała o krok daléj posunąć się, p. Adolf milczący, zagadkowy, tajemniczy, cofał się i zdawał zabierać do odwrotu. Nazajutrz spotykali się znowu, zbliżali i rozstawali znowu tak samo. W końcu takie położenie niepewne, stawać się zaczęło nieznośném.
Słabe zdrowie p.Samueli i uczuta przez nią silna potrzeba zbliżenia się do męża, dla którego niekiedy czulszą się okazywała, wstrzymywały ją w domu.
P. Samuela, nie wiemy z jakich powodów, chciała pozyskać serce p. Feliksa, to pewna, że pomimo toalet bardzo starannych, w teatrach i na przechadzce wśród pięknych warszawianek nie robiła żadnego effektu, i zasmucona może tą obojętnością ludzką, tuliła się w objęcia małżonka.
Z téj przyczyny nieustannie wyrywającéj się na miasto córce podołać nie mogąc, musiała jéj dobrać towarzyszkę w osobie niejakiéj Cypcewiczowéj, dawnéj znajoméj, wdowy po urzędniku, zamieszkałéj w Warszawie na dewocji i plotkach.
Cypcewiczowa była najlepszą w świecie kobietą, grzeczną i słodką jak miód z cukrem, uśmiechającą się, kłaniającą, pokorną, niezawodną i roztropną do tyla, że udawała niemą i głuchą gdziekolwiek była potrzebną.
Gotowa była do najdelikatniejszych nawet posług; a głównie celowała w tém, że wiedziała często o godzinie ósméj, co się stało o siódméj w Warszawie, co kto myślał, czuł, mówił, robił, od skandalików ulicznych aż do tajemnic największego świata.
Maleńka, pomarszczona jak jabłko pieczone, blada, tak była zręczną, że mogła się wcisnąć dziurką od klucza, chodziła cicho, mówiła nie głośno i pozbywała się zdania własnego z łatwością, z jaką inni wypluwają z ust pestkę od śliwki. Był to ideał towarzyszki z którą Elwira robiła téż co chciała, i godziła się z nią doskonale.
Wprawdzie, przed każdą przechadzką nieomieszkała jéj dać nauki p. Samuela po cichu, ale Cypcewiczowa przyjąwszy ją z pokorą ucznia, nie uważała za konieczność w czémkolwiek się sprzeciwić Elwirze.
Dnia, o którym mowa, Cypcewiczowa wybierała się właśnie z Elwirką zadumaną i zniecierpliwioną do Saskiego ogrodu, gdyż p. Samuela cierpiała na głowę i osunięta w fotelu, czekała na tego nieznośnego Feliksa, który użalać się nad nią nie przychodził, jak na złość.
Elwira włożywszy mantylkę, rękawiczki, kapelusz chodziła po pokoju głośno narzekając na nieznośną ślamazarność furmana, który nie zaprzęgał, nareszcie wybiegła sama do sieni, aby wydać stanowcze rozkazy.
— Cypcuniu droga! moje serce, — odezwała się głowę tuląc w dłoni p. Samuela, — uważaj ty, proszę cię na to dziecko, proszę cię.... Ona kocha się biedna, ten człowiek ją męczy. Nie dopuść, aby się nadto zbliżali. Ona tak jak ja, cała żyje sercem, nerwowa, drażliwa, delikatna, ją każda rzecz tak wzrusza, zlituj się, nie spuszczaj jéj z oka.
— Ale niechże pani dobrodziejka będzie spokojna...
— Ile mnie to zdrowia kosztuje, — westchnęła pani Samuela, — ty nieuwierzysz, to biedne dziecię zamęcza się, ten człowiek jak oni wszyscy, chyba nie ma serca. Wstrzymaj ją i staraj się upamiętać, proszę cię.
— Ale niechże pani będzie spokojna, — powtórzyła z uśmiechem Cypcewiczowa, — ja nie dopuszczę nic zbytecznego.
— Niechże z sobą mówią, ale żadnych poufałości, zmiłuj się, bo to i mężczyznę odstręcza i ją jeszcze drażni gorzéj, żadnych szeptów, moja Cypcuniu droga.
— Panna Elwira i sama bardzo jest uważna...
Na te słowa wpadła wymieniona i krzyknęła:
— Konie stoją... jedźmyż proszę, ale jedzmyż! ja czekam!
Ostatni wyraz wymówiony był zupełnie na sposób Ludwika XIV. Cypcunia się porwała, Elwirka pocałowała matkę w czoło używając przywileju rozpieszczonéj jedynaczki i nie słuchając ostatnich nauk, wybiegła strzałą z pokoju.
Cypcunia ledwie miała czas wsiąść do powozu, gdy Elwira już nagliła woźnicę o pośpiech, stanęli nareszcie przed bramą Saskiego ogrodu; panie wysiadły, a że w bocznéj puściejszéj alei na prawo zwykli się byli spotykać, gorączkowo wbiegła do niéj panna Narębska.
Przeczucie ją nie omyliło, piękny nieznajomy przechadzał się tu sam jeden, ubrany tak wykwintnie, uczesany tak starannie, — ale smutny straszliwie. Spojrzawszy na twarze bohaterów łatwo się było domyśléć, że dramat zbliżał się do rozwiązania. Elwira pochwyciła swą ofiarę z żarłocznością zgłodniałą. Cypcunia odwróciła głowę i poczęła badać liście lip i piękne kształty posągów.
Rozmowa z razu była urywana, popękana, niesforna i nie dająca się pochwycić ni ująć w słowa, oboje domyślali się w niéj tysiąca rzeczy, wcale ich nie mówiąc. Ten ustęp jednak trwał krótko, i Elwira, która wyjechała z mocném postanowieniem stanowczego kroku, obejrzawszy się na pozostałą nieco w tyle Cypcunię, poczęła do Adolfa się zwracając:
— Przyznaj pan, — rzekła, — że od czasu jak się znamy, położenie nasze jest dosyć dziwne.... Mówimy z sobą, spotykamy się, dosyć sobie konwenujemy (sic), a ja nie wiem doprawdy kto pan jesteś, nie mogę się doprosić, byś był łaskaw odwiedzić moich rodziców i śmiesznéj tajemnicy, jaka pana otacza, rozgmatwać nie mogę. No? jużciż raz przecie wypadałoby to skończyć!
Jak na panienkę było to dość rozsądne i nieco śmiałe, Adolf spuścił oczy pomieszany, chciał mówić, słowa mu w ustach zastygły, Elwira obejrzała się, poznała, że skutek odniosło jéj przemówienie stanowcze i mówiła daléj — trochę ironicznie.
— Zapewne tajemnica jest w romansie rzeczą bardzo piękną, bohater nieznajomy zajmuje może więcéj, ale w życiu skrytość odstręcza, rodzi obawę, każe się domyślać czasem i niezbyt pochlebnych okoliczności, a ja! panu przyznaję, że dłużéj.... dłużéjbym nie mogła znieść tajemnicy téj, to przecie brak zaufania....
Adolf wysłuchał apostrofy z pokorą, zagryzł usta i z uśmiechem rezygnacji pełnym, po krótkim namyśle odpowiedział:
— Pani więc sama domagasz się tego?
— Domagam się, chcę, rozkazuję, proszę, ja nie wiem sama, ale pan chyba mnie nie rozumiesz?....
— Będę posłuszny, — rzekł Adolf smutnie trochę, — ale jeśli zdjęciem ostatniéj zasłony rozczaruję panią?
Elwira spojrzała — myśl szybka jak błyskawica przeleciała jéj przez głowę — będzie kłamał!!! będzie mnie probował.
— No mów pan, — odparła, — kto pan jesteś.
— Siądźmy naprzód, — rzekł ocierając pot z czoła Szwarc, — opowiem pani wszystko.
Siedli, ale Cypcunia odsunęła się trochę, zapewne dla przypatrzenia grzybom dziwnie kapeluszowatym, które rosły pod lipą. Grzyby te tak były pociesznie ugrupowane, a ich szyszaki tak osobliwszym sposobem ponachylały się w prawo i w lewo, że nie można było się ich napatrzéć, miały minę kupki ludzi gwarzących o czémś bardzo ważném. Starszy grzyb prezydował w ogromnym kołpaku w tył zarzuconym, wielki, brzuchaty i przepuchnięty od ambicji, w prawo i w lewo różne chude, smukłe, krzywe, garbate, proste i ponachylane, zdawały się go słuchać z uwagą. Cypcunia téż obróciwszy się ku tym grzybom, ani zważała na rozmowę Elwiry z panem Adolfem.
Rozpoczęcie opowiadania widocznie kosztowało wiele młodzieńca, ale gdy raz usta otworzył, już się więcéj nie zawahał.
— Mogłaś się pani domyślać, — rzekł po chwilce poważnie, — że co się ukrywa, musi miéć do tego jakieś powody. Gdybym miał piękne imie, sławnych przodków i położenie w świecie świetne, nie potrzebowałbym taić się z niemi, jestem synem rodziców, którzy w pocie czoła dorobili się grosza i poświęcili dla dziecięcia, którzy nie chcąc mu psuć — u ludzi sobą, oddalili się od niego, czyniąc ofiarę z serc rodzicielskich, dla przesadzonego, ale święcie pojętego obowiązku. Dla czegóżbym się miał tego wstydzić? choć bogaty dziś, jestem synem szynkarza, nazywam się Adolf Szwarc. W Warszawie znają mnie, ale nikt o tak nizkie pochodzenie nie posądzą, bo ono jest dla wszystkich tajemnicą. Mam majątek, bywam wszędzie, przyjmują mnie w pierwszych domach....
Elwira pobladła, serce na chwilę bić jéj przestało w piersiach, w głowie się zawróciło, ale powtórzyła sobie:
— O kłamie, żeby mnie wypróbować! ale nie złapie pewnie! z oczu mu widać, że chce moje uczucie doświadczyć.
I dobrze pokrywając niepokój doznany, Elwira odpowiedziała chłodno:
— Więc dla czegóż tak długo miało to być tajemnicą? Ja nie widzę, przyznam się panu, innéj między ludźmi dobrze wychowanemi różnicy tylko tę, jaką czynią ich osobiste zalety. Co mi do tego czém są lub byli pańscy rodzice.
Adolf widocznie rozpłomieniał, pochwycił jéj rękę, nieco wyciągnioną ku sobie, drżała ona z niepokoju i tłumionego gniewu, ale któż wyczyta w biciu pulsu co nim porusza, radość czy strapienie? on ten znak tak sobie wytłómaczył, jak go zawsze wykłada namiętność.
— Więc pozwalasz mi pani bym....
— A! mój Boże! najprostsza rzecz w świecie, na cóż mamy wiedziéć czém są rodzice, ja przynajmniéj.
— Niegodziwy! próbuje mnie, — dodała w myśli, — ale to być nie może! syn propinatora, to nie podobna. I dodała głośno:
— Panie Adolfie, ja chcę, ja proszę, ja rozkazuję byś był u moich rodziców, nie daléj jak jutro.
— Będę posłuszny, — odparł Adolf z rozjaśnioném czołem.
Cypcunia tymczasem pilnie przypatrywała się grzybom, przyszedł piesek i prezesa wywrócił, gdy Elwira wstała i poczęły się przechadzać.
Reszta rozmowy była dotkaniem pierwszego jéj wątku, a im Adolf szczerzéj, otwarciéj spowiadał się z przeszłości, tém Elwira uparciéj w duszy powtarzała sobie:
— A! jakże udaje! o co za niegodziwy kłamca, ale mnie nie złapie.
I śmiała się dziwnie, i dobywała z niego pytaniami zwierzeń, które witała niezrozumiałym dla niego uśmiechem, potém z tego toru wpadł na czulszy, na tę drogę alluzji, półsłówek, na tę poplątaną osnowę miłosnych pogadanek, mozajkę wyrazów, ruchów; wejrzeń, westchnień, wykrzykników, domysłów, która się pochwycić nie daje.
A że wstali i chodzili, a Cypcunia musiała przerwać obserwację grzybów tak zajmującą, poczęła rozpatrywanie palców u rękawiczek, które ten umysł badawczy, znowu niesłychanie ku sobie pociągnęły. Zadawała każdemu z palców z osobna pytanie dla czegoby się popsuły pierwéj lub inaczéj od drugich? i t. d.
Adolf swobodnie mówił z Elwirą, a gdy zmierzch począł pod drzewami coraz być gęstszym, odprowadził panie do powozu. Elwira żegnając go szepnęła raz jeszcze — Do jutra.
Gdy do domu wrócili, Feliks siedział z gazetą w salonie, nie było więcéj nikogo, Elwira wpadła zarumieniona, chcąc się tém co mieniła swoim tryumfem podzielić z matką, ale przytomność ojca i Cypcuni zostającéj na herbacie, nie dopuściła gorącemu zadość uczynić pragnieniu. Piekło ją okrutnie i niepokój wewnętrzny oka matki nie uszedł, poznała pani Samuela, że coś tam zajść musiało stanowczego, czuła, że córce ciężko być musi długo się nosić z tajemnicą nikomu nie udzieloną, więc mimo osłabienia, bólu głowy i ochoty pozostania w wygodnym fotelu, ruszyła się z niego zostawując w pokoju męża z Cypcunią, dwie najantypatyczniejsze sobie postacie.
Dla czego p. Feliks nienawidził wszędobylskiéj Cypcuni, która mu się łasiła, przypochlebiała i miliła jak mogła — tego nikt wytłómaczyć nie potrafi, był trochę z natury kapryśny i ulegał takim niepojętym dla niego samego wstrętom i pociągom. Cypcunią czyniła na nim wrażenie synapizmów, piekła i drażniła.
Zwykle spokojny i grzeczny, p. Feliks przy niej stawał się milczący, zasępiony i najczęściéj uciekał chwilę wytrzymawszy zaledwie. Tym razem uchodzić nie było podobna — cofnąć się nie możliwa; został z gazetą w ręku, a Cypcunią która umiała zawsze znaleść zajęcie, poczęła przyglądać się materji kanap i obiciu ścian salonu.
— Wie mania co się stało! — zawołała szybko zamykając drzwi bocznego pokoju Elwira, któréj pilno było dobrą wieścią podzielić się z matką... ale to cała komedja...
Elwira nie bardzo już zajmowała się matką, spojrzała w zwierciadło i zobaczywszy ją siedzącą, poczęła żywo:
— Otóż przecie jutro u nas będzie, dał mi słowo!
— Powiedział ci kto jest?
— W tém cała historja, — odparła córka... bo proszę mamy, on mojego przywiązania widocznie probuje, on mnie zwodzi, on skłamał.... nie przyznaje się do nazwiska, udaje że jest....
— Ale cóż pleciesz? — przerwała Samuela.
— Udaje... jak mamcię kocham, udaje, że jest synem propinatora.... a mówi, że się nazywa.... Szwarc....
Pani Samuela brwi namarszczyła.
— Udaje, dla czegożby udawał?
— A! czyż mamcia tego nie rozumie; widocznie chce być kochanym dla samego siebie, tak jak to bywa w romansach.... bo może on być jakimś Szwarcem? synem szynkarza? pytam się czy to możliwa? czy to podobna? czy jest w tém najmniejsze podobieństwo do prawdy? Ale to nie ma sensu! to nie ma sensu! — powtórzyła po dwa kroć Elwira — prawda mamciu?....
Mama była chmurna jakoś, bieluchną pulchną rączką pociągnęła po czole.
— Śmiałżeby sobie takie żarty z nas stroić i wchodzić w nasz dom pod pożyczaném nazwiskiem?
— Ale, proszę mamy, czyż mama tego nie widzi.... on się kocha.... i obawia się, abym jak wiele kobiet, nie została ujęta jego tytułem, imieniem.... położeniem.... a wié, że gdy się przekona, że go szczerze kocham, to padnie mamie do nóg, przeprosi i przebłaga.... i wié, że ja mu przebaczę.
— Dziecko moje, — odparła jakoś chłodno pani Narębska, — wszystko to możliwe, ale nie wydaje mi się jasne! powiedz mi, a nie wspominał ci co jak on się ma? czy bogaty?
— Właśnie, że powiedział mi, iż ma się bardzo dobrze, że jest bogaty, że ma najlepsze stosunki, więc proszę mamy, jakżeby syn propinatora mógł dojść do tego? Widocznie bałamuci! Ja mówię mamie, że probuje mnie.... Ale ja go złapię... powiedziałam mu bardzo zimno, że nie obchodzi nas wcale pochodzenie jego, że w człowieku cenim tylko jego osobiste zalety.
— Cóż on na to?
— Nic.... obiecał być jutro.
— Doprawdy! nic nie rozumiem... ale kochana Elwirko... jakże on się nazywa... Weiss czy Lang, czy...
— Szwarc.
— Szwarc! — i pani Narębska pokiwała głową.... — nie rozumiem.... nie rozumiem.... Trzebaby powiedziéć ojcu.
— To wszystko udane! — powtórzyła Elwira opanowana tą myślą, czy wmawiając ją w siebie.
— No... a gdyby w istocie był Szwarcem i synem propinatora? — spytała matka.
Elwira stanęła niema przez chwilę.
— Przypuśćże cobyś naówczas zrobiła? — powtórzyła Narębska.
— Co bym zrobiła? co bym zrobiła! — odezwała się z westchnieniem córka opuszczając ręce.... — ot, ja powiem mamie, że doprawdy sama nie wiem cobym zrobiła.... Ale to nie może być.
— No! ale gdyby.... przypadkiem...
— A! to by było okropnie! — zawołała Elwirka tupając wcale nie małą nóżką, aż się posadzka zatrzęsła... a matka spazmatycznie krzyknęła. — To by była zdrada! to po cóż proszę mamy, tak się ubierać, tak miéć minę dobrze wychowanego i przyzwoitego człowieka, tak mówić po francuzku, tak być dobrego tonu.... i koniec końców być synem szynkarza.
— Ale on cię nie zwodził wcale! ani ci się narzucał.
Elwirka pomyślała chwilę, był to umysł wielce praktyczny.
— No to cóż, proszę mamy... sam powiada, że rodzice się go wyrzekli, aby mu nie być zawadą na świecie, że nikt nie wié o jego pochodzeniu.... Ale... być panią Szwarc.... panią Szwarc.
— Szwarc czy Weiss... przyznam ci się, że nie tegom się spodziewała dla ciebie.
I westchnęła Samuelka.
— Ty, jak ja, — dodała, — jesteś stworzona do wyższego świata, stosunki tylko nieszczęśliwe twojego ojca, którego nie obwiniam, ale to tak jest — niedozwoliły nam wejść do niego i zająć właściwego stanowiska.... Wina w tém niezaprzeczenie poczciwego Feliksa.... Choć mu tego nie wymawiam... no, ale... gdyby chciał, gdyby umiał wyrobić sobie w świecie właściwszą pozycją. Miałam zawsze nadzieję, żęty ją uzyskasz przynajmniéj... A! wiele bym ucierpiała... ale...
— Ale on mi wyraźnie mówił, że ma najświetniejsze stosunki, — podchwyciła Elwira, jak mamcię kocham... mówił mi to... mówił.
— Pani Szwarc.... a! c’est charmant.
— Przecież dowiodłam mamie, że to nie może być.
— Daj Boże by nie było, rzeczy są już nazbyt zaawansowane, i ty moja Elwirko podobnoś się nim do zbytku zajęła.... pani Szwarc!
— Po co o tém myśléć kiedy to być nie może... — powtórzyła Elwira.
— Wreszcie, — dodała jakby sama do siebie mówiąc pani Samuela, — mówią, że nic łatwiejszego jak sobie kupić tytuł, kilka razy napomykałam o tém ojcu twojemu, ale on ze swojemi śmiesznemi demokratycznemi wyobrażeniami, ani chce słuchać o tém... Wiem to napewne, że takie naprzykład hrabiostwo lub baronostwo, pojechawszy za granicę, można dostać jak obwarzanek za grosz, za kilka tysięcy talarów... za darmo prawie... bo to teraz z ceny spadło i bardzo są radzi w Austrji, jeśli kto chce sobie nabyć.... W najgorszym rasie, kiedy już imie także niemieckie, to do niego potrzeba koniecznie tytułu... i jakiego burg na końcu... Baron Szwarcburg naprzykład, nie byłoby tak źle.... Madame la Comtesse de Schwarzbourg — cela sonne assez bien.
Elwirka jednak mało słuchała matki, nabitą mając głowę, że piękny nieznajomy odegrywa z nią komedją... i odwróciła się od niéj do zwierciadła.
Obie zadumane weszły nazad do salonu, i znalazły Cypcunię przypatrującą się posadzce, a pana Feliksa ze strasznie pochmurzoną twarzą zatopionego w czwartéj stronnicy gazety.
Pani Samuela dopadła fotelu i podparłszy się na dłoni zamyśliła głęboko. Elwira zaczęła chodzić namiętnym krokiem po pokoju.... Narębski ledwie je ujrzał wchodzące, pochwycił się żywo z krzesła i posunął ku drzwiom.
— Kochany Feliksie... mam do ciebie słówko... — wstrzymała go żona z niezmiernie słodkim uśmiechem.
Nie było co począć, wstrzymał się z ucieczką Narębski i na stracenie prowadzony człowiek, zbliżył się do żony, która z oczyma wlepionemi w posadzkę, odpoczywała po zwierzeniu się córki. Cypcunia z Elwirką odeszły trochę na bok, nie chcąc małżeńskim zwierzeniom stawać na zawadzie.
— Wiesz, szepnęła żona do męża, jutro tu ma być ten nieznajomy pretendent Elwirki... obiecał.
— A! a! — rzekł obojętnie ojciec — no — to dobrze.
— Tak, ale wiesz kto to jest?
— Nie, wszakże i wyście podobno nie wiedziały.
— Poczekaj, niech odetchnę, to całkowity romans... — dodała Samuelka, wciągając jakąś pokrzepiającą woń z flaszeczki, która ją nigdy nie opuszczała. — Zdaje się, że ten jegomość ma manją być kochanym, tylko dla swych osobistych przymiotów... kryje się z imieniem. Ja i Elwirka byłyśmy i jesteśmy prawie pewne, że ten człowiek musi należéć do jakiéjś znakomitéj rodziny... to nie ma wątpliwości... to pewna prawie... takiéj powierzchowności nie znaleść lada w kim.... dobrzem go obserwowała... Tymczasem na wielkie naleganie téj biednéj Elwirki, wyznał przed nią podstępnie, że się nazywa.... Szwarc.... i że.... ale o niezręczne kłamstwo.... jest synem propinatora.
Narębski, jakkolwiek go żona miała za demokratę, ruszył się z krzesełka jak sparzony.
— Szwarc... co u licha? miałżeby być synem tego starego co dotąd szynkuje w Zamurzu?
— Ale to jest kompozycja! widoczna próba, — przerwała pani Samuela... Jutro tu będzie, zobaczysz go... poznasz....
— Ja go znam przecie doskonale, — zawołał p. Feliks, — jeśli to młody Szwarc, którego tu po salonach wszędzie pełno. Człowiek bardzo przyzwoity, przyjmowany w najlepszych towarzystwach, charakter mu przyznają szlachetny i piękny... ale zkądże u licha miałby być synem propinatora?
— Czyż ty tego nie pojmujesz, że to wszystko jest maską niezręcznie ułożoną, aby Elwiry przywiązanie wyprobować.
Narębski ruszył ramionami i uśmiechnął się tylko.
— No! zobaczysz.
— A! zobaczymy, — rzekł obojętnie, — ale w takie romanse niezmiernie mi jakoś w te zimną porę uwierzyć trudno.
— A! a! tobie! — uśmiechnęła się żona... nie dziwuję się... tyś zawsze miał taki szczęśliwy chłód i trzeźwość.
Pan Feliks pokornie spuścił głowę.
— Lecz są ludzie pełni czucia, pełni wiary w serce kobiece... którzy szukają miłości, poświęcają się dla znalezienia jéj... i wystawują siebie i drugich na próby....
— Bądźże pewna moja droga, — odparł nieco zniecierpliwiony Narębski, — że ci probujący wcale nie kochają... są to alchemicy robiący experymenta... nic więcéj.
— Tak! ty tego nie pojmiesz nigdy... ja to rozumiem, — przerwała pani Samuela... — ale nie podawajże tu innych w wątpliwość, co się w twém sercu nie mieści.
Rozmowa schodziła na ten słodko-kwaskowaty tonik, którym żona najboleśniéj umiała dogryść mężowi. Narębski spojrzał na zegarek z przerażeniem i umknął.
Łatwo się domyśléć, że nazajutrz dom państwa Feliksostwa w godzinie herbacianéj był postawiony na stopie, która stanowisku ich w społeczeństwie odpowiadać miała... słudzy wyliberjowani, panie skromnie strojne, zastawa stołu w srebra stare przybrane, kwiaty, wonie, światło...
Dla czegoż, pytam was, tak wiele myślimy o wystąpieniach dla popisu, a tak mało na dzień powszedni, który jest tłem życia, jego podstawą i siłą? Nie ma li w tém wielkiej omyłki i braku harmonji, że się zmagamy dla próżności, gdy dla osłody, dla uporządkowania życia z siebie ciężkiego, nic prawie nie robiemy? Stawiamy kwiaty dla obcych, którzy na nie spojrzéć nie mają czasu, a dajemy im więdnąć choć wzrok spocząłby na nich miło i dusza orzeźwiła ich widokiem... rozlewamy wonie w niedzielę, a niedbamy choć się dusim przez sześć dni tygodnia; stroim się dla ludzi, czemuż nie trochę więcéj dla swoich, dla rodziny, przez poszanowanie siebie samych?
To pewna, że salon Narębskich wyglądał jak nigdy... że panie w nim piękniejsze były niż codzień, że oczekiwano gościa z trochą podbudzonéj niecierpliwości, a sam Narębski mniéj nawet ziewał niż zazwyczaj i miał minę surowszą.
Cypcunię uprzątnięto jakoś na tę uroczystość, znajdując, że stanowiła fałszywą nutę wśród harmonijnego obrazka. Pani Samuela siedziała w krześle tak wysłodzona, tak anielsko udobruchana, taka jakaś łagodna i serdeczna, że ktoby ją nie znał, wziąłby ją za męczennicę. O to właśnie podobno chodziło jéj najbardziéj. Ale p. Feliks nie miał miny kata, wyglądał jak przymuszony widz komedji, którego za biletem gratisowym przypędzono z domu na znane mu dobrze widowisko.
Elwirka chodząc z kamelją w ręku, spoglądała nieustannie na drzwi salonu, słuchała każdego turkotu w ulicy, rumieniła się z dziewiczej niecierpliwości, a matka przekonana o jéj delikatności, załamywała ręce z obawy, aby to wzruszenie nazbyt długo przeciągnione, zdrowiu jéj nie zaszkodziło.
Szczęściem ten stan niepewności i oczekiwania nie trwał zbyt długo, i służący oznajmił hrabiego Pamfila i p. Szwarc.
Szwarc... zabrzmiał złowrogo w uszach wszystkich, a Elwira przekonana o podrobieniu tego nieznośnego nazwiska, ruszyła ramionami niecierpliwie.
Słówko o hrabi Pamfilu.... Był to najciekawszy w świecie człowieczek. Ojciec jego dostawszy majątek za kordonem austrjackim, wynagrodzony został za doznane w tych wypadkach strapienie, tytułem hrabiego.... przyjął go i nosił z rezygnacją. Syn już włożył mitrę spadkową, ale że niczém do żadnego hrabiego nie był podobny, i czuł to do siebie, starał się żeby mu świat ten tytuł przebaczył, niesłychaną potulnością. Dowodziło to, że istotnie do tytułu jakąś wagę i znaczenie przywiązywał, i czyniło go potrosze śmiesznym. Wyglądał on jak ci we własném przekonaniu wielcy ludzie, którzy się robią popularnemi do śmieszności, żeby im ich mniemany jeniusz przebaczono. Hrabia Pamfil służył wszystkim kto go chciał i kto go nie chciał, szczególniéj demokracji, całował się z przyciskiem, podawał ręce z zamaszystością, szedł jeść niestrawne rzeczy w lada towarzystwie z poświęceniem nadzwyczajném. Wszyscy go za to nazywali najlepszym w świecie chłopakiem; — prawdę rzekłszy, był śmieszny. Ubierał się skromnie, jeździł zaniedbanym powozem, w domu utrzymywał starannie demokratyczny nieład i zdawało mu się, że dopełnia jakiejś cnoty obywatelskiéj. Co się tam działo za kulissami téj popularności, nie wiemy, słychać było jednak, że Pamfil narzekał czasem na ciężary, jakie nań położenie jego wkładało.
Powierzchowność Pamfila niemal go uniewinniała, bo pierwszy lepszy kamerdyner porządnego domu, przyzwoiciéj wygląda. Twarz miał nabrzmiałą, bladą, z nosem kartoflowym, oczy nie dające się opisać, zarost jak żyto litewskie w nieurodzajny rok rzadki i nie bujny, ręce ogromne, nogi słonia i plecy trochę garbate. Rubaszność jego i potulność miała jednak przypatrzywszy się jéj z blizka, coś protekcjonalnego.
Hr. Pamfil rzadko bywał u Narębskich, ale kilka razy ich odwiedził; pani Samuela go nie lubiła, Elwira ujadała się z nim zawsze, p. Feliks nie miał dlań sympatji.
— Mam honor przedstawić państwu mojego dobrego kolegę i przyjaciela pana Adolfa Szwarc.
Słowa te wyrzeczone zostały pół poważnie, pół żartobliwie, wszyscy się skłonili, powitania skrzyżowały się zewsząd i goście usiedli, a choć nerwowych kobiet nie lubił hrabia, musiał zająć miejsce przy gospodyni domu. Narębski przybliżył się do Szwarca.
Był to ten sam Szwarc, którego znał w salonach.
Elwira, która do ostatniéj chwili spodziewała się metamorfozy, zabita była nazwiskiem.... Daléj już przypuszczać komedji nie mogła, i pytała się w głębi serca, czy Szwarc syn propinatora, miał prawo tak dystyngowanie wyglądać.
Rzecz w istocie była trochę niepojęta.... bo Adolf przy tym hrabi, daleko hrabszą miał minę, niż prawdziwy.
C’est a n’y rien comprendre? — szepnęła w duchu p. Samuela.
Pierwszy wieczór, jak zwykle, przeszedł niezmiernie poważnie, chłodno i nudnie, Elwira sprzeczała się z hrabią, Adolf mało się zbliżał do niéj, pani Samuela grała rolę nie uznanego serca i nieodgadniętych nerwów, a Narębski ziewał wewnątrz siebie.... Stan ten okropny znany jest tym tylko, co go doświadczali, a wyrównywa najokrutniejszéj męczarni; nic szkodliwszego nad połknięte ziewanie — struć się niém można.
Około dziesiątéj, goście wzięli za kapelusze, panie spojrzały na zegar, p. Feliks począł w nadziei oswobodzenia ożywiać się i rozchmurzać; trzeba mu przyznać, że odprowadzając do drzwi był prawie wesół.
Znajomość więc została zabrana.... ale ze Szwarcem.
— No! proszę Mamy, co ja teraz pocznę? zapytała załamując ręce Elwira, — a jeżeli to jest w istocie prosty Szwarc?
— Moje dziecię, — poważnie odezwała się matka, — mówiłam ci, jedyna rada.... kupienie mu tytułu.... Jest bogaty, na to go stanie, dorzuci się sylaba.... enberg... naprzykład.
— Ale jeżeli to syn propinatora?
— Jużci to nie może być? — odparła matka.
— No? widzi mama, a jeśli to skłamał dla wypróbowania mnie, to mógł i nazwisko skomponować....
Pani Samuela zaczęła się skarżyć na ból głowy.




Położenie tak cudownie oswobodzonego z więzienia kapitana Pluty, który odzyskawszy przytomność umysłu, potrafił sobie zaraz stworzyć trochę grosza na nieprzewidziane potrzeby, i jakie takie ale przyzwoite ubranie, a nimby się nowe widoki dlań odkryły, miał przed sobą kilka dni bez troski, i obiecywał sobie stanowczo w ciągu tego czasu pomyśleć o przyszłości, — nie było przecież nadto wesołém.
Nie miał zabezpieczonego jutra. Potrzeba było znowu odzyskać wszystko i walczyć z dolą przeciwną, dla wyrobienia sobie sytuacji, począwszy od zachwianéj wziętości, aż do butów.
Wyszedł z téj złowrogiéj kamienicy Wydyma, pijany w dodatku, nie tyle pochłoniętym spirytusem, co widzeniem, które go w progu spotkało.
Najniegodziwsi ludzie mają czasami, choć krótko, trwałe zgryzoty sumienia i niepokoje serca. Twarz kobiety, którą ujrzał pierwszą naprzeciw siebie, owéj panny Salomei ukochanéj od lat tylu przez Wydyma, przypomniała mu dziwnie tę ofiarę, o którą starał się Zeżga, a on uwiódł w sposób najohydniejszy. Nie bolała go zdrada przyjaciela, ale wspomnienie téj sprawki, w któréj, z jego strony, uczucie nie miało najmniejszego udziału, tylko próżność, swawola i chętka jakaś popisu i zwyciężenie trudności. Ofiara poświęcona tak płocho, w nim samym potém wzbudziła jakąś litość. Widok jéj teraz, dziwnie go zmieszał: zrobiło mu się czegoś niedobrze, musiał siłą otrząsać się z oblegających go myśli, do których wcale nie przywykł, bo w głąb siebie nigdy nie wchodził.
Przykrość ta tak dalece była dlań niezwyczajną, że zszedłszy na dół, pewien już, że wymknął się cały i pochwycony być nie może, Pluta przypisał ją nie przyczynie moralnéj, ale skutkom przedłużonego głodu, rozbudzonego jeszcze nadużytym nieco spirytusem. Wierny swéj naturze kapitan, pomyślał naprzód o zjedzeniu; dobre jadło było dlań najgruntowniejszą porządnego życia podstawą, przyznawał mu nawet niezmierny wpływ na władze myślenia. Utrzymywał, że głodny rozumował fałszywie.
Wyczerpany przedłużonym postem o chlebie i wodzie, pobiegł szybkim krokiem gonionego przez charty zająca, ku rogowi Śto-Jańskiéj ulicy, wziął stojącą tu dorożkę i kazał się wieść do François.
Po uroczystéj ciszy więzienia, po medytacjach przymusowych w lochu i anachoreckiém utrzymaniu na strawie pokutnika, głowa mu się zawracała, patrząc znów na to prześliczne miasto, na jego ruch, zgiełk, swobodę, wesołość; strata chwil spędzonych pod kluczem, wzbudzała w nim żal dojmujący.
— O! gdyby Zeżga nie miał tego przeklętego kija, gdybym go tak trzymał związanego, ot dałżebym mu, dał!! No! nie wylizałby się z tego.
Stanęli przed François; Pluta wpadł z nadzwyczajnym pośpiechem żądając jedzenia, zrazu nawet rzucił się na bufet z żarłocznością wściekłą, ale przyszło mu na myśl, że kiedyś słyszał o przypadkach śmierci z przejedzenia gwałtownego, po długiem zmorzeniu głodem. To go tylko powstrzymało nieco, bo paszteciki, które wziął do ust, wydały mu się pieczone z aniołów.
Zjadł jednak z ostrożnością w osobnym pokoiku tyle przez wstrzemięźliwość i obawę choroby, ile pospolici ludzie nigdy nie zjadają puściwszy sobie cugle, a po kawie czarnéj i kieliszeczku rumu, napchał kieszenie cygarami, jak gdyby się obawiał, aby go znowu nie pochwycono bez zapasu do nowego więzienia.
Kapitan nadto znał swego towarzysza Kirkucia, by się na chwilę wahał w domysłach, co z jego rzeczami i pieniędzmi się stało — miał je tak dalece za stracone, że pytać o nie uważał za rzecz zbyteczną. Niebardzo nawet wziął za złe przyjacielowi, że opłakawszy go, użył spuścizny dla siebie.
— Miałbym go za ostatniego głupca, gdyby sobie inaczéj postąpił, — rzekł w duchu — nie ma co pytać i szukać.
Chodziło mu jednak o odzyskanie garstki papierów, poświadczających kim był i mogących posłużyć do dalszych kroków na świecie, który, niestety, — wymaga świadectw i papierów, więcéj niż moralnych dowodów charakteru.
Uwierzycie czy nie — ale Pluta po obiedzie i wypaloném cygarze, głęboko, tęskno i poważnie się zamyślił. Ostatnie wypadki tę duszę zahartowaną w probierczym ogniu przeciwności i łajdactwa, złamały; wiara w siłę własną, nadzieja w głupstwie ludzkiém, opuszczały zuchwalca; nawet ów niewyczerpany dobry humor i ironja, które ozłacały trochę steranego człowieka, któremi się on podtrzymywał i walczył, — gdzieś niepowrotnie uciekły. Ze spuszczoną głową, z rękami na piersiach założonemi, przesiedział długo w zadumie, myśląc o przyszłości, jak najporządniejszy człowiek.
— Już téż tego dosyć, mówił do siebie, — to darmo, póty dzban wodę nosi, póki się ucho nie urwie, otóż, zdaje mi się, że ucho urwane. Ten post przydługi ogłupił mnie, czuję, że mi się dusza wyrywa do spokoju, ciszy, do odpoczynku, do jakiéjś sielanki. Wiem sam, że to znamionuje upadek, ale już z tego nie wylizę: dostałem reumatyzmu w mózgu, myśl mi się plącze, wypadałoby to raz się ożenić i siąść pod piecem. Ale cóż, czy to oni się znają na ludziach, czy one nadewszystko ocenią takiego jak ja człowieka, wypróbowanego jak złoto!! Niech licho porwie jenerałowę, gdyby za mnie pójść chciała, ożeniłbym się z nią, choćby mi figle płatać miała, pod tym względem byłbym filozofem; ale nie pójdzie pewnie. Z ostatniéj biedy i niemożności znalezienia odpowiedniéj partji, gotówbym nawet poślubić tę nieszczęśliwą, malowaną, jakże się to ona nazywa? ha? przy ulicy Wilczéj? Adolfinę? Dwie niefortunne dole, moja i jéj, podałyby sobie ręce bratnie — ale brzydka! ale stara! i kto wie jaka ona na codzień? Gotowaby morzyć mnie głodem i nie dać się ani oszukać, ani wybić? Jednakże dziś nie mam gdzie pójść, chyba do niéj, tambym się może o Kirkuciu dowiedział i znalazłbym czasowe przytulisko. Bo gdzież zajść? wszędzie mnie spytają o papiery, nie mam ani świstka. O! niewdzięczna społeczności, dla któréj się człowiek tyle poświęcał! ha! nie warto być takim, jakim byłem; mogłem był, mniéj mając delikatności, wyrobić sobie pozycją, dobroduszność mnie zgubiła.... Tak jest zawsze, niestety! głupim był...
Kapitan głęboko się zamyślił i na serjo nad dolą swą płakać zaczął: obwiniając o nią świat cały, i nie poczuwając się wcale do winy własnéj.
— Co tu począć? jestem zmuszony niejako pójść do Adolfiny, pójdę do niéj.
Wyszedł tedy aby zawołać dorożkę, spojrzał znowu na świat i pogląd nań po obiedzie był wcale inny: wszystko wydało mu się marnością wielką — tak jak przed obiadem widziało się świetnością niezmierną. Może być, że jedyną przyczyną tych sądów, był nie najlepszy stan zdrowia, po nadto chciwie pochłoniętym obiedzie — ale w oczach mu się ćmiło, choć nie wypił więcéj nad parę butelek i kilka dodatkowych kieliszków. Zdrowie widocznie miał nadwerężone.
Na ganku tak stojącego w zadumie, spotkał chłopiec hotelowy, którego zapytał kapitan o Kirkucia.
— A! a! a pan co tu robi? a cóż się z panem stało? — zapytał chłopak, — gdzie pan nam znikł?
— Ja? — odparł Pluta, — jeździłem do moich dóbr na wieś; — powiédz mi, gdzie się podział Kirkuć, po moim nagłym wyjeździe? znaleźć go nie mogę.
— Tego to ja dobrze nie wiem; czekał, czekał, potém się gdzieś wyniósł, ale go od czasu do czasu widać na mieście. Zdaje się, że na Koziéj ulicy w bawarji często przesiaduje. A pan do nas powraca?
— Nie wiem jeszcze, zobaczymy....
Chłopak popatrzywszy chwilę, ukłonił się, włożył ręce w kieszenie i świszcząc poszedł daléj.
— Nie ma sposobu, potrzeba jechać na Wilczą ulicę, — rzekł w sobie Pluta, — Alea jacta est.
Zawołał więc dorożkarza i ruszył. Miasto wydało mu się znowu jakoś ponure i wcale nie piękne, jakby od czasu gdy go nie widział, zestarzało. Deszczyk kropił w dodatku chłodny i przejmujący do dna myśli i uczuć.
Po rozrzadłém błocie, dojechał dorożkarz ze swym szacownym ciężarem do furtki domu staréj kapitana przyjaciółki.
Mimo złéj pory, a może właśnie dla tego, że go tu teraz nikt spotkać nie mógł, baron Dunder znajdował się przypadkiem u pani Adolfiny, ekwipaż jego czekał nań na rogu Mokotowskiéj ulicy. Pluta poznał konie i pośpieszył do środka, już myśl mu jakaś świtać poczynała.
— Zdaje się, że go tu Opatrzność dla mnie zesłała umyślnie, kochać się musi w Mani, jéjmość się pewnie twardo z nim targuje, możnaby z tego łatwo skorzystać, zwłaszcza przy tak ciężkich jak moje okolicznościach, gdybym go tylko mógł pochwycić.
Gospodyni domu i Mani nie było w domu, Dunder wychodził kwaśny i w furtce zetknął się z Plutą, ale poznawszy go, odskoczył jak oparzony, kapitan nadrobił uśmiechem i zaszedł mu szybko drogę.
— Za pozwoleniem, — odezwał się, — gdybyś pan baron, mimo dawnych a niesłusznych przeciwko mnie uprzedzeń, chciał mi dozwolić chwilkę rozmowy, możebym dziś na co się mógł przydać, nie jestem bez wpływu w tym domu.
Baron spojrzał przerażony i niedowierzający.
— Nie gniewaj się pan, — dorzucił Pluta z westchnieniem, niezwyczajną namaszczoném pokorą, — nie mam tą razą najmniejszéj ochoty zrobienia mu przykrości, jestem sam w nader smutném położeniu, pojmuję więc łatwo cierpienia ludzkości w ogóle, a pana barona w szczególności.... Wzajemnie sobie moglibyśmy być pomocni. Bezemnie, — dodał z przyciskiem, — pan tu nic nie zrobisz, przezemnie wszystko.
Baron wstrzymał się nieco; ta chwilka zawahania przechyliła szalę na stronę Pluty, który natarczywiéj nalegać zaczął. Baron im starszy tém skłonniejszy był do poświęcenia wszystkiego namiętności, która nie była ani w temperamencie, ani w sercu, ale w najniebezpieczniejszém miejscu, bo w głowie. Zawahał się, odstąpił krok, ale nie odepchnął natręta i nie odszedł.
Pluta dorzucił żywo:
— Wiem o co chodzi, można rachować na moją dyskrecją, z nią, z tą starą nie trafisz pan nigdy do ładu, ja jeden znając ją od dawna, mając nad nią przewagę, umiem ją zmusić do czego zechcę.
Baron się zaczerwienił, wstyd mu się zrobiło, że namiętność zmuszała go do traktowania z takim człowiekiem, ale miłość, czy idea miłości w starym, jest to szał, jakiemu równego nie ma na świecie, — stał więc i słuchał.... jakby osłupiały.
Kapitan widząc niepewność, nacierał coraz żywiéj.
— O co panu baronowi chodzi? pozwól byśmy gdzie na ustroniu ułożyli się z sobą jutro.... ręczę że ze mnie kontent będziesz.... nie jestem wymagający, przyznam mu się nawet że bardzom potrzebny.... będę powolny. Pojmuję, — dodał wzierając mu w oczy, — że spotkanie ze mną przykrém mu być może.... ale pan czasem jeździsz na spacer w aleje.... mógłbyś przypadkiem wejść do jakiego ogródka, gdziebym go czekał. Szwajcarska dolina stoi pustką... tam spotkać mnie można... gdzieś w ustronnéj ścieżynce.... a więc?
Baron nieufny, zlękniony, milczał jeszcze.
— Daję panu słowo.... na słowo honoru, — nalegał Pluta bardzo serjo, — a tak danego słowa nigdy nie złamałem, że nie żartuję, — ja jeden panu mogę usłużyć.... Jestem niezmiernie potrzebny i bez grosza.
Dunder chwycił się za kieszeń, dobył z niéj papierek, wcisnął go w ręce kapitana i skinąwszy tylko głową, nic nie odpowiadając, począł żywo uchodzić....
Pluta uradowany zdobyczą, uśmiechnął się, pokręcił wąsa i wszedł już śmielszy do domku Jordanowéj.
Przed nim we drzwiach, stała z założonemi rękami, poglądając na deszczową wodę, spadającą w balje z dachu, stara Kachna z miną pochmurną, dwa psy warczały siedząc przy jéj nogach.
— To po cóż pan darmo idziesz, — odezwała się z daleka, — kiedy ani pani, ani panienki nie ma w domu?
— Ale moja panno, — toć ja wiem, że ich nie ma, — odrzekł Pluta, starając się być jak najgrzeczniejszym dla zjednania jéj sobie, — spotkałem się z niemi, prosiły mnie abym tu na nie poczekał, nie odmówisz mi przytułku?
I zaczął się uśmiechać, chodziło mu o to, aby go puszczono, i aby przebłagana Kachna wpłynęła skutecznie na psy, które groźnie jakoś najeżały uszy, w miarę jak się zbliżał.
Kachnę jednak, srodze doświadczoną długiém życiem, — nie tak łatwo ująć było uśmiechem i słowem, brała je zwykle nieufnie jako szyderstwo i zdradę; zmierzywszy od stóp do głowy przybylca, wpuściła go do pierwszego pokoju, psy poszły na stronę burcząc, ale wąchały ślady, jakby dla przekonania czy się kontrabanda nie wkradła.... Kapitan dobił się czego chciał, był w domu, siadł na krzesełku i zapalił cygaro.
— Nie! nie! napróżno zrozpaczyłem, — rzekł w sobie, — uczciwym ludziom zawsze sprzyja Opatrzność; — otóż i dziś, sam Dunder wpadł mi w ręce — czuję że go obedrę.... Z drugiéj strony, zapewniam los téj nieszczęśliwéj sieroty, uczynek prawdziwie miłosierny i godny serca jak moje.... daję ją człowiekowi staremu, bogatemu, głupiemu, który jéj się da wodzić za nos i za kieszeń póki zechce? Spodziewam się, że jéj krzywdy nie czynię! Przyszłość miéć będzie w reku.... Daléj jeszcze.... o Adolfinie pomyślę, jeżeli tylko pewnym warunkom odpowie, poświęcam jéj siebie, — chcę żyć spokojnie.... musi miéć dosyć grosza....
Tu kapitan ziewnął, czuł potrzebę odpoczynku lub rozrywki, i przyszło mu na myśl, że butelka piwa bawarskiego, żołądkowego, wcale by mu nie zaszkodziła.... a miłym byłaby w samotności towarzyszem.
Nikt jednak przynieść jéj nie mógł, chyba Kachna, którą i dla dojmującego pragnienia, i w widokach przyszłości ująć sobie należało.
Kachna z natury niedowierzająca, chociaż wpuściła kapitana do pokoju, zważywszy jednak późniéj, że ten człowiek jakąś niepewną miał minę, stanęła na straży za progiem. W pokoju nic wprawdzie nie było, prócz starego zegarka na komodzie i kilku dotrzymujących mu towarzystwa filiżanek.... ale, bezpieczniéj się jéj zdało, nie spuszczać go z oka.
Po niespokojnych ruchach, domyślił się jéj przytomności niedalekiéj kapitan, zaczął chodzić po pokoju, i po chwili zaczepił.
— Piękna panno! — uważał ten wstęp za mogący ująć starą Kachnę, — piękna panno! powtórzył.
Ale Kachna ruszyła gwałtownie ramionami szerokiemi, jak gdyby z nich ciężar jaki zrzucić chciała.
— No! no! anim ja piękna, ani panna, — odburknęła, — daj pan żartom pokój.
— Wcale nie żartuję, — odezwał się kapitan, — lecz wzrok słaby mógł mnie uwieść; więc szanowna pani....
— Przestalibyście kpić! — powtórzyła służąca, — siedźcie i czekajcie, a nie myślcie durzyć ludzi.
— Ale ja przychodzę z prośbą. Gdybyście mieli litość nad mojém pragnieniem, a przynieśli mi butelkę piwa, dałbym wam złotówkę, nie domagając się reszty.
— Tak! tak! — odpowiedziała Kachna, — bardzo rozumny? zapewne! żebym sobie dla was po deszczu trzewiki zaklapywała.... Schowaj sobie sam złotówkę, to więcéj miéć będziesz piwa, albo idź czekać do bawarji obok... Myślicie, że tu was nieznając, samego w domu zostawię!
Pluta spuścił głowę.
— Nadto mało ma cywilizacji, — rzekł w duchu i począł palić cygaro, poświęcając się na oczekiwanie bezpiwne; — Kachna ustąpiła krok, ale pod nosem zaczęła coś sobie szeptać, gderać, głową i ramionami ruszać, dramatycznie wyrażając oburzenie na zuchwalstwo jakiegoś nieznajomego, który ją dziesięcią groszami kusić się starał.
Wtém kroki czyjeś, dały się słyszeć w dziedzińcu, psy zaszczekały i Kachna wyjrzała, sądząc że jéj panie powracają. Ale zamiast nich, ujrzała nieznajomego mężczyznę, który oglądając się, kroczył po kamykach i kładkach do drzwi wchodowych.
Ubiór jego i mina wcale nie wzbudzały zaufania; jeżeli Pluta nie zupełnie na nie zasługiwał, ten prawie obawę mógł wzbudzić. Minę miał rozognioną trunkiem i dziwnie płomienistą, kapelusz ogromny popielaty na głowie, brudne ale mocno krochmalne kołnierzyki, sterczały mu pod uszy nad niebieską chustką, z pewną fantazją związaną, choć dosyć podartą. Bronzowy surdut wychodzony, ale starannie zapięty, ozdobiony był z bocznéj kieszeni wystającą chustką od nosa karmazynową, nie pierwszéj świeżości, naostatek ogromna laska w ręku, dopełniała fizjognomji pachnącéj szynkiem od rogatek.
Był to nieszczęśliwy Kirkuć, którego losy przeciwne nie oduczyły elegancji i pretensji do stroju, sam chód jego i przygarbienie, któremu starał się nadać pozór zaniedbania fanfarońskiego, zdradzały w nim jednego z tych nieszczęśliwych miłośników piękna, co w zabłoconych butach jeszcze są gotowi wytwornisiów udawać.
Co go tu sprowadzało? trudno odpowiedzieć; przeszedłszy wiele kolei, doświadczywszy, że płeć piękna jest uosobiona zdradą, wracał ku pani Adolfinie, w myśli poświęcenia się i uszczęśliwienia jéj, dla zyskania sobie spoczynku i odetchnienia po próbach i dziwnych życia kolejach.
Nie spodziewał się wcale zastać tu kapitana, którego opłakał, wpadł do pokoju odważnie, usiłując sobą zaimponować Kachnie, ale na wstępie ujrzał widmo i stanął wryty.
Dant upadł jako martwe ciało, wysłuchawszy przygód Franceski; Kirkuć zdrętwiał podobnie i słupem martwym, z otwartemi ustami, nie mogąc się ruszyć, ukazał dawnemu przyjacielowi.... W pierwszéj chwili zdawało mu się, że zemdleje.... przestraszył się, nie wiedział co począć, ale widząc, że kapitan, który go ujrzał począł się uśmiechać, odszedł nieco z wrażenia.
Los nie dał mu się przysposobić chwilą zastanowienia do odpowiedzi na prawdopodobne zapytania kapitana, i Kirkuć czuł, że może się w nich splątać. Nim jednak straszna chwila tłumaczeń nadejść miała, wypadało rozbroić czułością. Kirkuć to pojął i zrazu oniemiały i wryty, nagle z jękiem konwulsyjnéj radości rzucił się w objęcia kapitana.
— Przecież, — zawołał łkając, — Opatrzność mi cię powraca? ale mówże zkąd? jak?
Kapitan niewzruszony i stoicki, przyjął wybuch czułości z powagą, pokiwał głową tylko.
— O przeszłość nie pytaj mnie, — rzekł powoli, — jest to wielka tajemnica, padłem ofiarą zdrady niegodziwéj, ale los mnie wyratował.... kilka godzin zaledwie jak ujrzałem światło dzienne.... Czy ci chłopiec powiedział, żem o ciebie pytał? jak mnie znalazłeś?
Kirkuć, który nikogo nie widział, pojął że z téj wzmianki skorzystać może, i żywo odparł:
— Tak jest, tak, dowiedziałem się od tego chłopca i w ślad za tobą idąc....
— Po dorożce zapewne.... — dorzucił Pluta.
— Właśnie, po dorożce.
Tu Kirkuć otarł uznojone strachem czoło, nie wiedząc już co mówić daléj, i usiadł, bo nogi się pod nim trzęsły.
— Uważam to także za szczęśliwy, opatrzny zbieg okoliczności, żeśmy się znaleźli, — rzekł Pluta. — Gdzie mieszkasz? co się stało z mojemi papierami, pieniędzmi, rzeczami?...
Kirkuć zakrztusił się i zakaszlał, usiłował myśli zebrać, chciał coś skłamać prędko, ale nie potrafił, nie było mu komu poradzić.
— Wszystko przepadło! — zawołał nareszcie łamiąc ręce.
— Jakim sposobem? — spytał Pluta dosyć chłodno.
— Sposobem.... — to, widzisz, nadzwyczajnie trudno, wytłumaczyć.... Sam nie wiedząc co czynić, najdroższe.... tak, co było najszacowniejszego.... rzeczy.... efekta.... pozostałości.... powierzyłem do przechowania.... dla bezpieczeństwa.
— Komu? — spytał kapitan.
— Osobie ze wszech miar najgodniejszéj.
— A! i cóż się z niemi stało.
— Ta osoba, kobieta.... nieszczęściem... widzisz, czy z powodu jakichś okoliczności.... znikła.
— I rzeczy z nią?
— I z nią rzeczy! — dodał Kirkuć kiwając głową.
— I pieniądze?
— Jakie pieniądze? — zapytał p. Mateusz naiwnie.
— Przecież były w szufladzie?
— O tém nie wiem, — odparł Kirkuć, — znasz moją sumienność, nie chciałem tknąć niczego.... rzeczy jak były w komodzie, nie wchodząc w rozbiór, kazałem przy sobie pozawiązywać i popieczętowane... oddałem.
— I popieczętowane przepadły! — rzekł kapitan z westchnieniem.
— Tak jest! popieczętowane! — dodał sam nie wiedząc co mówi Kirkuć, — niestety! popieczętowane....
— Ale żebyś ty się tam nie dowąchał pieniędzy?....
Spojrzeli sobie w oczy, Kirkuć znowu się jakoś zakrztusił i głową potrząsł tylko.
— No! co z woza spadło to i przepadło! — wykrzyknął kapitan, — ależ papiery?
— Papiery? są u mnie.... — wybąknął Kirkuć, — o! papiery są całe! i począł pokaszliwać.
— Słuchajno stary, dajmy pokój bałamuctwu, które się na nic nie zdało, mów mi otwarcie, straciłeś pieniądze.... nie kłam! lżéj ci będzie; cóż ja ci zrobię....
— Słowem ręczę, nie straciłem, nie, — żywo odpowiedział p. Mateusz, — ale obawiając się, oddałem je do przechowania pannie Justynie.... a ta z markierem od billardu uciekła.
— Już to mi wszystko jedno.... widzisz! lepiéj je było przejeść! Zawsze ta nieszczęśliwa słabość dla płci pięknéj.... Stary jesteś a głupi.... Cóż z sobą robisz?
— A! przyjacielu najukochańszy, — odezwał się rozczulony pobłażaniem Kirkuć, — ginę z głodu, jenerałowa mnie na wieś wyprawia!
— Udawałeś się do niéj?
— Byłem zmuszony; plenipotent mi oznajmił, że jeśli chcę miéć jakąkolwiek pomoc, mam z miasta wyjechać. Zgodziłem się na to, ale teraz gdy ty, mój dobrodzieju i opiekunie najłaskawszy, zjawiasz się nademną, los mój powierzam w ręce twoje, — zrywam układy.....
— Daj mi pokój, — rzekł kapitan, — ja nie wiem czy sam sobie potrafię dać radę, zwątpienie mnie ogarnęło. Zostań, jedz, jak ci się podoba, oddaj mi tylko papiery.
To mówiąc kapitan siadł w krześle, a Kirkuć upokorzony i przejęty, począł w milczeniu popłakiwać po trosze.
— Słuchajno, jeżeli te łzy lejesz na moją intencję, — rzekł Pluta, — to darmo sobie gwałtu nie zadawaj, na nic się to nie przyda. Ja myślę teraz żyć spokojnie, szukam kąta dla wytchnienia po burzach, tobie nie poradzę.
— Ale mnie nie odpychaj, kochany dobroczyńco, przyjacielu! — zawołał Kirkuć, — oświeć mnie, pomóż radą, co ja pocznę na wsi?
— Powiedz mi, co ja pocznę w mieście? — rzekł Pluta zimno, — ale o tém potém, naprzód mi papierów potrzeba; czy istotnie za mną tu przyszedłeś tylko? w takim razie idź i powiédz mi swoje mieszkanie, bo ja tu mam interesa pilne.
— Ja! ja! — zmieszał się pan Mateusz, — ja tu po części dla tego, a po części przybyłem, sądząc, że może dawne projekta względem Adolfiny, mogłyby przyjść do skutku.
— O tém nie ma co mówić, — odparł Kapitan, — nie korzystałeś z czasu. Wracaj do domu, czekaj na mnie. Albo nie! przenoś się natychmiast na dawne nasze mieszkanie w hotelu, bierz ten sam numer i nie wychodź krokiem z domu.
Kirkuć skłonił się, uradowany, że to tak gładko jakoś poszło, że ma znowu tak potężnego opiekuna; nałożył kapelusz i co prędzéj wyśliznął się z domu, ale w progu myśl ważna go wstrzymała. Nie było czém zapłacić za mieszkanie.
— Kapitanie, — rzekł wracając, — mam trochę długu, to mnie nie wypuszczą i zabiorą rzeczy, a z niemi twoje papiery.
— Zawsze goły? — zawołał Pluta prawie z litością pogardliwą.
— Choć godzien lepszego losu! — dodał Kirkuć, — ale cóż począć, to już widać nie może być inaczéj.
— Ile wynosi dług?
W mgnieniu oka obrachował p. Mateusz, że może go o kilka złotych bezkarnie powiększyć i pójść po drodze na piwo, westchnął więc głęboko i rzekł:
— Ach! dwadzieścia pięć złotych
Pluta nic nie mówiąc, dobył z kieszeni pieniędzy i dał je przyjacielowi, który żywo wymknął się z domu.
Wszystko się tedy najlepiéj znowu składało i kapitan nabrał nieco otuchy, ale już nie przypuszczał téj walki i upartego pasowania się z losem, do których dawniéj był przywykł, myśl wiodła go ciągle do idealnego jakiegoś spoczynku. Nawet namiętne prześladowanie jenerałowéj, zdawało mu się dziwactwem nieusprawiedliwioném, chłód i ciemności więzienne wystudziły w nim resztki gniewu i żalu, chęć zemsty i potrzebę boju.
Począł rozmyślać, gdy zatopionego w dumaniach obudził szelest sukni niewieścich; p. Adolfina z Manią stały przed nim. Kapitan wstał żywo i usiłował udać wesołość, mimowolnie oczy jego skierowały się w twarz dzieweczki świeżą, rozkwitłą, wesołą, spokojną, od któréj promieniał jakiś pokój anielski i cisza niebieska. Kapitan, który wiele widział w życiu, takiéj jednak twarzy sobie nie przypominał; niewyrozumowane wrażenie jakiego od niéj doznał, podobne było do upokorzenia, do wstydu i strachu. Twarz ta jak widok krzyża dla szatana, była wyrzutem, była dlań czémś niepojęcie przykrém. Tak mało w niéj było ludzkiego, że stary łotr patrzał na nią pojąć jéj nie mogąc i nie rozumiał anioła. Mania z ciekawością dziecka nań poglądała. Adolfina nie dosyć rada odwiedzinom, potrząsała głową i sama nie wiedziała co począć z natrętem.
— Chwilkę mamy do pomówienia na osobności, — rzekł cicho Pluta, — odpraw tę gąskę.
— Przyznam się panu, że nie mam czasu, — wybąknęła Adolfina z miną dosyć zakłopotaną, — kapitan pierwszy raz w życiu wydał się jéj, skutkiem zmiany wewnętrznéj, istotą dziwnie wstrętliwą i niemiłą.
— Ale ba! kilka minut, rzecz pilna i ważna....
Mania domyśliwszy się z szeptów, że tu nie była potrzebną, ukłoniwszy się odeszła spiesznie do swojego pokoju. P. Jordanowa dosyć kwaśna i niespokojna zdjęła powoli kapelusz, usiadła w salonie na kanapie i oczekiwała rozpoczęcia zapowiedzianej rozmowy.
Pluta zasiadł naprzeciw niéj, popatrzał jéj w oczy i tak począł cedząc słowa:
— Kochana moja Adolfino! dawnośmy się widzieli, wiele mnie od tego czasu spotkało przykrości, wiele nad sobą myślałem i przemyśliwałem, znacznie nawet, mogę powiedziéć, odmieniłem się.
— Oho! oho! — przerwała kobieta, — żebyś ty się odmienił.... czego się skorupka napije za młodu....
— To najczęściéj na starość z niéj wietrzeje, — dokończył Pluta. Otóż i ja właśnie starzeję, i wychodzę na porządnego, tak jest, na porządnego człowieka.
Adolfina poczęła się śmiać.
— Sama mi to przyznasz, gdy ci głębiny myśli i uczuć moich odkryję. Otóż, — dodał wiodąc rzecz daléj, — chciałbym już po trudach odpocząć. Życie jakie dotąd prowadziłem, obrzydło mi, mam dosyć znaczny kapitał (przycisnął na tém) oszczędzony, myślę sobie kupić siaki taki kawałek ziemi, i chciałbym się ożenić. Rodzina, dom, dziatki, jeśli Bóg da, nie ma nic nad to, nie ma szczęścia nad ciche i familijne.
Adolfina machinalnie poprawiła loków, ale mimo ten ruch zalotny, zaczęła się śmiać coraz głośniéj.
— Ale posłuchajże mnie choć chwilę cierpliwie, — ciągnął kapitan zacinając usta. — Szukam kobiety niezbyt młodéj, bo nie chcę trzpiota coby mnie oszukiwał, kobiety statecznéj, oszczędnéj, któraby mi dom mój szlachecki utrzymać mogła i uczynić go przyjemnym; któréjby charakter wreszcie przypadał do mojego.
— At stary bałamut, niewiedziéć co pleciesz! — przerwała Adolfina, — myślisz, że ja ci uwierzę?
— Więc wyznam ci wszystko otwarcie, — nie chcę dłużéj zwlekać, — osobę, serce, majątek, imie, wszystko składam u nóżek twoich. Raz, dwa, trzy, stanowczo, przyjmujesz mnie? chcesz? żenię się z tobą. Jutro damy na zapowiedzie.
Kapitan wyrzekłszy to, jakby ostatni grosz na kartę postawił, wstał i czekał odpowiedzi, kręcąc wąsa, dając sobie trochę junacką minę.
Rachował, niestety, na dawną Adolfinę, a miał przed sobą kobietę, znacznie wpływem téj, z którą od niejakiego czasu żyła, zmienioną; był prawie pewny przyjęcia. P. Jordanowa na chwileczkę uczuła się olśnioną świetną perspektywą małżeństwa, tytułem kapitanowéj i przymiotami człowieka; uśmiechnęła się zdziwiona, ale instynkt wstrętu zaraz wziął górę nad nią.
— At! bałamucisz, — rzekła udobruchana, ale skłopotana razem, — ktoby ci tam wierzył! co ci po staréj wdowie! gdziebyś ty się chciał żenić....
— Pojmuję twoje zadziwienie i niedowiarstwo, kochana Adolfino, — rzekł Pluta, — ja sam przed kilką miesiącami nigdybym był podobnéj ostateczności nie przypuszczał, ale zmieniły się okoliczności, zrealizowałem szczęśliwie moje kapitały, czuje potrzebę odpoczynku, wiem, że sam nie utrzymam w krwawym pocie czoła uciułanego grosza, że mi potrzeba wiernéj towarzyszki życia, jak ja wypróbowanéj przez losy w ogniu przeciwności....
Użycie tych dźwięcznych wyrazów, nie było bez celu. Adolfina westchnęła i spojrzała na Plutę. Stary lis miał minę głęboko wzruszonego człowieka, tylko jeden kącik wargi pokrytéj wąsami, drgał mu niedostrzeżoném szyderstwem.
— Ot nie plótłbyś kapitanie, — odpowiedziała cicho.
— Nie plotę, nie, słowo honoru! — chcę się żenić, ofiaruję ci pierwszeństwo, masz mnie, bierz.
Adolfina pragnęła się z tego grzecznie wywinąć, trochę niedowierzała, a jakaś obawa zmuszała ją odrzucić pochlebną zresztą ofiarę kapitana.
— Proszę cię, kochany kapitanie, — odezwała się kręcąc koniec od chustki, — ja bo wcale za mąż już iść nie myślę. Jestem stara, wiem co to małżeństwo i boję się niewoli.
— O filutka! droży się, — przerwał Pluta, no! no! tak to się mówi.
— Ale szczerze, ja za mąż nie pójdę.
— Jakto? nawet za mnie?
— Za nikogo.
Ostatnie słowo wyrzekła stanowczo i śmiało, kapitan zaciął wargi.
— Namyśl się, — rzekł, — daję ci trzy dni czasu.
— To napróżno, nie zmienię zdania, chcę zostać swobodną.
— Ale ja poczekam.
— Bardzom ci wdzięczna, kapitanie, za twoją przyjaźń.
— O! o! tylko przyjaźń!! a pamiętasz jakeśmy się kochali?
Adolfina westchnęła.
— Błędy młodości, — wyrzekła po cichu, ty sobie znajdziesz inną żonę, ja, zostanę jak jestem.
— Tak młoda? świeża? tak urocza? — spytał Pluta, uderzając w strunę pochlebstwa.
— Bałamut jesteś.
— Z temi oczkami ślicznemi? z tą buzią koralową?
Adolfina uczuła się nieco przejętą, miała ochotę zarumienić się nawet, ale róż i bielidło nie puściły na twarz téj oznaki wstydliwości.
— Stary pochlebca! — rzekła.
— A! otóż w czém sęk; myślisz żem stary, — podchwycił, — jest to fałsz wierutny, teraz dopiero jestem w pełni sił i zdrowia, spojrz na mnie. Z daleka nie dają mi więcéj nad lat trzydzieści, z bliska nie mam czterdziestu, a wewnątrz czuje tylko dwadzieścia pięć! Słowo!
Adolfina spojrzała, nie śmiała zaprzeczyć, kapitan jednak wydał się jéj jakby miał, zewnątrz przynajmniéj, więcéj daleko.
— No! — dodał widząc, że stanowczéj odpowiedzi nie otrzyma, — masz trzy dni do namysłu, a teraz przystąpim do innego przedmiotu. Wiadome ci są zapały i projekta barona Dundera?
P. Jordanowa, która sądziła, że nikt się ich w święcie nie domyślał, zaczerwieniła się mocno.
— No! ja wiem o wszystkiém, nie ma co taić przedemną, jestem przez niego użyty do traktowania.
— Ty?
— Tak, tak, ja; przed chwilą przyjechaliśmy tu razem, ale on nie mając czasu czekać, odjechał, ja zostałem aby z tobą pomówić stanowczo. Dla twojéj sierotki, wychowanki, trafia się los nadspodziewany, powinniśmy jéj dopomódz, aby go przez jakie dzieciństwo nie utraciła, prędzéj późniéj, gorszego ją co nad to spotkać może. Baron jest wspaniały gdy mu się głowa pali, ona i my możemy z tego skorzystać, rzecz bardzo prosta, działamy dla jéj dobra. Któż wié? tacy ludzie, byle ich zażyć, gotowi się żenić.
Adolfina przywiązana była do Mani i jakkolwiek nie zbyt ostrych zasad, z oburzeniem poczynała poglądać na zabiegi barona, a wmięszanie się kapitana przejęło ją niewymownym strachem. Myśl, że to dziecko poświęconém być może, nieszczęśliwém, przejmowała ją do głębi. Baron trzymał ją tylko strachem i obietnicami w niepewności i wahaniu, z których za każdém jego odejściem przechodziła w stanowcze przeciwko niemu oburzenie. Niewinne dziewczę zepsutéj kobiecie nawet potrafiło wlać poszanowanie siebie. Znając z dawna kapitana, Adolfina przeczuwała, że z nim walka o to trudniejszą będzie niż z baronem, pomięszana, nierychło zebrała się na odpowiedź.
— Dajże mi z tém pokój, — odezwała się, baron mi się naprzykrza, ale z tego nic nie będzie.
— Co mówisz? co mówisz? — przerwał Pluta.
— Nie chcę o tém słyszeć, dziecka nie poświęcę, w dodatku obawiam się Narębskiego, któryby mnie zabił.
— Obawiasz się Narębskiego? — podchwycił Pluta, — jakież on do niéj ma prawo?
— Ma czy nie, ale on, broń Boże czego, do góry nogami wywróci nas, gdy o nią będzie chodziło, — dokończyła Jordanowa, — nie chcę nic! dajcie mi pokój!
— Wszakże jéj zmuszać nie będziesz do niczego, ale tu o to chodzi, aby ona właśnie swoje dobro zdrowo pojęła. Taki stary kochanek to skarb, może, powiadam ci, ożenić się z nią, byle go prowadzić umiała, a dla takiéj perspektywy, coś przecie warto poświęcić. Co się tycze Narębskiego, to — ciemięga.
Adolfina głową trzęsła.
— Róbcie wy sobie co chcecie, a z tego nic nie będzie, — rzekła śmieléj, — ona nie zechce, ja nie chcę, to darmo.
— Ale posłuchajże, kobieto uprzedzona, — podchwycił Pluta. — Ja cię do kryminału nie namawiam, ułatwić mu poznanie, widzenie się, przypodobanie. Dziewczęciu zawróci się głowa.... cóż my winni?
— Nie chcę.
— Pamiętaj, że baron ma cię w ręku, a ja także....
Jordanowa zbladła, zakryła twarz i zaczęła płakać.
— Na łzy kobiece ja jestem bardzo wytrzymały, — rzekł kapitan, — płacz nie płacz to mi wszystko jedno, bylebyś zrobiła co chcę, a zrobić musisz. Gwałtu nie popełnim przecie, a rozumnie rzeczy pokierować trzeba.
Projekt mój jest taki: baron ma posiadłość za miastem, śliczny pałacyk z ogrodem, o milę. Zaprasza was na kilka dni do siebie, odmówić mu niepodobna, jedziesz z Manią, bawicie, stara się jéj przypodobać, a jeśli ją namówi, by została dobrowolnie? hę?....
— Aleś ty oszalał kapitanie! — zerwała się z kanapy Jordanowa cała wzruszona, — ty nie znasz tego anioła, to dziecko czyste jak łza... ona się nigdy na nic podobnego nie zgodzi.
— A zatém nie ma niebezpieczeństwa pojechać? Baron za samą tę podróż sowicie ci się wypłaci, a zawarujemy sobie, że twoja panienka zupełną dobrą wolą miéć będzie. To już jego rzecz, niech tam się umizga i stara przypodobać....
— Daj mi pokój, — odparła wdowa z oburzeniem.
— Adolfino, nie poznaję cię, — rzekł Pluta, — zestarzałaś gorzéj niż myślałem. To co mówię, być musi, inaczéj możesz miéć nieprzyjemności. Słuchaj mnie, ja ci dobrze radzę.... Tak być musi.... powtarzam, musi... Baron was zaprosi na wieś, przyjmiesz wezwanie, a co daléj, to niech jego głowa boli nie nas....
Adolfina nic już nie odpowiedziała, ze wzgardą spojrzawszy na kapitana, który cygaro sobie zapalał.
— Wiész, — dodał, — że ze mną walczyć niebezpieczna rzecz.... namyśl się, głupstwa nie rób; powiadam ci, że tak ma być i będzie.
Zamierzał już wychodzić i czekał tylko jakiéjkolwiek odpowiedzi, ale Jordanowa zacięła wargi i milczała uparcie.
— Więc do zobaczenia, — rzekł, — na wieś pojechać z nią, toć jeszcze nie kryminał, a powiadam ci, jechać musicie.
Jordanowa wstała jakby do wyjścia.
— Bardzo mi przykro, — rzekł kapitan, — że cię siłą prowadzić muszę na drogę właściwą.... ale cóż robić; ludzie często są ślepi na interes i dobro własne. Do zobaczenia, proszę się nie gniewać. W trzy dni przyjdę po odpowiedź względem pierwszego pytania, a co do podróży na wieś do Roskoszowa, uważam to za rzecz skończoną.
Adolfina milczała.
— No? jakże? — zdziwiony uporem, zapytał kapitan.
— Nie wiem....
— Namyślisz się.... upadam do nóg.
Widząc że się ani słowa nie doprosi, Pluta poszedł ku drzwiom, włożył kapelusz i wysunął się z domku Jordanowéj w dosyć kwaśnym humorze.
— Jeszcze głupsza niż kiedykolwiek była, — rzekł do siebie w progu, — ale powoli da się nauczyć rozumu. Nigdym się jednak tego nie spodziewał. Ha! ha! Adolfina namyśla się, czy mnie ma wziąć za męża! Otóż na co zszedł pan kapitan Pluta.... Nie pozostaje mi po tém, chyba wstąpić do Kapucynów.
Ruszywszy ramionami, splunął filozoficznie i kazał się wieść do hotelu, gdzie wierny Kirkuć już na niego oczekiwał z maluczkim węzełkiem pod pachą i mocno znów pocałunkami bawara zarumienioną twarzą.




Jenerałowa została dosyć strwożona wiadomością o zjawieniu się kapitana, ale niespodziana okoliczność, zadając jéj cios daleko przykrzejszy, odwróciła uwagę od niebezpieczeństwa, jakiém z téj strony była zagrożoną.

Spadkobiercy pana jenerała, po którym odziedziczyła całą fortunę, niezamożni ale skoligaceni znakomicie ludzie, nie mogli dotąd, mimo nieustannych starań, przechylić na swą stronę szali sprawiedliwości. Jenerałowa i pomocnik jéj p. Oktaw, zabiegali im wszędzie drogę z tak przekonywającemi argumentami, że w każdéj instancji przegrywali dziedzice, wygrywała wdowa. Chciano kilka kroć wejść z natrętnemi pieniaczami w układy, ale uparci odmawiali nawet dosyć znacznych summ im ofiarowanych i części majątku. Sprawa więc szła daléj i wyżéj, a otrzymane już dekreta poprzednie, zdawały się ją stawić na takiéj stopie, że Pobracki był zupełnie spokojny, gdy nagle odebrano wiadomość od umocowanego ze stolicy, że w najwyższéj instancji została niespodzianie zagrożoną.
Krewni jenerała sami pojechali w interesie tym i przez stosunki liczne wyrobili pilniejsze wejrzenie w naturę processu. Nie zaprzeczali oni już, jak z razu, ważności testamentowi, ale opierali się na tem, że rozporządził majątkiem spadkowym, rodzinnym, którego przekazywać żonie prawa nie miał. Majątek jenerała nieszczęściem, choć w znacznéj części dorobkowy, składał się z ziemi i dóbr odkupionych od współdziedziców i wierzycieli jego familji, tak, że choć przez niego nabyty, miał naturę dziedzicznego.... To co mogło pozostać dla wdowy, było tak małą jego cząstką, że nie starczyłoby nawet na bardzo skromne, ale trochę jéj położeniu odpowiednie, utrzymanie.
Pobracki odebrawszy groźne oznajmienie, poczuł, że im się noga mogła pośliznąć, że majątek który tracili, w części do niego téż kiedyś, jakoś, przejśćby mógł trochę — i niezmiernie się przestraszył. W duchu czuł, że sprawiedliwość była za spadkobiercami naturalnemi.
Zrazu chciał oszczędzić zmartwienia i strachu pani Palmer, ale zważywszy, że mu wypadało koniecznie jechać samemu aby się dopilnować, że powodu odjazdu ukryć nie mógł, postanowił nieco złagodzoną prawdę jéj powiedziéć. Jenerałowa była bardzo spokojną i trochę nawet zapomniała o swoim procesie, gdy nazajutrz po oznajmieniu kapitana, Pobracki wszedł do niéj z twarzą tak śledziowego koloru i posępnych rysów, że w progu odgadła, iż coś z sobą złego przynosił.
Nigdy szanowny prawnik nie miał miny nazbyt wesołéj, starając się o powagę i surowość, unikał wszystkich wrażeń, któreby nadwerężyć mogły fizjognomją pracowicie wyrobioną do stanu i powołania, tą razą jednak stała się ona nie poważną i namarszczoną, ale zbiedzoną i prawie chorą. Jenerałowa, którą zastał w salonie na kanapie, dla przyzwoitości trzymającą w ręku bardzo piękne wydanie Naśladowania Chrystusa Pana, zmierzyła go oczyma i wyczytawszy coś groźnego na pofałdowaném czole, zbliżyła się do niego z widocznym niepokojem.
— Widzę że coś jest? — zawołała, — mów mi otwarcie.... czy znowu ten niegodziwiec?
— Ale nie! — odparł Oktaw rzucając się na krzesło i trąc czoło, — nie ma nic.
— Śmiało, mów mi, złożę cierpienie na ofiarę Bogu.... — dodała blednąc pani Palmer, i obejrzawszy się w koło, lekko pocałowała go w czoło.
Pobracki drgnął; teraz gdy téj kobiecie zaczynało grozić ubóstwo, o wiele zdawała mu się mniéj piękną i daleko jakoś starszą.... Poniósł do ust rękę białą i milczał.
— Nie jestem przecież dzieckiem, — odezwała się Julja, — nie zemdleję ci.... poczynam się istotnie trwożyć.... mów mi otwarcie, Oktawie — jest coś bardzo złego?
— Dotąd bardzo złego nie ma nic, — rzekł prawnik dobywając list z kieszeni, — ale patrz pani co mi donoszą ze stolicy.
— Ze stolicy! — powtórzyła pani Palmer, chwytając papier, — ze stolicy.
Twarz jéj zbladła jak marmur, usta zaczęły drgać, oczy pobiegły po papierze, cios był dla niéj najstraszniejszy.... czuła że cała jéj przyszłość, siła, nadzieje opierały się tylko na majątku, majątek ten był zagrożony! Uwodzić się nie było podobna, pani Palmer znała dobrze zajadłość i nienawiść ku sobie rodziny jenerała nieboszczyka, która z nią nigdy w żadne układy wejść, ani się zbliżyć nawet nie chciała; długie milczenie dało jéj otuchę niejaką, ale teraz, gdy znowu sprawa poruszoną została i tak groźną przybierała postać, wszystkiego obawiać się godziło, wszelkich środków dla odwrócenia nieszczęścia użyć było potrzeba.
Załamała ręce z rozpaczą prawie.
— Mów, co robić? — zawołała, — ja nie wiem. Mam jechać sama i prosić? posłać kogo, dać pieniądze.... Potrzeba natychmiast radzić, znam ich, oni będą nielitościwi, oni są bez serca, odrą mnie do ostatka; pozwą do rachuby z posiadania.... Potrzeba wszystkich użyć sposobów.
— Jeden jest tylko, — rzekł jakoś zimno namyślając się Pobracki, — należy, należy — co można zebrać i mnie samemu jechać, w takich sprawach cudzemi rękami nic się nie robi.
— Wiele potrzeba? — spytała jenerałowa.
— Jak najwięcéj.
— Sto, dwakroć?
Prawnik, który nie znał stanu majątkowego p. Palmer dokładnie, spojrzał na nią trochę zdziwiony.
— Nie mam tyle, ale sprzedam klejnoty moje, pożyczę.... co tylko można....
— Tak! a jeżeli te dwakroć i majątek w dodatku przepadnie? — zapytał Oktaw.
Jenerałowa zastanowiła się chwilę, spuściła głowę.
— To być nie może, — rzekła.
— Wszystko być może — odparł Pobracki.
— Cóż począć?
— Muszę pomyśléć? — rzekł prawnik, — rzecz jest największéj wagi, czasu mało do stracenia, przez dziś i jutro musiemy się decydować.... ale w téj chwili, nie śmiem nic jeszcze mówić.... Jeden środek, słaby, niepewny, jak błyskawica przeszedł mi przez głowę.... nie śmiem go nawet podawać.
— Jaki? jaki? mów, przerwała kobieta, która bardziéj była wzruszoną niż kiedykolwiek i napróżno usiłowała pohamować doznane wrażenie.
— Wiadomo pani, — odpowiedział Pobracki powoli, — że spadkobiercy jenerała są osobiście jéj zajadłemi nieprzyjaciołmi.
— A! tak, niestety; — nieboszczyk mój mąż miał słuszne powody, dla których ich nie lubił, niechęć jego przypisano mojemu wpływowi, ztąd nieprzyjaźń ta nieprzejednana.... Na to nic już poradzić nie można, a dziś mniéj niż kiedykolwiek.
— Gdybyśmy spróbowali jeszcze? — spytał prawnik.
— Daremnie? — uśmiechnęła się boleśnie p. Palmer, — znam ich wszystkich, prócz jednego najmłodszego....
— Właśnie ten pani nieznajomy, najmłodszy z nich, pan Abel Hunter bawi w Warszawie od niejakiego czasu.... Nie może być ażeby nie miał wpływu na rodzinę, możnaby się starać o pozyskanie go, przynajmniéj o zbliżenie się do niego.... przez niego możnaby potém nakłonić ich do układów? Nie będę pani taił, że w dzisiejszym stanie interesu wolałbym najgorszą umowę dobrowolną, niż losy niepewne procesu.
— Ale on się do mnie zbliżyć nie zechce, wiesz pan jakie uczucia ma dla mnie cała rodzina Palmerów i Hunterów....
— Najmłodszy wątpię by je podzielał, mało żył z niemi, jest niezbyt dobrze z familją, o tém słyszałem, któż wie? gdybyśmy spróbowali?
Jenerałowa potrzęsła głową.
— A! spróbujmy, — rzekła, — ale jak?
— Pomyślemy.... pomyślemy.... I czoło p. Oktawa pokryło się gęstemi fałdami.
— Toby było genjalne, toby było ciebie godne? — odezwała się pani Palmer chwytając białą i chłodną rękę prawnika, — który milcząc coś w głowie układał.
— Spróbujemy, — rzekł Pobracki, — nie znam go sam, ale słyszałem wiele o nim, bom się dowiadywał umyślnie. Abel Hunter jest młody, trzpiot, mało ma znajomych w Warszawie, a pragnie ich mieć gorąco; dom na takiéj stopie jak pani, zwabi go, trzebaby wieczoru, zabawy, coś podobnego aby pociągnąć.
— Ale u mnie tak mało bywa osób.
— Tymczasem możnaby zrobić tylko nadzieję zabawy, znajomości, stosunków na późniéj.... parę osób, cośkolwiek, byleby mu trochę zaimponować....
Jenerałowa z boleścią pomyślała, że dom jéj całkiem prawie został opuszczony.
— Zostaw to pani mnie, — dodał Pobracki, — będę się starał.... Jeśli go ściągnę, trzeba użyć wszelkich środków aby go tu przytrzymać, ładna twarzyczka nicby nie zaszkodziła.
— Młody? — spytała jenerałowa.
— O! bardzo młody, i strasznie łatwy do zakochania....
Pani Palmer pomyślała głęboko, i nie odpowiedziała nic, spojrzała pobieżnie w zwierciadło.... wiedziała, że w gorączce młodości może najponętniejszą jest kobieta blada, przeżyta trochę a smutna....
— Czemużby nie? — powiedziała sobie w duchu....
Pobracki odgadł czy nie, odezwał się zaraz spiesznie.
— Pani byś powinna miéć w domu dla towarzystwa młodą jaką osobę.
— Zobaczemy.... zobaczemy, niech tylko on tu przyjdzie, zrobię co będzie można, ale do takich środków....
— A pani! ludzie są tak zepsuci, — westchnął pan Oktaw, — do nich tylko przez ich słabości trafić można....
Oboje spojrzeli na siebie.
— Przyprowadź go, — z cicha szepnęła jenerałowa, — resztę mnie zostaw.
Tu wypadałoby powiedziéć słów parę o Ablu Hunterze, którego bardzo niedostatecznie odmalował nam Pobracki. Był to dzieciak, prawdę rzekłszy, niegdyś możnéj z Inflant rodziny potomek, nosił tytuł hrabiego, a familja zubożała nie mogła mu dać stosownego wychowania. Ojciec i matka odumarli go za młodu bardzo, starsi bracia sami wychowani w zakładach wojskowych, zostawili mu swobodę nie uczenia się i porzucenia szkół przed siedmnastym rokiem. Ubogi, przystojny, z tytułem, dosyć roztropny i wielu rzeczy, których nie umiał wcale, domyślający się łatwo, szedł w świat z tą wiarą jakąś, że nad uprzywilejowanemi rodzinami świeci gwiazda opiekuńcza. Przyszłości był zupełnie pewnym, a teraźniejszość starał się wypotrzebować jak najprzyjemniéj. Chciwy zabawy, towarzystwa, stosunków, gdzie mu tylko zaświeciła nadzieja pozyskania trochę rozrywki, rzucał się na oślep, pewien, że ze swą młodością i śmiałością da sobie radę wszędzie. Nieświadomość niebezpieczeństwa, czyniła go zuchwałym. Z całym jeszcze ogniem młodości pędził za wszystkiemi marami, jakie mu przedstawiała rozgorączkowana wyobraźnia. Z największą łatwością byłby podpisał cyrograf Mefistofelesowi dla pięknéj twarzyczki lub garstki pieniędzy, których mu często brakło, choć dostawszy ich, z najnieopatrzniejszą rozrzutnością wyrzucał je za okno, jak gdyby jutro miał znowu miéć miljony. W gruncie było to może poczciwsze serce niż się zdawało, ale uczucia w niém nikt i nic nie rozbudziło nigdy, zepsuty był nim dojrzał. Ani dłoń matki, ani uśmiech siostry, ani nałóg kochania i potrzeba być kochanym, nie rozmiękczyły mu piersi; od dziecka rozumiał świat zabawką, ludzi jako wesołych towarzyszów biesiady, życie jak rodzaj wrzawliwéj, zagadkowéj uczty, na któréj co najwięcéj wypić i zjeść należało. Starość nigdy mu na myśl nie przyszła, praca wcale się nie uśmiechała.
Powierzchowność, nazwisko, familijne stosunki łączące go z mnóstwem rodzin znakomitych, dały mu wstęp do salonów, w których nabrał powierzchownéj ogłady. Tu jego trzpiotowatość zyskiwała oklaski, a że nikt nie miał obowiązku zajmować się jego przyszłością, przyjmowano go jako zabawną laleczkę, i śmiano się trochę z niego, ubolewając, że takie miłe stworzenie jak ćma wprost na ogień leci. Łatwo bowiem było odgadnąć, że gdzieś skrzydła opalić musi.
Jedną z głównych słabości Abla Hunter’a, były kobiety, w ogóle jeszcze kochał się on we wszystkich, miał paroksyzmy namiętności chwilowe dla niektórych, i na żadne spojrzenie czulsze nie brakło mu odpowiedzi namiętnéj. Zdawało się, że zadaniem życia dla niego było kochać się, starać o miłość i szaleć ciągle rozgorzałemu. W tym wieku kobiety jeszcze wszystkie są piękne, a że starsze przystępniejsze bywają, Abel wmówił sobie, że nie ma na świecie jak trzydziesto i czterdziestoletnie. Młode dziewczęta, w chwilach tylko wolnych zwracały jego uwagę. Zresztą jedna miłość nigdy go nie zaspokajała, a zwykle miał ich trzy w zapasie: jedną zupełnie rozwiniętą i panującą, drugą stygnącą i na wylocie, trzecią uśmiechającą się z daleka. Tym sposobem nigdy nie został bez zajęcia, o co mu właśnie chodziło. Czasem nawet czwarta zakulisowa, cicha, nieprzyznana, rozrywała go w ciężkich strapieniach, w jakie obfituje miłość salonowa. O małżeństwie wcale mu się jeszcze nie śniło, miał wreszcie wcześnie wpojoną zasadę, że passje nie trwają długo, że są mignieniem błyskawicy, i nie przysięgał na wieki nikomu.
W innych życia stosunkach, hrabia Hunter był człowiekiem dobrze wychowanym, ale płochym, wiecznie potrzebował, zawsze pożyczał, nie oddawał nigdy, był pewien biorąc pieniądze, że świat mu jakiś stary, zaciągniony u jego rodziny przed wieki dług wypłaca. Na sumieniu nie cierpiał, bo pojęcia złego w tém nie przypuszczał. Zresztą, uczucie honoru było w nim mocno rozwinięte i uchybić sobie nie dał, a bił się z taką łatwością narażając życie, jakby się czuł nieśmiertelnym.
Szło mu nadzwyczaj szczęśliwie, często bez grosza, zawsze umiał sobie poradzić, w najgorszych razach śmiał się z biedy i stawił jéj czoło z zuchwalstwem niepojętém.
Narysowaliśmy tu postać, jakich, niestety, przy braku wychowania i pretensjach arystokratycznych do bezczynności, więcéj jest u nas niżeli się zdaje. Z małemi odcieniami, charaktery podobne spotykają się codzień; są między niemi ludzie bardzo przyjemni w towarzystwie nawet. Abel nie należał do najgrzeczniejszych, wyjąwszy z kobietami; dla tych był on uprzedzający i pełen najdziwaczniejszych, wyskokowych poświęceń, z mężczyzn żartował nielitościwie i bardzo ich lekceważył. Ale że bił się śmiało i dobrze, wiele mu uchodziło.
Hrabia Hunter w najdziwniejszy więc sposób, znajdował się przypadkiem istnym w Warszawie. W Rydze zakochawszy się w młodéj aktorce, wyleciał za nią do Wilna, do Grodna, potém do Warszawy, gdzie mu z oficerem od gwardji, bogatym, pierzchnęła za granicę. Warszawa mu się podobała dosyć, namiętność inna nastąpiła po téj pierwszéj, porobiły się znajomości, zaciągnęło łatwo pożyczki, i ot, tak, niewiedzieć jak hrabiątko zostało w stolicy, nie wiedząc ani na jak długo, ani po co, ani dla czego.
Bawił się doskonale; znalazł tu kilku znajomych, znalazł trochę krewnych, czas schodził wybornie, dla czegoż nie miał pozostać?
Miedzy kljentami Oktawa Pobrackiego, który miał stosunki we wszystkich sferach towarzystwa, był młody człowiek cale innego rodzaju, choć niemniéj płochéj powierzchowności i lekkiego prowadzenia od Hunter’a. Zwano go Piotrusiem, nigdy prawie nie dokładając nazwiska. Piotruś był młodzieńcem co się zowie uczonym, pracowitym ogromnie, ale namiętności tak gorących jak Abel. Z potężną głową, z nauką wielką, czas dzielił na żelazne trudy i najszaleńsze orgje. Jak to godzić umiał, nikt nie pojmował, przecież tak było.
Dniami Piotruś wyglądał na filozofa i zimnego statystę, wieczorami można go było wziąć czasem za warjata.
Piotruś znał się z Ablem, a pracował pod kierunkiem Pobrackiego, wierzył weń i służył mu ślepo. Nic więc nie było łatwiejszego panu Oktawowi, jak przez niego namówić sobie Huntera do jenerałowéj. Szło o to jednak, jak miał to obrócić Pobracki w sposób przyzwoity i nie wyglądający na jakąś intrygę. Pełen poszanowania dla form, przyzwoitości i pozorów, Oktaw przed młodym Piotrusiem przybierał postać mentora, pełnego prawości, zasad, rygorystę niezmiernego i niezrównanéj surowości człowieka. Trudno mu więc było bardzo przystąpić do tego, tak, aby podejrzeń nie obudzić i nie zniżyć się w oczach młodzieńca, który mógłby mu popsuć sławę, najdroższy klejnot życiem i niesłychanemi ofiarami okupiony. P. Oktaw byłby chętniéj zbrodnię nieznaną światu popełnił, niż zgodził się na utratę odrobiny téj aureoli powagi i zacności, jaka go otaczała.
Według zasad jego filozofii, którą sobie na swój użytek ukleił, nie chodziło o to aby złego nie robić, bo to się potrosze wszystkim trafia, ale by się ze złém nie popisywać i drugich nie gorszyć.
Walczył z sobą długo p. Oktaw, nim plan ułożył, aż nareszcie posłał po Piotrusia. Piotruś w jego gabinecie przybierał minę pokutnika i niktby się nie domyślił jego hulanek, patrząc na piękne czoło nieco wypełzłe, którego wczesne zmarszczki zdawały się pługiem pracy wyorane. Dodać potrzeba, że ubierał się z monarchalną skromnością.
Oktaw stał przed swém biórem w postawie Napoleona I, jak go malują nad kartą Europy, gdy Piotruś z papierami pod pachą wszedł do jego gabinetu.
— Jak się masz, — rzekł gospodarz, — miałem do ciebie trochę interesu, jak tam stoisz z tą repliką?
— Idzie, idzie, jutro skończę.
— Możesz mi dziś dać referat z tych papierów, które ci powierzyłem?
— A! nie! — rzekł zawstydzony Piotruś.
— O Boże! — zawołał Oktaw, — pewnie znowu te wybryki młodości! czy to się godzi! marnować takie dary! tak drogi czas! tyle zdolności mój Boże! Panie Piotrze, kiedyż to WPan młodym być przestaniesz?
— Pan dobrodziéj zawsze mnie posądzasz, a istotnie na ten raz nie zgrzeszyłem wcale, — rzekł Piotruś z wielką naturalnością, — byłem trochę chory.
— Panie Piotrze, ja to mówię z dobrego serca, z prawdziwéj przyjaźni dla pana, z szacunku jaki mam dla jego zdolności, powinieneś zmienić tryb życia, towarzystwo, rodzaj zabaw. Szczerze, to nawet dla prawnika nie przystoi; stróż prawa, jak kapłan powinien się starać być czystym.
Piotruś zrobił minę kwaśną, p. Oktaw dawszy mu tę naukę, którą za przyzwoitą dla siebie więcéj, niż korzystną dla młodzieńca uważał, podał mu rękę i prosił siedziéć.
— Los pański więcéj mnie obchodzi niż sądzisz, jestem na pozór zimny, — dodał, — ale mam uczucie i serce, zwłaszcza dla takich jak pan, ludzi pełnych nadziei. Szczerze mówiąc, brak nam ludzi zdatnych i usposobionych, nie znam tu nikogo, ktoby panu dorównał wcześnie nabytą nauką i talentem.
Pobracki wiedział, że ziarenko pochlebstwa nigdy i w żadnym razie nie szkodzi, p. Piotr zarumienił się i uczuł wzruszonym.
— Pozwól mi z sobą pomówić otwarcie.
Piotruś się skłonił grzecznie.
— Dla czegóżbyś nie szukał innego towarzystwa? nie starał się wejść trochę w świat lepszy, który czyściejszych dostarcza przyjemności i może posłużyć twojéj przyszłości, panie Piotrze. Te stosunki hulackie, przebacz mi, że się tak odzywam po ojcowsku, do niczego nie prowadzą. Ile razy widzę was, młodzież poczciwą na tak zgubnéj drodze, serce mi się ściska. O ile wiem, — dodał, — jest tam was kilku w jednéj kupce, których mi bardzo żal.
— Ale panu donoszą rzeczy przesadzone, odezwał się Piotruś trochę zawstydzony.
— Nie, nie, wiem dobrze i lepiéj niż sądzisz co robicie, nazwałbym ci nawet towarzyszów twoich, takiego naprzykład Abla Hunter’a, młodego chłopca, którego mi równie żal jak ciebie.
Piotruś oczy otworzył, nie rozumiał do czego rozmowa prowadzić mogła.
— Kiedym wspomniał o Hunterze, dobrze że cię spytam o niego, — co to jest za człowiek? Powiem szczerze, jest to krewny jenerałowéj Palmer, dla któréj mam najwyższy szacunek, obchodzi mnie z tego względu.
— Hunter jest dobry chłopak, — rzekł Piotruś, — ale młody i lekki.
— Szkoda mi ciebie i jego. Jenerałowa, która wie jak się prowadzi, kilkakrotnie mnie prosiła, abym wpłynął jakim sposobem na wyrwanie go ze złego towarzystwa. Zapłaciłbyś sowicie za swoje grzechy, gdybyś do tego rękę przyłożył, hę?
Piotruś nie dobrze rozumiał o co chodziło.
— Poznaj mnie z nim, bądźcie oba u jenerałowéj, ja was wprowadzę. P. Palmer ma dom na bardzo wysoką utrzymany stopę, w zimie dawać myśli wieczory i bale, bawilibyście się doskonale u niéj. Nie sądź, żeby mimo wielkiéj pobożności i przyzwoitego tonu, dom jéj był nudny; o! to kobieta pełna jeszcze życia i młodości, nie znam przyjemniejszego nad jej towarzystwa, pobłażająca dla młodych, wyrozumiała na błędy, a miła, i wcale się jeszcze podobać mogąca. Przez ten dom weszlibyście w stosunki z wielą innemi, znalazłbyś sobie może żonę majętną, i jabym był o twoją przyszłość spokojniejszym.
Piotruś miał to w charakterze, że nie był wcale podejrzywającym, owszem chętnie wierzył w serca ludzkie, w dobroć i życzliwość, ale doświadczenie acz krótkie, naprowadzało go nieraz na wykrycie tajemnych sprężyn tam, gdzie wcale się ich spodziewać nie było można. Tą razą coś go tknęło, propozycja p. Oktawa była wprawdzie dosyć upowodowana i pozorna, jednak coś w niéj dawało czuć cel ukryty. Piotrusiowi przeleciało to przez głowę tylko, ale prawnik odgadnięte podejrzenie starał się zaraz ubić gdy się ledwie rodziło, i poczciwego chłopca przywiódł gdzie chciał, nakłaniając, aby Huntera koniecznie starał się, dla jego własnego dobra, zbliżyć do jenerałowéj.
Stało się jak pragnął. Hrabia Abel coś był słyszał o p. Palmer od familji, nie miał jednak ani nienawiści, ani uprzedzenia zbytecznego. Słyszał, że była ładna, mówiono że dosyć dawniéj miała być przystępną, dom obiecywał nowe stosunki i zabawę. Hunter zaproszony przez Pobrackiego bardzo zręcznie, przyrzekł swoją bytność, i w kilka dni potém, usunąwszy Piotrusia już niepotrzebnego, pod jakimś pozorem wiózł p. Oktaw ofiarę do stóp kobiety, która całą siłę dawnych lat zebrała, aby ją w sidła pochwycić.
Panna Adelajda, która przed naznaczoną godziną przyszła ubierać pobożną panią Palmer, najczęściéj dotąd chodzącą w czarnych ciężkich szatach wdowich, niezmiernie była zaciekawioną przygotowaniami, jakie jéj do stroju uczynić kazano. Jenerałowa zawsze staranna około siebie i resztek swéj piękności, tym razem była prawie niespokojną, jak młoda panienka, mająca raz pierwszy wystąpić w salonie. Stosunki przyjazne z p. Pobrackim, które panna Adelajda wyszpiegowała zaraz, nie dozwalały jéj odgadnąć na coby ten strój miał służyć.
— Któż ją tam zrozumie! — mówiła panna do Bzurskiego, — ma już przecie jednego kochanka, dla staréj baby powinnoby być dosyć!....
— Co WPanna mówisz staréj baby? Ona nie jest wcale stara! to kobieta, która jak zechce, jeszcze piętnastoletnią przez kij przesadzi, — rzekł Bzurski. Jużem ja ją różnie widział, ale dalibóg nie rozumiem. Czasem bywa, że wygląda na królowę, taka poważna i straszna, a jak zechce, to z siebie zrobi i młodą dziewczynę....
— Wstydź się WPan, — ofuknęła panna Adelajda, — co tam osobliwszego, otóż proszę wielki znawca.
Na ten wieczór przyrządzony strój, istotnie zapowiadał jakieś niepojęte zamiary, nie zmieniła jenerałowa zwyczajnéj barwy czarnéj, ani kroju tak dalece, ale pod pozorem nieubłaganéj mody, trochę białe, pulchne, zaokrąglone odsłoniła ramiona, pod pozorem zwyczaju tyrańskiego, wpięła spinkę brylantową we włosy i gdzieniegdzie rzucić kazała kokardy pąsowe, które na sukni ciemnéj, doskonale się odbijały. Co zrobiła z twarzą, o tém panna Adelajda wiedziéć nie mogła, bo urządzenie jéj odbywało się zawsze w wielkiéj tajemnicy, to pewna, że gdy weszła do pokoju, dla dokończenia toalety pani, niesłychanie była zdziwioną, znajdując ją, jedném niczém odmłodniałą, świeżą, nie do pojęcia.
P. Adelajda, która nie bardzo kochała jenerałowę, choć jéj niezmiernie nadskakiwała, powzięła dla niéj prawie szacunek i trochę zazdrości.
P. Palmer siedziała przed zwierciadłem i z wielkiém natężeniem umysłu, kończyła ubranie obrachowane na to, by nie odejmując jéj powagi, dodało jéj wdzięku i trochę młodości. Wyglądała tak świeżo, tak pięknie, a twarz jéj była marmurowo spokojna i wiejąca szczęściem, jak gdyby nigdy łza z powiek tych nie ciekła, nigdy troska alabastrowego nie zmarszczyła czoła. Była prześliczną, a co dziwniejsza, przy zmianie wielkiéj, wydawała się niewymuszoną, naturalną, sobą samą.
Wszystko, aż do najmniejszéj drobnostki w niéj, obrachowane doskonale, przyczyniło się do ogólnego efektu, który uderzał artystyczną harmonją całości. Nic nie raziło, nic nie zdradzało wysilenia i pracy.
Około ósméj oznajmiono Pobrackiego i Hunter’a, a pani jenerałowa powoli i poważnie weszła do salonu, z taką majestatyczną postawą, że ów trzpiot, który pierwszy raz się jéj przedstawiał, mimo wielkiéj śmiałości i lekceważenia kobiet, owładnięty został urokiem, jaki niosła z sobą.
Hunter był wysmukły blondynek, wcale nie szpetny, ale z tych ludzi, których młodość wydaje bardzo wielu, typ zresztą wdzięczny, miły, ale mało znaczący.
Jenerałowa z uśmiechem prawie protekcjonalnym go powitała.
— Bardzo mi miło spotkać pana, co za dziwny traf sprowadził go do Warszawy?
Nim Abel miał czas się opamiętać, posadziła go przy sobie na kanapie, a Pobrackiemu dawszy doktora Mazziniego do zabawy, już nie puściła od siebie młodego chłopca.
Zadanie było dosyć trudne: nie stracić powagi, nie wyrzec się charakteru kobiety wyższego i surowszego towarzystwa i podobać trzpiotowi, który nie rozumiał innéj rozmowy nad lekką i wesołą.
Pierwsze wyrazy jenerałowéj były probierczemi strzałami wypuszczonemi na to, aby odpowiedź przyniosła jéj świadomość usposobień, głębinę myśli hrabiego; umiała z niego wyciągnąć co chciała i po chwilce była już panią położenia, którego jednak wielkie trudności pojmowała. Gdy się ten wstęp odbywał z ostrożnością, oczy jenerałowéj, uśmiech jéj, ręka biała i wypieszczona, ramiona nawet nie próżnowały; wiedziały one o swych obowiązkach i spełniały je z wprawą starych i wiernych sług pani. Potrzeba poprawienia koronkowéj chustki, ułożenia sukni, wydania rozkazów do herbaty, dozwoliły bardzo naturalnie pokazać z różnych stron, starannie wszakże na pozór ukrywany biust, rękę, włosy, nawet koniec szczupluchnéj nóżki. P. Palmer wiedziała dobrze, iż wrażenie jakie czyni kobieta, całe prawie zależy od jéj fizjognomji i wdzięku. Młody chłopiec, temperamentu słomy, zapalający się niesłychanie łatwo, w pięć minut potém rzekł w sobie:
— A! cóż to za śliczna kobieta.
Potém nieco:
— Ale nawet wcale nie stara.
Nareszcie:
— Co za powaga i wdzięk.
Jenerałowa długo rozmyśliwszy się nad charakterem, jaki sobie nadać miała, wybrała nareszcie fizjognomją kobiety rozczarowanéj, chłodnéj, prawie znudzonéj, spokojnéj, która ustąpiła z placu nadziei, nie żeby już walczyć o szczęście nie mogła, ale że postrzegła próżność boju i daremność zabiegów. Tylko w oczach zostawiła wyraz głębokiéj tęsknicy, zdradzający pragnienie nienasycone, jakby mimowolnie przebijające się z zasłon obojętności i znużenia. Starała się być swobodną, wesołą i odrobinę choć poważnie zalotną.
Rozmowa zrazu bardzo obojętna, jakby dla wyszukania nuty, na którą nastroić się miała, przeszła w dosyć ożywioną. Jenerałowa nazwała go kuzynkiem, a ten zręczny obrót dozwolił jéj i jemu stanąć zaraz prawie na stopie poufałości.
Hunter był oczarowany, ale że nie umiał inaczéj okazać dobrego humoru jak w sposób trzpiotowaty, rozkołysał się zupełnie.
— Wujenko kochana, — rzekł w pół godziny, — nigdym się nie domyślał, żebym w Warszawie miał tak miłą zrobić znajomość, byłbym pospieszył doprawdy.
— I bardzobyś dobrze uczynił, kuzynku, — odpowiedziała p. Palmer, — było rzeczą naturalną kazać mi się protegować i pomagać ci, ażebyś w niedostatku znajomych, nie porobił niepotrzebnych, a może niebezpiecznych stosunków. Przyznaj się, masz ich wiele?
— Mnóstwo, wujeneczko, mnóstwo; tylko, że ja ich za niebezpieczne nie uważam.
— Jesteś jeszcze tak młody!
— Doprawdy, pozór myli, jestem bardzo stary!
— Któż cię tak prędko zestarzył? kobiety?
— Trochę, — rozśmiał się Hunter, który chętnie chluby szukał ze swych zalotnych stosunków z płcią piękną.
— Słyszałam coś o tém, — odpowiedziała jenerałowa i westchnęła nieznacznie, — szkoda mi cię kuzynku, — dodała, — złe kobiety, kobiety bez serca, odejmują człowiekowi na zawsze smak i wiarę w miłość prawdziwą.
— Moja wujenko, — zaśmiał się hrabia, — miłość fałszywa jest także bardzo urocza.
— Widać żeś nigdy nie kochał.
— Ja? sto razy! i do szaleństwa.
— Ani razu kuzynku, jeżeli trzpiotostwo nazywasz miłością.
— A czémże jest miłość, jeżeli nie wesołą zabawką?
— Bluźnisz, — odpowiedziała p. Palmer poważnie, — ale ja stara i odczarowana, już dziś nawrócić cię nie potrafię, na to potrzeba młodości i jéj uroku.
— Wujenko! proszę się nie obmawiać tak niesłusznie. Jesteś młoda i zachwycająca.
— Takie pochlebstwo mogę tylko przyjąć jako wujenka.
— Bardzo żałuję, że mi to pokrewieństwo staje na drodze i onieśmiela, — dodał Hunter, — doprawdy miałbym ochotę dowieść, że prawdę mówiłem i zakochać się na serjo.
Jenerałowa spojrzała mu w oczy bez obrazy, z jakąś melancholją i powtórzyła tylko trochę ironicznie:
— Na serjo?
— Kuzynka sądzi, że ja już nic na serjo zrobić nie potrafię?
— Przynajmniéj nie prędko.
— Zkądże tak srogi wyrok?
— Na własnych twoich zeznaniach oparty.
Hunter, który jadąc do jenerałowéj, wcale ją sobie inaczéj wyobrażał i obiecywał nudzić się trochę, zapalił się jak żak, pochwycił nawet za rękę wujenkę, która mu jéj nie odmówiła, przycisnął ją do ust, a dotknięcie téj pulchnéj, białéj, zimnéj dłoni, wytwornych kształtów, poruszyło go do głębi. Jenerałowa trochę szydersko uśmiechać się zaczęła.
— O! dziecko z ciebie kuzynku kochany, — rzekła, — dziecko jeszcze potrzebujące niańki, aby sobie głowy i piersi nie rozbiło idąc po świecie.
— Wujenka powinnabyś być mi tą ochmistrzynią! mentorką!
— Na długo? — zapytała pani Palmer. — Wychodząc odemnie, ręczę, zapomnisz o tém coś mówił.
— Tak płochy znowu nie jestem.
— Istotnie, potrzebowałbyś czułego, macierzyńskiego oka, aby cię od niebezpieczeństw grożących uchronić, ale młodzi rzadko słuchają starych.
— Starych? — podchwycił śmiejąc się Hunter.
— O! ja jestem bardzo stara! — z westchnieniem dodała jenerałowa.
— Nie wierzę.
— Przekonasz się....
— Tém lepiéj dla mnie, tulę się więc śmieléj pod macierzyńskie jéj skrzydła.
Jenerałowa znowu zmierzyła go niedowierzającym wzrokiem, który razem zdawał się wyzywać. W ciągu całéj rozmowy, postać jéj wyrażała umyślną sprzeczność ze słowy, które rzucała chłodno i poważnie. Zdawała się odczarowaną, chłodną umyślnie, a wewnątrz pełną tych nadziei i pragnień, które stanowią wdzięk i urok trzydziestoletniéj kobiety niepoznanéj — sławnego typu francuzkiego de femme incomprise. Charakter ten jest utworem naszego wieku i jego własnością wyłączną, a młodzi zwłaszcza niezmiernie w nim smakują. Przywiązanie kobiety, która dwadzieścia lat szukała serca napróżno, zawiedzionéj, znękanéj, pochlebia miłości własnéj, podnosi tego komu się dostaje w udziale, a kryć musi w sobie wezbranych pragnień morza i czułość niezgłębioną. Jest to nienasycona żądza, spotęgowana cierpieniem, oczekiwaniem i dźwignięta do ideału, długiém wypieszczeniem, wymarzeniem, wyłzawieniem w głębi serdecznéj; jest to coś niezmiernie ponętnego dla młodzieńczéj namiętności, któréj chléb powszedni miłości codziennéj nie starczy.
Jenerałowa instynktowo czuła, że podejmując się ciężkiéj roli zbałamucenia młokosa, w wieku swym innych nań sideł zastawić, innych środków nad te użyć nie mogła. Dziwnie téż umiejętnie odgadła co miała począć i cała jéj powierzchowność, mowa, ruchy, były do tego zastosowane, nie tyle rozmysłem, co jakąś siłą intuicji, jaką kobiety w sprawach serca posiadają do najwyższego stopnia.
Gdy tak nagle, jakeśmy widzieli, rozmowa spadła po niebezpiecznéj pochyłości do krańców, po za które przy pierwszych odwiedzinach puścić jéj nie było podobna, bardzo trafnie p. Palmer poczuła potrzebę zerwania jéj na chwilę, i wstała z kanapy aby przejść do salonu, w którym podano herbatę. To intermezzo, dawało jéj czas do namyślenia, jemu do nabrania sił, do rozważenia każdego wyrazu, do rozkołysania się marzeniem i nadzieją.
Towarzystwo na chwilę połączyło się, doktór Mazzini i p. Oktaw przyłączyli się do nich i wszyscy poszli razem do sali jadalnéj.
Do środków pociągających, zaliczyła trafnie pani jenerałowa uderzenie kuzynka pozorną pańskością i wytworem domu, dla tego téż owa herbata wieczorna, urządzona została z niezmierną starannością o występ, który wszakże powinien się był wydać gościowi porządkiem zwyczajnym.
W sali jadalnéj, oświeconéj lampaderami i pełnéj pięknych kwiatów, stał stół połyskujący od sreber i kryształów, zastawiony mnóstwem przekąsek i przysmaków. Starano się bardzo, aby każdy sprzęcik, który miał honor zajmować tu miejsce, był jak najlepszego tonu i przyzwoicie się znajdował. To téż począwszy od maselniczki, obłożonéj lodem przezroczystym, poważnéj i zrazu na tajemniczą puszkę Pandory zakrawającéj, do skomplikowanego narzędzia, obejmującego grzanki poprzedzielane srebrną kratką aby się nie kłóciły z sobą, aż do talerzyków z mięsem, pokrytych galaretą, niedopuszczającą, by wzrok niedyskretny od razu zbadał ich tajemnice, do misternie układanych serwetek i sztuczczyków deserowych powyzłacanych wspaniale; wszystko to stanowiło obraz, mogący olśnić oczy niedoświadczonego młodzieńca, przywykłego widywać też same przybory, ale w najprostszym negliżu i jak je Bóg stworzył.
W ten sposób urządzone jadło, zdawało się mistyczną jakąś ucztą czy ofiarą, do któréj bez głębokiego wzruszenia nie godziło się przystępować. Mimowolnie poczuwał przypuszczony do niéj śmiertelnik, że tu nie szło wcale o żołądek i nasycenie, ale o wyidealizowanie faktu, zwykle aż do zbytku pospolitego, o podniesienie go do wysokości, na jakiéj stały istoty do tego przybytku przystęp mające.
Na każdym z tych talerzyków było tyle, ile niegłodny człowiek sam na raz bez nadużycia spożyć może; ale jakby podane potrawy tu przybrały moc nadzwyczajną, ilość ich zmniejszona, powinna była starczyć dla wszystkich. Kazało się to domyślać, że wszystko tu tajemniczemi było napojone własnościami.
Za krzesłem jenerałowéj stał Bzurski w chustce białéj, w rękawiczkach białych, z tak przyzwoitą miną, że można go było wziąć za gościa raczéj niż sługę. Dwóch lokajów w liberji niebieskiéj z taśmami szytemi, w trzewikach i pończochach, posługiwali do stołu.
Hunter został olśniony.
— O! o! na jakiéjże żyje stopie! — rzekł w duchu.
I różne myśli kręcić mu się zaczynały po młodéj głowie.
Jenerałowa postrzegła, że cel został osiągnięty, a im hrabia mniéj był śmiały, ona stawała się grzeczniejszą i bardziéj nadskakującą. Posadziła go przy sobie, z drugiéj strony umieszczając doktora Mazzini, który był nie źle obrany dla zrobienia wrażenia, bo w rozmowie jego nieustannie błyskały wielkie imiona, których obwoływanie przy tym stole, czyniło je niejako z towarzystwem solidarnemi. Hunterowi mogło się zdawać ztąd, że ten świat był zwykłym jego kuzynki światem. Pobracki bardzo téż umiejętnie wspierał jenerałowę w jéj szlachetnych zamiarach, i odzywał się od niechcenia z trafnością niesłychaną, tak, że każde jego słówko niby na wiatr strzelone, do celu trafiało.
Hr. Abel zwykle bardzo śmiały, na chwilę oniemiał, widocznie wewnątrz jego duszy odbywała się jakaś walka, coś myślał, rozważał, był pociągnięty i oczarowany. Jenerałowa podwajała starań aby go pociągnąć, skinienie jéj zrozumiał Pobracki i zajął się rozmową a parte z Mazzinim, tak, by dać czas i swobodę gospodyni uwikłania młodzieńca do reszty. Starał się tylko, aby ten półgłośny rozhowor był akompanjamentem harmonijnym, aby nuty jego, niekiedy wyrywające się głośniéj, zawsze na ten sam temat nuciły.
— Choć to może bardzo nieprzyzwoicieby było, mój kuzynku, — odezwała się p. Palmer po długich rozprawach o miłości, ludziach i świecie, — ale jakbyś istotnie zażądał macierzyńskiego oka i opieki, — wiész co? mógłbyś się przenieść do mnie. Mieszkam sama jedna, mam dom ogromny, juściż nikt młodego jak ty chłopaka i starą jak ja kobietę nie posądzi. Zresztą jesteśmy krewni, a ręczę, że tuby ci było lepiéj i wygodniéj. Jabym na tém zyskała.
— O! — zawołał Hunter zarumieniony na samą myśl tego raju, on, co często nie miał za co zjeść obiadu i dla białych rękawiczek pościć musiał, — o! kochana wujenko, nie śmiałbym być tak natrętnym....
— Ale to ja jestem natrętną, miałabym towarzystwo weselsze i pilnowałabym cię z całą troskliwością macierzyńską, trochę tyrańską może, bo byś mi się musiał z każdego kroku tłumaczyć.
— Nigdybym nie odważył się.
— Na taką niewolę? — spytała uśmiechając się jenerałowa.
— Na takie nadużycie jéj dobroci.
— Starzy, — z przyciskiem i umyślnie wspominając ciągle o wieku swym, dodała Palmerowa, — potrzebują przywiązać się do kogoś, samotność bezdzietna jak moja, to ciężar wielki do dźwigania. Wówczas chwyta się człowiek wszystkiego co mu zaświeci trochą przywiązania, sztuczne tworzy węzły i sztuczne macierzyństwa. Myśmy biedni! — dodała z westchnieniem i głosem tak młodym, jakby nim chciała stanąć w sprzeczności ze starością, o któréj tylko co wspomniała.
Położyła białą, ślicznych wytoczonych kształtów rękę na ręce Abla i dodała czując jéj drżenie:
— Tak, kuzynku, gdy ci miasto i szały dokuczą, gdy ci się znudzi to życie, które przy całéj swéj rozmaitości jest najjednostajniejszém w świecie, — przyjdź tu, zamieszkaj, odpoczniesz, a ja ci codzień prawić będę kazania i trochę może nawrócę.
Hunterowi w głowie i piersiach się przewracało.
Ten blask, wspaniałość, bogactwo, ta piękna kobieta, która mu wprost ofiarowała raj u siebie, mąciły głowę chłopakowi, który wciąż sobie potrzebował dla opamiętania powtarzać: — To prosta forma grzeczności, to być nie może.
Ubogi, zmuszony nieustannie uciekać się do heroicznych środków pożyczki, zachwytywania cudzego grosza, robienia utrapienie rodzących długów, Hunter widział tu port odpoczynku; przytém, samo mieszkanie w tak poważnym i zamożnym domu, stawiło go na stopie innéj w towarzystwie. Jenerałowa czytała w nim jak w przezroczystéj wodzie, odgadywała myśli, widziała walkę, i nim wstali od herbaty, zaprosiła go na pozajutro na obiad. Hunter stawić się przyrzekł. Dała mu dzień do namysłu i nabrania odwagi, którą często młodym daje samotność i puszczenie cugli wyobraźni.
Gdy o dziesiątéj przyszło wychodzić, po czułych i poufałych pożegnaniach, Hunter był jak pijany, a Pobracki trochę smutny, — czuł, że się tu na wielkie zanosiło rzeczy.




Po wyjeździe kapitana, pani Jordanowa stanęła naprzeciw okna zamyślona, i zaczęła, sama nie wiedząc dla czego, płakać rzewnemi łzami.
W kobiecie téj wiele się zmieniło. Często tak strona jakaś dobra śpi w człowieku życie całe, bo jéj żadne wrażenie i wpływ zewnętrzny nie porusza; potém uderza w nią uczucie, potrąca o nią myśl i z głębi kałuży rozkwita biała (nymphea), to godło poprawy i skruchy. Tak było właśnie z nawróconą Adolfiną, któréj dzisiejsze poczciwe, ciche, spokojne i pozbawione troski, zgryzot i namiętności życie, zaczynało stawać się potrzebą. Odblask od niewinnéj dzieweczki bił na zepsutą niewiastę i opromieniał ją światłem swojem. Niespodziewany pokój duszy, którego teraz obawiała się utracić, jak znalezionego przypadkiem skarbu — mógł być zachwiany przez intrygę barona przy pomocy kapitana. Żal jéj było Mani, ale żal i siebie. Życie było tak znośne, tak ciche, takie jakieś pełne spokoju o jutro, że z niego znowu na dawny teatr namiętnych passowań się z losem, z niesławą, z niebezpieczeństwem, rzucać się nie chciała.
I rozpłakała się myśląc, że ją porwać, pochwycić, wciągnąć mogą mimo woli. Jordanowa zawsze grzeszyła więcéj słabością niż złém w gruncie usposobieniem, kilka razy w życiu dopuściła się kroków niegodziwych, ale porwana jakimś obłędem, który stopniami nieznacznemi prowadzi często daléj niż człowiek sam zamierzył. Historja wekslów barona, należała do tego rodzaju postępków. Dziś zachciewało się jéj zostać kobietą uczciwą, oburzała się przeciwko tym, którzy ją w przeciwną stronę ciągnęli. Nie miała już namiętności młodych, któreby obłąkać mogły, zimniejsza, pragnęła innego losu, chciała zetrzéć z siebie ślady dawnego życia. Ale nieubłagana przeszłość, często jak kamień u szyi cięży człowiekowi i ciągnie go w przepaście — tak i tu było właśnie. Kapitan uosabiał ją i jak szatan o duszę, w imię wspólnictwa występku dopominał się o spłacenie cyrografu.
Prędzéj i łatwiéj jest zerwać z grzechem wewnątrz siebie, niż z jego następstwy zewnętrznemi. Tu potrzeba téj siły duszy, jaką nie wszyscy posiadają; biedna Adolfina czuła, że jéj nie miała.
Dla tego w téj chwili, zamiast radzić i postanowić coś, płakała martwo stojąc przed oknem i nie wiedząc co począć — mówiła sobie w duchu:
— Nie! nie! ja tego nie dopuszczę! to być nie może! to dziewczę nie przepadnie marnie... Ale co począć? mój Boże! co począć? ja się sama nie obronię? Któż? co tu poradzić!
Gdy ocierała łzy właśnie, Mania, która usłyszała odchodzącego kapitana, przybiegła do niéj i zdziwiona została niezmiernie, widząc ją zapłakaną. Na łzy rzadko się kiedy zbierało pani Jordanowéj, potrzeba było nadzwyczajnych powodów, ażeby mogła zapłakać. Mania przestraszona rzuciła się ku niéj z całą czułością dziecięcia, i obejmując ją rączkami, sama prawie nie wiedząc czego, zabierała się rozłzawić.
— Ale cóż to jest cioci? co to jest? proszę mi powiedziéć? może ja co pomogę! A! to ten jakiś nieznośny natręt, musiał coś nagadać, przestraszyć! Nie potrzeba go puszczać. Ja nie wiem dla czego, ale na tego kapitana bez wstrętu patrzéć nie mogę, to musi być okropny człowiek!
— A! w istocie, to człowiek okropny! nie mylisz się moje dziecko, — odpowiedziała szlochając coraz mocniéj Jordanowa, — bodajbyś nigdy podobnego nie spotkała w życiu — dziecko moje....
— To dla czegóż go ciocia przyjmuje?
— Muszę!! — odpowiedziała łkając wdowa, — nie mówmy o tém, ty tego zrozumiéć nie możesz i wiedziéć nie powinnaś. Jest to kara za grzechy moje....
Adolfina zamilkła, nie chciała straszyć Mani, która śmiałemi, dziecinnemi oczyma patrzała na nią chciwie, pragnąc się dowiedziéć o niebezpieczeństwie, aby mu stawić czoło odważnie.
— Ale cóż on nam zrobić może? — dodała Mania. — Ciocia go nie przyjmie, zamknie się, jakie ma prawo gwałtem się nam narzucać.
Na to Adolfina nic już nie odpowiedziała; jakaś myśl przesunęła się jéj przez głowę, pobiegła po kapelusz, narzuciła na siebie mantylę i zawołała Kachny.
— Sprowadź mi dorożkę, natychmiast!
— Ciocia chce jechać?
— Muszę.... ale powracam zaraz. Ty zostań i nie przyjmuj nikogo bezemnie, Kachna powie że nas nie ma....
Adolfina wzruszona mocno, w chwili gdy już jechać miała, nałogowo przypomniała sobie twarz, którą łzy wylane uczyniły najokropniejszą ruiną; poszła do zwierciadła i przekonała się, że w takim stanie światu pokazać się było niepodobieństwem. Obfite łzy spadając po policzkach, wyryły w bielidle i różu jakby koryta strumieni, których dno żółte dziwnie odbijało od papierowéj białości pozostałego malowidła. Gdzieniegdzie róż rozmazany w kapryśne pasma, najnienaturalniéj porozkładał się tam, gdzie prawdopodobnie nie był powinien zawitać. Pani Jordanowa wyglądała jak maska balowa, którą dzieci nieostrożnie oblały wodą i otarły, ujrzawszy pełznącą straszliwie.
Pod pozorem więc chustki od nosa zapomnianéj, wróciła do swego pokoju, ale wzruszenie jakiego doznawała, nie dopuściło oddać się artystycznéj restauracji nadwerężonego oblicza, starła z niego tylko plamy, pociągnęła jednę warstwę bladą, i nie wdając się w zwykłe ornamenta, powróciła do pokoju, gdzie na nią pomięszana Mania czekała.
— Idź do siebie, nie graj na fortepjanie, aby cię muzyka nie zdradziła, zapuść story i czekaj na mnie, ja powracam zaraz.
— A ty moja Kachno, — dodała do służącéj, — nie wpuszczaj tu nikogo, zaniknąć furtkę od dziedzińca, jak kto zastuka, nie otwierając jéj mów, że nas nie ma.
— O to dobrze, — odmruknęła stara służąca, — to tak się nauczyli włóczyć i rozsiadać jakby to w bawarji, albo w traktjerni i jeszcze sobie piwo nosić każą.... A to pani dalibóg temu winna.... jakby im parę razy psy zęby pokazały, nie byłoby tych zbytków.
Dorożka stała u bramy, Adolfina uścisnąwszy w milczeniu Manię, która już jéj dopytywać nie chciała o nic, siadła i kazała jechać do Narębskich. Pokładała ona nadzieję całą na panu Feliksie i jego opiece, sama nie wiedząc co począć, gotowa była na jakiś czas powierzyć mu sierotę, aby ją od zabiegów barona i kapitana zasłonić.
Ale w tak pilnych razach, gdy człowiek na jedném złoży wszelkie swe nadzieje, najczęściéj los mu figla wypłata; przybywszy do mieszkania Narębskich, dowiedziała się pani Jordanowa, że oboje z córką zaproszeni na wieś, do kogoś wyjechali i w nocy dopiero lub nad rankiem powrócić mieli. Nic nie było straconém właściwie, ale Adolfina była słabą, sama obawiała się siebie, chciała z swych ramion zrzucić odpowiedzialność, przestraszało ją wdanie się kapitana, straciła głowę, zaczęła prawie płakać, zapomniawszy o świeżo pobielonéj twarzy.
Stała tak przy dorożce, nie mogąc się ośmielić z niczém powracać do domu, gdy przechodzący wypadkiem Teoś Muszyński poznał ją o mroku.
— Dobry wieczór? co tu pani robisz?
— A! to pan! to pan! — zawołała Adolfina chwytając go za rękę, — to Pan Bóg mi go tu zsyła.... przybyłam chcąc się widzieć z Narębskim, potrzebuję rady.
Ale w chwili gdy już się wygadać miała, jakaś ją wstrzymała obawa; Teoś postrzegł jéj niepokój i ulitował się nad nim.
— Mów pani śmiało, — rzekł żywo, — co tylko można zrobić, uczynię — znajdę Narębskiego, pojadę go szukać.... wierz mi pani, że im dobrze życzę.... proszę mi ufać.
— Pan kochasz Manię? nieprawdaż? — odezwała się Adolfina sprowadzając go nieco na bok, — mów otwarcie.
— Nie potrzebuję się wypierać, tak jest, kocham ją nad życie.
— Gotóweś się z nią ożenić?
Teoś nieco się zatrzymał, a Jordanowa już o nim powątpiewać zaczynała i rzuciła jego rękę, gdy po namyśle dodał:
— To potrzebuje dłuższego tłumaczenia. O! byłbym najszczęśliwszy, gdybym jéj mógł się oddać i poświęcić cały, ale godziż się bym jéj takie utrapione życie jak moje ofiarował?
— Pan nie wiész co pleciesz! Mów mi otwarcie czy ją kochasz szczerze, czy bawisz się zaufaniem i niewinnością dziecięcia?
— Ale ja jéj życie dać jestem gotów!
— Powiédz czyś gotów się żenić?
— Gdybym był bogatym, dzisiaj.
— Cóż to ma do tego żeś ubogi! nie bałamuć! Żenisz się czy nie?
— No! żenię się, żenię! — zawołał Teoś nie mogąc zrozumiéć natarczywości Adolfiny, — rachuj pani na nieograniczone moje poświęcenie.
— Słowo?
— Najuroczystsze.... ale o cóż chodzi?
— O to chodzi, — wybuchnęła wdowa, — że na tę nieszczęśliwą dziewczynę, uczyniono niegodziwą zasadzkę, chcą ją zgubić, chcą mnie wplątać w jéj zgubę, ratuj ją i mnie. Ja tego na sumieniu miéć nie chcę. Biegłam do Narębskich, aby go prosić o schronienie dla niéj, znasz barona Dunder? używa wszelkich sprężyn najniegodziwszych, aby zgubić to dziecko.... Póki jest u mnie, niema dla niéj niebezpieczeństwa.... kocham ją, bez niéj zatęsknię się śmiertelnie, ale muszę się z nią rozstać.
Teosiowi jak błyskawica strach przeleciał przed oczyma....
— Cóż ja tu poradzę? — rzekł. — Jutro Narębscy wracają.
— Szukaj pan innego środka!
— Co tu począć? — zastanowił się Teoś, — doprawdy nie wiem, jadę z panią.... i nie odstąpię was krokiem.
— Ją potrzeba usunąć — co ty pomożesz! Ci ludzie oszukają nas wszystkich!!
Teoś potarł czoło i załamał ręce.
— Ją potrzeba gdzieś skryć! — powtórzyła Jordanowa.
— Czekaj pani, przychodzi mi myśl, — zawołał Teoś, — ztąd natychmiast spieszę do domu, w którym umieścić ją mogę.... jeszcze dziś dam pani znać; jeszcze dziś spodziewam się, będzie się mogła przeprowadzić. Zrobię co tylko można, proszę mi zaufać. Powracaj pani, ja za parę godzin przyjadę.
Adolfina wstrzymała go jeszcze chwilę.
— Ale pewnie? — odezwała się, — ale pewnie? nie zawiedziesz mnie?
— Bądź pani spokojną, biorę dorożkę i lecę natychmiast.
Nie miał czasu długo rozmyślać Muszyński i kazał pędzić na ulicę Gołębią do Drzemlików, był pewien, że oboje ich o téj porze zastanie. Dorożkarz szczęściem nie swojemi powożący końmi, gdyż właściciele niechętnie puszczają się galopa, zaciął harhary chude i poleciał jakby wszystkich przechodniów chciał porozbijać. Przez cały czas drogi niewygodnéj, wzdłuż Nowego Świata i Krakowskiego Przedmieścia, rzucany jak martwa paczka Teoś, rozmyślał tylko jak do rzeczy przystąpić, co mówić, jak miał prosić, i ani się spostrzegł gdy stanął na miejscu.
W oknach u Drzemlików świeciło się; wbiegł omackiem na wschody i dosyć niegrzecznie jak burza wleciał do mieszkania spokojnego księgarza, który tego dnia z lekkim bólem głowy powróciwszy do domu, siedział w swoim pokoju w szlafroku i czapeczce haftowanéj ręką panny Anieli.
W pierwszéj izdebce przy okrągłym stoliku siostra jego, skromnie ubrana, schylona nad ubogą starą lampką, poprawiała podartą bieliznę brata. Że o téj porze nikt zwykle u nich nie bywał, otwarcie drzwi i zjawienie się Teosia prawie ją przestraszyło — a Drzemlik wybiegł z saloniku, sądząc, że najmniéj palić się musi.
— Co to jest? co się stało?
— A! stokrotnie przepraszam, — odparł Teoś, — ale bardzo pilny interes zmusza mnie w tak niezwykłéj porze napaść państwa... mógłbym słówko z panem pomówić na osobności?
Panna Aniela zarumieniona cała, przychowawszy bieliznę co żywiéj sama wyjść już chciała, gdy Drzemlik pociągnął Teosia do swojego pokoju. Pilny interes, dla niego zdawał się koniecznie interesem pieniężnym, pachniał jakąś stratą, myślał że coś w sklepie stać się musiało, że może zagrożeni byli niewypłatnością jakiego księgarza z prowincji, że jakieś nieszczęście wisiało nad jego handlem, blady i drżący pospiesznie biegł za uprzedzającym go Muszyńskim.
— Na miłość Boga, mów odrazu wszystko, nie cedź mi i nie rozdzielaj.... prędzéj, prędzéj.
— To interes mój osobisty.
Drzemlik odetchnął, położył rękę na piersiach i po chwili usiadł w krześle, strach go odszedł, myśl zaraz szukając coby to być mogło, trafiła na pannę Anielę, na projekt ożenienia. Zdało mu się, że odgadł.
— No więc słucham.
— Proszę o chwilę uwagi. Nieszczęśliwa sierota, którą pan widziałeś u Jordanowéj....
— A? no? cóż ja mam do téj sieroty?
— Chciejże mnie posłuchać!
— Dobrze, ale nie rozumiem.
— Zrozumiész pan rychło. Ta sierota jest zagrożona najniegodziwszą intrygą pewnego bogacza.
— A? czy nie Dundera?
— No, może, — odparł Teoś, — to do sprawy nie należy, dosyć że ją ocalić potrzeba, a inaczéj nie można jak chwilowo usuwając ją z przed oczów wszystkich i wynajdując dla niéj schronienie. Pomyślałem o siostrze pańskiéj i o panu, moglibyście jéj odmówić chwilowego przytułku?.... Dodaję zaraz, że to żadnych za sobą nic pociąga kosztów, bo panna Jordan ma dostateczny fundusz, i....
— Ta! ta! ta! — rzekł Drzemlik, który już był wszystko w głowie swéj obrachował, — chcesz mnie WPan wplątać w intrygę i narazić na prześladowanie takiego magnata! A, dziękuję za łaskę i bardzo dziękuję.
— Prześladowanie! — przerwał Teoś, — ale nikt wiedzieć nie powinien i nie może, zresztą cóż on panu uczyni?
— Co on mnie zrobi? albo ja wiem? — zawołał Drzemlik, który na samą myśl marł ze strachu, — może zrobić niesłychane rzeczy, bo czegóż nie potrafią passja i pieniądze? Jabym się miał dla nieznajoméj jakiéjś narażać na utratę spokojności, majątku, kto wié? może życia nawet!
I pochwycił się za głowę.
— A! dajże mi W Pan pokój! a to śliczna przyjaźń z jego strony, taką rzecz mi raić! Dziwię się, jak mogłeś z takim interesem przyjść do mnie! najniższy sługa! Ot to mi dobrodziéj.
Drzemlik prawie się gniewał; Teoś stał osłupiały i onieśmielony.
— Jakto? — zawołał oburzony nareszcie, — więc nic dla nikogo! nigdy żadnéj ofiary! nigdy pomocy bliźniemu, zawsze dla siebie żyć tylko i sobie! Zawsze strach ma przemagać nad wszystkiemi uczuciami poczciwszemi! panie Michale! czy się to godzi!! czy godzi!
Księgarz aż poczerwieniał i zaperzył się.
— WPan mi będziesz dawał nauki?
— Daję panu przyjacielską radę.
— Śliczniebym wyszedł żebym jéj usłuchał, gotowa ruina dla pięknych oczów jakiéjś tam niby sieroty, kto ją wie co za jedna.
— Ani słowa więcéj, panie Michale! — przerwał groźnie Teoś.
— Co to, zabronisz mi mówić?
— Proszę, bo czuje, że obelgi w dodatku do nieludzkości nie zniosę.
Drzemlik się porwał.
— Co to jest? nie zniesiesz WPan? więc cóż mi zrobisz?
Teoś pomiarkował się nagle.
— Nic panu nie zrobię, — rzekł, — bo zemsta nie jest w moim charakterze, ale ponieważ raz przekonywam się stanowczo kim jesteś, rozstaniemy się jutro.
To mówiąc ukłonił się.
— Kim jestem! kim jestem! — zaczął krzyczéć Michał, — co to znaczy kim jestem? proszę mi się z tego natychmiast wytłumaczyć!
— Jesteś WPan człowiekiem bez serca, — rzekł Teoś poważnie i zimno, — bądź mi zdrów.
Wymówiwszy te słowa i nie czekając więcéj, wzruszony wybiegł przez pierwszy pokój.
Aniela, która nieco podsłuchiwać musiała, spojrzała nań wzrokiem pełnym współczucia, strachu i poszanowania. Zaledwie się jéj ukłonił i jak szalony zbiegł ze wschodów, choć nie wiedział dobrze dokąd się ma udać i co z sobą zrobić.
Gdy na górze Drzemlik dąsa się i hałasuje, nie mogąc pojąć zuchwalstwa jednego chłystka, takiemu jak on szanownemu człowiekowi śmiejącego ostre czynić wyrzuty, Teoś wpadł do dorożki i kazał jechać na ulicę Śto-Krzyską.... Nie zastanawiał się długo, przyszła mu myśl, spełnił ją bez rozwagi, w Byczkach miał jakąś jeszcze nadzieję.
Od wieków ich nie widział wprawdzie, ale ile razy spotkał się w ulicy ze starym swym gospodarzem, witali się zawsze nader przyjacielsko i grzecznie, dowiadywali o zdrowie i pani Zacharjaszowa czyniła mu przez męża wymówki, że ich nie odwiedzał. Ufał, że gdy im wyłoży potrzebę dania przytułku dziewczęciu, pewnie go nie odmówią.
Godzina na odwiedziny była nieco spóźniona, bo państwo Byczkowie bardzo zawczasu spać się kładli i wieczorem nikogo nie przyjmowali, ale ufał w starą znajomość Teoś, że się do nich dostać potrafi. Szczęściem brama jeszcze nie była zamknięta, a stróż ze psem czujną w niéj wartę odbywali, choć w ulicy już było cicho i pusto.
W pokoju pana Zacharjasza świeciło się jeszcze. On sam ubrany w szlafrok, dopaliwszy ostatnią fajkę, którą postawił w kącie, tak by koniec cybucha oparł się na zwykłém miejscu oznaczoném plamką brunatną, związywał miesięczną kollekcję Kurjera, gdy Teoś zapukał do drzwi.
Mocno go zastanowiło, że ktoś do niego przyszedł o téj porze, gdyż musiał być z interesem, a interesa wszystkie odnosiły się do departamentu saméj pani.
— O! o! — rzekł przeciągając długo wykrzyknik, którym powitał jakąś niezwykłą przygodę, — o! o! cóż to tam takiego, proszę wejść.
Obróciwszy się postrzegł Teosia.
— A! to WPan, gość wcale niespodziewany! Czy nie o lokal? hę?
— Właśnie, ale nie dla mnie.
— O! A to potrzebaby z jéjmością o tém pomówić.... Jéjmość podobno już rozebrana, to sęk....
Wtém na odgłos rozmowy, sama pani niespokojna, bo o téj porze nic nigdy w pokoju mężowskim nie gadało, zastukała uchylając drzwi i zapytała z za nich.
— Cóż to znowu? Jegomość nie kładniesz się spać?
— No! bo oto mam niespodziewanego gościa! pan Muszyński.
Wiadomo już, że pani Zacharjaszowa miała niejaką słabostkę dla młodzieńca, dla którego chętnie nawet kładła loki fałszywe i zapraszała go na obiady. Może gdyby to był kto inny, byłaby groźnie się oparła zmieszaniu tak nieprzyzwoitemu porządku domowego, ale Teoś! rada go była zobaczyć, i cofnęła się dodawszy:
— Zaraz i ja przyjdę.
Choć więc była już w białéj tylko spódniczce i nocnym czepeczku, narzuciwszy na siebie chustkę szeroką i zmieniając nakrycie głowy, a naprędce przywiązawszy fryzurę, bez któréj, aby jéj nie podać w podejrzenie podrobienia, pokazać się nie chciała, — wyszła bardzo wprędce pani Zacharjaszowa.
Teoś siedział, a przed nim pan Byczek mocno pomieszany tém, że mu się porządek dzienny przewrócił, nieśmiejąc badać gościa bez przytomności żony; krzywił usta i kręcił dwa palce, co niekiedy służyło mu za niewinną rozrywkę w chwilach wolnych od pracy.
— A! a! to gość i nie bywszy tyle czasu, po nocy przychodzi! — zawołała pani Byczkowa, bo Teoś dawno się był od nich wyniósł na bliższe sklepu mieszkanie. — Siadajże łaskawco! siadaj, i mów co to tam takiego?
— Pani dobrodziéjko, uciekam się w wielkim kłopocie do jéj dobrego serca.
Byczek nosem pokręcił.
— Chodzi o mieszkanie, ale nie dla niego, dodał sposobem komentarza.
— Jest to historja.
— Oho! a to tak późno! — przerwał Byczek, — mów ją pan w skróceniu.
— Nieszczęśliwa sierota, prześladowana przez bogatego i na jéj zgubę sprzysiężonego człowieka, — rzekł żywo Muszyński, starając się zastosować do pojęć słuchaczów, — potrzebuje schronienia, szukam go dla niéj u państwa.
— Ale! o! pewnie młoda dziewczyna! — poczęła trzęsąc głową pani Zacharjaszowa, — także śliczny interes! co WPan myślisz! Wstydźże się, niby my tego nie rozumiemy.
— Rozumiemy doskonale! — dodał Byczek.
— Jakże można tak nadużywać naszéj dla Wacpana życzliwości, — kwaśno dorzuciła pani.
Teoś cały spłonął.
— Na Boga! nie posądzajcież mnie państwo.... Chcecie, to wam na wszystko co jest najświętszego poprzysięgnę, że między mną a nią nie ma innego stosunku nad braterski, że to jest anioł niewinności.... że przychodzi pod ten dach chroniąc się od zguby!
— A dla czegoż się WPan nią tak zajmujesz? — spytała Byczkowa.
— Bo ją kocham i ożenię się z nią! — rzekł zmuszony do tłumaczenia Teoś.
— Więc ją wykradasz?
— Nie! nie! nie! — coraz goręcéj począł Teoś, — sama i za wiedzą opiekunki chroni się tutaj.
— A cóż WPan pleciesz! czemu jéj opiekunka nie broni?
Muszyński uczuł fałszywość położenia, czoło mu się potem oblewało, nie wiedział jak się tłumaczyć.
— Pani, — rzekł, — taki jest skład okoliczności, bo kobieta słaba.... ją potrzeba bogaczowi, który na nią czyha, z oczów usunąć.
P. Byczek głową pokiwał niedowierzająco i spojrzał na żonę. Jéjmość poprawiła loków i potrzęsła także głową.
— Droga pani, na miłość Boga i ludzi, nie odmawiaj!
— Niewiedziéć kto, co — w naszym domu... sama jedna dziewczyna.... a! nie! nie! dajże mi WPan pokój, na to ja zezwolić nie mogę....
— Czuję, — dorzucił Teoś, — że się to państwu dziko wydawać może, ale znacie mnie, płochy nie byłem nigdy, wierzcie, że duszą i sumieniem zaręczyć mogę za czystość myśli i zamiarów.... Pani jesteś tak dobrą.... nie odmawiaj.
— A koniec końcem, czy darmo? — spytał Byczek.
— Płacę co chcecie!
Oboje państwo spojrzeli po sobie.
— To się tak mówi, — rzekła jéjmość.
— Mówi się i nie płaci się nic, — dodał Byczek. — Chodzi o wyrwanie ją ze szpon tyrana? nieprawdaż? No! to ja wacpanu lepszy nad wszystkie sposób poradzę, świeżo wynaleziony i skuteczny. Dziwi mnie nawet, że tak rozumny, a sam na niego nie wpadłeś.... Ilekroć w bawarji dają piwo zwietrzałe, w traktjerni mięso przypsute lub po cukierniach wodę z krédą zamiast orszady, kiedy społeczność zawiedzioną zostaje, a zasady najdroższe sponiewierane, wiesz co czynić należy? odezwać się do opinji publicznéj, do trybunału głośności pozwać zbrodniarza.... Ogłoś WPan (bez imion) cały wypadek w Kurjerku, napiętnuj tego tyrana, a jutro zmieni się postać rzeczy i sierota spokojnie u téj opiekunki może zostać. Byłem nieraz świadkiem, jak skrucha porywała nawet krawców, którzy źle zrobioną odzież odbierali nazad, gdy ich Kurjerek wychłostał.
Pani Zacharjaszowa, która z doświadczenia wiedziała, że gdzie szło o Kurjerka, tam zaprzeczać było niebezpieczeństwem, kiwnęła tylko głową, ale w duszy mąż się jéj wydał i wymownym i wcale jakoś nie głupim.
Teoś stał osłupiały, nie umiał odpowiedziéć.
— Kochany panie Zacharjaszu, — rzekł, — zostaw mnie dobór środków, niebezpieczeństwo jest groźne, na tydzień lub dwa przyjmijcie sierotę, a....
— Ja mieszkania na tygodnie nie najmuję, odezwała się pani.
— Zapłacim za miesiąc.
— Za kwartał, — rzekł Zacharjasz po cichu.
— Za kwartał, niech tak będzie, — podchwycił Teoś, — mieszkanie ze stołem.
— O! i ona ma do nas chodzić do stołu.
— Pani dobrodziéjko! pani ją pokochasz.
— Zresztą, można jéj posyłać na górę, — dodał Byczek.
— Dajże WPan pokój, to już kłopot nieznośny....
— Więc państwo mi nie odmawiacie? — zapytał uradowany Muszyński, chwytając rękę saméj pani i całując ją z synowskiém poszanowaniem. Trzeba oddać tę sprawiedliwość pani Zacharjaszowéj, że miała serce choć zaschłe i widząc rozczulenie Teosia, poczuła łzę na powiece.... Pocałowała go w czoło.
— Bóg wam ten uczynek wynagrodzi, a czcią moją ręczę, że go żałować nie będziecie mieli powodu....
Domawiał tych wyrazów, gdy nadzwyczajny wypadek przerwał rozmowę.
Matka pana Zacharjasza, mieszkająca w pokoiku niedalekim, który drzwi tylko podwójne i korytarzyk dzieliły od salonu gdzie się scena opisana odbywała, już się była położyła w łóżko, nie spała jednak jeszcze i marzenia dziwne krążyły biednéj staruszce po głowie. O téj godzinie zwykle głęboka cisza panowała w mieszkaniu, nałogowo była do niéj już przywykła; głosy, które usłyszała niespodzianie, uderzyły ją niezmiernie i zbudziły mnóstwo wspomnień młodości, w których tak łatwo tonęła nieszczęśliwa kobieta, co nigdy chwili szczęścia i błędu zapomniéć nie mogła. Zdało jéj się, że była znowu w tym świecie, po którym płakała, aż do wypłakania oczów.
Dochodzący ją szmer przybrał dla niéj znaczenie takie, jakie chciała mu nadać wyobraźnia: widziała w nim jakiś spór, to znowu wrzawę balową, to śmiechy, to wyzywania, miłosne prośby.... I staruszka wychyliła się naprzód z łóżka, potém poczęła szukać ubrania, a nie znalazłszy nic przy sobie, naprędce odziała się prześcieradłem i kołdrą. Że zaś ją nigdy staranie o piękność nie opuszczało, obwiązała głowę jakąś chustką, wmawiając sobie, że kładzie stroik przyniesiony od modniarki. Tak dopełniwszy ubrania, omackiem przez korytarzyk, z instynktem ślepym właściwym, skierowała się do pokoju, z którego dochodziły ją chwilami dźwięki ożywionéj rozmowy. Z bijącém sercem spieszyła... w głowie jéj wspomnienia i marzenia składały się na obrazy najdziwaczniejsze.
Otworzyła drzwi wreszcie i w chwili gdy Teoś całował rękę pani Zacharjaszowéj, jak widmo weszła poważnie do pokoju.... uśmiechem zmarszczonéj twarzy i wykrygowaną postawą, dodając do tego obrazu z siebie strasznego, niepotrzebną mu cechę śmieszności.
— Na Boga! nie bijcie się, — zawołała żywo, — miłości z serca wywalczyć nie można, rywal niech ustąpi wspaniale.... Hrabio! podaj mi rękę... przebacz szlachetnie współzawodnikowi.... bądźcie przyjaciołmi.
Głuche milczenie po tych słowach, myśl jéj inaczéj zaraz powiodło.
— Nie, mężu, — rzekła, — to próżno, ja nie powrócę do domu!... On mnie kocha, ja go kocham.... natura uświęciła ten związek serc... przed ołtarzem miłości zawarty... Dzieci? gdzie są dzieci? ja dzieci nie miałam nigdy! Wszystko potwarze.... Ale cicho! król jegomość! a z nim jego przyjaciel, mój kochanek! Laufry przodem, liberja pąsowa.... kity.... o! kłania mi się od ust.... Tak, wieczór się zobaczemy.... A! i on niewierny! kasztelanowa! nie! to być nie może.... Niechże panowie siadają! Jak się ma ks. prymas? Tak! niezawodnie.... słyszałam o tém... pojechał do Chin chrzcić niewiernych i przywiezie z sobą dwa kosze jaj djamentowych na Wielkanoc. Dziękuję! chyba szklankę limonady! cukierków nie lubię, podajże mi rękę! podaj mi rękę... a! niewdzięczny! nie wstydź się kiedy kochasz, lub kiedy wstydzisz nie kochaj.... Śpiewać nie mogę, zachrypłam strasznie, a i szpinet zamknięty.... ale kilka słów....

Kiedy serce ogniem pała....
Kiedy w oczach miłość błyska....
W ogniu i natura cała....
I.... cha! cha!....

Śpiew przerwał kaszel, a Byczek z początku przestraszony, pochwycił matkę za rękę.... oboje państwo i Teoś stali w osłupieniu, patrząc na tę smutną scenę z drugiego świata. Muszyńskiemu dziwnym bólem ścisnęło się serce.
— Nie chwytaj, nie ciągnij, — odezwała się staruszka, — to darmo, ja już do domu nie wrócę.... kto raz za próg jego wyszedł spragniony, ten w nim napoju dla serca szukać nie będzie.... Niech cię Bóg pocieszy.... oddam klejnoty.... wszystko, ale nie prowadź mnie z sobą! nie mogę. Ja go kocham, po co ci trup bez serca? A widzisz. Adju! adju! Otóż i on!
I poczęła się śmiać głosem mogilnym, a potém dodała tęskno:
— To nie może być żeby on zestarzał! nie! nie, był tak młody! że mógł umrzéć, no! bo wszyscy umierają, ale zestarzéć! nigdy! kłaniam uniżenie.... bal się skończył! Nie! nie, ani jednego Menueta więcéj... jedziemy do domu... Jest nasza kareta?
— Co téż ta biedna stara wyplatuje! — szeptała trzymając się za brodę Zacharjaszowa.
— Jéjmość dobrodziéjko! Matuniu kochana!.... co mama mówi! — krzyczał Byczek, — co mama robi! noc, trzeba iść spać, to ja! Zacharjasz!.... po co było wychodzić?
— Serce nie sługa, nie zna co to pany! Znasz WPan tę piosenkę? — spytała staruszka.
— Ale mamo, niech mama się obudzi.
W istocie wstrzymała się stara Byczkowa i niby słuchała.
— Co? już pogrzeb? nie może być? A przygotowaliż trumnę? trumna powinna być złocona, w koło koronki, antaby złote, wybita atłasem, poduszka z erdredonu.... suknia aksamitna biała.... pas z pereł i brylantów.... a na wieku wybite ćwiekami, że mnie hrabia kochał! Jeśli trumna gotowa, no to dobrze! ja się nie sprzeczam! mogę iść za konduktem, to tam koło katakumby się w nią położę, po cóż wcześniéj? ludziom będzie ciężko nieść, a ja się strzęsę darmo.
Dobranoc.... dobranoc, już ani jednego drabanta więcéj nie mogę..... daj mi rękę..... Nieprawda? jak para gołębi.... cha! cha! jak gołąbków para! daj mi buzi!
No! ruszaj furmanie, do naszego pałacu.
— Zmysły ma zupełnie pomieszane, — szepnęła Byczkowa do gościa, który stał jak wryty, — biedna kobieta.
Syn z pomocą służącéj, ledwie ją na pół prośbą, na pół siłą wyprowadzić potrafił, Teosiowi zdało się, że widział tragedją, że przesłuchał dziwnéj, łzawéj historji jednego ze złamanych serc ludzkich.
Scena ta, któréj wstydzili się oboje gospodarze, pomogła niespodzianie Teosiowi. Obawiając się bowiem aby o niéj nie rozgłaszał, zgodzili się na wszystko, a Muszyński natychmiast zapłaciwszy za mieszkanie, pojechał na ulicę Wilczą, gdzie go tęskno oczekiwano. Zapomniał nawet, że drugiéj gdzieś izdebki wypadało mu szukać dla siebie, bo pożegnawszy księgarza, musiał i nowy sposób do życia obmyślać.




Pluta dosyć pochmurny przybył na dawne swe mieszkanie do hotelu; czuł sam w sobie, że mu brakło téj tęgości i energji, któremi dawniéj wszystko przezwyciężał, nie rad był z siebie, nie poznawał swego starego znajomego. Umysł jego chwilami wyrywał się na niebezpieczne wycieczki po dawnemu, ale to był już fałszywy apetyt, — w pół drogi sił brakło, potrzeba było kwaśnemu do domu powracać.
Skrupiło się na Kirkuciu, który dostał piękną naukę moralną.... przy wręczeniu kapitanowi papierów.
— Kochany Mateuszu, — rzekł mu Pluta, nie będę cię łajał i hałasował, jakby uczynił każdy inny na mojém miejscu, za nadużycie mojéj dobréj wiary, (mimowolnéj wprawdzie) za stracenie ostatnich moich pieniędzy.... ale powiem ci szczerze, że postąpiłeś sobie jak ostatni łajdak.... Z każdym innym mogłeś to uczynić, ale nie ze mną. Jest to najczarniejsza niewdzięczność.... Nieprzewidziane okoliczności mnie dotknęły, złamały, przybiły, nie wiem czy potrafię się zdobyć na grosz jaki.... to com miał byłoby mnie postawiło na nogi, a co najwięcéj, nie dałoby mi upaść na duchu i zwątpić o sobie.... Pamiętaj że zabiłeś kurę, co niosła jaja złote, ja przepadnę, to i tobie się niewiele będzie należało....
Kirkuć płakał i chciał całować po rękach kapitana, ale mu się ten wykręcił.
— Daruję ci to! bo nie wiedziałeś coś czynił! Daj mi się namyśleć i nie przeszkadzaj, każ przynieść butelkę kminkówki, flaszkę araku i kawałek chleba z solą.... a na wypadek pragnienia parę butelek piwa.
To rzekłszy kapitan siadł i myślał, ale mu się nie kleiło jakoś, wszędzie teraz widział przeszkody i strachy, jakich dotąd nigdy nie dostrzegał. Zniechęcony był niewdzięcznością świata, zajadłością losu i zobojętnieniem ludzi.
— Dalipan, z talentami, — mówił w duchu, — rodzić się nie warto, lada truteń więcéj zrobi nad jenjusz, którego się ludzie zapierają.
Przebiegł jednak myślą cały szereg możliwych przedsięwzięć, któreby mu pomódz mogły, poczynając od jenerałowéj, kończąc na Narębskich i Adolfinie.... Wszystko to najeżone było trudnościami.
Lenistwo ducha jakieś, paraliżowało każdy krok, który zamierzał przedsiębrać. Kapitan nigdy był jeszcze nie upadł tak nizko jak teraz, czuł to i gryzł się niezmiernie; ale im dotkliwiéj martwił, tém gwałtowniéj wysilał, aby wyjść z tego stanu nienormalnego.
Nawet dawne pragnienie zemsty nad jenerałową, które było jednym z bodźców najpotężniejszych do obudzenia w nim działalności, teraz wcale go nie poruszało. Chciał korzystać z jéj strachu, ale nie myślał mścić się do ostatka.
— Niech ją licho porwie, — powtarzał, — kobieta jak i drugie, wszystkie one nie lepsze; kiedy już ta nędzna Adolfina chce się namyślać jeszcze, czy za mnie pójść może? kapitanie, non plus ultra, większego upokorzenia trudno się spodziewać, chyba żeby Kirkuć udawał że mnie nie zna.... Ale ba? jeszcze i do tego przyjść może!
Po długich rozmyślaniach, kapitan zawołał z kąta Kirkucia.
— Słuchaj, — rzekł, — musisz mi jeszcze jeden list napisać.
— Dla czego nie?
— Podyktuję, poprawię, przepiszesz... i będziesz milczał jak kamień! słyszysz!
— Będę milczał!
Kapitan wypił parę kieliszków rumu, zapalił papierosa i podyktował co następuje:
„Droga pani moja!
„Musiałaś modlitwami swojemi wyprosić u pana Boga, że mnie w tych czasach ciężko dotknął, tak, że o mały włos dawny czciciel twój nie zginął w najmizerniejszéj półapce. Szczęściem, jest jakaś Opatrzność nad biednemi, wyrwałem się z kłopotu i spieszę o tém uwiadomić panią, pewien, że to w niéj wzbudzi głębokie uczucie. Żart na stronę, mówmy poważnie o interesach. Chcę zmienić życia rodzaj i odpocząć, rzucam wszelką myśl zemsty i prześladowania, skończmy z sobą rachunki stare i przebaczmy sobie nawzajem. Potrzebuję pieniędzy, przyślij mi tysiąc dukatów, a więcéj o mnie słyszyć nie będziesz. Słowo honoru.

Dawny czciciel i stary sługa,
Pluta.“

— Ale ba! a o mnie nic? — spytał Kirkuć.
— Daj mi pokój, non misceantur sacra profanis, robiłeś swoje interesa zapomniawszy o mnie, słuszna jest, bym pierwéj o moich myślał, pojedziesz na wieś. Życzę ci nauczyć się zażywać tabakę, jest to wielka i nie kosztowna przyjemność, przyzwoita dojrzałemu wiekowi, nie widzę cobyś lepszego mógł robić.
Kirkuciowi znowu zwilżyły się powieki.
— Opuszczasz mię dobroczyńco! — zawołał z głębi duszy, — nie masz więc serca na świecie! nie ma! Ty! co tak byłeś dla mnie wielkim i wspaniałym, kruszysz dzieło rąk swoich, nieszczęśliwego Kirkucia!! Pozostaje mi....
— Iść na pustynię i opłakiwać grzechy żywota! — dodał kapitan niewzruszony. — Rób co chcesz, prima charitas ab ego, wiesz co to znaczy?....
— Nie wiem! — odparł Mateusz płacząco.
— Bliższa koszula ciała niż kaftan, — rzekł kapitan, — to darmo. Wiek nie pozwala mi już popierać spraw wszystkich nieszczęśliwych i pokrzywdzonych i odegrywać daléj rolę sławnego kawalera z Manszy.... Kirkuć, kochanie moje, trzeba miéć rozum, naucz się zażywać tabaki, będziesz miał rozrywkę tanią, która ci dawne zastąpi, innych wyrzec się potrzeba. Jenerałowa da ci na wsi schronienie, tam słowiki, bzy, jaśminy, cień, chłód, słońce, skowronki i sielankowa dekoracja, napoją cię czystą rozkoszą. Wierz mi, nie majak wieś, proste a szczere serca wieśniacze, wódka nie kłamana i piwo kwaskowate chłodzące. Będziesz jeszcze szczęśliwym! ja ci to powiadam, i znajdziesz serce, które do twego uderzy.
— Gdybym był pewny! — zawołał Kirkuć rozczulony nieco.
— Bądź pewny, — dodał Pluta szydersko, serca na wsi są łatwe, otworzyste i szukają tylko umieszczenia, jak kapitały obfite, na byle jaki procent.
Kirkuć zamilkł. Kapitan dopisać kazał, że dwadzieścia cztery godziny czeka na odpowiedź, i natychmiast list do jenerałowéj odprawił. Sam teraz zajął się znowu rozmyślaniem odwilżaném wódką, zakąsywaném chlebem z solą, polewaném niekiedy piwem. Kirkuć, który postękiwał w kątku aby na siebie zwrócić uwagę, nie mógł przerwać głębokiéj towarzysza zadumy.
Wieczór przyszedł prędko i Pluta raz pierwszy położył się porządnie w łóżko, co mu niezmierną sprawiło przyjemność i spowodowało znowu uwagę, że lepiéj jest spokojnie siedziéć, aby zasypiać wygodniéj.
— Wyraźnie kwalifikuję się do inwalidów, rzekł w duchu, — potrzebuję spoczynku, wiek upomina się praw swoich, nikt z nich wyłamać się nie może. Potrzeba mi jeszcze napisać do Narębskiego.... Kirkuć, pisz! — zawołał z łóżka.
— Jakto? jeszcze?
— Tak jest, list drugi, a może nawet nie ostatni.
I znowu dyktował jak następuje:
„Kochany panie Feliksie!
„Wierz czy nie, ale Pluta wyrzeka się szatana i dzieł jego i pompy, na wieki wieków. Chcę spocząć, próbować pokuty za grzechy, prostego bakunu, siwéj wódki i tandetnych fraków. Tak jest! Przydługie więzienie przypadkowo wycierpiane, było skuteczném lekarstwem na starego wygę. Nie poznałbyś mnie, gdybyś zobaczył. Wiem, że masz serce dobre i do uczynku tak pięknego, jaki zamierzam, zechcesz się przyłożyć. Wiadomo ci, że w teraźniejszych czasach nawet porządnéj pokuty darmo odbywać nie można, potrzeba miéć zapas, ażeby spokojnie się kruszyć. Pisałem do Julki, żeby mi pomogła, odzywam się i do ciebie. Wielem ci dokuczył, jest to dla tak zacnego jak ty człowieka, najlepszy powód, ażebyś mi nie odmawiał. Kilka tysięcy złotych dla ciebie bagatela, dla mnie stawinoga. Daję na to słowo, że najmniejszéj przykrości nigdy ci nie uczynię. Na dowód jak dobrze życzę, powiem nawet, że Szwarc, który się stara o twoją córkę, jest synem szynkarza, ale dziedzicem wsi i godnym człowiekiem. Piszę to, choć sam mu radziłem aby się o nią starał, bo mnie rusza sumienie. Widzisz jak jestem szlachetny. Przyślij mi co możesz, naturalnie jak najwięcéj, i przyjm zapewnienie szacunku, z jakim zostaje

dawny współzawodnik i sługa,
Pluta.“

— Co się tyczy Dundera, — rzekł w sobie Pluta, — z tym jutro skończę; podać mu rękę, będzie ostatniém mojém czynném wystąpieniem, — poczém wyjeżdżam, szukam sobie cichego kąta i oszczędnie, pracowicie, przyzwoicie żyć zamierzam. Pojadę za granicę, to najlepiéj.... Kirkuć idź spać i zgaś świecę. Dobranoc.
To rzekłszy kapitan w słodkich marzeniach się zdrzemał. Nazajutrz przebudziwszy się nie rano, bo znużenie dało mu sen głęboki, Pluta uczuł się rzeźwiejszym, pogląd jego na świat nabrał powagi i spokoju. Przypomniał sobie z kolei co robił wczoraj i nie znalazł nic do zarzucenia.
Często podobny ranny egzamin czynności wczorajszych, wcale różne w nas budzi uczucie; szczęśliwy, kto przebudziwszy się, nic upłynionemu dniowi do wymawiania nie ma.
Kapitan doznawał błogiego jakiegoś ukontentowania i najsłodszych nadziei, czekał odpowiedzi od jenerałowéj i Narębskiego, ale czekał ich napróżno.
— Niech się namyślają, — rzekł w sobie, trzeba im czas zostawić, tymczasem z Dunderem coś się zrobi.
O umówionéj godzinie pojechał do Szwajcarskiéj doliny, która stała pustkami, i z butelką piwa skrył się w oddalony zakątek. Czekał tu z pół godziny na przybycie barona, który wpadł nareszcie niespokojny, pomieszany, czerwony od wstydu, oglądający się po za siebie, jakoś wynalazł kapitana.
— Wszystko pójdzie jak najlepiéj, — rzekł mu Pluta, — zaproś pan te panie obie do Roskoszowa do siebie.
— Czy pojadą?
— Muszą, ja w tém; reszta od pana barona zależy, ale panią Adolfinę ująć potrzeba i miodem posmarować.
Baron kiwnął głową tylko.
— Teraz pozwoli mi pan, przedstawić mu moje położenie.
Dunder odsunął się i skrzywił, dobył z pularesu znać przygotowaną kwotę, ukłonił się i jakby go kto gonił, uciekł zaraz.
Pluta schował do kieszeni papiery przeliczywszy je, znalazł datek nader skromnym, i ruszył ramionami.
— Niech sobie robi co chce, daléj się w to wdawać nie myślę, jest skąpy, niech dwa razy płaci. Gadać nie chce, damy mu pokój, z niego nigdy nic wielkiego wyciągnąć się nie spodziewałem. Jak sobie pościele, tak się wyśpi.
Nim się Pluta z sobą rozmówił i ruszył z Szwajcarskiéj doliny, Dunder pędem pojechał Alejami, stanął naprzeciw Wilczéj ulicy, przeskoczył barjerę, trzymając w zębach małą laseczkę, dla nadania sobie postawy młodzika i wpadł do Adolfiny. Furtka stała otworem, Kachna była w kuchni, w saloniku sama jedna siedziała pani bardzo osmutniona i skurczona, jakby ją ciężar jakiś przywalał.
Ujrzawszy Dundera, zmieszała się niezmiernie.
— A! pan baron!
— Gdzie mała? — zapytał przybyły.
Adolfina zamilkła, ale na twarzy jéj widać było trudność wytłumaczenia się.
— Słowo panu daję, że nie wiem.
Dunder, który się nie domyślał niczego, dodał:
— Więc pewnie w swoim pokoju? pozwolisz mi pójść do niéj?
— Ale jéj nie ma u mnie!
— Jakto nie ma? — podchwycił przestraszony stary.
— Wyniosła się — uciekła!
— Kiedy?
— Wczoraj wieczorem....
Baron stwardniał cały. Im pewniejszy był zdobyczy, która mu się zdawała łatwą, tém srodzéj go ten cios uderzył.
— A? to są sidła zastawione na mnie! to podejście! to zdrada! — zawołał. — Kapitan mi zaręczył! miałyście na wieś jechać ze mną? Cóż się stało?
— Nie wiem, ja nic nie wiem, wszystko porzuciła i z domu mi znikła.
— Miała kochanka? — zawołał baron.
— Ja nie wiem, nie wiem, — powtórzyła Jordanowa, — doprawdy nie wiem.
Dunder padł na krzesło, włożył laskę w usta i zamyślił się ponuro, kiedy niekiedy siwe jego oko padło na Adolfinę ze źle tajonym gniewem, z którym tylko przyzwoitość wybuchnąć nie dozwalała.
— Mościa pani, — rzekł wreszcie wstając ostygłszy trochę, — nie jestem z tych ludzi, z którychby sobie można żartować, i dam tego dowody.
— Panie baronie, ja nic nie jestem winna!
— Ale pani mi odpowiész za wszystko.
— Na miłość Bożą....
Adolfina przestraszona zaczęła się tłumaczyć, ale w téjże chwili zmieniła nagle i usposobienie i myśl z prawdziwie kobiecą lekkością. Rzeczy posunięte już były do ostateczności, nie miała powodu kłamać i oszczędzać, spojrzała śmieléj.
— Panie baronie! to pan nie ja, obawiać się powinieneś?
Dunder, który straszył nie zastanowiwszy się dobrze, czy dotrzyma co obiecuje, spłoszył się równie prędko jak wprzódy Adolfina.
— Ja? — spytał.
— Tak! pan! Nie wstydże panu przy jego siwych włosach, takich się dopuszczać bezprawiów! Nie dość, że za pieniądze chcesz kupować kobiety, jeszcze siłą je przymuszasz aby ci się sprzedawały! Dobrze! mścij się pan! a ja będę krzyczeć! ja pójdę! przyznam się do moich win, ale wypowiem twoje, powiem je głośno! wszystkim, wszędzie, wśród ulicy. Co mi zrobisz?
Baron zląkł się na prawdę, nie wiedział jak wynijść z fałszywego położenia, potarł się po bokobrodach.
— Cicho! — zawołał, — cicho! co cię tam ukąsiło? no! cicho! niech was wszystkie, ile jest, djabli porwą!!
Trzasnął drzwiami i wyszedł jak zmyty.
Nieznałby ludzi ktoby sądził, że dał za wygraną.
Adolfina zdumiona, że jednym wykrzyknikiem tak niespodziany otrzymała skutek, jakby wielki ciężar spadł jéj z ramion, odetchnęła i usiadła.
Ale ledwie zbywszy się jednego kłopotu, nie wiedziała jak prędko ją spotka drugi. Uciekający baron, nie spostrzegłszy skrzyżował się prawie u furtki z Plutą, który po rozmysłach w Szwajcarskiéj dolinie, szedł do pani Adolfiny.
Kachna go jakoś dojrzała z daleka i ze psami podwórzowemi stanęła w obronie domu. Kapitan wkraczał już w dziedziniec, gdy stara poczciwa sługa zaszła mu drogę.
— Jest pani?
— Nie ma nikogo, — odpowiedziała stanowczo, — pokoje pozamykane.... i nie wiadomo kiedy powrócą.
— Ta! ta! ta! — rzekł kapitan, — pozwolisz mi asińdzka sprawdzić?
— Co? co?
— Pójdę się sam przekonać...!
— A kiedy ja gadam! — groźnie ofuknęła Kachna.... — no, to ruszajcie w swoją drogę i bywajcie zdrowi....
Oczewista było, że go z rozkazu odprawiano z kwitkiem, kapitan zagryzł wąsa, dobył rubla i dał w milczeniu Kachnie, która z pogardą rzuciła go w błoto.
Pluta podniósł pieniądz milcząc zawsze, wziął trzyrublowy papierek i znowu kusił, ale i ten nie inny los spotkał... Kachna wrzała.
— A co to, myślicie mnie kupić? hę? sądzicie że to na targowicy? trutniu jakiś...
— Stój! stój! — rzeki kapitan, — pohamuj się... bo będziesz tego żałować!
W chwili gdy Kachna zabierała się na żwawsze jeszcze łajanie, uparty Pluta obejrzał się, minął ją, przebiegł podwórko i wpadł jak piorun do pokoju, w którym siedziała Jordanowa.
Ta przestraszona porwała się z kanapy.
Kachna goniła z psami za nim, ale dognała go za późno.
Spojrzała tylko przezedrzwi.
— No cóż z takiemi rozbójnikami robić, — zawołała uchylając je, — co jeśli człowieka nie przekupią, to siłą, mocą swoje robią.... taż to wlazło gwałtem!
I trzasnąwszy drzwiami, odeszła.
Adolfina drżała, bojąc się daleko gorzéj Pluty niż bogatego barona....
— Cóż to jest takiego? dom już dla mnie zamknięty? — spytał kapitan, — rozkazy wydane aby mnie jak studenta od drzwi odprawiać? Co to ma znaczyć? mów Adolfino! czy służąca głupia, czy jéjmość nie łaskawa, czy jam tak nie miły?
— A! ja tam nie wiem co jest! daj mnie WPan pokój! ja nie mam czasu...
— Przecież słówko staremu przyjacielowi, łagodny ton przybierając odezwał się Pluta, godzi się powiedziéć? Był baron?
— Był.
— I cóż?
— I poszedł....
— A! jedziecie na wieś?
— Ja jadę, jeśli chcecie...
— A ona?
— Ona już pojechała, — z pewną złośliwością odparła Jordanowa.
— O! dokąd? gdzie? jak?
— Wczoraj! uciekła!!
Pluta spuścił głowę i zaczął świstać.
— Mądre babięta... — rzekł, — mądre.... kiedy im szczęście samo się napiera, drożą się uciekając od niego, a do biedy spieszą pocztą.... Umywam ręce.... Cóż baron?
— Gniewał się i poszedł.
— Pani nie wiész gdzie jéj wychowanica?
— Nie wiem....
— Więc i ja nie będę wiedział?
— Nie wiem.
— Dajmyż temu pokój na chwilę; a ożenienie nasze?
— Na trzydziesty pierwszy lutego odłożone.... — rzekła Adolfina.
— Szkoda! tak długo czekać nie mogę!
I to mówiąc Pluta z rezygnacją wstał, widząc, że nie ma tu już po co czekać reszty, nakrył głowę bez ceremonji, zaczął obcinać cygaro.
Ale w nim kipiał gniew skryty, który usiłował pokryć obojętnością pozorną.
— Więc tedy rozstać się mamy? — rzekł powoli, — a! no! mam nadzieję, że z tego jeszcze nie umrę. Miarkujesz kochana Fifino, — dodał nazywając ją po dawnemu, — że człowiek, który ośmiela się prosić cię o rękę twoją, musi być nie w najlepszéj pozycji socjalnéj! Czyni to chlubę twojemu rozsądkowi, żeś mi odmówiła, ale widzisz moje serce, najlepsze rachuby zmylają.... Kapitan Pluta, którego znałaś trzpiotem i wartogłowem, nie jest dziś tém czém był przed wieki.... mogłaś miéć z nieciekawego człowieka, wcale uchodzącego (jak dla ciebie) męża.... Znajdziesz pokaźniejszego, ale nie będziesz miéć przyzwoitszego i dogodniejszego.... Ja ci mówię, że za rok, dwa, przy pomocy podagry, byłybyście mnie z Kachną razem za nos wodziły. Nie przeczę, że z początku mógłbym być meblem za kosztownym.... Ręczę, że w mój majątek nie wierzysz? hę? no! masz słuszność.jestem goły, ale to rękojmia posłuszeństwa....
— Mamy się więc rozstać na zawsze? — dodał z przesadzoną ironiczną czułością. — Bóstwo moje! aniele.... życie! rozstać na zawsze! nie widziéć nigdy twych malowanych policzków! przy prawnych włosów i wstawianych zębów! O! co za boleść okrutna! Ach! ach!
Adolfina rozgniewana krzyknęła:
— Preczże mi z oczów! precz....
— Idę, nie krzycz, — odparł Pluta, — idę.... z sercem ścisniętém i duszą zrozpaczoną.... bądź zdrowa! bądź zdrowa! a! I pisuj do mnie na Berdyczów.... — dodał na końcu.
Kachna, która wbiegła na krzyk pani, zastała już nieprzyjaciela na wylocie.... kapitan widząc ją grożącą mu porwaną z kąta szczotką, zawinął się żywo i ścigany przez psy, dopadł furtki zły, ale zarazem rozśmieszony. Było to w jego charakterze, że wielkie przeciwności, obudzały w nim wielką wesołość...... najdowcipniéj szydził, gdy nic nie miał do stracenia.
C’est fameux! — rzekł do siebie w uliczce, — do historji mojego żywota, brakło tego epizodu. Stanowczo potrzeba myśléć o nowicjacie u Kapucynów.


Koniec Tomu V.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.