Kopciuszek (Kraszewski, 1863)/Tom IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kopciuszek
Tom Tom IV
Wydawca Maurycy Orgelbrand
Data wydania 1893
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

KOPCIUSZEK.


POWIEŚĆ


przez


J. I. Kraszewskiego.


TOM IV.



 



WILNO.
Nakład Maurycego Orgelbranda.


 
1863.



Wolno drukować, pod warunkiem złożenia w Komitecie Cenzury, po wydrukowaniu, prawem przepisanéj liczby egzemplarzy.

Warszawa dnia 10/22 Sierpnia 1862 r.
Starszy Cenzor, Antoni Funkenstein.





Stało się tak, jak się to najzwykléj dzieje na tym Bożym świecie; w chwili, kiedy się człowiek najmniéj spodziewa, kiedy sobie idzie przyśpiewując wesoło, i robi plany rozległe szczęśliwéj przyszłości, — cegła mu spada na głowę, i jeśli go nie obali na ziemię, to przynajmniéj położy w łóżku na długo, razem z jego marzeniami.
Kapitan Pluta, człowiek, jakeście go już nieco poznać mogli, najstrawniejszego sumienia, niezachwianego spokoju duszy, zwłaszcza po dobrym obiedzie, lub szczęśliwie spłatanym figlu, szedł właśnie pod wieczór ulicą Miodową, którą zapewne dla tego lubił, że przy niéj i do koła liczne znajdują się handle win i przysmaków; cygaro miał w ustach, które ciągnęło mu wybornie, paliło się doskonale, suche było wyjątkowo i nad wszelkie spodziewanie, żołądek miał nie pusty, kieszeń także, w przyszłości także różowe jakieś świeciły mu marzenia, — słowem, był w usposobieniu najłagodniejszém, gdy na chodniku naprzeciw niego ukazała się postać, na którą jedno spojrzenie, bladością śmiertelną twarz jego okryło.
Kapitan drgnął, cofnął się, cygaro nawet z ust wyjął i bacznie spojrzawszy na idącego naprzeciw mężczyznę, ledwie nie zawrócił nazad.
Ale w téjże chwili, idący z przeciwnéj strony jegomość spostrzegł go i przystanął także.
Kapitan nie chciał pokazać, że mógł stchórzyć, choć w istocie uczucie nieopisanéj bojaźni rozlało się na jego obliczu, zwykle tak pogodném, jak twarz gumelastycznéj figurki, nie przywykłéj do poruszania się, chyba za gwałtowném pociągnieniem za uszy.
Postać, która go nabawiła tém uczuciem, zasługiwała na uwagę ze wszech względów, nie należała bowiem wcale do tych pospolitych, jakie się co krok spotykają na trotuarach, i które się pomija nie zwracając oczów.
Był to mężczyzna atletycznéj budowy, wysoki, chudy, kościsty, z powodu wzrostu może nieco przygarbiony, tak, że mu głowa wchodziła w ramiona, z posiwiałym włosem, z wąsem ogromnym, z twarzą żółtą i dziwnie w grube fałdy pomarszczoną, z wielkiemi, siwemi, wypukłemi oczyma. Ubrany bardzo niepozornie, miał na sobie surdut szaraczkowy szczelnie zapięty, z wyglądającą z dziurki wstążeczką orderową, dobrze przybrukaną, strój zresztą zużyty mocno i wcale nie modny, a w ręku laskę grubą i nie wytworną, ale mogącą w jego żylastéj dłoni być wcale skuteczną podporą i obroną.
Szedł sobie powoli, jak idą ludzie, którzy nie mają celu, ani się spieszą gdziekolwiek, krokiem opieszałym podstarzałego człowieka, którego nic nie wabi, który się niczego nie spodziewa i nie ma do czego pędzić, bo wszystko minął i zostawił za sobą.
Twarz jego przed chwilą jeszcze malowała tę apatją lat blisko poprzedzającą starość, tak smutną i zdrętwiałą, że nad nią przykrzejszego uczucia ludzkie rysy przybrać nie mogą, ale spostrzegłszy kapitana, on także uległ metamorfozie.
Podniósł głowę, poprawił czapkę, usta zaciął, aż mu część wąsów w reszcie zębów została, namarszczył czoło, oczy silnie wlepił w przeciwnika, i białka mu w chwili krwią zabiegły. Drganie mimowolne poruszyło nim całym.
Ręka, która trzymała kij, uderzyła nim o bruk raz i drugi. Oba zatrzymali się jak dwa, nie porównywając, stare koguty, które traf na śmietnisku przed sobą postawił. Ale z dwóch — czegoby doprawdy domyśléć się było trudno — kapitan Pluta daleko okazał się bardziéj zmieszany i niepewny. Prawda, że w ręku miał tylko laseczkę miejską, lekką, zgrabną, ale przy grubym kiju przeciwnika, mało znaczącą.
Po chwili, ów wysoki mężczyzna roztworzył wargi zacięte i pokazał resztę zębów jeszcze dosyć zdrowych, w sposób taki, jak sobie je czasem źle wychowane, lub całkiem nie wychowane pokazują zwierzęta, chcąc się wzajem tym arsenałem nastraszyć. Pluta tylko brwi podniósł.
Byli już od siebie o kilka tylko kroków.
— To Pluta, jak Matkę Najświętszą kocham! to ten łajdak Pluta! — zawołał nieznajomy nam jeszcze mężczyzna, — to on! ani chybi, ale gdzieś już kogoś odarł ze skóry, bo ma nową na grzbiecie.
Na to mruczenie, Kapitan odrzekł z daleka półgłosem:
— To Zeżga! na uczciwość to Zeżga! jeszcze go djabli nie wzięli, i dodał głośno:
— Słuchaj! czy jeszcze gniewasz się na mnie?
Zbliżyli się o krok.
— Ja! na ciebie! — odparł Zeżga, — ja! gniewać się! słyszał to kto? Brzydzę się tobą jak plugawém zwierzęciem, jak nieczystą istotą, ale się gniewam tylko na tych, co gniewu są godni.... dla ciebie byłoby to za wiele honoru.
— No, to ruszajże daléj i daj mi przejść spokojnie, — zawołał Pluta.
— A to co innego! — rzekł Zeżga, — gdziekolwiek się spotkamy, darować ci nie mogę, żebym cię choć kijem nie zwalił.
Usłyszawszy te wyrazy Kapitan, który już obrachował rejteradę umiejętnie, zdjął kapelusz grzecznie i szybko jak błyskawica rzucił się w bramę, któréj furtka za nim się zatrzasnęła.
Zeżga postał chwilę jak odurzony, popatrzał, plunął i poszedł daléj powoli, ruszając tylko ramionami.
Domyślamy się, że stosunek tych dwóch ludzi, tak nieprzyjaźnie przeciw sobie występujących, musi nieco obudzać ciekawość czytelników naszych. Mielibyśmy zupełne prawo trzymać ją w zawieszeniu i nie zaspokoić aż po długiéj próbie cierpliwości, ale na ten raz chcemy zasłużyć na względy i znajdziemy się wspaniale.
Pewne dokumenta, tyczące się dawnych zajść kapitana Pluty z porucznikiem Zeżgą, dostały się nam w ręce, możemy więc tę przeszłość tajemniczą rozświecić.
Jest to niezawodną prawdą, że gwałtowne nienawiści, rodzą się zawsze prawie z wielkich przyjaźni, i jakkolwiek może się to dziwném wydawać, jest przecie pewnikiem niestety. Dla tego to braterska nieprzyjaźń najgorsza, bo w każdéj niechęci na dnie jest trochę miłości skwaśniałéj, która w niéj robi jak drożdże. Domyśli się więc każdy łatwo, że Pluta z Zeżgą byli niegdyś poufale związani, a serdeczne kochanie zrodziło ten stosunek, w którym na ostatku bez kija obejść się nie było podobieństwa.
Ale naprzód powiedziéć nam należy, kto był ów pan Zeżga, któregośmy tak niespodzianie na ulicy spotkali.
Pan Narcyz Pruss Zeżga należał do téj licznéj kategorji istot, którym się nic w życiu nie nadaje, mimo zawsze najszczęśliwszych warunków i najpiękniejszych nadziei. Pochodził on z rodziny, jak widzimy, szlacheckiéj i majętnéj, a rozpoczął karjerę pod najlepszą wróżbą; — młody, przystojny, majętny i świetnie przez liczną familję skoligacony. Zdawało się więc, że przy poczciwém sercu i dosyć otwartéj głowie, powinno mu było iść jak z płatka.
Nieszczęściem Narcyz miał jednę wielką wadę: był dobroduszny do dzieciństwa, a przytém drażliwy niesłychanie, oddawał się cały od razu, wierzył do zbytku, a nie znalazłszy w człowieku czego się po nim spodziewał, zawiedziony wybuchał w sposób najnieprzyzwoitszy. Dla niego na świecie nie było tylko dwa rodzaje ludzi, poczciwi i łotry, pośrednich nie rozumiał i nie przypuszczał, a łotrów, choćby na bardzo umiarkowaną skalę, nie tolerował, nawet najmniejszą dozę niepoczciwości w nich znalazłszy.
Działo się więc tak zwykle, że zaczynał z każdym od niesłychanego kochania, zaufania nieograniczonego, wylewał się cały do dna, a zdradzony mścił się potém nielitościwie na tych, którzy serce jego zawiedli boleśnie.
Niewyrozumiały do zbytku, nie umiejący przypuścić, że są ludzie ot tak sobie, ni źli ni dobrzy, lub chwilami tylko uczciwi, a czasem po cichu i przez namiętność nielogiczni, z wszystkiemi w końcu musiał zerwać i skłócić się, z rodziną, przyjaciołmi, światem całym.
Łatwowierność dziecinna, z jaką z razu przyjmował każdego, naraziła go na tyle zajść przykrych, że w nich majątek, zdrowie, spokój i wiarę w człowieka utracił. Nie przeszkadzało to wszakże, by jak tonący brzytwy nie chwytał się po kilka razy na dzień pierwszego lepszego, szukając w nim nie odkrytéj dotąd cnoty i serca.
W miarę jak daléj postępował w lata, nieustanne zawody uczyniły go tylko coraz drażliwszym i gniewnym, tak, że straszno było mieć z nim do czynienia, bo za najmniejszą oznaką zdrady, kij podnosił i spuszczał go, nie oglądając się gdzie nim sięgnie.
Lat temu wiele, p. Narcyz Zeżga przybył do Warszawy, w czasie gdy kapitan Pluta grał tu jeszcze świetną rolę.
Podobał mu się z dowcipu, łatwości w obejściu i z pozorów szlachetności, którą dobrze odegrywać umiał. Sceptycyzm kapitana wziął z razu za farbę i komedję niewinną. Złączyli się więc z sobą najściślejszą przyjaźnią, — kapitan Pluta, gdy mu o to chodziło, umiał już wówczas wybornie przybrać taki charakter, jakiego potrzebował, grał nawet rolę poczciwego człowieka z takiém przejęciem się głębokiém, że sam się nią czuł niekiedy do łez poruszonym. Widok naiwnego Narcyza, który, wedle wyrażenia kapitana, był kwiatem jaki rzadko na niwie ojczystéj się spotyka, podrażnił go niewypowiedzianie, zamierzył wspaniałomyślnie uleczyć go raz na zawsze z dziecinnéj jego wiary w cnotę i ludzi.
Dodajmy, że z innych względów, Zeżga był pacjentem nie do odrzucenia, gdyż posiadał jeszcze kilkadziesiąt tysięcy dochodu i kredyt uczciwego człowieka.
Wszystko nęciło Plutę, który postanowił naprowadzić go po swojemu na zdrowsze pojęcia o świecie, ludziach i życiu. A że był zwolennikiem metody praktycznéj, wziął się do dawania lekcji swoim sposobem i począł od pozyskania zupełnego zaufania porucznika Zeżgi.
Wtórował mu więc w jego narzekaniach i zgrozie przeciwko ogólnemu zepsuciu ludzkiemu, mówił wiele z przejęciem o uczuciu honoru, a zbadawszy dobrze słabości pacjenta, dodawał, że można miéć ułomności, lubić karty, nie gardzić ładnemi twarzyczkami, lecz i dogadzając namiętnostkom, pozostać jakośkolwiek uczciwym człowiekiem.
Teorja Pluty i professor który ją wykładał, niezmiernie podobały się Zeżdze, skończyło się na tém, że się stali nierozdzielnemi, że porucznik tęskniąc za nim, przeniósł się na mieszkanie do kapitana, podzielił z nim worek, kredyt i poprzysiągł mu Pyladowską przyjaźń do śmierci.
Pluta może się śmiał w duchu, ale przyjmował oświadczenia i czułości z powagą, starając się o to, aby odczarowanie przyszło w porę i wpłynęło skutecznie na upartego w miłości dla ludzi człowieka. Ku temu skierował wszystkie usiłowania, z teorji wiedząc, że silne wrażenie otrzymuje się tylko kontrastem. Musieli się naprzód serdecznie, ogniście pokochać.
Zeżga bił się dwa razy za honor Pluty, zaręczył zań na kilkadziesiąt tysięcy, tak, że niby kapitan nawet nie domyślał się przyjacielskiéj usługi i mocno nią udawał zmartwionego, nareszcie wszystko co miał, oddał pod jego rozporządzenia, uznawszy się marnotrawnym i niezdolnym do prowadzenia interesów.
Długoby może trwało owo przygotowanie do wielkiéj nauki życia, którą kapitan przedsięwziął tak bezinteresownie, jedynie przez miłość ludzkości i chęć oświecenia człowieka zaślepionego, gdyby w dodatku piękna twarzyczka nie stanęła między niemi.
Było to jeszcze przed Jenerałową... alias piękną Julją.... Pluta się bawił, ale nie wdawał w kochania na serjo, które, jak zawsze mawiał, zbyt pochłaniają człowieka. Zeżga poznawszy ubogą a piękną dzieweczkę, we wszystkiém nie znając miary, rozpłomieniał straszliwie dla niéj. Wieśniaczka owa, świeżo po stracie matki przybyła do miasta, zostawała na opiece cioci, kobiety zasad nie nazbyt surowych i obyłéj ze światem.
I gdy Narcyz kochał się w panience na zabój, już nawet przewidując, że się z nią może ożenić, Pluta intrygował przez ciotkę dla siebie, w sposób cale inny. Czynił to, jak powiadał, aby ocalić przyjaciela. Panienka była poczciwa, ale słaba i niedoświadczona. Ciocia intrygantka patentowana i zręczna.... Pluta zimny i odgrywający komedją doskonale, Zeżga zakłopotany, zmieszany i niepowalny. Miłość prawdziwa zawsze daleko mniéj jest pozorną niż udawaną, na pozór egzaltowaną być umie gdy chce, i chłodno obrachowuje efekta, gdy tamta milczy, rumieni się i cofa przestraszona lada drobnostką.
Łatwo przewidziéć na czém się to skończyć musiało. Zeżga się kochał i wzdychał, kapitan w końcu robił z ciocią i panną wycieczki na Saską kępę i do Bielan.... a kuzynka była tak grzeczną i delikatną, że im nic a nic nie przeszkadzała.
Trwało to już czas pewien, gdy Zeżga odebrał list bezimienny, objaśniający go w sposób bardzo dokładny o wszystkich zdradach, jakich się względem niego dopuszczał kapitan Pluta.
Z tego pisma jednak, na razie nic tak nie utkwiło w jego sercu, jak odkrycie potajemnych i poufałych stosunków kapitana z tą, którą już zwał narzeczoną, a miał za anioła cichego szczęścia w przyszłości.
Wskazano mu nawet czas i miejsce, gdzie się mógł przekonać, jak go haniebnie oszukiwano.
Zeżga nie chciał wierzyć, wziął to za zemstę rywala i chciał szlachetnie pokazać list obwiniający Plucie, aby się z nim otwarcie rozmówić, ale namiętność nie dopuściła mu uczynić tego kroku, poleciał na miejsce wskazane i znalazł sam na sam w czułych objęciach, na rozmowie, któréj część podsłuchał, pannę X. z przyjacielem, wyśmiewającą jego dobroduszność.
Szczęściem wielkiém nie miał przy sobie pistoletu, bo by natychmiast łeb zdrajcy i zdrajczyni roztrzaskał; schwycił tylko kij i wpadłszy do pokoju, zbił nim Plutę na gorzkie jabłko, nie dawszy mu słowa powiedziéć na swoją obronę.
Zbyt popędliwy, stłukł nieszczęśliwego Plutę tak, że kapitan odchorował ciężko, przez tydzień z łóżka wstać nie mogąc, mimo najczulszéj pieczy lekarzy, przed któremi wyznał, że po ciemku idąc, szkaradnie spadł ze wschodów.
Lekarze dziwili się wprawdzie regularności sinych smug, jakie te wschody zostawiły na plecach pacjenta, ale smarowali go tak, jak gdyby w istocie potłukły go wschody nie ludzie.
Zeżga przygotowywał się do pojedynku po wyleczeniu; ale Pluta napisał doń list drwiący, pieniędzy należnych mu nie oddał, długi poręczone płacić kazał i uczynił wycieczkę za granicę w samą porę, aby drugiego upadku z gorszych jeszcze wschodów uniknąć. Wymknąwszy się w ten sposób, kapitan późniéj kołował tak zręcznie, iż się w życiu prawie nie spotykali. Zeżga pozwany popłacić musiał należności zaręczone, i został z maleńką resztką tylko, z któréj, żyjąc ubogo na wsi, wlókł nudne i szare godziny, czepiając się poczciwych krewnych, wiecznie rzucany z wiary do rozpaczy, z zaufań nieograniczonych do krwawych zemst i gniewów.
Nauka Pluty, acz kosztowna, na nic się zupełnie nie zdała, czemu mistrz dziwował się wielce, ale dalsze lekcje były już niepodobieństwem; kapitan z powodu porywczości i niewyrozumiałości ucznia, musiał go unikać. Gdyby Zeżga, abdykując niebezpieczny kij, chciał się z nim chłodno rozmówić, kapitan byłby się niewątpliwie uniewinnił, może nawet wiarę odzyskał, ale brutal ów Narcyz, nie dając ust otworzyć, natychmiast brał się do kija, — trzeba go było jego losowi zostawić.
Z takiemi ludźmi nie ma nic do czynienia, nauczyciel przekonany o tém własném doświadczeniem, musiał z ukochanym uczniem całkiem przerwać stosunki.
Po długich więc latach niewidzenia, spotkali się dopiero raz pierwszy wśród ulicy Miodowéj, i jak widzieliśmy, Pluta uważał za przyzwoite ustąpić z placu, przed człowiekiem obranym z wszelkich uczuć delikatności.
Wszedłszy w dziedziniec, dokąd za nim Zeżga gonić nie myślał wcale, Pluta schował się w jakiś kątek i stał w nim kręcąc wąsy niespokojnie przez dobry kwadrans, poczém wyrozumowawszy sobie na pewno, że porucznik czekać nań nie może, i byłby go, stosownie do temperamentu, pogonił, gdyby gwałtownie zemsty pragnął, zapalił na nowo zgasłe cygaro, obejrzał się w dziedzińcu i śmieléj przystąpił do furtki.
Oddajmy mu tę sprawiedliwość, że ceniąc spokój publiczny, nim wyszedł, rzucił okiem wzdłuż Miodowéj ulicy, bo nie życzył sobie awantury, jako człowiek poważny i spokojny; dopiero nic na horyzoncie nie dostrzegłszy zagrażającego, wysunął się w dalszą drogę.
Przytomność jednak poruczn. Zeżgi w Warszawie, skłopotała go przez samą miłość pokoju i zgody, spotkał się z nim raz, mógł się spotykać częściéj, a wiedział że to był człek dziki, niewyrozumiały, silny i zawsze chodził z tym grubym kijem. Należało więc przeciw niemu jakieś środki przedsięwziąć. Pluta chcąc się nad tém dojrzale zastanowić, uważał za potrzebne wziąć dorożkę, w któréj się czuł bezpieczniejszym i przejechać nieco za miasto ku Pradze, dla odetchnienia świeżém powietrzem. Skinął więc ku placowi Krasińskich podszedłszy i miał przyjemność przekonać się, że zdrowe zasady konkurencji znane były dorożkarzom, bo ich aż trzech przybiegło, z między których wybrał nie najlepszego, ale najbliższego kapitan, rozkazując mu wieźć się w stronę Wisły.
Dorożkarz obejrzał naprzód towar, to jest człowieka, domyślił się że będzie sowicie zapłacony, i począł od najwymowniejszego przemówienia batem do koni. Przyszło mu na myśl, czy nie wiezie przybyłego ze wsi nowicjusza i obrócił się, chcąc z nim wdać w gawędkę, ale popatrzywszy trochę uważniéj, dał pokój.
Pluta w surowém pogrążył się dumaniu.
Zrazu chciał sobie wyrozumować, że Zeżga wcale nie był groźny, że pierwsze tylko wrażenie musiało w nim być gwałtowne, że nie było się go co obawiać, ale przypomnienie przeszłości i kilku wypadków, w których kij Narcyza nader czynną odgrywał rolę, nie zaspokajając się jednorazowym wymiarem sprawiedliwości — dało dobitniéj uczuć kapitanowi, że jest w nader fałszywém położeniu.
— Trzeba do licha wiedziéć przynajmniéj gdzie to stoi! — rzekł w duchu, — goło wygląda.... przybył ze wsi, musi gdzieś mieszkać w dziurze.
— Stój! — zakrzyczał nagle, spostrzegłszy napis zwiastujący hotel Smoleński przy ulicy Bednarskiéj, którą dorożkarz spuszczać się myślał, — on gotów stać tutaj! ale nuż się z nim spotkam?
Przybycie dorożką, którą otwartą zostawiał, zaspokoiło go, musiał bowiem jadąc szybko, w najgorszym razie, wyprzedzić o kilka minut przeciwnika.
Cudowny instynkt Pluty i szczęśliwa jego gwiazda, dziwnie go tu sprowadziły, pierwsze bowiem imie jakie znalazł na tablicy, było Narcyza Zeżgi.
Szwajcar przypatrywał mu się w milczeniu.
— Pan się chce z nim widzieć?
— Ja? — spytał Pluta, — a no.... tak.
— Teraz go nie ma.
— W którychże godzinach zastać go można? — o mało nie powiedział przeciwnie.
— Z rana do ósméj, a wieczorem po dziewiątéj.
— A we dnie?
— O! we dnie.... to chyba nigdy go nie ma.
— Proszęż mu się pięknie kłaniać od przyjaciela Gzygzakiewicza.... — rzekł kapitan, — i oświadczyć, że w pilnym interesie prosi go, aby nań jutro czekał w mieszkaniu do godziny pierwszéj. Chodzi o sprawę pieniężną i bardzo wielkiéj dla niego wagi, dodał, nie zapomnijcie mu powiedziéć.
Kapitan poparł to złotówką.
— Jak godność pańska?
— Gzygzakiewicz.
Szwajcar podniósł nieco kapelusz, ale podniósł i brwi na to niezwyczajne imię, kapitan zaś siadł czémprędzéj do dorożki i kazał się wieść do Łazienek Majewskiego.
Było to ulubione dlań miejsce dumań i samotności, w które uciekał od ludzi, ilekroć ważniejszym zajęty był interesem.... Zasiadał tu w kąpieli ciepłéj i z cygarem, i pół drzemiąc, pół marząc, osnuwał dalsze plany żywota.
System nieco był naśladowany z rzymskiego.
I tą razą uczuł potrzebę osamotnienia się w Łazienkach, kazał sobie przygotować gorącego ponczu na wyjście, a sam zanurzył się w Sybarytyjskiéj kąpieli.
— Do jutra do pierwszéj jestem swobodny i mam czas do namysłu, — rzekł zasiadając w wannie, — jestem pewny że nie wyjdzie, bo będzie myślał, że którego z licznych dłużników sumienie ruszyło, i że mu chce oddać należność.
Trzeba więc do tego czasu coś uczynić — ale co? położenie jest nader trudne, człowiek głupi i brutal.... chodzi zawsze z tym kijem.
Gdyby chciał pięć minut ze mną rozumnie pogadać, jestem pewien żebym go przekonał, i złagodniałby a rzucił mi się na szyję.... ale co robić z takim bestją, z którym mówić nie ma sposobu.
— Ha, — rzekł po chwili kapitan, — możeby napisać? Ale czy zechce czytać? zawszeby sprobować nie było od rzeczy? Kapitan zaczął ważyć i zastanawiać się długo.
Znać jednak kąpiel nie obudza władz umysłowych i nie zaostrza dowcipu, bo Pluta, który zwykle miał dziesięć projektów na każdy wypadek i niewyczerpanych był idei, zaciął się na tym liście do Zeżgi i z niego zejść nie potrafił.
Chodziło o ton i motywa, w jakich miało być zredagowane to pismo, a wiedziéć potrzeba, że wymowny i gaduła Pluta, gdy przyszło dziesięć wierszy napisać, z papierem sobie wcale nie umiał dać rady.
Żywa mowa podniecała go, okoliczności poddawały myśli, dowcip służył mu wybornie do improwizowania, ale na suchą pracę papierową zdobyć się było mu nader ciężko — słowem kapitan, mniejsza że ortografii nie znał, ale całkiem pisać nie umiał i zupełnie się był od praktyki tego kunsztu odzwyczaił.
W tém tedy był sęk, kto mu potrafi tak ważną rzecz przyzwoicie napisać?
Im głębiéj nad tém myślał, tém mniéj umiał wynaleźć stosownego kandydata, bo od niego podobno zbyt wiele wymagał przymiotów.
Nie postrzegł się, jak wśród tych dumań, kąpiel ostygła i mrok począł padać, zadzwonił więc na służącego, wyskoczył, kazał podać ponczu i szybko wychyliwszy szklankę, pojechał do domu.
Chociaż między pierwszą a drugą częścią opowiadania naszego, jak się zaraz czytelnicy nasi przekonają, dość znaczny ubiegł przeciąg czasu; nierozerwane węzły przyjaźni łączyły jeszcze kapitana Plutę z panem Kirkuciem, który pełnił przy nim obowiązki rezydenta, przyjaciela i totumfackiego, wedle usposobień i wymagań okoliczności.
Ale pana Mateusza Kirkucia rzadko w domu zastać było można, lubił bowiem zawsze uczęszczać do ogródków i bawarji, do kawiarni, do których go wabiły wdzięczne oczy panienek, i do miejsc publicznych w ogóle, gdzie najlepiéj się bawił.
Mawiał nawet niekiedy ręką machając:
— Co mnie tam salony! co mnie salony! jam tu pan i o nic nie dbam, a tam się potrzeba żenować, niech ich wszyscy djabli wezmą!
Nie żenując się téż wcale, siadywał głównie w bawaryi-gastronomii przy Koziéj ulicy pod Gwiazdą, ze względu na pewną Justynkę czarnooką, która, wedle jego opowiadania, była córką jakiegoś jenerała i miała w krótkim czasie wygrać process o półtora miliona z familią, która ją pokrzywdziła. Tymczasem tylko roznosiła bawara i dawała się delikatnie do siebie umizgać, gdyż gospodyni domu, jakkolwiek nie cierpiąca skandalu, wyraźny położyła warunek przyjmując ją, aby zarówno unikała zbytniéj poufałości i nieprzyzwoitego srożenia się i dziczenia, odstręczającego konsumentów. Medium tenuere beati.
Justynka utrzymywała medium nader przyzwoicie.
Pluta domyślając się, że natura ciągnie wilka do lasu, zajechał pod Gwiazdę, aby wyciągnąć Kirkucia z pod téj konstelacji i szczęściem zastał go jeszcze na sucho, w bramie, wśród niewinnéj rozmowy z jenerałówną, tak, że nawet z dorożki nie potrzebował wysiadywać, skinął nań tylko, zabrał z sobą i powiózł milczącego ale rozstrojonego.
Przerwanie poufnych zwierzeń, nieprzyjemnie wpłynęło na humor Kirkucia, który przez całą drogę tylko spluwał i zżymał się, ale kapitan na to nie zważał wcale i jeńca zawiózł do hotelu.
Tu zapaliwszy świecę i na wszelki wypadek zamknąwszy drzwi na klucz, gdy Kirkuć, pod wrażeniem miłosném siedział jeszcze w melancholiczném pogrążony dumaniu, Pluta napił się wódki, stanął i tak począł:
— Wszak umiesz pisać? Kirkuć!
P. Mateusz drgnął.
— Cóż? jak się to ma rozumiéć?
— No? piszesz przecie?
— A piszę....
— Jak kura, czy lepiéj od kury?
— WPan wiesz, — odparł urażony Kirkuć, że rozumni ludzie wszyscy paskudnie piszą.
— No? więc ty piszesz ładnie?
Mateusz się zżymnął i splunął.
— Żebyś choć wódki dał, kiedy sam pijesz....
— Czekaj no! — odparł kapitan, — są powody, dla których wódka w téj chwili jest tobie wzbronioną, ale naprzód, szczerze i otwarcie — znasz ty ortografją? piszesz pod dyktą?
— Cóż to ja student, czy co znowu? — zawołał Kirkuć, — pod dyktą? także mi pytanie! pod dyktą? słyszałeś?!
— No! a ortografja? — zimno dokończył Pluta, który wiedział, że zżyma się czy nie, a w końcu Kirkuć słuchać go musi.
— A na co mnie ortografja? kaligrafja i te tam głupie różne grafje? czy to ja smarkacz jaki? słyszałeś ty go?
Pluta chodził zadumany.
— Gdybyś pisał porządnie, a usłużył mi w tym razie, tobym ci taką wieczerzę sprawił, jakiéj od roku nie jadłeś, — rzekł po chwili.
— Co? raki może? — spytał Kirkuć po chwili.
— Choćby raki i butelkę porteru.
— E! czterdziestogroszowego!! facecje!
— No! to angielskiego, koszowego....
— Koszowego? — zawołał Kirkuć żywo, — to napiszę i zobaczysz jak napiszę! z esami, ja, byle chciéć, to sztychuję.
— Bylebyś pisał, ze sztychowania kwituję.
— Ale zobaczysz i przekonasz się.
— Siadaj i pisz.
Nie zbywało już na dobrych chęciach Kirkuciowi, ale czém i na czém tu bytu pisać, kiedy miejscowy kałamarz stojący na biórku, tém się tylko różnił od piaseczniczki, że w nim było więcéj pyłu niż piasku, gdy w niéj znowu piasku więcéj niż pyłu.
Pióra także, których było niegdyś dwa, jedno z długą grzywą, drugie krótkie i ucięte, dawno zostały niewłaściwie zużytkowane, pierwsze do oczyszczenia fajki, drugie do ścierania pyłu i oba miały fizjonomją kominiarzy. Trzeba więc było zadzwonić, bo i papieru brakło, a na papierosowym pisać nie sposób.
Posłano po nieodbite materjały. Kirkuć zasiadł z wielką powagą, a kapitan popiwszy, począł, nie bez wielkiego wysilenia, dyktować.
Scenę tę dyktowania znajdziecie we Fredrze, każdy z nas ją pamięta, tém się tylko różniła tamta od naszéj, że Kirkuć zajęty wspomnieniem Justysi i nadzieją kolacji, nie dosłyszał; Kapitan coraz co nowego dyktował, często nie kończył, bo mu się zdawało pomyślawszy coś, że to już powiedział, potém trzy razy jedno dyktował, to za spiesznie, to za powoli, tak, że co chwila kłócili się z sobą.
Nie łatwo więc dobili się do końca, a list z kollaboracji powstały, jakkolwiek niepewnéj wielce ortografji, któréj kapitan skontrolować nie mógł, bo jéj nie umiał, to za sobą miał, że był ogromnemi literami i bardzo wyraźnie napisany.
Obfitował on w ą i ę, bo to były głoski, które z kreskowaném o, stanowiły dla Kirkucia całą tajemnicę poprawnego pisania. Mniemał zawsze, iż im więcéj tego włoży, tém lepiéj, posądzał nawet, że u czyste, równie jak e, nie musiało istniéć wcale, a ogonek pod a, dodawał mu powagi i znamionował naukę głęboką.
Wyjąwszy te małe usterki, nie ze złego serca pochodzące, list był tak napisany, że go zrozumiéć mógł każdy człowiek pobłażający i wyrozumiały na ludzkie ułomności.
Co się tycze interpunkcji, ta wprawdzie obcą była całkiem p. Mateuszowi, ale miał głębokie przekonanie, że ona także na coś potrzebną była, i jak sól w potrawie, w każdém piśmie znajdować się musiała, przeto stworzył sobie uproszczoną wielce i niezłą metodę. Kładł dwie lub trzy kommy gdzieniegdzie, od czasu do czasu, potém punkt na końcu jakiego wiersza, tu i owdzie zrzadka średnik dla oka, niekiedy wykrzyknik i kierował się raczéj instynktem piękna, niż stałém jakiém prawidłem. Znaki te, architektoniczną tylko w budowie piśmiennéj miały dlań wartość.
W gruncie duszy był przekonany, że interpunkcja musiała być starym przesądem, który wieki przyszłe obalić były powinny, wyrozumiały jednak na ludzkie nałogi, dogadzał zwyczajom, choć przyczyny ich nie pojmował.
List, o którego fizjonomii zbytecznieśmy się może rozpisali, był następujący. Kirkuć w wielu miejscach posztukował go, czego że stylu łatwo się domyśléć.

Szanowny panie!

„Jakkolwiek dzisiajsze nasze spotkanie, dowodzące, że dawne jego przeciwko mnie uprzedzenia nie ustały, skłonićby powinno do milczenia; — silny niewinnością moją, zachowując dlań zawsze w sercu uczucie niewygasłéj, nawet pod wrażeniem krzywdy jakiéj doznałem, przyjaźni, — chcę spróbować raz jeszcze, czy głosu jéj usłuchać się nie skłonisz.“
Kapitanowi Plucie wstęp zdawał się arcydziełem, Kirkuć znajdował go nie jasnym, ale koniec końców już takim pozostał, jakim go pierwsze stworzyło natchnienie. Daléj szła w następujący sposób argumentacja:
„Rozstanie nasze ostatnie, mogłoby mi dać powód do wiekuistego milczenia, nie chcę jednak, straciwszy przyjaźń, być pozbawionym szacunku człowieka, którego charakter i serce jak najwyżéj cenię. Czuję to, że przeciwko mnie mogły być pozory, ale rzeczywistość bliżéj poznana, czystym mnie czyni na sumieniu.
„Zważ szanowny panie Narcyzie, zastanów się jak postąpiłeś nierozsądnie, odjąwszy mi wszelki sposób wytłumaczenia się i obrony, których się największym nie odmawia zbrodniarzom.
„Prawdą jest, że przezemnie postradałeś kochankę, ale spytaj mnie, dla czego i jak się to stało. Widziałem cię uplątanego w sidła płochéj kobiety, sumienie kazało mi cię ratować, użyłem bolesnego wprawdzie środka, ale ten mi się zdawał najskuteczniejszym. Otworzyłem ci oczy, uchroniłem od zguby, tyś mi się najczarniejszą wypłacił niewdzięcznością.“
Kapitan bez myśli może użył wyrazu najczarniejszéj niewdzięczności, ale on malował dobitnie czarne sińce, które długo nosił na plecach. Idziemy daléj.
„Z trochą zastanowienia, powinieneś się był przekonać, że w tém złej woli, ani zdrady nie było, ale poświęcenie olbrzymie, mimo rozszarpanego serca na ołtarzu świętego uczucia przyjaźni złożone w ofierze. Lepiejżeby się stało, gdybyś późniéj zdradzonym został i życie miał zatrute przez wietrznicę? Pomyśl!“
To „pomyśl“ z wykrzyknikiem zadysponowanym przez kapitana, zdawało się genjalném Kirkuciowi, spojrzał na towarzysza i oczyma wypowiedział całą cześć swą dlatego genjuszu.
„Już to samo, mówił daléj list, żem ją zaraz wkrótce potem porzucił, z narażeniem się na najokropniejsze prześladowanie, dowodzi, żem jéj wcale nie kochał, żem czynił tylko zadosyć obowiązkowi sumienia, aby ci oczy otworzyć.
„O tym przykrym dla nas obu przedmiocie dłużéj rozpisywać się nie chcę; serce twe złote, którego tyle miałem dowodów, wskaże ci, jak niesłusznie, jak okrutnie potępiłeś przyjaciela.
„Twój postępek nierozważny, rozgłos jaki miał, chwilowe trudności majątkowe, w których zostawałem, sprawiły, że ogołocony ze wszystkiego, pozbawiony środków oczyszczenia się w opinji, zrujnowany, nie mogłem się uiścić z najświętszego długu względem ciebie. Chciałem się zaprzedać aby ci do grosza wypłacić, ale dziwny splot okoliczności, zajadłość ludzka ścigająca każdego co upada lub chwieje się, ogołociły mnie w jednej chwili ze wszystkiego. Cóżem winien?
„Naprawdę, jabym dziś mógł i powinienem poszukiwać na tobie ruiny mojéj, skruszonych nadziei i wszystkich następstw, jakie nieszczęśliwa porywczość twoja pociągnęła za sobą. Tyś stracił wiele, ja wszystko, obliczywszy to co ty miałeś u mnie, a co ja miałem u przyszłości, gdyby mnie ta awantura nie zwichnęła i nie pogrążyła w niezgłębionéj przepaści, powiédz sam, kto tu komu winien? kto czyim został dłużnikiem?
„Ale nie, nadto jeszcze w sercu mém zostało dla ciebie uczucie wdzięczności i przyjaźni, bym ci czynił wymówki, bym chciał na tobie poszukiwać złamanego życia i smutnych następstw twojego nierozważnego kroku.
„Chodzi mi dziś nie o co innego, tylko o to serce, które straciłem; utrata więcéj mi jest bolesną, niż wszystko co za sobą pociągnęła. W imie tych uczuć, których wzajemnie tyleśmy sobie dali dowodów, Narcyzie, podaj mi dłoń, pozwól mi z zimną krwią pomówić z sobą, oczyścić się z potwarzy, a ręczę, że chwila czasu jaką poświęcisz na ten czyn sprawiedliwości, nie pozostanie straconą! Wzywam cię w imie dawnéj a niezgasłéj w mém sercu przyjaźni, odzywam się do ciebie, nie zrażony niechęcią jawnie mi okazywaną — pół godziny cierpliwości tylko, a wyjdę czysty i pocieszony, bo odzyszczę twój szacunek. Nie ma ofiary, którejbym dla tego nie uczynił.

Twój dawny brat i przyjaciel,
F. Pluta mp.“
Kirkuć, który to pisał, a miał już nieco zręczność poznać kapitana w pożyciu z nim codzienném, tak był obałamucony stylem i rzewnością listu, że prawie w szczerość jego uwierzył.

Kapitan po odczytaniu uśmiechnął się tylko podpisując, ale nie był bez pewnéj choć słabéj nadziei, że Zeżga da mu posłuchanie sam na sam, bez tego nieprzyzwoitego kija.
P. Mateusz dosyć zręcznie wykroił kopertę podług staréj teorji, psując na nią dwa razy tyle papieru, ile w istocie było potrzeba, ale miał tę pociechę, że choć trochę krzywa i w dwóch miejscach zacięta, wyglądała zresztą jak fabryczna z téj strony, z któréj adres miał być położony. Szeroko rozlany lak, ułomność jéj z przeciwnego boku osłaniał dosyć zręcznie.
Kirkuć nawet mówił sobie w duchu, że od biedy mógłby był zostać czyimś sekretarzem, byle tam dużo do pisania nie było, westchnął potém pomyśliwszy, że niejeden prawdziwy talent w nim się zmarnował, przez twardy zbieg okoliczności i prześladowanie losu.
List poszedł do Smoleńskiego Hotelu, a raki, kura i porter koszowy, przyszły na stół wreszcie, bo kapitan lubił być słownym. Prawda że z porteru mniéj niż połowa dostała się Kirkuciowi, ale o podział jego umowy jasnéj nie było; Pluta trzymał się zawsze litery.
Gdy się to dzieje, w domku przy Wilczéj ulicy w przeciągu tego czasu zaszły niespodziewane zmiany. Nie możemy opisywać szczegółowo jak do tego przyszło, że Mania dostała się z rodzicielskiego domu w ręce obcéj jéj istoty, ku któréj na pierwszy rzut oka nieprzezwyciężony wstręt powzięła.
Zagrożony przez Plutę, obsaczony zewsząd we własnym domu, Narębski choć krwawemi płakał łzami, musiał Manię oddać kobiecie, która w imie rodzinnych węzłów o nią się upominała. Przyczyniła się i pani Samuela ubocznie do spełnienia téj bolesnéj dla ojca ofiary. Mania poszła jak na ścięcie, wiedząc dobrze jakie ją życie czekało, ale w domu państwa Feliksów tyle cierpiała także, iż wybór między boleścią znaną a niepewną, ledwie drugiéj w oczach jéj nie czynił lżejszą.
Nowy to świat był dla niéj, nowe życie, a tak dziwnie wstrętliwy obyczaj, że w pierwszych dniach łzy bez ustanku kręciły się jéj w oczach, łkania wzbierały w piersiach. Skąpstwo i niedostatek, który spotkała na progu pani Adolfiny, przykre na niéj zrobiły wrażenie, ale z temi łatwiéj było się oswoić, gdyby w dodatku do nich nie przyszła podejrzliwa nieufność zepsutéj kobiety i życie z istotą, z którą jednego uczucia, jednéj myśli wspólnéj miéć nie mogła.
U Narębskich prześladowanie okryte było pewnemi formami przyzwoitości, osładzało je po cichu serce ojca, powstrzymywały obyczaje świata, niedopuszczające krzyczących znęcać, a wreszcie płaciły za pokątne łzy, chwile swobodniejsze i choć obcych ludzi uśmiechy. Tu rzeczywistość naga, brudna, bezwstydna, domyślająca się wszędzie głębszego zła niż pojęcie Mani sięgnąć mogło, objęła ją do koła i ścisnęła chłodną, żelazną obręczą niewoli.
Pani Jordanowa życie przeszłe spędziła w towarzystwie tak zepsutych ludzi, że pojęcia jéj o świecie całym były przerażające.... Jakkolwiek zrazu szanowała sierotę, nie mogła z nią nawet pozbyć się natury swéj podejrzliwéj, gderliwéj, zazdrosnéj i zimnéj. Im mniéj rozumiała Manię, tém cięższych się w niéj domyślała grzechów, im widziała ją czystszą, tém posądzała o większą chytrość i udanie.
Dwie te istoty zestawione z sobą, takim były kontrastem, że życie ich musiało się stać walką nieustanną.
Lecz jakbyście sądzili? czy duszyczka czysta i rozpromieniona nieustanném ściganiem ideału, rozgrzana cierpieniem, które umacnia i podnosi, w objęcia zepsucia i chłodu nagle rzucona, może się zwalać i uwiędnąć, czy ma to co ją otacza użyznić, odmłodzić i oczyścić?
Może być, że w innym razie złe byłoby potężniejsze od zarodu dobrego, ale tu siły były nierówne, cnota sama z siebie czerpała zwycięzką potęgę, różniły się wieki tych dwóch istot; starganie i znużenie zepsutéj kobiety, czyniły ją bezsilną, w obec téj młodości i wiary.
Któż wie? może mimo lat długich życia bez poczciwéj myśli i szlachetniejszego uczucia, cudem się jakimś uchowała na dnie duszy iskierka niewygasła, którą zetknięcie z tym płomykiem odżywić miało?
Gdy Mania weszła do tego smutnego domku, w którym czuć było stęchliznę sprzętów i duszy, gdy chłód zamkniętego mieszkania ją owionął, a twarz dziwnie malowana poczęła na nią patrzéć fałszywym wzrokiem, który jeszcze nie wiedział czy miał się obrócić w niebo, czy do świata uśmiechać; gdy przebyła tu dni kilka, wśród téj ciszy próżnowania lub ustnéj, foremek pełnéj, ale bez porywu modlitwy, wśród tego skąpstwa drobnostkowego i przykrego; uczuła zrazu jakby ją szał jakiś obłąkania ogarniał.
Rozmowa z tą kobietą była tak czcza, tak pełna jakichś wspomnień zalotnych, tak zawsze krążyła w jednem kółku osobistych pamiątek młodości, tak wreszcie niepojętemi ścigała pytaniami, — iż Mani zdało się, że w téj pustyni, ożywionéj gdakaniem staréj papugi, wyżyć długo nie będzie mogła.
Ale cicha, własna, duszna modlitwa i znijście w głąb serca, nauczyły ją prędko, że najgorszemi otoczona będąc ludźmi, jeszcze rozpaczać nie powinna. Opatrzność daje siły w miarę niebezpieczeństwa. Mania wywalczyła je w sobie. Nazajutrz w opustoszonym domku, dojrzała tysiące rzeczy do zrobienia, tysiąc zatrudnień, które rozerwać ją mogły. Pani Jordanowa wcale się temu nie sprzeciwiała i z podziwieniem patrząc na ten zapał do pracy, którego pojąć nie mogła, — poczęła się głęboko namyślać.
Trochę weselszéj myśli, którą Mania odzyskała, zdziwiło ją niezmiernie. Dotąd przywykła była zajęcie wszelkie uważać jako ciężar, przekonała się teraz, że ono mogło być pociechą i rozrywką. Przypatrywała się więc z daleka, a gdy Mania siadła w owym smutnym i zapylonym szafirowym saloniku krzątać się około firanek, bielizny, sukien, i co tylko pod swe zawiadywanie zagarnąć mogła, przyszła do niéj wybadać ją trochę.
Widzieliśmy dotąd panią Adolfinę w ulicy tylko i na kanapie przy gościu, który chwilę czekać musiał, nim się na jego przyjęcie przygotowała, malowaną starannie, przybraną w aksamity i zalotnie strojną; w domu poznać jéj było trudno, tak inną była, gdy wiedziała, że na nią nikt obcy nie patrzał.
Leniwa z natury, skąpa przytém, wyjąwszy malowania twarzy, które przed pacierzem rannym odbywała zamknięta, w przekonaniu, że się na niém nikt nie pozna, o resztę powierzchowności wcale się nie troszczyła. Ubiór jéj był zwykle stary, brudny i zaniedbany, suknia odarta i poplamiona, trzewiki przydeptane, włosy w nieładzie. Taką wkrótce spoufaliwszy się z Manią, pokazywała się jéj zwykle i gdy dziewczę biegało po domu z robotą, Adolfina wsparta na łokciu, z nogami założonemi na kanapę, ziewając, wpół siedząc, wpół leżąc, śledziła narzuconą jéj towarzyszkę.
— Już to przyznam się, mówiła do niéj, że ja WPanny nie pojmuję.... żeby tak można zapalczywie lubić robotę. Ja wolę nic nie robić, kto musi to musi, ale z dobréj woli?
— Ależ kochana stryjenko, — odparła Mania, która ją musiała tém imieniem nazywać, cóżbym ja bez pracy poczęła? jabym tak życia z założonemi rękami wytrzymać nie mogła.... to tak smutno nic nie robić!
Malowana pani ruszyła ramionami, zdawało się jéj, że dziewczę krzątało się tylko dla tego, żeby nie być połajaną, i uraziła się nawet trochę tém posądzeniem o gwałtowne napędzanie do roboty. Z tego przekonania wyjść nie mogła.
— A cóż to za głupia dziewczyna! — mówiła w duchu, — jéj się gdzieś zdaje, że ja ją będę zmuszała? musieli ją tam dobrze przemęczyć u tych Narębskich, kiedy myśli, że i ja jéj pokoju nie dam.
Ale jéj tego otwarcie powiedziéć nie śmiała.
Jak tam zrazu było Mani u téj zaimprowizowanéj stryjenki, Bogu tylko wiadomo; dom utrzymany skąpo, licho i biednie, kobieta bez wychowania, gdérania, płacze, gniewy bez przyczyny, lub śmieszna wesołość, a potém niemniéj dziwaczne modlitwy. Sługa pół dnia łajała panią, pani kłóciła się ze sługą.... coś trywjalnego, aż się serce ściskało.
Życia w takich warunkach nie pojmowała sierota, a zrazu pogorszało jeszcze stan jéj, nie umiejące i nie myślące się ukrywać uczucie nienawiści stryjenki dla mniemanéj synowicy. To jednak prędko przeszło.
Zmuszona wziąć ją do domu, pani Adolfina spostrzegła wkrótce, że jéj z tém wcale nieźle być może. Narębski naznaczył roczny dochód dla Mani, który daleko przewyższał co na swe utrzymanie potrzebować mogła; dziewczę było ciche, potulne i usłużne, jéjmość jakkolwiek przywykła do gniewów, na nią się jakoś nawet dąsać nic mogła. Ci, z któremi dawniéj i zwykle miewała do czynienia, gniew oddawali gniewem, łajanie łajaniem, Mania odpowiadała uśmiechem, niekiedy łzą... długo więc wytrzymać z nią na téj stopie nie było można.
Koniec końców, choć piękna twarzyczka dzieweczki, niebezpieczna dla niéj porównaniem, raziła gospodynię, obawiającą się o szczątki dawnych wdzięków, pani Jordanowa codzień bardziéj przekonywała się, że się do niéj przyzwyczai, że nawet dobrze im może być z sobą.
Wpływ sieroty na słabą kobietę, jakkolwiek łagodny, może dla tego, że nie narzucający się wcale, codzień stawał się widoczniejszy i przeważniejszy; objął on zresztą nie ją tylko, ale wszystko co żyło w domu. Poprzyjaźniły się z Manią naprzód psy podwórzowe, które z nikim w dobréj nie były harmonii, bo czasem nawet na przechodzącą Adolfinę burczały, potém nieznośny psiak faworyt jéjmości, który miał pozór starego hypokondryka i własną panią kąsał niekiedy, obudzony niewłaściwym sposobem; naostatek kwaśna służąca, która pokochała sierotę z początku na przekór gospodyni, a przywiązała się do niéj jakimś instynktem, co w świecie cóś przecie kochać każdemu każę.
Podstarzała owa Kachna, jakkolwiek ona tu podrzędną gra rolę, dla psychologa warta była studjów, boć i pod grubą koszulą bije ludzkie serce, tym samym co inne prawom uległe. Kachna urodziła się w mieście, nie znała rodziców swoich, plątała się po świecie sierotą, i świat się z nią obchodził, jak zwykł ze słabemi i bezbronnemi. Oddana sama sobie, musiała nabrać wad wiele i rozwinąć namiętności, których nic nie hamowało, ale w sercu jéj pozostał nie zniszczony dobry Boży zarodek.
Ludzie go ocenić nie mogli, bo obok niego tyle było ułomności, wad i słabości, że postrzegłszy je, już go nawet szukać nie chcieli. Potępiono więc Kachnę, jak potępiają najczęściéj wszystkich, co się o pozór cnoty nie starają, a złego taić nie myślą. Kachna przebyła ciężkie losu zmiany, przeszła przez kawiarnie, przez jakieś pół-małżeństwo, mąż ją opuścił, dziecię jéj umarło, długo błąkała się bez służby i chleba, raz rzuciła się była w Wisłę, ale ją rybak wyciągnął.... Więc powiedziała sobie, że i ludzi dobrych nie ma i życie gorzkie być musi. Służyła dla chleba, ale bez nadziei, żeby co kochać, do czego się przywiązać było warto, prócz Boga i Matki najświętszéj. Modliła się jednak rzadko, nie tak jak pani Adolfina, ale gdy poszła w niedzielę do jakiego kościoła, to się, padłszy na ziemię, spłakała, to ręce podniosłszy tak jęczała na głos do obrazów, że patrzący na nią, przejęci, rozstępowali się jak przed natchnioną i ubłogosławioną istotą.
Wyszedłszy z kościoła, włożywszy na rękę koszyk swój, otarłszy oczy czarne i dziko pałające, Kachna poczynała zaraz kłócić się i łajać ludzi jak przedtém; nawet modlitwa łagodności ją nauczyć nie mogła.... tyle w sercu miała wezbranéj żółci. Z panią Adolfiną obchodziła się jak równa z równą, bo przybita i znękana, uczucia godności osobistéj nigdy się nie pozbyła, ugryzała się z nią ząb za ząb, mówiła jéj prawdę w oczy często bardzo gorzką, odprawiała się co miesiąc, ale obie potém milcząco dawny łańcuch dźwigały, bo już do siebie nawykły. Kachna była uczciwą, co w mieście rzadko, a tyle się już nawłóczyła po świecie i cudzych kątach, że jéj się przedewszystkiém miejsca zmieniać nie chciało, — trzymały się więc z sobą.
Pierwszy raz może w życiu trafiła Kachna na łagodną i litościwą istotę w Mani.... niedowierzała wszakże z początku, patrzała długo, posądzała ją o komedją, o udanie, i nie zbliżyła się póki dobrze nie wybadała. Łzy, które postrzegła przypadkiem, tę naturę zdziczałą zniewoliły i zaciekawiły; niechęć ku Adolfinie, pociągnęła ją w przeciwną stronę; daléj przemówiło zamknięte serce potrzebą kochania; duma uczuciem, że opiekować się nią może, i Kachna gorąco przywiązała się do sieroty.... Szorstka to była miłość, ciężkie czasem kochanie téj istoty, którą nic delikatności uczucia nie nauczyło, ale któż wié, czy w téj formie nowéj nie są one milsze jeszcze, bo się szczersze i silniejsze wydają.
Życie Mani, zrazu nad pojęcie wszelkie ciężkie, powoli znośniejszém stawać się zaczęło. Narębski zmuszony ją oddać, nietylko że jéj nie opuścił, ale żywiéj jeszcze zajął się biedną wygnanką, czuwał nad nią niewidomie.
Wiedząc jak lubiła muzykę, kupił jéj fortepjanik, dostarczał nut i książek, sam ile razy mógł wyrywał się na Wilczą ulicę, i mimo wstrętu jaki czuł do pani Adolfiny, opłacając swe odwiedziny czynionemi grzecznościami, które ona brała za uznanie swych zasług i dostojności, — godziny długie często spędzał w domku samotnym.
Wprawdzie pokutował za to u siebie, ale przywykły od dawnych lat do powolnego smażenia na ruszcie, nie zważał na zwiększone prześladowania, które zbywał milczeniem.
Pani Samuela i Elwira, choć z początku rade być się zdawały z pozbycia się Mani, dopiero gdy ona im ubyła przekonały się, że w istocie wiele z nią straciły. Samuela przywykła do słodkawego gdérania, nie miała na kim spędzać owych złych humorów, od których mąż uciekał, ani się kim posługiwać dniem i nocą, co jéj było potrzebném, bo nic ją tak nie zniecierpliwiało, jak osamotnienie. Elwira nie miała się przed kim zwierzać i skarżyć na matkę, jakoś pusto było w domu bez téj Mani — Kopciuszka, która tu tak mały zajmowała kącik. Elwirę nawet spotykały już niemiłe porównania do ubyłéj sieroty, którą pani Samuela teraz za wzór jéj wystawiać lubiła. Matka pocieszała się nieco tém, że każde przydłuższe zabawienie Feliksa po za domem, posądzając o pielgrzymkę na Wilczą ulicę, wyrzucała mu słodziuchno, tęsknie, z akompanjamentem bólów głowy i spazmów, jako kryminał przeciwko sobie i swojemu dziecięciu. Ale szanowny pan Feliks ostrzelany z tém, zbywał napaść milczeniem, gniewy pokorą cichą, a spazmy i migreny doktorem i apteką; ostatecznie zaś zaskoczony gwałtownie, nauczył się uciekać, co zmuszało do pomiarkowania, bo nazbyt dwie panie osamotniało, a zostawione sobie, jadły się wzajemnie.
W domu więc Narębskich po ubyciu Mani nie polepszyło się wcale, i młodzi ludzie, których wielu tam dla niebieskich oczek Mani przybywało, opuścili dosyć nudny salon państwa Feliksów, nie chcąc się narażać na żale i stękania gospodyni, lub złośliwe żarciki Elwiry, poczynającéj już mścić się, że nie miała wielkiego szeregu czcicieli za sobą.
Jeden tylko piękny ów nieznajomy pozostał jéj wiernym, ale z nim w Saskim ogrodzie zaledwie spotkać się było można; widywano go téż czasem w Teatrze i na ulicy, bo w domu jeszcze się był nie ukazał.
Życie Mani tymczasem, z dniem każdym zaczynało się stawać znośniejszém. Jordanowa miała trochę niedosuszonego serca, i instynktowo jakoś przywiązywała się do niéj, nie mając co robić. Talenta dzieweczki, jéj pracowitość, skromność, dobroć i niewyczerpana łagodność, zmieniły nawet starą zalotnice. Przychodziła często do pokoiku swéj mniemanéj synowicy i siadała nie tak dla rozmowy, gdyż rozmawiać nie umiała wcale, jak raczéj aby słuchać dzieweczki, lub opowiadać jéj o sobie.
Posiedzenia te coraz częstsze, nie były bez skutków; jeżeli Mania mówiła o sobie, wywoływały pytania, musiała objaśniać i nauczać powoli, choć bez pretensyi nauczania; jeśli stryjenka zaczęła swą autobjografją, rodziły się z niéj uwagi, spory i sądy, które koniec końcem trafiały do przekonania dewotki.
Zaczynało się od tego zawsze, że przeciwne zdanie ogromnie ją oburzało, ale nazajutrz powracała do niego znowu, zaczepiała o nie raz trzeci i czwarty, aż póki nie umilkła, co znaczyło, że została przekonaną.
Mania nie sprzeciwiała się jéj zbytnie, mówiła z pomiarkowaniem, objaśniała przyczyny, a gdy widziała stryjenkę zbyt oburzoną, milkła.... Milczenie to obudzało tylko większą niecierpliwość i nawał pytań nowych, a że dziewczę stało przy swojém wytrwale, że miało za sobą siłę prawdy i przekonania, opartego na pewnych zasadach, zwyciężało zawsze, jeśli nie rozumowaniem, to uczuciem i łzami.
Dość, że przyszło do tego, iż Jordanowa niby na próbę zaczęła jakąś robotkę do kościoła, zachęciła się nią, znalazła że dni jéj prędzéj przechodziły, i od siatki do kanwy, od kanwy do pończochy na wieczory, potém do łatwiejszych wzięła się książek, nie pędząc już, jak dawniéj, całych dni z założonemi nogami i rękami w kątku kanapy.
Muzyka téż Mani, zrazu niezrozumiała i przykra trochę nawet pani Jordanowéj, nieznacznie coraz przyjemniejsze na niéj sprawiać zaczęła wrażenia. Podsłuchiwała podedrzwiami, potém siadała w kątku z robotą i całe godziny zadumana, czasem ze łzami w oczach, pędziła tu w stanie roztkliwienia, za który się sama na siebie gniewała.
Faworyt piesek Adolfiny, który zwał się dość dziwnie, Żurek, tak samo z początku do muzyki przywyknąć nie mógł i towarzyszył jéj wyciem straszliwém, dopominając się, by mu do snu nie przeszkadzała; poczekawszy jednak, i on się z nią obył, dostawszy kilka klapsów, a obrachowawszy, że bezpieczniéj jest wnijść z panią do Mani i położyć się, niż zostać na łasce Kachny, która go cierpiéć nie mogła, i za różne przewinienia ciężkie z nim staczała boje, stał się wyrozumialszym i milczącym. Podnosił jeszcze niekiedy uszy, gdy fortissimo przychodziło, warczał na dyssonanse, ale na głos swego nieukontentowania nie okazywał nigdy.
Żurek zresztą przywiązawszy się do Mani, przestał się z nią kłócić o muzykę, a Jordanowa rozczulona, łagodniejszą téż stawała się codzień, coraz silniéj kochać zaczynając sierotkę.
Kapitan Pluta, który zrazu bardzo się cieszył z figla, jaki Narębskiemu wypłatał, a jenerałowéj dał zaraz znać listem bezimiennym, gdzie i jak jéj córka umieszczoną została, — przychodził tu dosyć często, ale z coraz kwaśniejszą miną, bo projekta jakie sobie był ułożył, nie dały się doprowadzić do skutku. W kilka dni po installacji Mani, chcąc złe humory gospodyni i jéj usposobienia dla siebie nieprzychylne przejednać, przyprowadził on z sobą p. Mateusza Kirkucia, jako przyszłego pretendenta.
Rachował wiele na jego czułość i sympatją dla płci pięknéj, na dom własny wdowy, na zręczność swą w układaniu małżeństw, nawet z żywiołów najmniéj do zawarcia ich usposobionych, i był pewien, że się to sklei.
Kirkuć zawsze rad był poznać nową piękność, w którejby choć parę dni się mógł kochać, nie odrzucił więc ofiary kapitana i dostawszy upoważnienie na ten raz ubrać się dosyć jaskrawo, w nowym kapeluszu kupionym na tandecie i zielonych rękawiczkach koloru nadziei, przybył z nim na ulicę Wilczą.
Było to jakoś o mroku, gdyż Pluta rachował na współdziałanie światła w pierwszém wrażeniu, jakie na Kirkuciu wywrzéć miała malowana pani. Z daleka była to jeszcze perspektywicznie wcale niczego ruina, Kirkuć trochę przygotowany do egzaltacji parą szklankami ponczu, usposobiony był do miłosnych zapałów, i ujrzawszy jedwabną suknię, aksamitną mantylę, zesznurowane usta, słodki wzrok czarnych, głęboko zapadłych oczów wdówki, białą jéj i pulchną rączkę, umyślnie ad hoc umytą — mocno się zrazu zapalił.
Przysiadł się nawet bardzo blisko, rozpoczął rozmowę bez wstępów chłodnych, i w końcu dwugodzinnych blisko odwiedzin, oświadczył, wprawdzie nie jasno, ale dając się domyślać stanu swojego serca, że nie był na wdzięki wdowy obojętnym.
Gdy wyszli potém, uścisnął kapitana, dając mu stopień pułkownika, co się tylko przy najlepszym zdarzało humorze; zwał go najlepszym przyjacielem, rozczulał się aż do ocierania łez rękawem, nad wspaniałomyślnością jego.
Ale to trwało tylko trzy dni; niestałe są ludzkie myśli i sprawy!! Trzeciego dnia poznał Kirkuć wypadkiem ową Justysię pod złotą gwiazdą przy Koziéj ulicy, a świeżość jéj i młodość nie fabrykowana, wielkie i głębokie na nim uczyniły wrażenie. Czując jednak, że z jego strony wielkim byłoby grzechem i lekkością, ulegać takiéj pokusie rumianéj, gdy się serjo kochać zaczęło w poważnéj, aksamitem i atłasem ubranéj kobiecie, — pośpieszył, dla wyleczenia się na razie, w biały Boży dzień do wdówki.
Doznał tego zapewne nie jeden z czytelników moich, że napatrzywszy się na kolor czerwony, blade mu się potém i zielone wszystko wydaje; otóż skutkiem podobnego temu fenomenu, Kirkuć, popsuwszy oczy na młodości Justysi, świeżéj jak jabłko, białéj i różowéj bez pomocy bielidła i różu, ogromnie został zdumiony, gdy owa idealna wdowa, wyszła doń utynkowana na jego intencją, ale wyglądająca tak straszliwie, że mimo czułości Kirkucia dla całéj płci pięknéj w ogóle — p. Mateusz ostygły nagle, zdobył się ledwie na pół godziny bardzo sztywnéj i przerywanéj rozmowy, w któréj już o sentymencie nie było ani słowa.
Wiele niezbadanych powodów mogły się przyczyniać do tego niespodziewanego wrażenia, trochę młodość Justynki, może jasny i jaskrawy blask dnia, może i to, że Kirkuć nie pobudził w sobie uczuć żadnym z tych płynów pokrzepiających, które na wzrok i serce tak zbawienny wywierają skutek.
Winną téż była i pani Jordanowa, bo gość znalazł ją niedbale i wprędce naszkicowaną, nie odmalowana śpieszyła się, aby zbyt długo na nią nie czekał, nie miała czasu barw młodości tak wycieniować, aby naturę naśladowały; bielidło nie rozeszło się do końców widnokręgu, róż rozłożony był niedbale, brwi zakreślone zostały krzywo, a zły humor jakiś, dodawał fizjognomji wyrazu wcale nie nęcącego.
Kirkuć, w dodatku, siadł tak, że wszystkie złudzenia przedstawiły mu się od razu w barwach smutnéj rzeczywistości; wyszły dlań na jaw niektóre marszczki, niknące o zmroku, okazała się wątpliwość nawet we włosach, których pukle dziwnie były dwubarwne, jak gdyby nie na jednéj urosły głowie.
Kirkuć sam nie był piękny, ale wolał ubogą piękną dziewczynkę, któréj białe ząbki śmiały się perłami młodości, niż w aksamitnéj mantyli tak niezręcznie pomalowaną czterdziestówkę. Był więc grzeczny, ale zimniejszy niż pierwszym razem, pożegnał się prędko choć go zatrzymywano, i oburzony poleciał do kapitana.
— A toś mnie wystrychnął! — zawołał wpadając nagle do jego mieszkania.
— No, cóż tam? — spytał Pluta, — gdzieś był?....
— Au wdowy!
— Bez mojéj wiadomości i pozwolenia?
— Cóżem to ja student czy co? ot to! — obruszył się pan Mateusz, — nie wolno mi już robić co się podoba?
— A nie wolno, — rzekł sucho kapitan, — bo kto woli swéj nie umie używać, temu się ona odejmuje.
— Bądźże spokojny, już ja tam drugi raz nie pójdę....
— Cóż się stało?
— Ale to trup malowany!
— Oszalałeś! — uśmiechnął się Kapitan, — kobieta w kwiecie wieku, pączek różany.
— Odstępuję ci go z największą przyjemnością, — odparł kłaniając się p. Mateusz.
— Przecież ci brakło wyrazów na podziękowanie mi, żem cię z nią zapoznał?
— Aha! o mroku!
— Widzisz sam jak jesteś śmieszny, — rzekł poważnie Pluta, — a czemużeś zawsze do niéj wieczorem nie chodził? Czegóż więcéj jest w życiu, mroku czy jasności? sam powiédz?
Kirkuć się zmieszał, sam nie wiedział co to miało znaczyć, ale kapitan wyrażał się z tak głębokiém przekonaniem, że p. Mateusz zwątpił o własnym rozumie.
— Jakto? — spytał.
— Zważ tylko, kobieta miła, majętna, jeszcze wcale o mroku przystojna, potrzebaż ci było psuć sobie smak do niéj, przychodząc nie w porę i pewno na trzeźwo....
— No! to prawda, — rzekł Kirkuć, — ale niech ją, jak mi się wydała stara i brzydka.
— To złudzenie optyczne, — odparł Pluta zimno, — usposobienie chwilowe, a w dodatku ty sobie smak psujesz przy tych kawiarkach. To jest kobieta dystyngowana, a przywykłeś do tych burakowych piękności, pustych, pospolitych, które podobają się tylko parobkom. WPan nie bywałeś nigdy w wyższych towarzystwach, gdzie jest zwyczajem, że się wszystkie kobiety różują i bielą; to tylko dowodzi dystynkcji, trzeba nabrać lepszego smaku.
Kirkuć głową pokiwał, ale nie zdawał się przekonany.
— Zresztą jak sobie chcesz, — dodał kapitan, — ma ona dosyć pretendentów, obciąłem ci wyświadczyć dobrodziejstwo, podnieść cię z téj kondycji niskiéj, ale nie miła ofiara, pójdź cielę do domu.
I zamilkł.
— Cóż ja pocznę kapitanie, — wybąknął Kirkuć, — kiedy się w niéj kochać nie mogę.
— To się nie kochaj.
— No! ale mi mówisz, żebym się żenił.
— Więc cóż?
— Jakże się żenić, nie kochając nic a nic? spytał naiwnie Kirkuć.
— A cóż ma jedno do drugiego?
P. Mateusz wielkie oczy wytrzeszczył i zamilkł.
— Czy ty jeszcze trzymasz się téj teorji, że małżeństwo i kochanie chodzą w parze? Wiesz, zawsze cię miałem za poczciwe stworzenie, ale do tego stopnia!!!
Kirkuć się obraził.
— No, to po cóż się żenić! — zawołał.
— Ale ba! żeby miéć dom, chléb, spokój i kogoś, coby twoje gderanie znosił w pokorze; jakby ci się zebrało na kochanie, poszedłbyś się umizgać do jenerałówny.
P. Mateusz oburzył się bardzo, ale wstrzymał chwilę.
— Widzisz kapitanie, — rzekł kiwając głową, — jaki ty jesteś zepsuty. Gadaj ty sobie co chcesz, mnie tego z głowy nie wybijesz, że bez kochania małżeństwa nie ma. Ja ilem razy się kochał, zaraz myślałem się żenić, bo ja chcę być szczęśliwym.
— Głupi jesteś, — odparł spokojnie Pluta, spojrzał mu w oczy, pokiwał głową na poważną minę przyjaciela, zaczął się potém śmiać, i na tém się skończyło.
Kirkuć jeszcze raz poszedł z nim na ulicę Wilczą, ale choć po krambambuli i bawarze, nie mógł się otrząść z pierwszego wrażenia; widział ciągle marszczki, malowanie i starość. Justysia rumiana przychodziła mu na myśl, i nie dał się już więcéj namówić na odwiedziny.
Niezbyt téż opłakiwała tę nadzieję pani Jordanowa, któréj, mimo chustki z pąsowemi końcami, kamizelki w kraty i guzików u koszuli świecących, p. Mateusz nie miał szczęścia się podobać. Znajdowała z początku, że trochę był podobny do garbatego, potém uznała go doprawdy ułomnym, posądziła go z koloru nosa o zbytnie zamiłowanie gorących napojów, i w rozmowie nawet zasmakować nie mogła, choć kilka wcale ładnych anegdot jéj powiedział.
Tak, projekt Pluty zupełnie się jakoś rozchwiał, a wdowa choć nie przestała się malować, jedynie przez zamiłowanie w sztuce i nawyknienie do widzenia się w zwierciadle w świeżych kolorach młodości — zaczęła powoli zapierać się wszelkiéj pretensji do za mąż pójścia, utrzymując, że całe życie miała wstręt do téj niewoli.
Odzywała się z tém głośno, coraz częściéj, że mężczyzni wszyscy są zdrajcy, że kobieta najdroższéj swobody swéj nie powinna nierozważnie poświęcać, że małżeństwa wszystkie bez wyjątku są nieszczęśliwe, że nie ma rozkoszy jak być panią serca swego, woli i przyszłości. Wprawdzie wspominała nawiasem o tych, którzy na nią patrzali gdy szła ulicą, o dawnych a blisko znajomych, o natrętnych konkurentach, o nieugaszonych namiętnościach jakie wzbudzała, ale kończyła mocném postanowieniem, nie wychodzenia za mąż nigdy.
Byłaby silniéj może jeszcze popierała tę thesis, gdyby się jéj kto sprzeciwiał, ale Mania milczała zwykle, i kapitan tylko gdy ją chciał w lepszy wprawić humor, rozpoczynał walkę, natarczywie usiłując przekonać, że nie miała słuszności.
Gdy pan Narcyz Zeżga o godzinie dziesiątéj powrócił do Smoleńskiego hotelu i wspinał się na drugie piętro do maleńkiéj izdebki, którą za dwa złote dziennie najmował, szwajcar pamiętny obietnicy, oznajmił mu o przyjacielu.
— Proszę no pana, — rzekł zażywając tabaki.
— A co tam?
— Był tu pan Sysakiewicz, czy coś, w pilnym interesie.
— Jak? jak? — spytał Zeżga.
Szwajcar powtórzył nazwisko, Zeżga ramionami ruszył.
— I prosił bardzo pana, aby był łaskaw na niego jutro rano poczekać, bo interes ma bardzo ważny i pilny.
— Nie znam nikogo podobnego.
— To wszystko jedno, ale on WPana zna, i bardzo, bardzo prosił.
Porucznik zamilkł, zamyśliwszy się, gdy z drugiéj strony nadbiegł służący, oddając mu list niedawno odebrany. Wziął go nie patrząc nań pan Narcyz, i powoli posunął się na górę; był zmęczony, smutny i śpieszno mu było siąść, spocząć, fajkę palić, do któréj kilka godzin tęsknił. Poczciwe człeczysko, nie wiele już więcéj miał przyjemności w życiu, nad ten dymek który puszczał, i samotność, z którą mu było najlepiéj. Ludzie go męczyli, świat wydawał mu się coraz smutniejszym, życie wlokło się jak noc bezsenna. Nawet we wspomnieniach przeszłości nie wiele mógł znaleźć pociechy, każde z nich zatrute było przeniewierstwem ludzkiém, zdradą, i zwalane w końcu jakąś plamką niezmytą.
Żył téż Zeżga, jakby już niczego się nie spodziewał, z małego grosza, który mu pozostał, jeżdżąc po krewnych, czasem zjawiając się w Warszawie, częściéj dalekie odprawiając pielgrzymki do różnych dawnych znajomych, u których polował, bo go to jeszcze bawiło, lub końmi się zajmował, bo był koniarz zawołany. Przejeżdżanie z miejsca na miejsce, życie czynne i surowe, przeplatane obroną niewinności i poprawą występnych, ale za pomocą znajomego nam kija, trzymały go jeszcze na świecie; kochali go poczciwi, bali się poczuwający do winy, bo był dla nich Donkiszotowskim sposobem nieubłagany, śmieli się zeń po cichu ludzie bardzo dobrego tonu, którzy dla przyzwoitości nigdy ani za cnotą zbyt nie obstają, ani się nazbyt występkiem brzydzą, i tak sobie Zeżga kroczył do darniowéj mogiły, do któréj czasem już wzdychał.
Złote to było serce, ale chore i biedne... pobłażania bowiem dla ludzi nauczyć się nie mogło, i drgało jeszcze na najmniejszą woń złego, nieszczęśliwe, bo nie chciało żadnym fałszem okupić spokoju; zwiędłe, bo miłość zeń płynęła na świat, a od świata nie miało się czém pożywić.
Zeżga, który sam jeden wszedł na górę, nie rychło sobie z zamkiem dał rady, świecę zapalił, potém list kapitana rzucił i naprzód wziął się do fajki, bo mu do niéj pilno było. Dopiero gdy dym jéj grubym sinym kłębem wzbił się nad nim, powoli zaczął rozpieczętowywać misterną kopertę Kirkucia, nielitościwie się z nią obchodząc, bo podarł na sztuki biedaczkę.
Spojrzał na pismo, ale mu było całkiem nieznane, już miał szukać podpisu, gdy zapukano do drzwi.
— Proszę, — zawołał porucznik.... sądząc, że hotelowy coś mu przynosi, ale zamiast służącego, gładka, zimna, wypogodzona, marmurowa twarz Oktawa Pobrackiego, owego prawnika, który tyle okazał przyjaźni dla jenerałowéj, jak sobie zapewne przypominacie, z uśmiechem zaledwie zarysowanym na wązkich ustach, wystąpiła ze drzwi.
— Można?
— A! pan Oktaw....
— Wujaszka kochanego.... — uśmiechając się rzekł prawnik, krocząc powoli, metodycznie, przyzwoicie i miotając się z wielką powagą. — Jakże zdrowie?
— Daj mi tam pokój ze zdrowiem! czego mam być chory! tacy ludzie jak ja, po sto lat żyją, bo na nic nie są potrzebni.... — odparł, siadając w kanapie i robiąc przy sobie miejsce siostrzeńcowi Zeżga. Byłem u ciebie w domu przy Żelaznéj ulicy, alem nie zastał.
Narysowaliśmy nieco tę ciekawą postać Pobrackiego w początku naszéj powieści, może ją sobie łaskawy czytelnik przypomni; był to człowiek cały zewnątrz chłodny, przyzwoity niezmiernie, milczący i nieposzlakowany. Łatwo ztąd wnieść, jaki stosunek łączył tego siostrzeńca z wujem, który mówił co myślał, o przyzwoitości nie wiedział, i miał zwyczaj bić gdy zmysłów zabrakło, lub o skuteczności ich zwątpił.
Pobracki wydawał mu się dziwnie lodowatym, ale miał go Zeżga za wzór uczciwości i cnoty, za rodzaj posągu stoika, w którym serca domacać się było trudno; choć rysy zewnętrzne każdy pochwalać i poszanować był zmuszony. Rad go był kochać, a nie mógł, cenił wszakże. Pobracki téż wuja niezmiernie szacował, stosunki ich były chłodne, widywali się rzadko, ale nie unikali od siebie. Będąc w Warszawie, Zeżga zawsze odwiedzał siostrzeńca, ten znowu traktował go obiadkiem u Poziomkiewiczowéj, i rozstawali się w najlepszéj komitywie.
I tą razą Pobracki przyszedł właśnie prosić Zeżgi na ten ceremonialny obiadek.
— Jakże się wuj ma? co porabia? — powtórzył prawnik głosem suchym, — gdzie przebywał? czy długo u nas bawić zamyśla?
— A no, o zdrowiu to już wiesz, — rzekł Zeżga, — włóczyłem się po święcie z kąta w kąt, bo nie mam co robić. Byłem u stryja Naruszewskiego, u Malińskich, u Wyżykiewiczów, no, i już nie wiem gdzie. Przyjechałem na parę dni, żeby zobaczyć co się tu u was dzieje, ale mi dzisiejszy dzień zaraz krew popsuł.
— No? cóż to może być?
— Ale, spotkałem tu jednego nicponia, na którego zimno patrzeć nie mogę, — rzekł Zeżga, — myślałem, że go już dawno z między uczciwych ludzi sprzątnięto, a jeszcze się to włóczy po świecie, aż się burzę gdy wspomnę.
Pobracki zamilkł, nadto był przyzwoitym i dyskretnym, żeby się miał dopytywać o cokolwiek.
Wtém porucznik rzucił okiem na podpis otwartego listu, i wzdrygnął się.
— A, to od tego łotra! — zawołał głośno, czegóż on jeszcze odemnie chciéć może!
Oko pana Oktawa przypadkiem, istnym trafem, poszło sobie w kierunku listu i podpisu, padło na parafę Pluty i usta mu się zacięły.
Porucznik chciał czytać, ale źle czytał przy świecy, a okularów nie używał, sekretów nie lubił, paliło go téż, co do niego kapitan mógł pisać, podsunął wiéc list Pobrackiemu.
— A proszęż cię, — rzekł, — jeśli masz oczy, to mi odczytaj co ten łotr pisze, czego on chce?
Z zimną krwią p. Oktaw ujął kaligraficzne wypracowanie Kirkucia, i głośno, wyraźnie, z wprawą właściwą tym, co wiele niedorzeczności różnemi charakterami pisanych czytać muszą, — przeczytał wszystko aż do podpisu.
Zeżga się zżymał, ruszał ramionami z początku, ale że był choć stary, miękki i łatwo dający się uwieść nawet pozorem uczucia, pod koniec widocznie się poruszył i zamilkł.
— Co plecie! co plecie! — rzekł, — dalipan, niewiedziéć co już myśléć? A był takim łajdakiem.
Pobracki milczał z usty zaciętemi.
— Nie znasz go czasem? — spytał wuj.
— Znam go, — odparł zimno Pobracki i milczał znowu.
— Cóż ty mówisz?
— Ja? — rzekł powoli prawnik, — ja? zwykle o ludziach nic nie mówię, zdanie moje o nich zatrzymuję przy sobie.
— No! ale zmiłuj się, co o tém powiadasz?
— Nie umiem sądzić!
— Ale z jakiéj strony go znasz?
— Nie będę taił, z najgorszéj.
Zeżga zamilkł.
— Ha! — zawołał po chwili, — może się zresztą poprawił! ja jestem tak szparki! mogłem istotnie zgrzeszyć.
Pobracki się uśmiechnął tylko, Zeżga to postrzegł.
— Chwalę ci to, — rzekł, że nie łatwo wydajesz sąd o ludziach, ja jestem stare dziecko, ale ze mną możesz być otwartym.
P. Oktaw milczał długo, jakby się wahał i rozważał w sobie co ma uczynić.
— Nie wiem, — odezwał się po przerwie, — całéj historji wuja z tym panem, chociaż sądzę, że on, nie kto inny, przyczynił się do jego ruiny.
— Co tam do ruiny! — wykrzyknął Zeżga, co mi tam ruina! ten człowiek mnie zabił, ten człowiek odebrał mi całą przyszłość, zdradził mnie!
I zaciął usta drżące, a w oczach jego błysnął ogień niepohamowanego gniewu; ale dodał hamując się zaraz:
— No! niech tam mu Bóg przebaczy, ale cóż ty wiesz o nim?
— Osobiście raz tylko się z nim zetknąłem, — rzekł cicho Pobracki, — a z jakiego powodu i jak to było, opowiem.
Nie rozpłomieniając się wcale prawnik, zaczął bardzo szczegółowie, ze swego punktu widzenia, opowiadać historją jenerałowéj Palmer; naturalnie uczynił ją heroiną i ofiarą, na Plutę najczarniejszych barw użył, a z obszernego tego sprawozdania, którego Zeżga z wielkiém słuchał zajęciem, nakładając fajkę po fajce, z coraz gwałtowniejszém oburzeniem, okazało się, iż Pobracki o najmniejszych szczegółach tych dziejów poufnych, był jak najdokładniéj uwiadomiony. W jego ustach przybrały one barwę właściwą, a różną może od téj, jakąśmy jéj nadali; nie pomówim go wszakże o pobłażanie dla Pluty, którego wszystkie sprawki piekielnym ogniem bengalskim umiał oświecić.
Skutek téj historji był łatwy do przewidzenia, Zeżga zakipiał.
— I jakże takiego łotra świat cierpi! — zakrzyknął, — jakże go ziemia nosi! więc nie ma ktoby mu jak psu wściekłemu w łeb wypalił.
— Za toby każdy odpowiadał jak za proste morderstwo, — rzekł Pobracki.
— Ale są sądy! prawa!
P. Oktaw ruszył ramionami, znacznie się uśmiechając.
— Więc ten łajdak będzie niewinną prześladował kobietę, dziecko gubił, ludzi bezbronnych odzierał i posługiwał się niemi, i nikt nie śmie mu....
Tu słów zabrakło porucznikowi.
— Otóż to wasz świat, — krzyknął rzucając fajkę, którą rozbił w druzgi o podłogę, — otóż to ten zachwalony wasz porządek i sprawiedliwość społeczna, otóż to wasza uczciwość i honor! Każdy się boi łotra, każdy mu się uśmiecha, podaje rękę i zdejmuje przed nim kapelusz, ten sobie drwi z was, wypotrzebowuje, a wy przez małoduszność stoicie z założonemi dłoniami, patrząc na występek, jakbyście poglądali na heroizm. Niech was wszyscy.... A szkoda fajki, — dodał po cichu, spojrzawszy na ziemię, służyła mi długo i poczciwie.
— Nie będę ja świata bronił, — odparł prawnik chłodno, — ale wszędzie, nietylko u nas, są występki społeczne niedające się pochwalić, są wypadki bezkarności, są zbrodnie, na które prawo jest bezsilne, ludzie zaś zastępować go nie śmieją. Cóż z nim zrobić? jestże na to środek jaki?
— Ale powiédz mi, — zawołał Zeżga, — jak ten człowiek, ta bestja.... takie listy pisać może? nie sądziłżebyś, że to nieszczęśliwa ofiara? nie zachwiaćże się tu czytając tego przecherę, który się takim płaszczem niewinności odział, jakby nigdy w życiu żadnéj krzywdy nie zrobił?
Milczeli chwilę. Zeżga chodził po pokoju, ale rozpalony opowiadaniem Pobrackiego i rady sobie dać nie mogąc, tak mu historja jenerałowéj, dziecka i prześladowanych Narębskich, bo wszystko to tam było i doprawdy z talentem odmalowane, utkwiła.
— Ale to nie może być, żeby na niego sposobu nie znaléźć! — powtarzał, — nie znajdzież się nikt?
— A nikt. — rzekł wzdychając Pobracki.
— No, to ja go przydybię gdzie na ulicy i zbiję jako poganina, żeby nie powstał, lub wyniósł się od nas do licha.
— Cóż z tego? zbity wyliże się pewnie, a wyniosłszy się, gdzieindziéj będzie broił, — rzekł p. Oktaw chłodno.
— To mu w łeb strzelę.
— I pójdziesz w kajdany.
— A prawda, to głupia rzecz, ale cóż zrobić?
— Nie ma nic do zrobienia.
Tego nie pojmował porucznik i cisnął tą rażą cybuchem już samym, który trzymał w ręku.
— To nie może być, — zawołał, — wyście wszyscy ludzie porządni i tak bojący się prawa i literek jego, że gdy przyjdzie pójść za sumieniem mimo niego, to już tchórzycie... tak nie może być! Ja wam pokażę.
I zamyślił się głęboko.
— Hej, — rzekł, — gdyby tu był mój kolega Wydym.... we dwóch, namyśliwszy się, bylibyśmy zjedli tego lisa.
Pobracki ramionami ruszył.
— Ale cóż? trzy razy byłem u niego, zastać go nie mogę.... zostawiłem mu adres, nie przyszedł.... Wydym.... go zna, i my nie jesteśmy tacy skrupulatni, gdy trzeba ścierwo z ulicy sprzątnąć.... dalibyśmy mu rady, dalipan.
Cóś szusnęło podedrzwiami, wszedł Deus ex machina z drewnianą nogą, ale wesołą rumianą twarzą, p. porucznik drugi Jan Wydym.... serdeczny towarzysz i przyjaciel Zeżgi.
P. Narcyz, który był odrobinę zabobonny, obróciwszy się ku drzwiom i ujrzawszy tego o kim mówił, stanął na chwilę wryty, ale jak błyskawica przeszła mu przez głowę myśl, że go tu Opatrzność sprowadziła, aby razem dokonali wielkiego dzieła sprawiedliwości.
— Wydym!....
— Zeżga!
I rzucili się w objęcia starzy towarzysze broni, a potém spłakane otarłszy wąsy, gdy gospodarz Wydyma na kanapie obok Pobrackiego posadził, aby długo z tą drewnianą nogą nie stał, zafrasował się, że go nie miał czém przyjąć.
— Chyba ci dam moją fajkę, — rzekł, — ale prawda, i ta stłuczona, — dodał ciszéj ruszając ramionami, — cygara u mnie nie ma, papierosów nie cierpię, może się co napijesz?
— Ale dajże mi pokój, — odparł odchrząkując przybyły, — nic nie chcę, tylko ciebie zobaczyć. Byłeś u mnie parę razy, aleś mię nie zastał, bo mam kawałek processu co mi spocząć nie daje; pomyślałem, że prócz chęci widzenia mnie, mogłeś miéć jaki interes, więc się stawię po komendzie.
— I przystawiłeś się tak w porę, żem właśnie imie twoje wymawiał, — rzekł Zeżga, — bo tu u was horrenda się dzieją Janie, a trzeba świeżych i nie zepsutych ludzi, żeby poczuli te okropności, boście wy już tak do nich nawykli, że wam z niemi jako w niebie.
Wydym, który tak nagle wszedł, żeśmy się mu nawet przypatrzéć nie mogli, był w latach Zeżgi, głowa mu szpakowaciała, ale twarz za to miał świeżą i rumianą jak jabłko, oczy czarne, żywe i wąs po młodemu zakręcony w górę, coś w nim zwiastowało starego i porządnego kawalera. Zapięty na wszystkie guziki, sztywny, wyprostowany, minę miał wojskową, włos podstrzyżony krótko, postawę męzką i pełną determinacji, na czole pomarszczoném już, ale spokojném, malowała się zimna odwaga żołnierza. Dodajmy dla wiadomości, że p. Jan Wydym był mieszkańcem stałym Warszawy, jéj dziecięciem i posiadaczem wązkiéj, staréj kamieniczki w rynku Starego Miasta.
Była to jedna z tych budowli poważnych, które wieki przestały prawie bez zmiany, z żelaznemi drzwiami misternie kutemi od wnijścia, z ciosowemi drzwiami i wschodami, z niskiemi sklepieniami, korytarzami i zakomórkami, powierzchownie uderzająca fizjonomją odwieczną i nad drzwiami wyrzeźbioném godłem, którém był niedźwiedź z chorągwią w łapach. Czas zatarł ślady godła, które tam stało niegdyś, ale odmalowany na czarno meszka z czerwonemi wargami, dotąd jeszcze stał poważnie zamyślony nad progiem. Kamieniczkę téż pana Wydyma zwano oddawna pod niedźwiedziem. Drugie jéj piętro zajmował sam gospodarz, pierwsze zaś, dół i poddasze z piwnicami, stanowiło szczupły dochód, z którego się utrzymywał.
Tyle na ten raz o Wydymie, lepiéj go późniéj poznamy.
— No, ale jeślim tak przyszedł w porę, — rzekł porucznik bez nogi do porucznika z nogami, — gadajże co to tam jest? na co ci się zdać mogę? Ciekawym, bo mi trudno zgadnąć, na co komu kulawy stary żołnierz może się przygodzić?
— A to cała historja! — zawołał Zeżga, — mów Oktawie! ale panowie może się nie znacie. Mój siostrzeniec p. Pobracki, mój przyjaciel Wydym.
Wydym się podniósł.
— Gdzie tu u nas w Warszawie dwóch ludzi, coby się choć trochę nie znali? wszak miałem przyjemność w Resursie....
— Tak, — rzekł Pobracki i podali sobie ręce.
— Ale cóż to to jest?
— Mów kochanku, bo ja pomieszam z gorączki jaką mi to sprawia, — zawołał Zeżga, nie mogę mówić o takich podłościach.
— Ale na cóż to porucznikowi? — spytał dyskretny pan Pobracki.
— Już tylko mów.
Zaledwie usta otworzył prawnik, Wydym machnął ręką.
— Jak nie ma kogobym ja tu nie znał, — odparł, — tak pokazuje się, że trudno téż bym czego nie wiedział, stare dzieje, chcecie mnie uczyć historji kapitana Pluty? a to chyba Wydyma nie znacie. Widzisz kochany Narcyzie, co stary kawaler, który nie pije, w karty nie gra, dla kobiet już nie powabny, robić może, jeśli nie bawi się brukiem i miastem? Ja jestem żywa, chodząca jego kronika, i tém się chlubię, a Pluta należy do naszych drogocennych oryginałów!
— I ty to nazywasz drogim oryginałem? ty! ty! — zakrzyknął Zeżga, a to łotr, a to zbój.
— Ale sprytny.
Porucznik osłupiał.
— Wiész co zrobił jenerałowéj?
— Wiész co ona mu zrobiła?
— Jak prześladował..,.
— Ale wszystko wiem, do ostatniego jego łajdactwa z tą sierotą, cóż chcesz?
— Chcę! co mogę chciéć! czego pragnie każdy uczciwy człowiek, aby takie paskudztwo po ziemi nie chodziło. Ścierpimże to?....
— Jakto? — spytał Wydym.
— Przecież jeśli nie radzi prawo, nie myśli policja, niezapozwie go nikt o te zbrodnie, to ktoś powinien albo w łeb strzelić, albo....
Wydym się rozśmiał.
— Śmiejesz się, — zawołał Narcyz, — a niechże cię licho porwie! nie poznaję cię!! we mnie krew się burzy....
— Cóż możemy na to poradzić, choćby we dwóch?
Zeżga popatrzył długo, nareszcie pochodziwszy i wysapawszy się, odwrócił się i zapytał:
— Są u ciebie lochy pod kamienicą?? Wydym....
— Jakto? czy są lochy! — odparł porucznik posuwając się na kanapie, — czy są lochy? to chyba nie wiész, że jakkolwiek kamieniczka nie wielka, aleć to przecie lochy są sławne.
Porucznik zakochany był w swojéj kamieniczce.
— Chciałbym żebyś zobaczył te lochy, suche, widne, czyste, mieszkaćby w nich można, gdyby nie były trochę smutne, ale po cóż ci moje lochy?
— Tego szelmę zamknąć potrzeba! — zawołał Zeżga, — przetrzymawszy go o chlebie i wodzie w ciupie, nie broiłby przynajmniéj.
Oba panowie siedzący na kanapie spojrzeli po sobie.
— Najmij mi loszek, — rzekł Zeżga, — zasadzim w nim Plutę.
— Ale to kryminał! — krzyknął Wydym.
— Co wam do tego, że ja popełnię kryminał? albo nie mam prawa człowieka, co mnie losu i grosza pozbawił, ukarać jak się podoba?
— Pozwij go.
Pobracki ruszył ramionami.
— Nie mam pieniędzy na processa! a piskorz ten by mi się wykręcił, na niego potrzeba innego sposobu.
— Ale juściż nie do lochu, — zaśmiał się Pobracki.
— Słuchaj Wydym, gdybyś ty nie był tchórz, a dopomógł mi, moglibyśmy się pochlubić, że nas Pan Bóg użył za narzędzie do ukarania zbrodni.
Dziwaczna myśl Zeżgi, który uznawszy niedostateczność kija, pierwszy raz zdobył się na tak dramatyczną ideę, śmieszyła obu jego towarzyszów, lecz im mocniéj z niéj szydzili, tém on stał przy niéj silniéj.
— Na takiego łotra nie ma innéj rady... — powtarzał.
Póki Pobracki siedział i zimną swą krwią opamiętywał obu, nic się skleić nie mogło, ale gdy ich pożegnał, Zeżga powrócił do pierwszego zamiaru.
— Wydym, — rzekł, — ty mi odmawiać nie powinieneś, nie możesz.... ja mam dobrą myśl.... jeśli nikt tu nie zastąpi sprawiedliwości, ten niecnota będzie bezkarnie ludzi uwodził, potrzeba mu dać naukę.
— Ha! no cóż? weźmiemy kije.
— O! nie, — rzekł Zeżga, — jużem go bił i dobrze, skóra twarda, a w śmierć go stłuc może się i nie godzi.... choć doprawdy nie wiem.... co innego myślę.
I począł szeptać na ucho Wydymowi, który się wzdragał zrazu, śmiał się, przeciwił, ale po półgodzinném naleganiu, odszedł milczący i jakby przekonany.
Zeżga ciągle mu coś w ucho kładnąc, prowadził go aż na wschody, a wracając aż świstał z radości.
Nazajutrz siedział w domu od rana, wstał do dnia, i niespokojnie paląc fajkę oczekiwał. Około dziesiątéj chłopak odarty zgłosił się, dopominając o odpowiedź na list, która już była gotowa od godziny. Porucznik nakreślił ją gorączkowo, i oddając chłopakowi kazał śpieszyć, zapowiedziawszy że czekać będzie.
Ale oczekiwanie pełne niepokoju, wyglądania przez okna i układanie głębokich rozmysłów jakichś, przerywane było nieustannie mowami, które porucznik czuł się obowiązany półgłosem do siebie wystosowywać.
— Czy ja to tylko potrafię? — wołał, — bom ja taki głupi impetyk!... ale nie, powstrzymam się, skłamię raz w życiu.... a niecnotę nauczę.
To znowu po chwili dodawał:
— Nie uda mi się, nie! pozna po twarzy, po mowie.... bo ja nie potrafię skłamać! A! gdyby choć ten raz się powiodło.... ten jeden raz.... tobyś mi się spisał mój Narcyzie! tobym cię kochał.... Tylko że ty nie do tego.... złość ci zaraz na twarz wytryśnie, a to kuta bestja, a tu komedją grać potrzeba.
I skrobał się po głowie i zżymał, i chodził, i w zwierciedle przeglądał, a było już około południa.
Kroki dały się słyszéć na wschodach, serce zabiło porucznikowi, nikt na tém piętrze nie stał... zdawało mu się, że to być musi kapitan... Stanął, uszy nastawił, usta zagryzł i z sobą passował.
Wtém drzwi otwarły się z lekka i uśmiechniona, pokorna, ale niedowierzająca, mimo listu, ukazała się twarz kapitana Pluty, któregoby nie każdy z jego poufałych poznał, tak był jakoś przejęty i zmieniony.
Kapitan Pluta wiele a wiele rachować musiał na serce człowieka, do którego przyszedł pomimo kijów, mimo przeczuć, mimo wstrętu nawet, jakiego od pamiętnego spadnięcia ze wschodów, doznawał dla niego.
Ale spojrzawszy na poważną twarz Narcyza, wyrachował, że najzręczniéj będzie wziąć go szturmem i odedrzwi wprost rzucił się w jego objęcia, obcessowo, nagle, rozczulony, ze łzami w oczach.
— Narcyzie! przyjacielu! — zawołał przerywanym głosem, — zapomnijmy przeszłości, wszystko ci przebaczam.... chodź w objęcia najlepszego z przyjaciół.
Narcyz, który sądził, że sam do przebaczenia powołanym będzie, osłupiał, dał się uściskać, i milcząc zrazu, bo wzruszony, nie mógł tak nagle przyjść do siebie, posadził gościa na kanapie.
Kapitan widząc, że kija nie ma, że resztki tylko żalu jakiegoś malują się na licu porucznika, stał się wymównym i uczuciowym.
— A! — zawołał, — nie uwierzysz ile mnie rozerwanie z tobą kosztowało.... tak.... mijam inne okoliczności.... ale to żeś zwątpił o sercu, o sercu wylaném dla ciebie.
Tu nawet uderzył się z lekka w piersi.
— Ale jakżeś się postarzał! jak my oba jesteśmy zmienieni.
— Ej ty nie bardzo, — przerwał forsując się do udawania, które mu nie szło, porucznik, — ja to prawda. Cóż chcesz? bieda, ubóstwo, a no i wiek ci po temu.
— Wiek, to jest przesąd, — zawołał kapitan, — ja znajduję, że człowiek starzejąc, krzepi się i nabiera wigoru.... Młodość na nic się nie zdała, jest niby ogień jakiś, ale co to tam.... więcéj iskier niż płomienia.... dopiero po za czterdziestówką człek już stąpa śmiało i silnie.
Narcyz westchnął, mówić mu było trudno.
— Co do mnie, — dodał kapitan, — czuję że dopiero się wypełniam, głowa zyskuje, człek się zmitygował, pewną stopą idzie po świecie i poczyna się rewanż za utracone lata młodości.... No, ale mówże mi co o sobie.
— No, ja, — rzekł Narcyz, — nie mam tak nic ciekawego; człek podeptany, smutny.
— Nie ożeniłeś się?
Smutnego dotknął przedmiotu kapitan. Narcyz się rzucił, Pluta postrzegł i dodał żywo:
— Dobrześ zrobił, żeś się nie wiązał.... ja także, dzięki Bogu jestem wolny, kobiety wszystkie Bóg stworzył na utrapienie nasze, ale dajmy temu pokój, mnie one mniéj obchodzą.... wyrosłem z tego dzieciństwa.
Jakoś brakło przedmiotu, Narcyz gryzł cybuch, udając wesołość, któréj w duszy nie miał, ale bardzo niezgrabnie, kapitan zaczynał być niespokojny, bo czuł, że pojednanie nie było zupełne, ale znając Zeżgę, był już pewien że reszta się dokona, byle do serca jego przemówił, w tę więc zawrócił się stronę.
Spuścił głowę, udał zachmurzonego i westchnął. A wzdychał gdy mu tego było potrzeba, po mistrzowsku, miał swoją teorję westchnień kompletną i rozróżniał rodzaje westchnień do okoliczności zastosowanych, lekkich i jakby mimowoli wyrywających się z piersi, gwałtownych, rozrywających ją wybuchem, potém innych jeszcze stłumionych, z towarzyszeniem uśmiechu, z dodatkiem chwytania za czoło i t. p. Na ten raz użyte zostało westchnienie lekkie i jakby wspomnieniami z piersi wydobyte.
— Nie chciałbym, — rzekł, — dotykać tego przedmiotu, tyle dla nas obu drażliwego.
— Dajmy pokój, dajmy pokój, — wybuchnął Zeżga nagle, i oczy mu zaświeciły okrutnie, a on ruszył się z kanapy. Niespokojnie poglądając w stronę, w któréj kij przeczuwał spoczywający w mroku pod oknem, kapitan ruszył się także; stanęli przeciw siebie.
— Ot wiész co, — rzekł jakoś dziwnie nagle i nie starając się nawet o zręczne naprowadzenie rozmowy na przedmiot, — gdybyśmy poszli się przejść? Czegoś mi smutno. Nie znasz Wydyma? dawno go nie widziałem, poszlibyśmy razem? hę?
Kapitan zrazu nie mógł zrozumiéć, cóś go zakłuło; jakoś nie naturalne wydało mu się to zaproszenie, począł się obawiać, ale pomyślał sobie: gdyby chciał się dopuścić jakiéj niegrzeczności względem mnie, ma przecie kij, zamknąłby drzwi, i nicby mi nie pozostało, tylko pójść w zapasy i krzyczéć.... Widać że nie ma podobnych zamiarów, a zawsze był dziwak.... chodźmy do Wydyma.
I dodał głośno:
— A bardzo dobrze, chodźmy, p. porucznika Wydyma znam z widzenia tylko, ale....
— No! to się lepiéj poznacie! poczciwości człowiek.
Zeżga zdawał się wielce uradowany, chwycił za kij i czapkę.... porwał rękawiczki jelonkowe i ruszył co prędzéj, ale ujął pod rękę kapitana, snać bojąc się, aby mu się nie wymknął.
W drodze jednak krzywił usta do uśmiechu i nie śmiał się, udawał wesołego i zamyślał głęboko.... kapitan sądził zawsze, że Zeżga się tak bardzo zmienił.
Poszli powoli Krakowskiém, mimo Zamku, ulicą Św. Jańską, ale gdy do Rynku Starego Miasta zbliżać się zaczęli, a słowa prawie przez całą nie powiedzieli drogę, pan Narcyz rozpoczął, uczuwszy tego potrzebę, jakąś niby rozmowę o dawnych czasach, kapitan zaraz podchwycił temat, by na nim osnuć swe żale nad tak niesłusznie odebraném mu sercem, ufnością, nad niewdzięcznością przyjaciela, czego Zeżga choć słuchał cierpliwie, dziwnie poczerwieniał. Pluta nie dobrze zdając sobie sprawę z jego uczuć, zaczynał być niespokojny.
Ale zbliżyli się wreszcie do kamienicy Wydyma i po dość ciemnych schodkach, weszli do jego mieszkania; Zeżga okazywał tylko jakąś niecierpliwość gorączkową. W progu spotkał ich gospodarz w szlafroku, w mycce haftowanéj misternie złotem i srebrem, ale dobrze przyszarzanéj, z fajką na długim cybuchu.... oczki mu się świeciły osobliwszym jakimś ogniem, gdy wchodzących zobaczył.
— Pan kapitan Pluta, — rzekł spiesznie, wchodząc Zeżga, — dawny mój przyjaciel.
— Z widzenia przynajmniéj mi znajomy, — odparł prędko Wydym. Kapitan zdobył się na komplement jakiś, i im chłodniejsze były postawy towarzyszów, tém większéj dla rozruszania ich nabierał wesołości.
Pokoiki kawalerskiego mieszkania Wydyma, były schludne, szczupłe i zasiane wspomnieniami nie osobistemi, ale historycznemi. Nie były to dzieła sztuki, ale wszystkie przywodziły na pamięć czasy świetne, dzieła wielkie ludzi, któremi pochlubić się mamy prawo. Zresztą ubogo tu było i skromnie, a charakter gospodarza wydawał się tym ładem spokojnym i przywyknieniem do jednostajności, które trzyma sprzęt nawet każdy nieruchomie w swém miejscu. Na stole jakby przygotowanych stało już parę butelek wina węgierskiego, po mchu który je obrastał, widocznie Kościuszkowskich.... Plutę widok ten dobréj wróżby rozweselił jeszcze, choć twarz Zeżgi dziwnie zmarszczona, jakby wielkim woli wysiłkiem, mogła go była zniepokoić. Butelka jednak, a zwłaszcza tak poważna, samą swą powierzchownością robiła na nim jak najmilsze wrażenie i wlewała weń uspokojenie wewnętrzne.
— Otóż to prawdziwie zdrowe pojęcie staropolskiéj gościnności, — zawołał Pluta, — nim goście przyszli, już butelki na stole, aby czasu nie marnować.
— Siadajmyż, — rzekł Wydym, — siadajmy, kapitan ma słuszność, butelki przeznaczone są na to, aby je wypróżniać.
Zeżga usiadł ale fajkę zapalił, aby nie potrzebować wysiłku na odpowiedź; gospodarz napełnił spore, staroświeckie, rżnięte kieliszki, w których płyn bursztynowy zabłysł cudnym blaskiem, odbijającym się w oczach kapitana.
— Ale cóż to za wino! — rzekł skosztowawszy, — godne, godne by starych, zwaśnionych, a dziś jednających się przyjaciół, nowy i nierozerwany oblało związek. I podał rękę Zeżdze, który ją przyjął nie bez przymusu, biorąc swój kieliszek drugą.
— Nigdy stosowniéj nie było wypić kochajmy się! — mówił daléj kapitan, — a więc, wnoszę ten toast, pełen głębokiego znaczenia, zaczerpniętego z łona przeszłości.
Wydym słuchał, patrzał, trącił kielichem, ale nie pił.... nalał tylko zaraz kapitanowi, pod pozorem, że bis repetita placent, od czego się on nie bronił.... nie zważając wcale że pił sam, bo tamci ledwie usta maczali.
Rozmowa, którą Pluta sam także prawie utrzymywał, poszła raźnie i ochoczo.
— Paradne wino, — powtarzał kapitan, — w Warszawie nigdym lepszego nie pił, choć tu są piwnice niczego.
— Ale to moje dziadowskie i pradziadowskie, — odparł Wydym, — zaraz go poznać po tém, że czyste i nie robi wcale, bo żadnych w sobie poprawek nie ma.... mogę się pochwalić taką piwnicą jak rzadko, a między nami mówiąc, znajdzie się jeszcze i daleko starsze, i daleko lepsze.... Ha! gdybyście byli łaskawi na grunt, zobaczylibyście skarby moje i dałbym wam skosztować coś raritalnego.... Bo piwnicy takiéj jak moja, nigdzie nie znajdziecie.
Zeżga wstał jakby go sprężyną ruszył, kapitan kieliszek dokończył i poszedł za jego przykładem, Wydym chwycił klucze z kołka i lichtarz, który był pod ręką.
— Chodźcie, — rzekł, — osobliwości zobaczycie... a u mnie już taki zwyczaj, że kiedy owoce jeść to w ogrodzie, a kiedy wino pić to w piwnicy.
— Dobry zwyczaj, — rzekł Pluta śmiejąc się... — tylko niebezpieczny... bo butelki mają władzę magnetyczną, im więcéj się pije, tem się chce więcéj, a nie chwaląc się....
— Nie chwal się, nie chwal, nie znasz mojego węgrzyna, nie dasz mu ty rady.
— Ani oni mnie, — zawołał wesoło kapitan.
— Zobaczemy.
— A no, idźmy.
Poszli tedy w takim porządku: przodem gospodarz z kluczami i kieliszkami na tacce, daléj kapitan i Zeżga, spuścili się ze wschodów, dostali do korytarza, a tu dopiero nowe drzwi żelazne i nowe wschodki w dół doprowadziły ich do jeszcze jednych warownych i kutych wrót podziemia. Za temi była długa szyja, a w końcu jéj jeszcze jedne niższe drzwi z maleńkim otworem zakratowanym w środku.
— Otóż i piwnica! — rzekł gospodarz otwierając i przyświecając we drzwiach kapitanowi, który pierwszy wchodził ostrożnie nogami szukając wschodków.... Wprost, wprost, kapitanie, ja wam świecę... bezpiecznie.
Pluta wszedł, ale zaledwie znalazł się o krok za drzwiami, gdy te czy ciągiem wiatru, czy ręką Wydyma cofnięte z trzaskiem się zawarły, a co gorzéj klucz w nich dwa razy klasnął jakby je zamykał za nim.
Kapitan myślał z razu, że to przypadek i rozśmiał się, ale po chwili jak błyskawica przyszła mu myśl zdrady i podejścia, kwaśna mina Zeżgi.... dreszcz pobiegł po skórze, rzucił się do zakratowanego otworu, przez które światełko migało.
Spotkał w nim tylko ponurą twarz Narcyza, którego oczy świeciły ogniem gniewu powstrzymywanego zbyt długo.
— Co to jest? — zaryczał Pluta, — co się stało?
— Cicho! — wrzasnął Zeżga — to się stało dziś co od dawna zrobić się było powinno, tylko inaczéj, czego z urzędu sprawiedliwość nie wykonała, to ja robię i szkodliwe zwierzę zamykam, aby od niego świat wybawić.
Na te słowa wyrzeczone głośno i wyraźnie, z po za drzwi, odpowiedziało tylko zgrzytnienie zębami i silne uderzenie.
— No! no! bez żartów Narcyzie, bez żartów.
— To nie są żarty, — odparł porucznik zimno, — to jest kara za zbrodnie twoje... o suchym chlebie i wodzie posiedzisz tu dopóki się nie upamiętasz.
— Ale ja ci przysięgam, że się już opamiętałem! — zawołał Pluta.... — ja ci na co chcesz przysięgnę, ile razy ci się podoba, że wyjadę, że się oddalę.... że włożę habit.
— Przysięga cię nic nie kosztuje, — odparł Zeżga.... — to wiemy.... potrzebujesz pokuty.
— Ale to zbrodnia! to zabójstwo! ja... ja! się pomszczę! to jest gwałt, ja się wyrwę... to nie może być.
Kapitan widocznie szalał, dowodziły tego rozpaczliwe pokuszenia o wyłamanie drzwi, które oparły się niewzruszone wszelkim wysiłkom.
— Bądź spokojny, — rzekł Zeżga zimno, — opatrzył je gospodarz, nic nie zrobisz, gdybyś wył jak pies wściekły, głos twój tych sklepień i podwójnych zamknięć nie przejdzie... masz dwie izby, barłóg i zapewniony kawał chleba z dzbanem wody... koszta biorę na siebie.... bywaj zdrów kapitanie... poleć się Bogu i uzbrój w cierpliwość, żadna siła ludzka wyrwać cię ztąd nie potrafi... a jeśli Wydym umrze... no! to zapomniany zgnijesz w lochu, jakeś na to zasłużył.
Choć Pluta wrzeszczał jeszcze, światło znikło, drzwi drugie zatrzasły się z łoskotem i cisza straszna, cisza nicości i noc czarna, przepaścista noc chaosu otoczyły człowieka, który tylko co jeszcze wesoło zapijał węgrzyna, nie mając najmniejszego przeczucia o tem co go spotkać miało za chwilę.
Kapitan wściekły zrazu bil się o drzwi, ale ta rozpacz podsycona kilką wypitemi kielichami trwała tylko chwilę, opamiętał się, oderwał od drzwi i począł myśléć chłodno.
— Nie, — rzekł w sobie, — to sen, to niepodobieństwo, to zmora, lub głupi żart na jakie dwadzieścia cztery godziny przeciągnąć się mogący.
Usiłował się nawet pocieszyć tem, że koza owa, zawsze lepszą była niż kij Narcyza i nie powinna była zbyt szkodliwie wpłynąć na jego zdrowie.
— Ha! — rzekł — rozpatrzmy się w tym lochu, trwać to nie może... przecież jest sąd, policja, sprawiedliwość, prawo na świecie, przecież żyjemy w XIX wieku.... Ale mnie staremu wróblowi, dać się tak złowić na plewę... to nie darowane! po co mi było leźć? po co pisać? po co się godzić? Gdyby był uderzył... przecie nie każde uderzenie jest śmiertelne... a tu... tu można dostać kataru.... jeszcze tak lekko jak ja będąc ubranym.
Kapitan powoli w ciemnicy zaczął cóś nie cóś widziéć... gdy się z nią oczy oswoiły, ale nie rychło rozszerzyły mu się źrenice i promyk blady światełka padający z góry przez długą szyję, jakoś dał mu rozeznać kwaterę na którą go skazano.
Nie była ona wcale wygodna... cały loszek miał może pięć łokci obwodu, zasklepiony w górze wysoko, wysypany piaskiem suchym... strasznie grób przypominał.
Rozpatrzywszy się Kapitan dostrzegł w kątku garść słomy, grubą kołdrę starą, dzbanek z wodą i pól bochenka razowego chleba. Niegdyś snać schowanie to zawierać musiało wino, bo we framugach były półki, ale na półkach tylko kilka rozbitych szkła kawałków. W jednéj z nich w głębi, było wyjście czarne, jakby do drugiego lochu, bez drzwi i zamknięcia. Pluta obchodząc swoje nowe mieszkanie zbliżył się do tego wyjścia, ale ciemność absolutna, która tu panowała odstraszyła go, nie śmiał poszukiwań posuwać daléj.
— Licho ich wie, może tu są gdzie żmije, węże, ropuchy, — rzekł do siebie, — a! łotr i zbójca! pomścił się, choćby na dwadzieścia cztery godziny, zawsze to jest cóś okropnego tu pozostać...
I chodząc dumał gorączkowo.
— Nie! nie! to głupi żart! to trwać nie może, policja się dowie, Kirkuć dojdzie i uwolni mnie. Ale on nadto jest ograniczony, oni sami się rozmyślą, że to pachnie szubienicą, ja im wytoczę proces kryminalny o samowolny sekwestracją... będą mi musieli grubo zapłacić lub posiedziéć jak ja siedziałem. Głodem przecie nie umorzą mnie. Zeżga nadto ma ludzkości w sercu, chociaż prawdę rzekłszy o mało mnie nie ubił.
Coraz jaśniéj robiło się w lochu, snać z góry więcéj światła dniowego przecisnęło się przez okienko. Kapitan podniósł głowę ku otworowi, ale otwór był niezmiernie wysoko, a szyja w któréj go umieszczono, wązka. Przyszła mu myśl, że tędy jednak, gdyby się więzienie przeciągnęło, ratowaćby się można, wszystkie historje więźniów i czytane wypadki ucieczek przesunęły mu się przez głowę, nie przypuszczał wszakże by potrzebować miał uciekać się do takich środków, zawsze jeszcze ufał, że strachu mu trochę zrobiwszy wypuszczą go.
Tymczasem owo milczenie podziemia straszne jak śmierć przeciągało się nie przerwane niczem, Kapitan znużony zbliżył się do barłogu i padł nań z ciężkiem westchnieniem.
Ale padając potrącił dzbanek, z którego woda rozlała się na słomę, zmoczyła posłanie, a na cały dzień przynajmniéj pozbawiła go napoju, chleb zwalał się w piasku.
Wypadek ten jednak sowicie się wypłacił, bo pod ręką uczuł Kapitan jakiś przedmiot trudny do rozpoznania dotknięciem i z radością schwytał pudełko zapałek.
— A! a! więc jest co zapalić! — rzekł do siebie i potarł żywo, blask rozlał się po lochu, świeca łojowa stała pod ręką, Kapitan jakkolwiek wrodzony miał wstręt do łoju, pospieszył ją zapalić. Dopiero oczy jego potoczyły się po piwnicy szukając niedostrzeżonych wprzód przedmiotów i znalazły... na wezgłowiu biblją tylko.
Pluta, który nigdy jéj nie studjował, spojrzał na tytuł, potrząsł głową i odsunął powoli.
— To coś na długo się zabiera, kiedy mi tyle dają do czytania, bardzo grzecznie, nie ma co mówić, ale wolałbym choć złe jakie cygaro, ja co wczoraj jeszcze Puros paliłem. Ale, ale, zajrzyjmy do tego loszku drugiego, może jest wygodniejszy od tego.
Wstał i poszedł ostrożnie ze świecą, ale obejrzawszy się w nim powrócił ponury, ciupka to była ciaśniejsza jeszcze, zresztą podobna do pierwszéj, zasiana obłamkami szkła i bez okna. Jakaś stara kryjówka może, opustoszona oddawna.
Nie było co robić, Kapitan w przekonaniu, że go wkrótce uwolnią, podparł się na łokciu, a że noc spędził bezsenną nad kartami, choć zrozpaczony drzemać zaczął. W téj bezdennéj ciszy, nic mu nie przeszkadzało.
Straciliśmy z oczów Teosia Muszyńskiego, który nie mogąc dotąd nic znaleźć lepszego, siedział dnie długie przykuty do księgarskiego stołu Michała Drzemlika. Z duszą ciepłą być skazanym na takie życie kontemplacyjne, w obec ulicy i ruchu zalatującego wszystkiemi szparami, wśród hałasu, który tysiąc myśli budzi, wśród wrzawy co się każę mnóstwa dramatów domyślać, wśród migających barw kalejdoskopu miejskiego, jest to wielka i sroga męczarnia. Ale są dusze hartowne, które się w sobie zamykając znosić ją umieją. Taką była poczciwa, cicha i pod brzemieniem rosnąca w siłę dusza Muszyńskiego, któréj ciężar losu służył może do nabrania nowéj potęgi. Jakkolwiek zaduma i praca przerywane były nieustannie przez wchodzących gości, często daremną i czczą tylko czas zabierających rozmową, choć się im uśmiechać należało z obowiązku, Teoś mógł czasem w dzień słotny, w godzinę szczęśliwą poczytać i pomyśleć nad sobą.
Książek mu nie brakło, bo Drzemlik, który handel swój począł od antykwarstwa, miał dosyć pozostałości z niego zalegających zapylone półki; a między temi wygnańcami przysutemi prochem i pajęczyną, wiele znalazło się godnych lepszego losu. Nowsze też przychodziły kilka razy do roku i ostrożnie można je było przeczytać, nie ścierając z nich téj barwy świeżéj, która często całą wartość młodéj książki stanowi. Było to więc życie nie odpowiadające potrzebom, ale znośne i chwilami nawet prawie szczęśliwe, bo Teoś niewielą się przywykł zadowalniać. Czasem jakaś twarz sympatyczna przemknęła w téj pustyni, uśmiechnęła mu się, i znikła na wieki, czasem słowo poczciwe przeleciało, weszło do serca i zaschło w niem pamiątką na zawsze.
Niedziele i święta miał wolne, ale Michał Drzemlik, który chociaż się do niego coraz bardziéj przywiązywał, nie wychodził z systemu korzystania jak najtroskliwszego z zakupionego czasu, ożywiał go wówczas ciągnąc grzecznością lub pozorem traktamentu kończącego się kiełbaską i bawarem, do rachunków, porządkowań, posyłek. Teoś mógł się oprzeć temu, ale nie śmiał i zobojętniały dawał się prowadzić.
Zyskał téż sobie serce człowieka, który go tak miał mało, że zdawało się, iż je całkiem postradał, a Drzemlik im dłużéj doświadczał go i przypatrywał mu się, tem częściéj sobie powtarzał:
— To jest perła nie człowiek.
Nareszcie przyszła mu myśl dzika.
Z całéj rodziny niegdyś licznéj Drzemlików, pozostał jeden pan Michał i siostra jego Aniela. Mieszkali oni przy ulicy Gołębiéj, w starym domu na drugiem piętrze, w trzech pokoikach, które całe ich oszczędne gospodarstwo zawierały. P. Michał byłby może siostrę wydał za mąż, bo jéj się nieraz trafiały niezłe nawet partje, ale mu była potrzebną, ona całym domem i gospodarstwem zarządzała. Dotąd bał się ożenienia i uważał je za zbytek, na który nie mógł się zdobyć, teraz prawie jednocześnie z odkrytemi przymiotami w Teosiu, z odzyskaniem swobody i większem udzielaniem się światu, trysnęła mu myśl ożenienia.
— Wszyscy przecie ludzie się żenią, — mówił sobie Drzemlik chodząc swobodnie z rękami w tył założonemi w Alejach. — Czemubym się ja nie miał ożenić? ale? czemubym nie miał wziąć wielkiego posagu, ładnéj panny, kupić własnego domu i wyjść na takiego obywatela z brzuchem jak drudzy? No tak! ale Aniela! To kłopot w domu dwie kobiety... I umysł jego dziwnie praktyczny wskazał inu szkopuł potężny w tych dwóch gospodyniach, z których jedna abdykować musiała, druga panowaćby chciała niechybnie.
— Trzebaby nareszcie Anielę wydać za mąż! hę? Ale już dwadzieścia siedm lat! i choć jeszcze niczego, nieznacznie przywiędła, a posagu dalibóg nie dam. Wesele sprawię, to nie ma co mówić, zresztą, nic! nic! posagu dać nie mogę.
Teoś przyszedł mu na myśl.
— To jest perła nie człowiek, gdybym ja ją za niego wydał? hę? Jegobym uszczęśliwił, jéjbym się pozbył. Ale cyt! nic nie potrzeba mówić, bo wszystko plaśnie, naprowadzić tylko tak żeby się to samo zrobiło.
Zatarł ręce Drzemlik i spojrzał z radości silniejszym zezem niż kiedykolwiek! Tego dnia przy obiedzie przypatrywał się siostrze uważniéj niż zwykle.
Panna Aniela, boć tu się bez opisu nie obejdzie, powiedzmy prawdę, choć ją brat z sekretu wydał, że miała lat dwadzieścia siedm, co na dwadzieścia ośm wychodziło biorąc ściśléj, wcale nie wyglądała staro, życie czynne i skromne przeciągnęło jéj młodość i świeżość. Nie była to piękność, ale to co zowią ładną dziewczyną, gdy w niedzielę trochę się lepiéj ubrawszy szła do kościoła lub na przechadzkę, chłopcy gonili ją oczyma, taka była szykowna, zręczna i tak czarne jéj oczy spokojne wiele się mówić zdawały.
Czy mówiły? tego nie jestem pewny. Nabrała panna Aniela trochę może ciała przez zbytnie zasiedzenie się w domu, ale utoczone jéj kształty nie straciły na tém, była to istota stworzona do pracy powolnéj, przywykła do niéj, nie widząca daleko, troskliwa o to co jéj było powierzone, serca dosyć dobrego, ale nieco ostudzonego widokiem fałszywéj nędzy i kłamanych bólów, trochę niedowierzająca ludziom bo brat jéj źle ich malował, zresztą wiejska gosposia wzorowa, któréj miłość chyba kiedy niekiedy smutnym wieczorem jesieni przeszła przez główkę, jak niepotrzebne zachcenie.
Przywykła już była rodzaj życia swój uważać za ostateczny wyraz szczęścia do jakiego wzdychać mogła. Przywiązana do brata, do domu, bawiła się nawet targiem, na który chodziła, mszą i nabożeństwem jeśli na nie pójść mogła, widokiem ulicy, wreszcie w święta książką jaką łatwą a zajmującą i przejażdżką w dorożce do Szwajcarskiéj doliny.
Ale to się rzadko trafiało. Brat czul się obowiązanym do dorożki na Wielkanoc, na Bielany, raz do Czerniakowa i czasem w nadzwyczajnych okolicznościach w aleje. Jeździli też sankami gdy się pierwszy śnieg pokazał. W domu panna Aniela nie ubierała się wcale, ręce miała zapracowane, ubiór więcéj niż skromny, prawie zaniedbany, ale na niedzielę i święta umiała się przystroić ze smakiem rodowitej Warszawianki, dobierała trzewiczka, starała się o obcisłe rękawiczki, używała nawet wódki kolońskiéj.
Płynęło życie w domu Drzemlika jak idzie sobie woda w rzece, która nie wzbiera i spokojnie uchodzi ciasnem korytem w wąwozie. Aniela, jak dawniéj, była najczęściéj sama jedna, bo brat, który wprzódy zasiadał się w księgarni, teraz wolniejszy używał miasta, wylewał się na zewnątrz, uczęszczał do resursy, zyskiwał sobie popularność mając trochę ambicji do wyboru na jakikolwiek urzędzik miejski. Przychodził jednak regularnie na obiad, po obiedzie godzinę drzemał gadając niby z siostrą i powracał wieczorem na herbatę, którą pili razem rozmawiając o targu, o sprawie domowéj, o nowinkach miejskich.
Jak żyw nigdy p. Drzemlik nikogo do domu swojego nie wprowadzał, nie przyjmował u siebie, śniadania potrzebne zamawiał w handlach, z ludźmi się widywał w księgarni, domu jego nikt nie znał.
Zdziwiła się wiec bardzo panna Aniela gdy Michał jednego wieczora spojrzawszy na nią znacząco, westchnąwszy i potarłszy czuba, — rzekł niespodzianie. A było to w piątek....
— Moja Anielusiu, ja tobym sobie życzył w niedzielę mojego pomocnika na obiad poprosić.
— A cóż to ma do mnie? to pewnie będziesz jadł z nim u Karczewskiéj, albo pod Łososiem.
— Ale gdzietam? — odparł Michał uśmiechając się, — ja go chcę tu do nas na obiad prosić.
Było to cóś tak nadzwyczajnego, że panna Aniela uszom swoim uwierzyć nie chciała, spojrzała na brata myśląc, że żartuje i zamilkła.
— No doprawdy, — powtórzył Michał.
— Ale z jakiegoż powodu?
— Bo to widzisz, — rzekł trzymając się swego systemu księgarz, który nie chciał, aby się siostra czegoś domyślała, — w tych traktjerach to zguba dla kieszeni. Ja ci powiem, że bardzo jestem oszczędny, ale żeby człowiek się nie wiem jak rachował, myślał, oszczędzał, niepodobna wykalkulować, żeby kilkanaście złotych nie przepadło. A za kilkanaście złotych, to parę obiadów w domu paradnych będzie.
To co mówił zdawało się tak naturalne, tak było w jego charakterze, że panna Aniela o myśl ukrytą wcale go posądzić nie mogła.
— Już to prawda, — rzekła, — ale mnie z tą starą Markową, która tylko rosół i makaron zgotować potrafi, trudno znowu na występy jakieś się zdobyć.
— A do czegóż zbytki? — rzekł Michał żywo, — jeszczeby też tego brakło, żeby człowiek w dorobku puszczał się na jakieś festyny. Tak jak powiadasz, rosół, no, z rosołu wychodzi sama sztuka mięsa, potem makaron i cóś tam na przystawkę, i bardzo dosyć i nadto, może jeszcze zostać na wieczerzę. A gdzie jest na dwoje, tam i na trzy osoby się znajdzie, przytém ja tam nie myślę jakichś wybrydnych przyjmować panów, a Teoś Muszyński bardzo skromny chłopiec i je niezmiernie mało.
— Ale jak go tak raz do domu zaprosisz, to mu się gotowo zdawać, że to obowiązek, i będziesz miał kłopot.
— Nie znasz człowieka, — odparł brat, — ja ci mówię, co nie zwykłem chwalić, to perła nie człowiek.
P. Aniela, jakby z przeczucia jakiegoś zaambarasowała się, pochwała zdała się podejrzaną; nie pierwszy téż raz ją słyszała, i Teoś opisywany nęcił ciekawość kobiecą. Cóś nawet drgnęło w jéj uspokojonem sercu, jakby pragnienie poznania tego cudu. Nie sprzeciwiała się więc tylko dla formy, choć zaprawdę obiad ten nie małym ją nabawił kłopotem.
Nie było wcale nic zbytkownego w domu p. Michała, a to tak dalece, że nakrycie stołowe służące na dwie osoby, ograniczało się do pierwszéj potrzeby narzędzi, to jest dwóch nożów, widelców, łyżek i dwóch szklanek prostych, a chcąc przyjąć trzeciego kogoś, niezbędném było starać się o trzecie nakrycie dla niego.
P. Aniela jednak nie chcąc nabywać, zwłaszcza rzeczy, które łatwo się tłuką, bo podzielała teorją brata, że znikome takie nabytki rujnują, obmyśliła zaraz pożyczyć czego im było potrzeba u kupca na dole, z którego żoną w dość dobrych zostawała stosunkach.
Z obiadem kłopot jednak był nie mały, i jakkolwiek ta perła według p. Michała, jako uboga nie mogła być wymagającą, panna Aniela uczuła raz pierwszy chęć pokazania się, utrzymania domu na przyzwoitéj stopie... trochę próżności kobiecéj przemówiło w niéj. Nie wiem jakie żywioły weszły i złożyły się na to pragnienie popisu, gdyż główna myśl jego sprzeciwiała się teorji brata, przyjętéj oddawna przez siostrę, stanowiącéj regułę raz na zawsze, że człowiek powinien uboższym się pokazywać i biedniejszym niż jest w istocie. Tymczasem panna Aniela pierwszy raz w życiu westchnęła podumawszy, że oszczędność brata, dziwne dać może wyobrażenie o ich położeniu. Uratowała ją kupcowa z dołu pani Pieprzykiewiczowa, dobra kobiecina, która za to szczególniéj lubiła Anielę, że w chwilach, gdy się nie miała komu wygadać, zawsze w niéj posłuszne znajdowała ucho.
Pieprzykiewiczowa była okrągła, biała, malutka kobiecina, dotknięta słabością dosyć pospolitą, wymagającą nieustannego paplania. Zawsze na pozór uśmiechnięta i w dobrym humorze, lubiła ukąśliwe ploteczki i z wesołą miną najkwaśniejsze opowiadała historje, rozciągle, dramatycznie, ze stosowną mimiką, a potrzeba ta gawędziarstwa tak nad nią panowała, że dniem i nocą kogoś do słuchania potrzebowała. Aniela zaś miała rzadki talent dobrego, intelligentnego słuchania, mówiła mało, w porę, kiwała głową i uśmiechała się, udawała najniewinniéj przez grzeczność, że ją każda rzecz niezmiernie obchodziła i okazywała zawsze największą grzeczność za zwierzenia Pieprzykiewiczowéj, Miała téż u niéj łaskę nie wyczerpaną. Nazajutrz, dosyć zafrasowana zeszła p. Aniela do sklepu na dół i odciągnęła na bok do alkierzyka kupcowę.
— Moja pani, — rzekła, — nie zwykłam nigdy jak wiesz, prosić o nic, i kłopotać nikogo, ale dziś jestem zmuszoną doprawdy uciec się do dobroci sąsiadki.
— No! i cóż to takiego? — zapytała kupcowa ciekawie.
— A! to z powodu mojego brata!
— No cóż? — dodała pierwsza przybliżając się ciekawie, — no cóż?
— Wystaw sobie, moja droga pani, — rzekła Aniela, — w jaki mnie to on kłopot wprawił.... pierwszy raz w życiu, niewiedzieć na co i dla czego zachciało mu się gościa na obiad zaprosić.
I zarumieniła się niewiedzieć czemu panna Aniela, w sposób nader wiele dający do myślenia, kupcowa, która się zwykła była domyślać zawsze więcéj niż należało, tą razą uśmiechnęła się znacząco. Rumieniec siostry dał jéj odgadnąć projekta brata.
— No! i cóż tam tak strasznego! — zaśmiała się Pieprzykiewiczowa — otóż jest czego desperować!
— Ale ja to wiem, tylko że u nas, jak pani wiadomo, nigdy nie bywają goście.... chciałabym rady pani zasięgnąć.
— Bardzo głowy nie łamać! co Bóg dał na stół postawić i kwita.
— I przyznam się pani, — gorzéj rumieniąc się jeszcze odezwała się Aniela, — że ten poczciwy Michał taki jest skąpy.
— Dopiero to postrzegła! — zaśmiała się kupcowa.... — a! ha! ha! nie śmiałam ci nigdy mówić o tém, ale doprawdy... toż to przecie człowiek zamożny, wiedzą sąsiedzi na czem kto siedzi, mógłby trochę więcéj na dom wydawać, to czego ma sobie żałować?
— Ale to jego natura, — przerwała siostra.
— No tak, ja mu oszczędności nie ganię, a widzisz sama moja droga, że tu czasem bywa tego i nadto.
— Tak! tak!
Rumieniec drugi kazał zwątpić pani Pieprzykiewiczowéj, czy pierwszego znaczenie odgadła.
— Wszak to moja droga pani, — spowiadała się Aniela po cichu... — braknie nam tysiąca rzeczy, do porządnego nakrycia nawet... przywykliśmy we dwoje tak się obchodzić.
— Cóżbyś chciała! — zapytała kupcowa, — może na to poradziemy.
— Wszystkiego mi braknie... — mówiła Aniela smutnie, — a dopożyczyć znowu, to każda rzecz będzie inna, jakoś nie ładnie.
— Wieleż was tam będzie?
— A troje.
— Nie straszna rzecz, — zaśmiała się tłuściuchna sąsiadka, ja ci to ułatwię wszystko, ale musiemy panu Michałowi figla spłatać... powiesz mu żeś kupiła.
— A! toby się strasznie zmartwił.
— Nie zachoruje przecie... a nastraszyć go nie zawadzi. I tak uradziwszy się z sobą sąsiadki rozeszły się w najlepszém porozumieniu.
Dzień uroczysty zbliżał się wreszcie, obiad był naznaczony na godzinę pierwszą punktualnie, a od rana panna Aniela tak zajęta, tak była zafrasowana, jakby dwanaście osób przyjmować miała. Brata nie było w domu, nie mógł więc widziéć ani przygotowań, ani kłopotu, który kosztowały, ale o dwunastéj godzinie, gdy przyszło się ubierać i odstąpić dozoru kuchni, p.Aniela tak uznojona powróciła do swojego pokoiku, że jéj prawie do stroju sił brakło. Prędko to jednak odeszło, bo piękna Warszawianka wcale nie była powietrzną i melancholijną dziewicą, zdrowa i silna, niezepsuta marzeniami, choć jéj nawet serce biło, umiała powstrzymać zbyt rozkołysane uczucia. Te zaś tylko jakiś niespokój z ciekawością zmięszany trochę duszą jéj miotał. A do ubrania téż nie potrzebowała wielkich zachodów, świeża była i ładna, lada co przy czystym stroju, było jéj do twarzy i wierzyła mocno, że wdzięku sobie dodać nie może, kto go nie ma. Jednakże, powiedzmy prawdę, namyślała się nad suknią, trochę wahała w uczesaniu obfitych włosów, i spojrzawszy na ręce westchnęła, że tak były zapracowane, ale rękawiczek nie włożyła, bo jéj się to zdawało jakiemś oszukaństwem, pokrywać ślady poczciwéj pracy.
Dwunasta wybiła już była oddawna, panna Aniela wyszła do pokoju obejrzéć nakrycie do stołu, i uśmiechnęła się prawie złośliwie, myśląc co na to powie brat Michał. Stół bowiem zwykle bardzo skromny i niepozorny, dzięki pani Pieprzykiewiczowéj, która obiecywała sobie dużo o tém mówić przed ludźmi, jakiego spłatała figla skąpemu księgarzowi, jaśniał przyborem nie widzianym w cichém mieszkanku Drzemlików.
Obrus biały hollenderski, pożyczyła kupcowa jeszcze swój wyprawmy, na nim zamiast kilku talerzów fajansowych stała porcelana wzięta ze sklepu wcale nie brzydka, karafki białe, solniczki ze szkła zielonego i sztucce platerowane jak nowe.
Wszystko to razem wyglądało bardzo wytwornie i świeżo. P. Aniela mogła się wcale nie wstydzić. Drzemlik przyniósł był wczoraj butelkę wina od Kijasa, która dobrze dopełniała obrazu stojąc naprzeciw drugiéj z piwem bawarskiém.
W pokoikach było czysto i umiecione, parę bukietów niespodziewanych przerywały jednostajność i smutny pozór nie ożywionego niczém i zdradzającego skąpca mieszkania.
O trzy kwadranse na pierwszą, w kuchni wszystko było gotowe, w pięć minut po oznaczonéj godzinie kroki na wschodach słyszéć się dały, a panna Aniela cóś porządkując niby, starała się ukryć mimowolny niepokój, który ją przejął, gdy drzwi się otworzyły.... i wszedł sam jeden Teoś.
Jak się to stało, że gospodarza uprzedził, należy do owych fatalnych zrządzeń Opatrzności i losu, których wytłumaczyć niepodobna — ale gdy się ujrzał sam jeden w obec nieznajoméj, dosyć go to zafrasowało, panna Aniela odwróciła się zarumieniona, spojrzała, znalazła go bardzo miłym i ładnym chłopcem i wielki ciężar spadł jéj z piersi.
— P. Michał Drzemlik?
— Mój brat natychmiast przyjdzie... zapewne p. Muszyński?
— Tak jest, zmuszony jestem sam się pani przedstawić.
— O! to nic nie szkodzi! proszę siadać.... tylko patrzéć a brat mój nadejdzie.
P. Aniela wydała mu się dość pospolitą, choć ładną dziewczyną, poznał tylko z pierwszych jéj wyrazów, brak ukształcenia i prostotę poczciwą, gospodarską, kobiety, która nie miała pretensji do tonów i świata.
Spojrzeli na siebie ukradkiem, Anieli podobał się on bardzo, Teosiowi taka kobieta do serca trafić nie mogła.... miał ideał w sercu, a to była rumiana rzeczywistość.
Rozmowa nie kleiła się, choć rozpoczęła, jak zawsze od tych przedmiotów pospolitych, z których można zajść gdzie się podoba, w jedną stronę aż do romansu, w drugą aż do teologji.
Poglądali na siebie skłopotani, gdy pan Drzemlik, kto wié czy nie umyślnie opóźniwszy się, nareszcie wsunął się do pokoju. Ale w chwili, gdy już miał wesoło się tłumaczyć i przywitać, nakrycie stołowe tak przepyszne i marnotrawstwem tchnące, wstrzymało go na progu niespodzianym widokiem, — pobladł, osłupiał prawie, spojrzał na siostrę, i stanął wryty.
P. Aniela zaczęła mu, choć się domyślała wrażenia, wymawiać opóźnienie, ale humor Drzemlika był zepsuty strachem... myśl dziwna nabycia tylu skorup wzruszała go do głębi.... zasępił się; nie mogąc nareszcie wytrzymać, podawszy rękę Teosiowi, odwiódł siostrę na bok.
— Co to jest? — zapytał, — jakie to nakrycie?
— Kupione, — odparła uśmiechając się siostra, — późniéj ci powiem.... teraz nie pora.
Drzemlik tak odprawiony odszedł, ale na czole jego znać było nie małą troskę.
— Otóż tobie obiad! — mówił w duszy, — ślicznie mi będzie kosztował! obchodziliśmy się kilkanaście lat farfurhami temi, a tu nagle porcelany się jéjmościance zachciało!
Zapach jednak zupy, która podana razem z wyjętą z niéj sztuką mięsa, cokolwiek orzeźwił Drzemlika, wypity kieliszek wina i szklanka piwa, natchnęły go rezygnacją, pomyślał:
— Dziéj się wola Boża, — co się stało to się stało.... a drugi raz nie dam jéj robić saméj sprawunków.
Po piwie powrócił do pierwotnéj swéj myśli zbliżenia Teosia do Anieli, i zajął się ułatwieniem im rozmowy, sam zaś pozostał chmurny.
— Zawszeby to dobrze było, — mówił w sobie, boby z Muszyńskim, jako z szwagrem łatwiéj się obejść, w familji ceremonji nie ma.... a dotąd jakoś mi z nim zawsze nie łatwo, imponuje mi.
Poglądał pan Michał na siostrę i Teosia, czy się ku sobie nie zbliżą, czy nie odgadną jego zamiarów, czy się nie domyślą dla czego ich tak zręcznie zapoznał, ale Aniela rumieniła się tylko ciągle, a Teoś był chłodny, dowcipny, swobodny, i tak jakoś pańsko wyglądał wśród nich, że przy nim ci, co mu się mieli wydawać wielką rzeczą, zupełnie zmaleli. Obiad udał się dosyć, tylko pieczyste było przypalone, Teoś jednak zaraz po nim, pod pozorem jakimś wziął za kapelusz i umknął w miasto. Brat z siostrą pozostali sami. Porcelana i zastawa stołu, ciężyły na sercu Drzemlikowi; ledwie wyszedł za drzwi Teoś, chwycił się z krzesła.
— Aleś ty oszalała z kupowaniem.... — zawołał do siostry.
P. Aniela rozśmiała się, zwodzić go dłużéj nie mogła.
— Kochany bracie, nie kupiłam, pożyczyła Pieprzykiewiczowa....
— No, a strachu miałem dosyć! ale jeśli tak, to i lepiéj.... zaimponowaliśmy mu trochę. Jakże ci się podobał?
Aniela zarumieniła się.
— Dla czego ty się mnie o to pytasz?
— No — tak.... mów prawdę, zechcesz to go będziesz miała.
Siostra smutnie spuściła głowę.
— Nie, — rzekła, — nie chcę.... Taki człowiek jak on, nie może ożenić się ze mną, mówićbym z nim nie umiała, mogłabym kochać na to tylko, by cierpieć, nie mogąc ani go zrozumiéć, ani zaspokoić.
Drzemlik się rozśmiał.
— Jakążeś to książkę ostatnią czytała? — spytał, — co to za romanse? Ty doskonale rozumiész gospodarstwo, jesteś przystojna i pracowita i poczciwa, a czego on hołysz może pragnąć więcéj? Człowiek dobry, będzie ci z nim jak w raju, a mówię ci, że byleś chciała to ci go dam.
P. Aniela jeszcze raz potrzęsła głową.
— On nie dla mnie, ani ja dla niego, nie jestem już młodą dzieweczką..... rozumiem świat i ludzi, mój Michale; twarz tego człowieka mówi o innych przeznaczeniach.... ja umrę sobie starą panną.... nie mówmy o tém.
— Podobał jéj się szalenie, — rzekł w duchu Drzemlik zacierając ręce, — wszystko idzie dobrze, ukartujemy małżeństwo, bo ani wątpić, że ona mu w oko wpadła; tylko się będzie obawiał nawet myśléć o tém, potrzeba go ośmielić.... Spojrzawszy na siostrę, wziął za kapelusz..
Pójdziesz może z Pieprzykiewiczową na przechadzkę, bo ja mam trochę interesów.
I na tém skończył się ów sławny obiad u p. Michała.
P. Michał miał w istocie interes do miasta.
Dawniéj jeszcze za młodych czasów spotykał w kilku miejscach przypadkowo p. Adolfinę Jordanowę, i znał ją dosyć z bliska. Może być bardzo, że wdowa, któréj charakter dosyć się zgadzał z usposobieniami Drzemlika, miała nań osobiste projekta, ale te rozbiły się o chłodne, ostrożne i obrachowane obejście księgarza, który wówczas wcale się żenić nie myślał.
Nie pogorszyło to jednak ich stosunków i kiedy niekiedy spotykając się z sobą, mile się sobie uśmiechali.
Na kilka dni przed niedzielą, idąc Senatorską ulicą, naprzeciw teatru, zetknął się Drzemlik z Jordanową. Było to na trotuarze, a że dużo płynęło ludzi, zagadali coś do siebie grzecznie. Od słowa do słowa, Drzemlik począł ją przeprowadzać ku Wierzbowéj.
— No i cóż tam pani dobrodziejko? jak zdrowie?
— Chwała Bogu dobrze.... a pańskie?
— O! ja... nigdy jak żyję nie chorowałem... oprócz w dzieciństwie na odrę. Cóż pani porabia?
— Ja? a no, nic — nie skarżę się, mój dobrodzieju, teraz zwłaszcza, gdy nie tak jestem samotna jak dawniéj.
— Cóż to? zmiana losu może.
— Ale nie! szczęśliwy traf dał mi kuzynkę w domu. Bardzo dobre dziecko powiadam panu....
— Oh! kuzynkę.
— Wystaw sobie młode, ładne i takie poczciwe stworzenie, a do tego i skoligacone i nie ubogie.
— Oh! oh! — powtórzył Drzemlik.
— A WPanu się oczy śmieją? co? — przerwała Jordanowa, — ale nie imaginuj sobie lada co! to dziewczę jak anioł, skromne i wychowane jak królewna. Gra, śpiewa.... rozumna! strach! a! co to za dobrodziejstwo Boże, że ona mi się dostała.
Drzemlik mocno się zaciekawił.
— No! i posażna? — spytał.
— A! ma najmniéj piędziesiąt tysięcy.
P. Michał pokiwał głową.
— Pozwoli mi pani kiedy przyjść do siebie? — zapytał.
— Już, już! słyszysz starego niegodziwca, już mu się w głowie pali! a! no, przyjdź, zobacz i odejdziesz z niczém, ręczę ci.
Żartowali tak jeszcze, ale w końcu Drzemlik pomyślał sobie, że nie byłoby od rzeczy pójść w odwiedziny do pani Jordanowéj. Otóż téj niedzieli właśnie umyślił to dokonać.
Ulica Wilcza jest wprawdzie dosyć od środka miasta daleko, ale w tę stronę ku alejom, w pogodne wieczory lata, wybiera się pół Warszawy w cienistą ulicę, wiodącą ku Łazienkom, do Botanicznego ogrodu, do Szwajcarskiéj doliny, do ogrodu belwederskiego, do Wilanowa. Wspaniałe zaprzęgi potentatów i skromne dorożki rodzin, których utrzymanie mniéj kosztuje często, niż brodaty furman i angielskie rumaki pierwszych, wszystko to ciągnie w cieni, zieloność, chłód, których w mieście więcéj się pożąda, które się bardziéj cenić umie, bo się ich używać nie może.... Dla wielu jest ta przechadzka jakby snem villegiatury, dla innych przypomnieniem dalekiéj wioski, drzemiącéj gdzieś w lasach i łąkach zielonych, dla innych to prosta exhibition mienia, koni, przepychu i znudzonéj twarzy, dla któréj świat już nie ma czémby ją rozweselił.
P. Michał Drzemlik jednak zwykle nie chadzał na tę przechadzkę, bo patrzéć nie lubił, a pokazywać nie miał co, należał on do tych skromnych ludzi, co wolą szklankę piwa w ogródku Foxalu, lub nie daléj jak na Długiéj ulicy.
Téj właśnie niedzieli pani Jordanowa po nieszporach powróciwszy z Manią do domu, zgodziła się na jéj myśl, aby pić herbatę w ogródku. Czas był piękny, pora ciepła, a w aleje jechało świata tyle, że gdyby nie świeżo spadły deszcz, kurzawa by nań spojrzéć nie dozwalała.... Szczęściem orzeźwiająca nawałnica zastąpiła go błotem, i oczyściła powietrze, które wonią zielonych młodych liści całe było przejęte.
W ogródku, który dawniéj był najmowany, póki się Jordanowa nie przekonała, że więcéj z tego miała szkody i niepokoju niż korzyści, były ławki i stół, pozostały szczątek dawnéj świetności, i tu Kachnie kazano przynieść herbatę.
— To dziwna rzecz, — mówiła w duchu do siebie Jordanowa, spoglądając na Manię siedzącą z oczyma wlepionemi w ulicę, jak gdyby kogo oczekiwała; takie to słabiutkie, pokorne, ciche, a począwszy od Żurka do Kachny, i psy podwórzowe, i mnie nawet zawojowała.... I czém? dalipan trudno odgadnąć, bo żeby się choć o to starała?
Mania w istocie tą siłą wewnętrzną dobroci porobiła podboje, siłą, która sama o sobie nie wie i nie poczuwa się że nią jest.... Tęskne dziecię może w téj chwili patrzało w ulicę, myśląc o Teosiu.... gdy.... jak to się często zdarza sercu co kocha.... myśl okazała się przeczuciem, Teoś z drugiéj strony wszedł do ogródka. Mania usłyszawszy chód i postrzegłszy go, przelękła się nieco, ale mu potém podała rękę serdecznie, rada że go zobaczyła.
P. Jordanowa, któréj Teoś bardzo się podobał, choć ze smutkiem widziała go zajętym taką dziecinną i nie mogącą go ocenić dzieweczką, przywitawszy się z nim, cofnęła się nieco aby loki poprawić.... bardzo jéj bowiem chodziło o to, aby przy nim nie staro wyglądała.
Od pierwszego wejrzenia mówiła sobie, ale bardzo po cichu:
— Ot, gdyby ten mnie chciał, jeszczebym może zdecydowała się pójść za mąż, ale te młode trzpioty! gdzie to z nich który umie szukać serca!
Mania nic powiedziéć nie mogła, podała mu rękę w milczeniu i spojrzeli sobie w oczy, a wzrok ich był całą, długą i pełną znaczenia rozmową. Łza nawet nie dojrzała i połkniona, przyszła ją zwilżyć na chwilę, i uciekła nazad do serca.
— Jakże tu pani jest? — spytał Teoś, korzystając z chwilowego oddalenia gospodyni.
— Mnie? o! doprawdy dobrze, — odparła dzieweczka śmiało, — trochę tęskno po przeszłości, bo do każdéj, choć najgorszéj, przywiązuje się człowiek, trochę niespokojnie o przyszłość, bo nie mamy nigdy dość rezygnacji, by ją przyjąć taką jak Bóg da.... ale koniec końcem cicho, dobrze.... czytam, myślę, śmieję się nawet swawoląc z psami w ogródku, gram trochę i marzę! a możnaź pragnąć więcéj?
— Tak! to prawda, — odparł Teoś zadumany, — byłoby świętokradztwem zerwać nić takiego złotego życia nadziei i marzeń. Nie jestże to lepsze, jak wszystko miéć i znużyć się wszystkiém? Ale.... i zamilkł.
— No, cóż za ale?....
Teosiowi słów zabrakło, zdało mu się, że za daleko posunął; przed chwilą mężny rycerz, nagle stracił całą odwagę, myśl mu przyszła, że nie powinien był wtajemniczać dziecięcia w gorycze życia nieuchronne i zwrócił rozmowę.
— Pan jesteś tak tajemniczy.
— Nic a nic, jestem niegrzeczny i zbyt natrętny, — odparł Teoś; — dobrze pani? to mi powinno wystarczyć.
— No? a panu?
— A mnie?.... znasz pani to życie?
— O! nic a nic.
— Chcesz je pani poznać?
— Bardzo.
— Więc posłuchaj chwilę, jakie to bywają życia.... Otóż, dla chleba, nic, tylko dla biednego chleba kawałka, żeby go piłą i siekierą nie zarabiać, co czyni człowiek? Sprzedaje się na tyle a tyle godzin.... cały. Z rana o ósméj masz mnie pani za stolikiem, w oczekiwaniu gości, którzy nie przybywają, otoczonego książkami, których czytać nie mogę lub nie chcę, tyle ich tam jest, a tak niedorzecznych, że na wieki od czytania odpada ochota. Więc siedzę, oczy wlepione w półkę, cisza, z ulicy gwar dolata. Ktoś wchodzi, spyta, zamyka drzwi, znowu milczenie i oczekiwanie. Siedzę, siedzę i siedzę kamieniem przy drodze, któremu się ruszyć nie wolno; czasem ptaszek przyleci, muśnie skrzydłem i odlata, czasem zwierz przyjdzie, powącha i odchodzi, czasem zbliży się człowiek, popatrzy i idzie daléj, a kamień mchem nudy porosły, zawsze na swojém miejscu, bo mu się ruszyć nie wolno.
Wtém szelest sukni zdradził powrót p. Jordanowéj, któréj loki i bardzo nieznaczne poprawki w malowaniu twarzy, dowodziły troskliwości o podobanie się gościowi. Usta jéj nawet uśmiechały się dziwnie słodko. Teoś musiał choć na chwilę ku niéj się zwrócić.
Tuż za nią w niedzielném ubraniu szła gruba Kachna, mrucząc nieco na to, że fantazja im przyszła pić herbatę w ogródku, ale spojrzawszy w oczy Mani, mimowolnie się do niéj uśmiechnęła.
— Panieneczce tu lepiéj na wietrze i wilgoci? — spytała.
— Na świeżém powietrzu? Kasiu, a! tak miło!
— No! to dobrze!
I z ochotą poczęła chodzić około stolika.
Żurek także wlókł się nie rad temu ogródkowi, bo tu nie miał kanapy i poduszki, a wilgotnéj ziemi nie lubił; lecz i jego, pozwoliwszy mu się na rogu sukni położyć, udobruchała Mania.
Wtém gdy się do herbaty przygotowują, z domu słychać chód męzki. Narębski wyrwawszy się od żony i córki, przybiegł do swego dziecka z twarzą rozpromienioną weselem. Niósł w ręku dwa bukieciki, jeden dla niéj, drugi przez grzeczność dla Jordanowéj, i oddawszy je, pospieszył przysiąść się przy swéj ukochanéj, a zobaczywszy koło niéj Teosia, widocznie jeszcze się bardziéj rozweselił. Ścisnął rękę Muszyńskiego, jakby mu chciał wyrazić serdeczną wdzięczność za pamięć o sierocie, i wpatrzył się milcząco w lice dziecięcia, szukając na niém śladów życia, piętna wrażeń, spowiedzi z przeżytych dni kilku, przez które ją nie widział.
Mania była wesołą, oczy jéj błyszczały spokojem. Narębski był szczęśliwy szczęściem dziecięcia, które mu się uśmiechało może swobodniéj niż niegdyś w domu, pod naciskiem wzroku p. Samueli i szyderstwy Elwiry.
Wprawdzie wszystko co otaczało Manię, nabawiało go niepokojem dla niéj, ale z tego lica taką tchnącego niewinnością, nic zastraszającego wyczytać nie mógł, i cieszyło go, że Teoś znowu zbliżył się do niéj, że jego marzenie ziścić się może miało.
Wtém, gdy w najlepsze około okrągłego rozsiedli się stolika, Żurek, który zwykł był leżéć spokojnie, podniósł głowę, pociągnął nosem w stronę domu, nastawił uszy i z cicha burczyć począł.
— A! nieszczęście! jeszcze ktoś przybywa! — zawołała p. Jordanowa, domyślając się Pluty, ku któremu Żurek czuł partykularną i niepokonaną nienawiść, tak, że raz nawet probował, czy go za nogę ukąsić nie potrafi.
Zamiast obcego spodziewanego gościa, weszła Kachna ruszając ramionami, z marsem na twarzy i fartuch trzymając przy ustach, zbliżyła się do wdowy.
— A to znowu jakiś pan przyjechał, — rzekła, — ale ja nie wiem co, czy on taki głupi, z pozwoleniem, czy co jemu; pokazywałam mu drogę kędy iść, powiada: Proszę oznajmić. Ja jemu mówię, cóż ja będę oznajmywać, niech pan idzie do ogródka i po wszystkiem; a on — swoje: Proszę oznajmić. Tak ja do niego: No to cóż? on się śmieje i powiada: oznajmić starego pani znajomego barona Dunder czy Plunder, ja tam nie wiem.
P. Jordanowa o mało nie zemdlała, tak srogie na niéj wrażenie zrobiło to przekręcone nazwisko. Narębski się nieco zmarszczył. Teoś wstał z ławki jak oparzony, ale Mania naiwnie się rozśmiała tylko.
Żurek ciągle pomrukiwał, a nawet szczekać zaczynał.
— Czy on tu bywa, baron? — zapytał Narębski.
— Ale ja nie wiem jaki baron? ja nie znam żadnego barona, — odparła Jordanowa, — pierwsze słyszę.
— A cóż ja jemu oznajmię? — zawołała Kachna, — bo ja tak stać nie mogę, on téż czeka, a tam woda zbiegnie.
— No! to proś go!
— Żeby szedł?
— Proś go tu! — dodał Narębski niespokojny.
Rzecz się tak miała. W starym piecu.... wiecie przysłowie? Baron nie był jeszcze w zupełności starym piecem, ale djabeł czasem przedwcześnie palić zaczyna. Uwierzycież, iż się tak rozmarzył Manią, tak rozgorączkował dumaniami o niebiesko-okiéj dzieweczce, iż gdy zniknęła mu z domu Narębskich, wysłał za nią szpiegi, starał dowiedziéć co się z nią stało, doszedł w czyje wpadła ręce i długo walcząc z sobą, nareszcie osobiście stawić się u wdowy postanowił.
Była to nie mała z jego strony ofiara, iść dobrowolnie, wspomnienie chwil szału młodych zmienić na pomarszczonéj rzeczywistości dotknięcie — po dwudziestu latach zajrzéć w oczy takiéj pani Jordanowéj, aby kilku chwil pamiątkę uczynić zgryzotą ciężką i w oczach téj, co najlepiéj lata jego policzyć mogła, udawać znowu młodzika, upokorzyć się przy niéj aż do zalecanek, stawić w charakterze rozkochanego szpaka.
Ale baron był pod władzą tego diabła, co to w starych pali, oprzéć mu się nie mógł, nie umiał, spuścił głowę i pojechał, bo inaczéj do Mani zbliżyć się było niepodobna.
Jakież było jego zadziwienie, gdy spodziewając się zastać Jordanowę samą, wchodząc, postrzegł zaraz Narębskiego, Muszyńskiego nieznajomego sobie, i w końcu to widmo przeszłości, tę niegdyś tak powabną Adolfinę, przemienioną w straszliwie malowaną lalkę. Przypomniawszy sobie swe dla niéj zapały, baron pobladł, ale to był człowiek przyzwoity, pan siebie i gdzie trzeba umiał nadrobić dobrym humorem. Owszem dowiedzioném było, że gdy się najwięcéj złościł, najszumniéj dowcipował. I tą razą przymrużywszy oczy, posuwistym krokiem przyszedł do Adolfiny, któraby była zbladła, gdyby nie warstwa różu, czyniąca ją niezwalczoną — uścisnął jéj rączkę drżącą, pobiegł do Mani zafrasowany, powitał ją, a ujrzawszy dopiero Narębskiego, z gwałtownym namiętnéj przyjaźni wybuchem, rzucił mu się w objęcia.
Żurek tymczasem skorzystał i chwycił go za kamasz z największą złością, czego baron zdawał się równie nie uważać, jak przytomności Teosia.
Ławka, na któréj potém usiadł, nie była dosyć mocno w ziemi ugruntowaną, i gdyby nie laska, którą się podparł, nie okazując po sobie iż mógł był upaść, możeby się z nią razem potoczył.
— Jakżem szczęśliwy, że tu pana znajduję! rzekł do Narębskiego, choć w duszy jego i gościa i drugiego przeklinał, — sto lat jakeśmy się nie widzieli, nie łaskaw jesteś na mnie!
— Tyle zajęcia.
— Aleć obiad zawsze gdzieś zjeść potrzeba! — rzekł baron, — wiesz, że byłbym najszczęśliwszy.
To zajęcie Narębskim, nie przeszkodziło mu obejrzéć z pod okularów swéj dawnéj kochanki, nieznajomego intruza, psów, ogródka i tła całego obrazu. Znalazł to wszystko tak jak sobie wyobrażał, może uboższém jeszcze niż sądził, panią Adolfinę nie do poznania skarykaturowaną, Manię piękniejszą niż kiedy, Muszyńskiego nieznośnie młodym, głupio przystojnym i z fizjognomją w drażniący sposób przyjemną.
— To już jakiś młokos, co mi ma minę kochanka! — rzekł w sobie, — ale to głupstwo.
Chciał na osobności widziéć się z wdową, ale od razu postrzegł, że to było niepodobieństwem, dostrzegł przybory do herbaty i dreszcz po nim przebiegł, aby nie był pić jéj zmuszonym; wynieść się znowu tak nagle, nie nasyciwszy się widokiem Mani, która na nim odmłodzającéj wody czyniła wrażenie, było nieprzyzwoicie i niepodobna.
Usiadł więc torturowany, ale uśmiechający się wesoło, jak wszyscy ludzie dobrego towarzystwa, udając tém większe szczęście, im gorzéj ich boli.
— Jakże tu pani ślicznie, po wiejsku, w zaciszu i zieloności mieszkasz! — odezwał się, — prawdziwy raj! miluchno! cudownie!
Adolfina biorąc to za dobrą monetę, uśmiechnęła się.
Mais c’est adorablement châmpetre, — dodał baron do Narębskiego.
— Miły dosyć kątek, a powietrze zdrowe, odparł p. Feliks.
— A już to co powietrze, co się tycze powietrza, — odezwała się gospodyni, — gdyby nie czasem z sąsiedztwa, jak wiatr z zachodu zawieje i niewiedziéć co przyniesie, to nie ma w alejach lepszego powietrza.
Baron się rozśmiał patrząc na Narębskiego, Mania zaczerwieniła się. Muszyński spuścił oczy.
Rozmowa miała się zwrócić, gdy Kachna wbiegła znowu, ale tym razem z zaczerwienioną twarzą, mrugając na panią zniecierpliwiona.
Żurek znowu burczał, Adolfina spojrzała na nią przestraszona, obawiała się czy nie przyszła fantazja komissarzowi za zaległe klassyczne, przysłać exekucji w niedzielę, i zawstydzić ją w chwili, gdy najświetniejszém cieszyła się towarzystwem.
Miała bowiem pani Adolfina ten starodawny zwyczaj, że w ogóle podatków żadnych nie opłacała, chyba zmuszona; zawsze spodziewała się manifestu, darowania zaległości, lub jakiegoś szczęśliwego wypadku, który mógł ją wyzwolić od uiszczenia należności.
Zbliżyła się więc z bijącém sercem do Kachny.
— A niech ich djabli wezmą z temi gośćmi, — odezwała się do niéj, mało głos uśmierzając donośny, służąca, — toż to jeszcze jeden przyszedł.
— Ale któż? kto? — spytała Jordanowa.
— A! licho jego wie! zezowaty, ale porządnie odziany, mówi, te się nazywa Zymlik czy Cymlich, może z interessem.
— Cóż robić! to go tu proś, ale jeżeli z interesem, to do pokoju.
Kachna odeszła i wróciła.
— A cóż będzie z herbatą? — dodała, — pani o tém nie myśli? u nas i imbryczka na tyle osób nie ma, i szklanek wszystkiego trzy, a jedna szczerbata, łyżeczek ino dwie z tą żółtą.... Gdzie ich tu wszystkich napoić, to lepiéjby się wstrzymać!
P. Jordanowa, która wśród kłopotu ani pomyślała o herbacie, mruknęła tylko: — To już sobie rób co chcesz, i odeszła na ławeczkę.
— Otóż tak! rób co chcesz! jéj to wszystko jedno! — poczęła mruczeć Kachna wracając, — ona sobie siądzie i króluje, a ty głową obracaj i radź, a potém bura. Naszło ich bez miary, to się i obejdą bez herbaty.
Drzemlik stał i oczekiwał niecierpliwy.
— A cóż? — spytał.
— No cóż ma być? — odparła Kachna, — czy WPan z interesem.
— Nie.
— To idźcie do ogrodu, tam już jest dosyć kompanji.
I odwróciła się od niego.
Drzemlik posunął się odważnie, ale gdy z daleka ujrzał barona siedzącego na ławce u Adolfiny, barona, którego z daleka zwykł był widziéć tylko przesuwającego się w powozie przez miasto, jako ideał bogactwa, wpływów i potęgi, gdy daléj ujrzał swojego Teosia przy nim, osłupiał i mało się nie cofnął.
Teoś siedział, mówił, obracał się jak gdyby przy nim nie było barona, jak gdyby baron był równym mu człowiekiem.... Teoś tu go uprzedził!
Adolfina ujrzawszy Drzemlika, uśmiechnęła się mimo biedy, przyszło jéj na myśl co mu mówiła, dorozumiała się po co tu przybył, a że i przybycia innych, mianowicie Dundera, łatwo odgadnąć było przyczynę, jakoś jéj to pochlebiło i śmieszném się zdało. Spojrzała na Manię znacząco, ale dziewczę tak było szczęśliwe z przybycia ojca i Teosia. że nic zrozumiéć, nic widziéć nie mogło.
Trzeba wiedziéć, że Drzemlikowi nic tak nie imponowało jak bogactwo, w obec miljonowego człowieka czuł się istotą zgniecioną, nie śmiał podnieść głosu, był upokorzony i najnieszczęśliwszy z ludzi — poznawszy Dundera, stracił całkiem fantazją.
Wahał się nawet czy nie wypadałoby mu wrócić, aby tuk wielkiemu panu nie przerywać interesów lub wypoczynku; w końcu ośmielił się, wszedł w koło zaczarowane, dosyć niezręcznie przywitał z wdową, ukłonił Teosiowi, i nizko głową uchylił przed symbolem cielca złotego, pojmując, że Izraelici na puszczy wcale byli nie głupi, gdy mu się kłaniali.
Ale gdy po tych preliminarjach przyszło usiąść, gdy los zdarzył, że w trzech ćwierciach musiał tylko zwrócić się do barona, a jedną część pleców mu ukazać, Drzemlik stracił do reszty panowanie nad sobą i gwałtownie zapragnął się ztąd wynieść. Ale już było niepodobna. Rozmowę począł uśmiechem a skończył utarciem nosa, oczy wlepił w Manię, i chociaż ta wydała mu się bardzo ładną, natychmiast zawyrokował, że to nie było dla niego stworzone.
— E! — rzekł w duchu, — co śliczne to śliczne, ale mnie nie takiéj żony potrzeba, to państwo jakieś, a gdzieby to prało i gotowało? albo piechotą chodziło!
Mylił się bardzo, ale wyobraźnia jego ideał kobiety malowała mu w cale innéj postaci, — dorodny, silny, wesoły, śmiały, a stworzony do ciężkiéj roboty, aby on, p. Michał mógł się za to nie kłopotać niczem.
— Jabym to jeszcze musiał chuchać na tego gagacika! — zawołał w duchu, — a brońże mnie Boże od takiéj żony.
Siedział więc wcale nie interessowany, ale srodze zawadzał baronowi, który i tak już nierad był jednemu obcemu, cóż dopiero dwom? a do tego Drzemlik wcale dystyngowanie nie wyglądał, baron podejrzywał go o przedawanie bułek lub świec łojowych.
Zabierało się więc ze wszech miar na rozproszenie tak nie harmonijnego towarzystwa, gdy powóz zahuczał przed bramą ulicy Wilczéj i Kachna wkrótce wpadła zupełnie przerażona, ogromnemi migami pokazując pani, że się cóś strasznego i nadzwyczajnego stało.
Są takie dnie fortunne czy nieszczęśliwe, nie wiem, w których na dom niespodzianie spada lawina gości; gospodarz radby im z serca, ale są to aerolity, które z góry lecą każdy z innéj strony, i przygniatają cię zbiorowiskiem żywiołów nie dających się połączyć. Każdy z innego końca świata, każdy z myślą, obyczajem, językiem różnym, ani ich zbliżyć, ani pogodzić. Niecierpliwość porywa, tracisz głowę, towarzystwo się rozpada, a ty wychodzisz z niego jak po gorącej łaźni, obraziwszy jednych, niezadowoliwszy drugich, skwaszony i zgryziony, choć Bogu ducha winien.
Takim to dniem dla nieszczęśliwéj pani Adolfiny była owa niedziela; gdy Kachna weszła, poczuła, że ją spotka jeszcze jakiś kłopot niespodziewany.
Tajemniczo tą rażą zbliżyła się zwiastunka.
— Pani, — rzekła, — jak Boga mego kocham, jakaś jejmość, aż strach, kareta z latarniami, kamerdyner gdyby który z tych panów, przyjechała i chce cię widziéć. Czeka w powozie.
— A! cóż ja zrobię? — zawołała zafrasowana Jordanowa, — poczekaj, proś ją do pokoju, albo nie, ale cóż to jest takiego? chyba omyłka.
— Już to nie omyłka, — rzekła Kachna, — kiedy ten kamerdyner z bakombardami, wyraźnie mówił pani Jordanowa, i mówił: powiedz jéj, że Jednerałowa jedna chce się z nią widzieć.
— Mówisz! Jenerałowa!
— Jak Boga kocham!
Adolfina pobladła.
— Ale czegóż ona chce?
— A! któż to może wiedziéć, dosyć co Jednarałowa!
Co tu było począć, widząc te szepty, słysząc te tajemnicze narady, Narębski wstał pierwszy, baron za nim.
— Proszę pani, — rzeki, — nie kłopotać się nami, ja z tymi panami zostanę na świeżém powietrzu, a może jest jaki interes, niech pani o nas zapomni.
Très bien dit! — uczuł się w obowiązku pochwalenia baron, — zostaw nas pani w cieniu tych ślicznych drzew, poczekamy na nią.
Prawdą a Bogiem, baron chciał wszystkich przesiedziéć, aby mieć kwadrans rozmowy sam na sam z wdową. Drzemlik, który niewiedział co począć, ukłonił się towarzystwu, uśmiechnął kwaśno do wdowy, zakręcił i począł wychodzić, ale zapomniawszy którędy wszedł, takie na nim uczynił baron wrażenie, ścigany przez nielitościwego Żurka odwoływanego napróżno przez Manię, ledwie po bezskutecznych usiłowaniach zdobycia płotu, dostał się do furtki w dziedziniec i zniknął. Tu jednak wstrzymało go nowe a niespodziane zjawisko: kobieta przepyszna w rodzaju Marji Medicis, w aksamitnéj sukni, cała zakwefiona, istna królowa, posuwała się jak widmo przeszłości z powagą wielką przez brudnawe ścieżki ku drzwiczkom domku, które za małemi na jéj wielkość się zdawały.
— Patrzajcież! — rzekł w duchu Drzemlik, — toż to z téj Adolfiny wielka figura! Baron u niéj! i ta kobieta!
Kobieta w istocie miała tak majestatyczną postać, że przy niéj domek wdowy wydawał się chatką, szła posuwając się nieznacznie, wyprostowana, poważna, straszna jak tajemnica, otoczona aureolą jakąś władzy i potęgi.
Była to jednak wprost tylko znajoma nam Jenerałowa, która w potrzebie umiała się stać taką niepoścignioną królową, że przed nią truchleli śmiertelni. Rysów jéj nie dojrzał Drzemlik, ale się ich domyślił, spuszczona ręka w delikatną objęta rękawiczkę, maleńka, zgrabna, utoczona; ubiór, chód, zdradzały kobietę i wielkiego świata i wielkiéj piękności.
Mignęła mu jak cień, a p. Michał szczęśliwy, że się wyrwał, nie odetchnął aż pod Św. Aleksandrem.
Jenerałowa w ciągu swojego życia, przez różne drzwi do różnych zaglądała i bardzo niekiedy skromnych chatek, ale teraz zdawało się, że nie potrafi nawet wnijść do lichego domku Jordanowéj. Musiała się schylać wszędzie i przesuwać bokiem, tak wiele zajmowała miejsca, twarz jéj nieruchomo zimna, nie okazywała wrażenia, ale jednak wyraz jakiéjś dumy malował się w niéj, może umyślnie przybrany.
Jordanowa czekała na nią w tém co się u niéj zwało salonem; okna tego pokoju wychodziły na ogród, a z nich doskonale rozeznać było można towarzystwo w nim znajdujące się. P. Palmer wchodząc zaraz obejrzała się i wzdrygnęła poznając barona i Narębskiego, chciała się nawet cofnąć, ale baczniejsze wpatrzenie się w stojącą przed nią Adolfinę, jeszcze okrutniéj ją wzruszyło. Tym razem twarz martwa zadrgała konwulsyjnie, a choć powstrzymana wysiłkiem woli ostatecznym, okryła się bladością śmiertelną.
Ze swojéj strony Jordanowa, z razu ciekawie przyglądająca się nowemu gościowi, zaczęła coraz szerzéj otwierać oczy i usta. Widocznie dwie kobiety te, nie pierwszy raz spotkały się w życiu.
Jordanowa nawet mniéj wytrzymała, posunęła się nawet kilka kroków z wyraźną chętką przemówienia czegoś, ale na pół drogi strach ją porwał, nie wierzyła własnéj pamięci i oczom — stanęła.
— Pani jesteś gospodynią domu? — rzucając do koła oczyma, odezwała się chłodno Jenerałowa.
— A! ten głos! ten głos! to ona! to dalibóg...
— Co pani jest? — przerwała p. Palmer.
— Jakto? nie poznajesz mnie?
— Ja? panią? zdaje mi się, że pierwszy raz w życiu mam honor ją widziéć.
— Czyż to może być! a to osobliwsze podobieństwo.
— Podobieństwo? — i zamilkła Jenerałowa spoglądając w ogródek, — ale po chwili odezwała się.
— Miałabym z panią kilka słów do pomówienia, ale dziś pani masz gości, może jutro, może inną razą.
I niespokojnie rzuciwszy raz jeszcze okiem przez okno, pani Palmer chciała odejść.
— Aleć to podobieństwo!! to dziwne podobieństwo! — odezwała się raz jeszcze gospodyni, będąca pod wrażeniem jakiegoś przypomnienia.
Jenerałowa nie zdawała się na to wcale uważać.
— Może więc jutro? — dodała.
— Ale i owszem, kiedy pani zechce, a może jabym sama przyszła?
— O! nie! nie! — szybko przerwała pierwsza, — ja będę jutro u pani, — nie przeszkadzam.
Jenerałowa cofała się już, p. Adolfina przyskoczyła do niéj.
— To ja jutro po obiedzie czekam.
Wielka pani kiwnęła tylko głową i z jakimś dziwnym pośpiechem zaczęła się cofać coraz żywiéj, bojąc się zapewne spotkać z Narębskim lub baronem. Adolfina odprowadziła ją aż do powozu i gdy ten już się oddalił, stała długo zamyślona, zapomniawszy o reszcie gości.
— Jużciż to ona być nie może! — mówiła w sobie — nie! nie! zkądżeby Julka! jak? ale nie! nie mogła ani wyjść na taką panią, ani się tak odmienić, ale doprawdy to dziwne podobieństwo! Nawet ten pieprzyk na szyi!
Kareta już była na Nowym Świecie, a Adolfina myślała jeszcze, nareszcie powoli wróciła do gości, ale przywykła wszystko mówić co myślała, nie mogła w sobie wytrzymać podziwu i mruczała ciągle:
— Aleć to podobieństwo! nawet ten pieprzyk na szyi!
Tymczasem goście obsiedli w koło Manię, która nie wiedziała czy ojca czy Teosia serdeczniéj przyjmować, naturalnie baron, który natarczywie starał się wcisnąć w łaski i w promyk oczów dziewczęcia, wiele na tém stracił. Chociaż nie okazywał tego po sobie, ale go srodze obeszło, że taka figura jak on, taki człowiek!! tak znakomita indywidualność, którą wszędzie gdzie czczą pieniądz i siłę przyjmowano z nieskończonemi pokłonami, tu wychodziła na prostego śmiertelnika.
Ale namiętność rodząca się, namiętność starego i siwiejącego się człowieka, jest upartą. Baron widząc, że się nim nie zajmują, że Mania uśmiecha się i szepcze Narębskiemu na ucho, lub okiem przytrzymuje Teosia, usunął się i spostrzegłszy zakłopotaną Adolfinę, począł z nią rozmowę, nieznacznie ją na bok odprowadzając.
Chère Adolfine, — rzekł po wstępie małoznaczącym, — już my się to nie od roku znamy, Allons — to były jednak dobre czasy!?...
Adolfina milczała zmieszana.
— Wierz mi, gdyby nie to głupie posądzenie o zgubione przezemnie wexle, byłbym z tobą inaczéj skończył. Co się stało to się stało, nie miéj mi tego za złe. Ale, szczerze, jakże ty stoisz teraz w interessach?
— O! nie tak wcale jak się ludziom zdaje. No, prawda, mam tam cóś po nieboszczyku mężu.
— A! istotnie był mąż?
— I zostawił mi trochę... ale miałam proces i ten niegodziwy adwokat...
— Odarli cię, to naturalnie, ce qui vient par la flute s’en va par le tambour.
— Zawsze mam jeszcze tyle, że żyć mogę.
— Otóż, krótko i węzłowato, — dodał baron, łatając się tłumaczeniem francuzczyzny na polskie, nie idę do tego czterema drogami, mogę ci być użytecznym...
Adolfina się zaczerwieniła, nie wiedząc co mu odpowiedziéć.
— Kocham tę twoją Manią.
Na te słowa stara zalotnica odwróciła się żywo.
— Co? co? — spytała.
— A no! rzecz naturalna, — rzekł baron, — podobała mi się, szalenie mi się podobała!!
Jordanowa zamilkła.
— Mówmy otwarcie, jakie są twoje warunki!
Wspomnieliśmy wyżéj o zmianie jaką wpływ Maryni uczynił na umyśle i sercu opiekunki, najlepszym dowodem było oburzenie, które wywołały te słowa. Stanęła i wpatrując się w barona z uśmiechem zimnym, odpowiedziała mu:
— Czyś pan oszalał? a za kogóż mnie to masz? to przecie jest dziecko jak aniołek.
— I dla tego tak ponętne! — zawołał stary, — pokrywając uśmiechem nieukontentowanie.
— Ale ani myśl o tém! — rzekła Adolfina.
— Czemu? — spytał Dunder, przecież wstydu jéj nie zrobię, ofiarując...
Tu się zaciął.
— Cóż jéj pan możesz ofiarować? chyba, ożenić się z nią! a i tak! o ile ją znam, niewiele byłoby nadziei!!
Baron zagryzł usta.
— Zostaw to mnie, — rzekł, — sprawa między nami, ciebie proszę o neutralność tylko i byś mi nie przeszkadzała, a że możesz mieć z powodu moich natrętnych odwiedzin wydatki, weź to proszę.
To mówiąc wsunął bardzo zręcznie papierek, którego Adolfina odmówić nie śmiała, w duchu mówiąc sobie, że to była resztka starego niedopłaconego długu.
Zwrócili się ku towarzystwu i baron zmierzał do Mani, gdy Narębski, któremu szło o to, aby Teoś mógł się z nią rozmówić swobodnie, natarczywie porwał barona. Zebrało mu się nawet na tyle energji, że go mimo woli kilka razy przewlókł z sobą po ogródku udając pilną sprawę, aby do Mani nie dopuścić.
Baron był delikatny i choć klął, ale zniósł tę nieprzyjemność cierpliwie, jako człowiek nadto dobrze wychowany, by pokazał jak go to gryzło.
Teoś chodził z Manią po ogródku, zrywali kwiatki i liście, spoglądali w aleje, rozmowa dla słuchacza z boku byłaby obojętną, ale dla nich! co się tam kryło tajemnic! ile w krótkim przeciągu czasu powiedzieli sobie rzeczy, jak się zbliżyli, jak silnie zawiązał się znowu łączący ich węzeł!!! jak dobrze wiedzieli oboje, że im żyć bez siebie na świecie będzie niepodobna! jak zrozumieli dobrze nareszcie, że los co ich zbliżył nie uczynił tego bez myśli, bez celu w przyszłości.
Gdy baron nadszedł uśmiechnięty z Narębskim, nie mieli już nic do wypowiedzenia więcéj, Mania trzymała kwiatek, który on jéj podał przypadkiem, on wąchał różę, którą zerwała przed chwilą, milczeli i patrzeli sobie w oczy.
Ale Dunder miał tę szczęśliwą zarozumiałość bogacza, który o sobie nie zwątpi nawet w obec młodości i miłości, i zbliżył się do Mani z pewnością siebie, ze śmiałością niezrównaną.
Rozmowy ich powtarzać nie widzimy potrzeby, to pewna, że siadłszy do powozu baron westchnął, zadumał się i mimowolnie z ust mu się wyrwało:
— Miałżebym ustąpić i zostać zwyciężony? Allons donc to do niczego niepodobne! to być nie może! to nie będzie!
P. Mateusz Kirkuć nałogowo był nawykł do swego pana i towarzysza, można więc miarkować, że gdy on tego dnia, którego Plutę nieszczęście spotkało w piwnicy, nie powrócił wcale do domu, choć to był fakt nie bezprzykładny, p. Mateusz wszakże trochę się począł niespokoić. Czekał go do północy nie gasząc świecy i korzystając z nieobecności zemścił się na tytuniu kapitana i jego butelce. Kirkuć był tak uczciwy nieposzlakowanie, że w obec Pluty nigdy się nawet do jego zapasów nie skradał, głębokie dla własności czując poszanowanie, jednakże pod niebytność prawego posiadacza przychodziły mu idee komunistyczne i do szafki z wódką i tytuniem miał nawet klucz w kieszeni, ale mu przyznać należy, że pomiernie tego daru używał i Pluta nigdy się nie spostrzegł, że z nim Kirkuć był w bezimiennéj spółce.
Świeca nareszcie stopniała, Kirkuć usnął i nie przebudził się aż o białym dniu, spojrzał na łóżko, kapitana nie było.
— Musi być cóś ważnego, — rzekł, — albo ktoś ze wsi z trzosem nabitym, albo jaka pijatyka gorąca. A tym czasem wypadłoby się wódki napić.
Poszedł więc p. Mateusz do arki, w któréj najdroższe flaszki spoczywały, otworzył ją i uraczył się śniadaniem, poczem zaczął rozmyślać już z rozświeconą myślą czy iść na miasto, czy czekać na pana i dobrodzieja.
— Po co ja na niego będę czekał? — rzekł w duchu, — wróci czy nie wróci, mogę się przejść i pójść z Justysią pogawędzić, wódka usposabia do kawy, napiję się jéj pod gwiazdką, ale z rumem.
Jak rzekł tak się stało, nietylko kawy się napił, ale i śniadanie przekąsił i do wieczora się zadurzył, nie czując żadnéj sumienia zgryzoty, dopiero gdy zmierzchać zaczęło, Kirkucia tknęło cóś, że należało wrócić do domowych larów i penatów, aby się dowiedziéć co się z kapitanem dzieje.
Bywało tak nieraz, że Pluta półtora dnia strawił extra muros nie dając znać o sobie, w ogóle jednak, gdy na przydłuższą wybierał się wyprawę, oznajmywał o tém Kirkuciowi i zawsze się choć na chwilę wprzód do kwatery dowiedział. Gdy więc przybywszy do domu Kirkuć przekonał się, że Kapitan nie wrócił, srodze go tknęło.
— A toby szkoda była doprawdy, gdyby go gdzie djabli wzięli! — rzekł do siebie, wyrażając się tém dobitniéj im gwałtowniéj czuł stratę, którą przeczuwał, — ale to być nie może, — dodał, — on sobie wszędzie da radę, chybaby go apopleksja tknęła! no toby w Kurjerku była wiadomość i tuby go przynieśli. E! musiał się zapić albo zagrać, poczekajmy.
Czekał tedy cierpliwie Kirkuć przez wieczór i noc, bezsenne oczekiwania swe zwilżając kiedy niekiedy orzeźwiającym likworem z flaszy kapitana, i rachując na to, że po tak długiéj niebytności, w trunku ilości różnicy nie dostrzeże.
Noc zeszła na przerywanym śnie niespokoju pełnym, a jutrzenka wznowiła trwogę.
— O! o! to już nie może być bez kozery, — rzekł sobie Kirkuć, — trzebaby się pójść dowiedziéć o niego, ale gdzie? ale gdzie? bo szukajże wiatru w polu? Kto go może zgadnąć? krzyczał on na mnie, że nałogowo w jedno miejsce ciągnę, a gdyby miał ten rozum i nazwyczaił się do jednego kąta... ot, wiedziałbym gdzie mu iść w pomoc, bo to nie jest bez kozery.
Kirkuciowi różne straszne przychodziły myśli i wzdychał niespokojny dopuszczając złamanie nogi, gorączkę, apopleksją, spór i walkę, ale, jak to zwykle bywa, nie trafił na to nieszczęście, które się istotnie panu kapitanowi przydarzyło; czemu zresztą nie był winien, bo dosyć trudno było tak dziwne rozwiązanie odgadnąć.
— Gdyby go djabli wzięli ze wszystkiem, rozumował Kirkuć wychodząc w miasto, — no, toby już w mieście wiedziano, policja by się zgłosiła do mieszkania, sąd by nawet szafkę z wódką mógł opieczętować, bo wódka należy do sukcesji; ale równie też gdyby była bójka, rany, gwałt, pobicie, jużby o tém mówiono.... licho wié co to znaczy, ale zawsze jest obowiązkiem moim szukać... Tak! no, ale jeśli go djabli wzięli przypadkiem — gdzie cichaczem? — zapytał siebie Kirkuć stając nagle w bramie hotelu i zawracając do mieszkania nazad; potrzebaby na wypadek ocalić co z sukcesji, z któréj i mnie się cóś będzie należało!
— No tak! — rzekł Kirkuć, — choćby kapitan wrócił to mu się wytłumaczę.
Kirkuć więc powrócił nazad do mieszkania i splondrowal kąty jego poszukując kassy jego i kosztowności, które chciał zabezpieczyć od zbyt troskliwych policyjnych pieczęci. Kluczów nie miał, ale ciążące na nim obowiązki skłoniły go do poodbijania zamków. Głównie uwagę jego zwracała stara, odrapana szkatułeczka a raczéj skrzyneczka czeczotkowa, któréj kapitan nigdy nie rzucał i z szczególniejszą pilnował troskliwością. Kirkuć myślał, że znajdzie w niéj pieniądze, ale oderwawszy zawiaski, zdumiał się wielce, było tam kilka listów zmiętych i stara miniatura.
— Dalibóg to siostra Julka! — zakrzyknął Kirkuć.
W istocie była to w lepszych czasach zachowana miniatura pięknéj pani Palmer, w stroju dosyć zaniedbanym, z gołąbkiem w rękach, z wieńcem we włosach, w muślinowych obsłonkach, ale tak podobna, a tak wdzięczna.
Cała zachowała się ślicznie, tylko jeden rożek kości słoniowéj jakimś przypadkiem, czy częstem dotykaniem starty i zbrukany widocznie! Miałżeby ją kapitan tak zapalczywie całować. Z drugiéj strony obrazka dopisano sławne owe Franciszka I:

Souvent femme varie
Bien fol qui s’y fie.

— E! to chyba nie Julka, — rzekł nie mocny w francuzczyznie Kirkuć, — to jakaś Quisyfija! coś pogańskiego! może jaka bogini, ale dziwnież do niéj podobna! nawet ma pieprzyk na szyi!
W téj tak starannie strzeżonéj szkatułce nie było nic więcéj.
Pieniądze znalazł dopiero Kirkuć przepatrując garderobę, zręcznie i z dowcipem w brudną chustkę zawinięte i wetknięte w szufladę komody miedzy różne stare rupiecie. Summa była nawet dosyć znaczna i p. Mateusz osądził, że najlepszém dla niéj schowaniem będzie jego kieszeń. Niespodziewając się już nic więcéj, bo przy groszu były niektóre jeszcze kosztowniejsze klejnociki, świeżo ponabywane w różnych ekspedycjach przez kapitana, Kirkuć pozamykał znowu i poszedł w miasto.
Ale tak mało znał stosunki i obyczaje kapitana, który z wyjątkiem rzadkich w domu przyjęć, życie wiódł pełne tajemnic, że oprócz głównych traktjerów, kawiarni, winiarni i gastronomij, nie wiedział gdzie iść za nim. Gdziekolwiek zaszedł, zbywano go ruszeniem ramion, tak, że w końcu znużony Kirkuć widział się zmuszonym pójść do policji, gdzie się nic nie dopytał, ale złożył raport o zniknieniu przyjaciela. Że właśnie w tym czasie parę ciał wyrzuciła Wisła, Kirkuć został wezwany do poznawania w nich kapitana Pluty, ale to mu taką robiło przykrość, że unikając dalszych tego rodzaju ekspedycji, główną kwaterę obrał sobie pod Gwiazdką i tam całe dnie przepędzał, usiłując skłonić Justysię, aby nim się interesa familijne obojga urządzą, porzuciła bawarją, a przeniosła się pod jego opiekę; na co ona jednak śmiejąc się do rozpuku, zgodzić się nie chciała.
Pieniądze odziedziczone po kapitanie trochę ciążyły p. Mateuszowi, który nie przywykły był do depozytów, a że tam w nich cóś było i jego własności, począł od windykowania naprzód jéj, potém tytułem pożyczki brał z sukcesji, obiecując to oddać ze swéj pensji.
Życie było szczęśliwe i błogie, jak nigdy, gdyby go nie zatruwała idea powrotu Pluty, zawsze grożąca, ale powoli, gdy dzień za dniem nie zjawiał się, Kirkuć wmówił w siebie, że musiał być porwań żywcem, nie do nieba wszakże, i że ostatecznie djabli go sobie wzięli.
Skutkiem tych uwag zdrowych, począł Kirkuć rozumować, że Pluta prawdopodobnie bliższego nad niego sukcesora miéć nie mógł.
— Kochał się w mojéj siostrze! to czysta rzecz, że komuż jeśli nie mnie powinno się to dostać, co miał?
Rozporządził więc częścią garderoby, wódką, cygarami i innemi drobnostkami, a kapitału postanowił użyć na zabezpieczenie sobie spokojnego życia na jakiś przeciąg czasu. Oddał więc znaczniejszą część jego do schowania pannie Justynie, która zbiegiem szczególnych okoliczności, wraz z markierem sąsiedniego billardu, wybrała się w podróż do Kurlandji, zapomniawszy Kirkuciowi zwrócić depozytu. Nagły wyjazd w interesach familijnych, bardzo pilnych, poniekąd to usprawiedliwiał.
Kirkuć uczuł mocno to roztargnięcie Justysi, a może nie szło mu tyle o podły kruszec, ile o śliczne jéj oczy i buzię różową. Został tedy p. Mateusz z dosyć szczupłym zapasem i obowiązany był, aby ją próżno móle nie jadły, sprzedać garderobę i sprzęt kapitana, z ostatkiem chroniąc się do skromnego zajazdu przy ulicy Gęsiéj, gdzie najął skromny przytułek za czterdzieści groszy dziennie.
Życie jego, które czas jakiś biegło strumieniem złotym i purpurowym rozkoszy, teraz smutniejszy przybrało pozór. Szczęściem przypomniał sobie siostrę i otucha wstąpiła w serce jego; pospieszył do drzwi jéj zakołatać.
Bzurski przyjął go, z góry nań spojrzawszy i odmówił zameldowania.
— Proszę mi powiedziéć czego Wasan chcesz? — spytał dumnie, — pani Jenerałowa nie zwykła lada kogo przyjmować?
Kirkuć był pstro, ale dosyć jeszcze przyzwoicie ubrany.
— Bądź pan łaskaw oznajmić pani tylko moje nazwisko, Mateusz Kirkuć, Kirkuć, a już pani Jenerałowa będzie wiedziała o co chodzi.
Bzurski nie bez mruczenia i oporu, plunąwszy w sposób, który można było sobie tłómaczyć bardzo różnie, poszedł, zabawił chwilę i powrócił, dodając, że jenerałowa nie może przyjąć p. Kirkucia, a życzy mu, aby się udał do p. Oktawa Pobrackiego, który się jéj interesami zajmuje i ma swój dom przy ulicy Żelaznéj.
Tak odprawiony p. Mateusz powlókł się na ulicę Żelazną i za czwartym razem otrzymał od służącego jak Cerber pilnującego pokoju swojego pana, obietnicę, że w piątek o godzinie pół do pierwszéj otrzymać może audjencją.
W piątek p. Kirkuć przyszedł o saméj dwunastéj, przypomniano mu, że oznaczona godzina jeszcze nie wybiła, a że nie było gdzie czekać chyba w dziedzińcu, zaszedł na chwilkę do sąsiedniéj bawarji, z powodu napisu uderzającego:

Piwo owsiane;

dawno bowiem nie pił tego rodzaju, niegdyś wielce popularnego dla tego, że wyrywaniem korków czyniło złudzenie i przypomnienie szampana. Tu napiwszy się, zagawędził nieco o różnych gatunkach piw i gdy tę zajmującą skończył rozprawę, a do p. Pobrackiego drzwi powrócił, było już trzy kwadranse na pierwszą i audjencja musiała być odłożoną do wtorku. Widząc, że nie przelewki, we wtorek stał Kirkuć podedrzwiami i dostał się do gabinetu prawnika.
Miejsce to było nacechowane tą dystynkcją jaką się odznaczała jego osoba. Był to pokój dosyć obszerny, czysty, jasny i bardzo po prostu, ale smakownie przybrany. W pośrodku wielkie bióro mahoniowe z systematycznie ułożonemi na niém papierami, kałamarzem, pieczęciami i wszelkim do pisania przyborem. Na górnéj jego półce piękny hebanowy krucyfiks oznaczał zarazem orthodoksją prawnika i poszanowanie jakie klienci winni byli dla miejsca.
Daléj była szafa z przepysznie oprawnemi księgami, gdzie biblja stała obok kanonów, pandektów, kodeksu Napoleona i mnóstwa praw wszelkiéj barwy. Na szczycie bibljoteczki téj był biust Solona i Napoleona I. Nie liczę foteli i kanapek zieloną skórą pokrytych, dodam tylko portret gospodarza w pysznych ramach, wystawionego z księgami, piórami, w zadumaniu nad popiersiem Lykurga, jakby nowe miał tworzyć prawa, i piękny obraz Chrystusa u słupa.
P. Pobracki, który zwykł był przyjmować stojąc i nie prosząc siedziéć, ukazał mu się oparty jedną ręką o bióro, z drugą założoną za surdut szczelnie zapięty, w postawie w jakiéj na teatrze zwykli artyści z prowincji przedstawiać książąt i ministrów. Nic mu nie brakło prócz gwiazdy na szerokiéj piersi.
Kirkuć mnąc oburącz kapelusz, z uśmiechem zbliżył się do Pobrackiego, którego Pluta jak sobie przypominamy dosyć lekko traktował, chcąc od razu uchwycić ton poufały, ale surowe oblicze prawnika, olimpijskie brwi zmarszczenie zmieszało go.
— Mateusz Kirkuć! — wybąknął kłaniając się.
— Pan masz interes jaki?
— Pani jenerałowa Palmer mnie tu skierowała.
— A tak! jakieś dalekie pokrewieństwo.
— Rodzony brat panie dobrodzieju...
Pobracki się uśmiechnął.
— Słyszałem już o tém, ale cóż pan chcesz?
— Pan wie, że kapitan Pluta, mój dobry przyjaciel i opiekun, znikł i wpadł jak w wodę, rzeczywiście, nie można wiedziéć co się z nim stało; ja tedy, skutkiem tego nieszczęścia, zostałem o kiju.
— Ale cóż to obchodzi jenerałową, proszę pana? — podchwycił Pobracki.
— Ja tylko żądam mojéj pensyjki.
— Jakiéj? — spytał Pobracki.
— Téj, o którąśmy się umówili....
— Umówili! umowa była czasowa, siłą i przemocą wymożona! cóż to za umowa! Pan sam wiész, że to była prosta chwilowa łaska jenerałowéj, która do niczego ją nie obowiązuje.
— A cóż ja pocznę?
— A co inni ludzie robią? — odrzekł surowo prawnik, — idą i pracują, a nie są ciężarem rodzinie. Upadam do nóg.
Kirkuć przestraszony zatrzymał się.
— Ale na miłość Bożą, proszę, ja z głodu umrzéć mogę, panie dobrodzieju.
— Chcesz pan na wieś jechać? — spytał Pobracki.
Kirkuć, którego już nic do miasta nie wiązało, westchnął i łza mu się w oku zakręciła.
— Oj! nie ma Pluty, — rzekł po cichu, — nie ma Pluty! ha! pojadę na wieś, bylem miał utrzymanie przyzwoite, bo co się tycze pracy, proszę pana, — dodał z dumą, — mam tyle szlachetności charakteru, że mnie do niéj nawet ostatnia nędza skłonić nie może, to darmo. Szlachetne imie, które noszę, nie dopuszcza....
— Wybierz się pan, — przerwał Pobracki, i jutro rano pojedziesz w Lubelskie.
Na tém audjencja zamkniętą została.
Smutny i znękany, jak gdy go pierwszy raz Pluta spotkał w Garwolinie, p. Mateusz wyszedł, ocierając łzy z oczów, z domku przy ulicy Żelaznéj. Spojrzał do koła po czerwieniejących szyldach bawarji, po tym bruku wykoszlawionym, który tylekroć jego krok niepewny w stanowczych życia chwilach, tak dobrze tłumaczył swą nierównością, po ulubionéj Warszawie, którą miał pożegnać, by się zagrzebać w lichéj gdzieś oficynie przy opustoszałym dworze, i serce uciśnione ozwało się zeń westchnieniem ogromném.
— Bądźże zdrowa Warszawko kochanie, — rzekł, — i wszystkie marności światowe, które zawsze prędzéj późniéj opuścić potrzeba. O! Pluto! Pluto! po cóżeś się narażał na niebezpieczeństwo, aby mnie osierocić!!
Skołatany wszedł do swojego zajazdu, w chwili, gdy w nim imie jego odbijało się właśnie, kilka razy głośno powtórzone w dziedzińcu. Odarty jakiś mężczyzna, mający pozór stróża kamienicznego, dopytywał się o p. Mateusza Kirkucia.
— Co to jest? co to jest? Kirkuć to ja! — zawołał nadbiegając.
— To właśnie kartka do wielmożnego pana, — rzekł stróż, i podał świstek papieru jakby wydarty z książki, na którym stało coś wielkiemi literami wypisane.
Kirkuć z daleka poznał podpis kapitana i rzucił się na kartkę z chciwością, ale rozmyśliwszy się i dawszy dziesięć groszy na piwo, wziął ją czytać do swojéj stancyjki na górę.
Już odchodził gdy posłaniec go wstrzymał.
— Gdzie znowu dziesięć groszy! — rzekł, — to i złoty mało, ledwie się dopytałem o pana.
— A zkądże kartkę wziąłeś?....
— A to cała historja! — odparł stróż, — chodźmyno gdzie do izby, to ja panu opowiem.
Poszli tedy i tu dopiero otarłszy z potu uznojone czoło, stróż po cichu rozpoczął powieść swoją.
— Było to tak, proszę pana, ja jestem stróżem, już blisko rok na św. Marcin, u p. Wierzbickiego na Starém Mieście, obok kamienicy p. Wydyma. Otóż ja tam na tyłach kamienicy czasem zamiatam, względem tego, że niektórzy niesforni lokatorowie wyrzucają śmiecie przez okna, szczególnie kucharki, co się lenią wyjść nawet na dziedziniec do śmietnika. O! bo to już te kucharki, to powiadam panu! tylko wisiéć....
— Ale cóż? przerwał niecierpliwie Kirkuć.
— No, otóż zaraz powiem. Gdy ja wczoraj zamiatałem, patrzę, nieopodal od domu Wydyma leży na ziemi kartka, a że papier to zawsze może być co ważnego, podjąłem. A tuż i mały Wierzbicki, co do klas chodzi, przylatuje, czyta i mówi: — O! ho! to ważny interes! oddaj kartkę podług podpisu, to ci się dobrze dostanie na piwo. Myślę sobie: może i prawda, idę do hotelu pytać o pana, mówią, iż rzeczywiście był taki a taki pan, ale się wyniósł. Gdzie, jak, dopieroż ja pytać, i aż tu przyszedłem.
Kirkuć dobył złotówkę, odprawił stróża, który jeszczeby był więcéj pragnął i siadł czytać.
Jeżeli w pisaniu nie był mocny p. Mateusz, to w czytaniu z pisanego doświadczał niekiedy nieprzełamanych trudności; w dodatku kartka była szkaradnie pisana, jakby węglem, i w części zamazana, ale wziąwszy się do niéj usilnie, Kirkuć wyczytał nieco, domyślając się ubyłych głosek, tego co następuje:
„Mateuszu, przyjacielu! w tobie jednym pokładam nadzieję, spełniła się nademną najokropniejsza zemsta i zdrada, zbrodnia okropna. Siedzę zamknięty siłą, gwałtem, przemocą w lochu ciemnym, nie przez sąd, nie przez urząd skazany, ale podłéj zemsty sprawą. Ratuj mnie! Kartkę tę wyrzucam przez okno lochu, do którego z niebezpieczeństwem życia ledwie wdrapać się mogę, nie wiem nawet nazwiska domu, leży na starém mieście. Właściciel dawny wojskowy, o jednéj nodze. Uwiadom rząd, rób co tylko można, bo z głodu i nędzy zdycham.... Jeżeli ci Bóg miły, porusz wszystko, pieniądze znajdziesz w szufladzie....“
Gdyby był Pluta o pieniądzach nie wspominał? Kirkuć nadszedłszy na to, stanął, zamyślił się i daléj nie czytając, zadumał.
— O! to jakaś brzydka historja! — rzekł, — zemsta! loch! a nuż i mnie się dostanie, czy ja mam obowiązek koniecznie się w to mięszać! A potém, nuż się upomni o pieniądze!
Z drugiéj strony, myśl o wygnaniu na wieś, nadzieja, że powrót Pluty mógł mu dopomódz do dalszego pobytu w kochaném miasteczku, rzuciły go w rozmysły i niepewność.
Chciał wielce dopomódz kapitanowi, ale miarkował, że ta potęga, która go rzuciła do lochu, mogła i jego dosięgnąć, a więzienia bardziéj się jeszcze lękał, niż wygnania na wieś; mógłże on słaby Kirkuć, zaczepiać tę tajemniczą władzę? Wreszcie, gdyby uwolnił Plotę, a ten się u niego upomniał o grosz, który jenerałówna tak nieopatrznie do Kurlandji z sobą wywiozła?
Kirkuć myśląc o tém, rozczulił się i niemal rozpłakał, brak mu było opieki kapitana, ale i powrotu jego się lękał, schował papiér do kieszeni mocno przejęty i wzruszony, ale nic nie postanowił jeszcze. Zadzwonił o butelkę piwa i dobywszy jéj, mocno potrząsając głową nad znikomością rzeczy ludzkich, długi do siebie samego wystosował monolog, przerywany zaglądaniem do szklanki.
— Cóż ja mizerny temu człowiekowi dopomódz mogę? — mówił zakładając ręce, — ja? zaczepię biedę i sam tylko wpadnę gdzieś do lochu. Już ci, co tak głęboko taką Matedorę jak on zapakować umieli, nie muszą to być ludzie bezsilni i lada co! Nie mnie to ważyć się z niemi i zaczepiać taką potęgę!!
Rozmyśl się kochanku, poradź się serca, niech cię przyjaźń nie unosi i serce nie prowadzi do skręcenia karku! To są jakieś wielkie i straszne tajemnice.... z tém nie ma co żartować. Kirkuć, tyś nazbyt czuły i poświęcający się, nie zmięknij abyś nie przepadł, bo powiedziano jest....
Tu mu się urwało.
— Co powiedziano jest? — zapytał sam siebie, — powiedziano jest: głupim nie będziesz, a kiedyś już stworzony z delikatném sercem i słabą głową, radźże się drugich i szukaj rozumu.
Tu Kirkuć skoczył z krzesła i uderzył się w czoło.
— Muszę się poradzić Pętelki.
Pętelka był dla Kirkucia tajemniczym symbolem mądrości ludzkiéj, każde jego wstrząśnienie głową, każdy ruch, był dlań czémś niezrównanie doskonałém i trafném. Kirkuć rozrzewniał się słuchając jak milczał, w jąkaniu jego widział natchnienie niebieskie, w każdym wyrazie szukał ukrytego znaczenia, nie mógł więc do kogo innego pójść po radę, tylko do Pętelki.
Ale gdzie go było szukać.
Nieszczęśliwy niegdyś urzędnik od łapania kontrabandy, jak go zwał p. Mateusz, niesprawiedliwością losu przywiedziony do ostatniéj ostateczności, przemieszkawszy jakiś czas prawie o głodzie w izdebce na poddaszu przy ulicy Złotéj; ztamtąd wygnany, bo nie płacił, musiał się udać aż na Pragę, gdzie u żydka najął sobie trzecią część przepierzonéj izdebki za sumę bajeczną czterdziestu złotych rocznie, z których ledwie dwa z góry opłacił. Przy tym samym domu był ogródek, gdzie się w święta zwłaszcza, niedziele i piękniejsze dnie, zbierało wyższe towarzystwo stolicy, pomocnicy od fryzjerów i chłopcy od cukierników. Pętelka, który przygnieciony od losu, nie wiele odeń wymagał, wychodził do ogródka, tu stawał na przesmyku i prawie codzień umiał sobie wynaléźć przyjaciela, który go na coś zaprosił.
A że talenta nigdy nie idą marnie, talent téż go w téj złéj doli ratował. Nieszczęśliwy w karty Pętelka, grał w billard jak ten, co to się kijem dorobił ministerstwa za Ludwika XIV, ale cóż? Jak Volter, co się więcéj szczycił matematyką, któréj nie umiał, niż poezją, która mu płynęła z za rękawa, Pętelka dotąd gardził billardem i był dlań niewdzięcznym.
Tu dopiero na tém pragskiém wygnaniu poznał, że przeznaczenie nie darmo go uczyniło billardzistą tak doskonałym, nie było bowiem dnia, żeby kilka złotych nie wygrał; a były dnie, w których czysty zarobek dochodził do kilkunastu. To go postawiło na nogach, to go wstrzymało na Pradze, gdzie talent ocenić umiano.
Zaczęła nawet stugębna sława roznosić wieści o niepokonanym staruszku, który robił takie bile, o jakich się nikomu ani śniło.
Pętelka kruszyneczkę tyć i cery nabierać zaczął, a raz rzuciwszy Warszawę niewdzięczną, cały przylgnął do poczciwéj Pragi.
Kirkuć, który był przyjacielem rozkoszy ogródkowych i zwiedzał często ustronia tego rodzaju, szukając tęższego piwa i czulszego serca, niż te, na jakie trafiał w stolicy, spotkał się z Pętelką na Pradze i dowiedział o jego historji. Do łez go poruszyła niewdzięczność losu, który tak rozumnego, tak obdarzonego człowieka, dla tego tylko, że mówić nie umiał, zepchnął do mizernéj izdebki na Pragę, ale cóż było radzić na to? trzeba się było poddać żelaznemu przeznaczeniu.
Powiedziawszy sobie, że powinien był poradzić się Pętelki, Kirkuć pochwycił czapkę i kij, i nie myśląc o zbyt kosztownéj dorożce, puścił się na Pragę. Kawał ci to drogi! ale Kirkuć przejęty wypadkiem, który spotkał kapitana, obawą o swą skórę obarczony, nie postrzegł się jak przez most przebiegł, jak po wybitym bruku przesunął się, i do ogródka owego dopadł niespokojny.
W ogródku, oprócz jednéj panny z Warszawy i dwóch z nią kawalerów, nie było nikogo; przy bilarze dumał sparty na kiju Pętelka, któremu tego dnia jakoś nie poszło, nie miał z kim zagrać ani razu.
Kirkuć nie ostrzegłszy go, rzucił mu się na szyję.
— Przyjacielu! przecież cię znajduję!
— A! p. Mateusz tego.... cieszę się tego....
— Z interesem, z ogromnym interesem, — dodał śpiesznie Kirkuć, — chodź na ulicę, bo tu mury i ściany maja uszy, a rzecz jest strasznéj wagi.
Pętelka westchnął, wynalazł nie swoja czapkę i niby przechadzając się, wyszli aż nad Wisłę. Tu Kirkuć dobył kartkę i uroczyście podał ją Pętelce, który chciwie w nią wlepił oczy.
— Ha! a co? — rzekł, — co tu robić.
Pętelka milczał i dumał długo, ruszył ramionami, splunął i wyrzekł poważnie:
— No! to tego....
— Ja wiem, — przerwał Mateusz, — ale jak? ale co?
— Czekajże! Jeżeli tego, to te, a może i nie tego, to....
— Mów, proszę cię, trochę jaśniéj; czy mogę ja co robić? czy ja tu co poradzę? czy się to jeszcze i na moich plecach nie skrupi. To jakaś szkaradna historja; nuż ja w to palce umoczę.
— I tego! — dodał potakując Pętelka.
— Tak jest, cudownie mówisz — i tego! Szkoda mi, Bóg widzi, kapitana, ale....
— Ale kapitan sam tego, — odrzekł Pętelka, — co tu długo gadać, a po co tego? a na co tego, toby tego nie było!
Kirkuć pokiwał głową.
— Otóż to, — rzekł, — kiedy się rozumnego poradzisz człowieka, zaraz rzecz jaśniéj się przedstawia. Wypijesz butelkę piwa?
— Nie od tego, owszem.
— Ale taki szkoda kapitana! — westchnął p. Mateusz, — tylko my podobno go nie ocalimy, trzeba po nim requiem odśpiewać!!
Przy piwie mocniéj jeszcze przekonali się oba, że byłoby szaleństwem poczynać coś z takiém narażeniem się, nie mając najmniejszéj nadziei dokazania. Pętelka jednak pił zamyślony, stukał palcami po stoliku, bił się po czole i zdawał mocno przejęty, na co Kirkuć z uszanowaniem dla jeniuszu, spoglądał z rodzajem rozczulenia.
— Pokażno mi jeszcze tego, niech odczytam, — rzekł po chwili Pętelka.
Kirkuć dobył pospiesznie kartkę i oddał mu ją, a Pętelka z uwagą przesylabizowawszy, zwrócił w milczeniu.
— To już wiem, — rzekł, — gdzie on siedzi.
P. Mateusz porwał się jak oparzony.
— Wiesz?? ty wiesz.
— Wiem, bo jeden jest tylko człowiek bez nogi, co ma dom na Starém mieście, dawny wojskowy.... oho! ja go znam, to tego.
— To musi być niebezpieczny człowiek, kiedy mógł kapitana ułowić.
Pętelka nic nie odpowiedział, właściwie nie bardzo znał dobrze Wydyma, a nigdy nie zwykł był mówić o tém, czego nie wiedział.
— Więc cóż? — zapytał Kirkuć.
— No — nic, jutro będę w Warszawie, zobaczemy, — odparł Pętelka i więcéj już z siebie ani słowa nie dał dobyć.
W domu pani jenerałowéj Palmer cicho było jak w grobie, smutno jak na cmentarzu, pusto jak u drzwi więzienia, ale życie płynęło swoim trybem, na pozór, i nic się nie zmieniło w powierzchownéj formie jego.
Dom ten opuszczony przez wszystkich prawie, którzy się doń niedawno natarczywie dobijali, stał jakby w oczekiwaniu nieuchronnéj odmiany losu, którą trochę doświadczeńsi ludzie, wśród najtwardszych okoliczności, przewidują, bo wiedzą, że nic nie ma trwałego na świecie, a u nas usposobienia społeczeństwa najsrożéj się nawet objawiające, nie długo wytrzymują, gdy się im ofiara nie poddaje. Jenerałowa téż, czy to z porady wiernych jéj przyjaciół, czy z własnego instynktu, umiała twarzą pogodną obracać się do najprzykrzejszych losu przewrotów. Ile cierpiała w ciszy, ile łez wylała gdy jéj nikt nie widział, jak złorzeczyła losowi i zgrzytała na niewdzięcznych, — tego się tylko panna Adelaida i Bzurski, w coraz z sobą poufalszych stosunkach zostająca para, domyślać mogli — świat o tém nie wiedział. A gdy w paradnych sukniach, w pięknéj karecie, ukazała się miastu z twarzą pogodną, zawsze jedną i zawsze przedziwną dystynkcją nacechowaną, gdy klękła w kościele w czasie mszy arystokratycznéj u Kapucynów, któréj nigdy nie opuszczała; gdy spełniała swe obowiązki po szpitalach i ochronach, była tą samą wielką panią, jaką ją przed rokiem widywano, i nic w niéj nie znamionowało, że w sercu krwawą nosiła ranę.
W osamotnieniu, w jakiém ją świat zostawił, tylko doktór Mazzini, którego nie wiem już czy sobie czytelnicy moi przypominają, wielki doktór Mazzini, co choroby pierwszego piętra tylko leczyć raczył, i prawnik Pobracki, odwiedzali pustelnicę. Oprócz tego dyrektor sumienia duchowny, dwie przyjaciołki ze wsi przybyłe i plotkom nie wierzące, całe jéj kółko składali.
Baron Dunder kłaniał się jéj niezmiernie nisko i z uśmiechem w róże i fijołki ugarnirowanym w ulicy, zostawiał u jéj drzwi bilet, gdy był pewny, że w domu nie zastanie, ale się tak urządzał, aby się zawsze z nią rozmijać.
Może doktór Mazzini, wielki purysta i nie łatwy do wyciągnienia, gdyż klientów miał więcéj niż mu było potrzeba, byłby poprzestał odwiedzin u jenerałowéj, ale go podeszła bardzo zręcznie, podnosząc cenę wizyt, a trzeba wiedziéć, że lubił być wynagradzanym przyzwoicie, nie dla tego podłego grosza, o który nie dbał, jak powiadał, ale jedynie, że znak ten, cenę jaką do jego nauki przywiązywano dowodził.
Oddajmy tu sprawiedliwość szlachetności charakteru Pobrackiego, że jakkolwiek oswojony bliżéj od innych z przykremi okolicznościami życiu i losów p. Palmer, choć mógł znaleźć powody odstąpienia jéj, wyższą miał miłość chrześciańską i wyrozumiałość nad pospolite przesądy i wstręty. Opłacany sowicie, przyjmowany serdecznie, któż wié jakie tam skryte mógł robić projektu? jakie tworzył plany? czy zresztą, jak tam sobie wyrozumował swe postępowanie, dosyć, że nie uszedł z placu.
Nazajutrz po wypadku nieszczęśliwym z kapitanem Plutą, p. Oktaw Pobracki, przed którym nawet Bzurski i Adelajda pokornie i uniżenie się kłaniali, tak im swą powagą imponował, wszedł cicho i dyskretnie do salonu, rozkazując oznajmić p. Palmer, że jest na jéj usługi.
Niedługo kazawszy na siebie czekać, w czarnéj morowéj sukni, we włosach gładko tylko przyczesanych, zawsze jeszcze piękna i dbająca o to by się nią okazać, wsunęła się po cichu jenerałowa do salonu. Szelest cichy jéj sukni, zbudził z zadumy prawnika, który powstał na palcach i z wielką żywością przyszedł pulchną jéj uścisnąć rączkę, pytając o szanowne zdrowie.
— Jak się mam, nie pytaj pan doprawdy, — odparła siadając i dłoń przeciągając po czole p. Palmer, — cóż chcesz? jestem zdrowa.... a w chorobę duszy któż uwierzy?
— O! pani, — rzekł czuléj niżby przystało na prawnika Pobracki, — o! pani, w istocie, ja przynajmniéj, któregoś wtajemniczyć raczyła, mam prawo pojąć i współczuć z tém jéj cierpieniem.
— Gdyby nie modlitwa, gdyby nie spokój wewnętrzny....
— Balsam dla duszy, modlitwa! — pochwycił składając ręce Pobracki, — a! pani, ileż razy pokrzepiającéj siły jéj doznałem.
Spojrzeli sobie w oczy i serjo mówili daléj.
— Nic nowego? — zapytała kobieta.
— Owszem, — rzekł uśmiechając się prawnik, — jest niby maleńka nowość. Bóg nareszcie krzywd ludzkich się pomścił na tym niegodziwym Plucie!
— Umarł? — porywając się nagle cała wzruszona zawołała Palmerowa, — umarł! Ale wnet chwytając się na niedorzecznym objawie radości, siadła i bardzo spokojnie dodała: — Jakto?
— Nie umarł jeszcze, — rzekł z niedostrzeżonym uśmiechem Pobracki, — ale zdaje mi się, że przestanie nam być szkodliwym. Jest to historja prawie nie do wiary w dzisiejszych czasach, ale za któréj prawdę ręczyć mogę. Jak wielu innym, dokuczył on krewnemu mojemu, najzacniejszemu człowiekowi, trochę tylko za żywego charakteru, niejakiemu p. Zeżdze, który już dawniéj pomścił się był trochę na kapitanie. Spotkali się tu znowu, wypadkiem opowiedziałem mu wszystkie zbrodnie tego człowieka. Zeżga, który jest prawdziwym Don-Kiszotem naszych czasów, uwziął się to zrobić, czego sprawiedliwość nie dokazała. W téj chwili Pluta siedzi zamknięty w lochu na chlebie i wodzie.
— A! niechże go nie puszczają! — zakrzyknęła jenerałowa żywo.
— Chybaby się cudem wymknął, bo Zeżga dobrał sobie towarzysza dobrego i pewnie schwytawszy go raz, nie tak prędko na swobodę oddadzą.
P. Palmer drżała słuchając i nie umiała się ukryć z wrażeniem jakie to na niéj czyniło, oczy jéj połyskiwały; postrzegła jednak, że ten wyraz zemsty nasyconéj, mógł niekorzystnie być oceniony przez Pobrackiego, i spuszczając oczy westchnęła:
— Gdyby mu Bóg, — rzekła, — dał przynajmniéj opamiętanie.
— Życzę mu tego z serca, — rzekł Oktaw.
— Ale on się wymknie, to tak zręczny człowiek, — zawołała jenerałowa.
— Wątpię, — przerwał prawnik, — ci co go wsadzili, nie łatwo go puszczą, a stary hulaka może tam łatwo zamrzéć z głodu, chłodu i nędzy, a co gorzéj w osamotnieniu i moralnym ucisku, do których nie przywykł.
— Trzebaby jednak starać się o jego nawrócenie! — dodała grając swą rolę jenerałowa.
Pobracki tylko westchnął, oczy podniósł do góry, ręce złożył i nic już nie odpowiedział, aż po chwili.
— Może tam promyk łaski zstąpić na niego.
— Szczerze modlić się o to będę.
— I ja westchnę na tę intencję.
— Ale to dziwna historja.
Długie dość potém panowało milczenie.
— Nie dowiedziałeś się pan nic o téj biednéj dziewczynie sierocie, któréjbym los jakiś zapewnić chciała? — odezwała się bardzo nieśmiało jenerałowa, — jest to dziecię kobiety, którą kochałam bardzo, ten niegodziwy człowiek wymyślił potwarz z tego powodu.
— A! pani, czyż mu się dziwować można? wzdychając rzekł Pobracki.
— Wiesz pan co o niéj?
— Trochę, — odpowiedział przysuwając się mężczyzna, niby nie umyślnie, tak jednak, że suknia jenerałowéj otarła się o jego nogi i niby téż przez dystrakcją po malutku dążąc do pochwycenia białéj rączki, która się nie cofnęła, i zimna, sucha spoczęła w jego dłoni, jakby nie wiedząc o sobie.
— To dziecie biedne, staraniem Pluty, odebrała z domu Narębskich jakaś kobieta, nie ciekawéj sławy, przeszłości bardzo smutnéj, — dostało się w złe ręce, nieszczęściem, ale Narębski, który się do niéj przywiązał, czuwa nad nią.
— Jabym dla dobra tego dziecięcia, — odezwała się jenerałowa nieśmiało, cicho i może nieco ściskając dłoń prawnika, — jabym pragnęła je oddalić, zapewniając mu los....
— Wierz mi pani, — dorzucił z dziwnym zapałem Pobracki, — że się z serca i na ślepo przyłożę do spełnienia wszelkich jéj życzeń, nie pytam, nie chcę wiedziéć o powodach, czuję, że serce tak czyste i pełne anielskiéj dobroci, nie może miéć innych nad święte i błogosławione.
W tém miejscu rozmowa zaczęła być coraz cichszą, zbliżyli się bardzo do siebie, a prawnik tak jakoś stracił głowę, że po krótkiéj chwili, w któréj interesa ważniejsze ukończyły się zapewne z zadowoleniem stron obu, przykląkł przed marmurową kobietą, która ani zadrżała.
Ta dziwna zmiana roli doradzcy na pacjenta, nie zmieszała ją, przypomniała dawne dzieje, nie rozgniewała wcale, uśmiech tylko, jak wiaterek wiosenny, przebiegł po ustach smutnie zaciśnionych, obejrzała się bacznie.
— Wstań pan, — rzekła, — mówmy rozumnie.
— A! pani! przynajmniéj ja w téj chwili do tego niezdolny jestem.
— Pan się łudzisz, ja jestem stara, ja nie mogę wzbudzić miłości.
— Namiętność.
— Tak, występną i chwilową, serce mam wyschłe od bólów przeszłości, dać go nie mogę, brać go nie warto.
— Pani....
— Słuchaj pan i nie gorsz się, Bóg prędzéj przebaczy szał momentalny, niż występne życie.
I żywo powstała z krzesła, prawnik tak był zmieszany, że zrazu nie zrozumiał dobrze, a rozmyśliwszy się nieco, ośmielił się rękę pochwycić do ust, zbliżyć i korzystając z dystrakcji p. Palmer, złożyć pocałunek gorączkowy na zbladłéj twarzy kobiety.
— A Bóg! a grzech! — szepnęła p. Palmer ostatnim ładunkiem strzelając do nieprzyjaciela.
— Bóg jest pełen miłosierdzia, — z przejęciem wyrzekł p. Oktaw, — a pokuta...
— Nie potrzebuję pana przestrzegać, — rzekła jenerałowa, — że wina wtedy jest nieprzebaczoną dopiero, gdy się staje zgorszeniem.... I położyła palec na ustach.
Pobracki przejęty, rękę przycisnął do serca.
W téjże chwili od sypialnego pokoju czuwająca panna Adelaida, a od przedsieni Bzurski, dostrzegli pocałunku niespodziewanego i oboje z cicha pobiegli korytarzem podzielić się odkryciem.
— Wiesz WPanna, — rzekł Bzurski, — on ją całował.
— A! toś WPan patrzał przez drzwi.
— Jak to i Panna także.
— No! proszę, ktoby się to spodziewał po téj świętéj pani.
— Pobiorą się, zawołała gorąco p. Adelajda.
Bzurski głową potrząsł.
— O nie! — rzekł, — to cóś nie wygląda na małżeństwo.
Oburzona panna służąca, cofnęła się o krok i pogroziwszy kamerdynerowi, który odchodził spokojny i poważny, pobiegła zapewne dopatrzyć resztę sceny, ale p. Pobracki wyjeżdżał, a Jenerałowa kazała zachodzić karecie, głośno prosząc go, aby odwieść mogła do ulicy Żelaznéj. Bzurskiemu pozwolono zostać w domu, gdyż pani tylko małą przejażdżkę dla użycia wieczornego powietrza odbyć chciała.
W kilka dni potém Jenerałowa znalazła się u pani Jordanowéj, gdzieśmy ją na chwilę widzieli, i powtórzyła raz jeszcze swe odwiedziny tajemnicze następnego wieczora. Nie było tą razą nikogo prócz Mani i gospodyni, a pani Palmer wyszedłszy z domu pieszo i nawet bez kamerdynera, co mu się dziwném zdawało, na rogu Ordynackiéj ulicy wzięła dorożkę, osłoniła się woalem i z bijącém sercem przybyła na Wilczą.
Mrok zaczynał padać, Mania siedziała w swoim pokoiku przy fortepianie, grała piosenkę Schubert’a, tę piosnkę rzewną i łzawą, która nosi tytuł Skargi dziewczęcia; cała jéj dusza uciśniona i smętna przeszła w te tony pełne znaczenia i bólu, świat znikł przed nią powoli, zdało się jéj, że była samą, samą jedną, wśród głuchéj ziemi, pod niebem szarém, u brzegu nieskończonego morza, że przeżyła wszystkich i wszystko, że serce jéj nareszcie w przedśmiertnéj piosence pęknąć miało....
I grała a łzy się jéj z oczu toczyły strumieniem i płynęły po twarzyczce, gdy jenerałowa weszła i zapraszana niezmiernie przez Jordanowę, siadła na kanapie.
Dźwięki téj muzyki doszły uszów przybyłéj i powoli twarz jéj zaczęła blednąc, uczucie jakieś dziwne, dręczące, jakby wymówki za popełnioną zbrodnię, mówiło do niéj przez tę pieśń straszną i groźb pełną.
Jakąś chwilę obie pozostały nieme, Jordanowa tylko wpatrując się w twarz przybyłéj mruczała mimowolnie:
— Na uczciwość, taż sama, przysięgłabym, że Julka! wszak i głos i ten pieprzyk na szyi, i ten pieprzyk na szyi...
Jenerałowa była niemą, może nie macierzyńskie uczucie, ale jakiś przestrach ścigający winę, miotał chwilę jéj duszą, ale ostygła wreszcie.
— Może kazać przestać grać? — spytała Jordanowa.
— O! nie! nie! ja mam kilka słów do pomówienia.... Pani wiesz, kilka z nas w mieście ułożyłyśmy sobie poszukiwać ubogich dziewcząt, którychbyśmy losem zająć się mogły i uchronić je od tak, niestety! częstego w mieście zepsucia. Ja właśnie dowiaduje się, że tu pani masz u siebie ubogą krewnę.
— Tak krewnę, ale nie zbyt znowu ubogą, odparła trochę urażona Jordanowa, która się przywiązała była już do Mani i podnieść ją chciała. Ona ma opiekuna, który jéj posażek wyznaczył, któż tam wié zresztą, i ja choć uboga, coś mam.
— Ja uczyniwszy takie wotum, mogłabym także przyłożyć się do wydania jéj za mąż, — cicho dorzuciła jenerałowa.
— Ale ona o tém jeszcze nie myśli.
— Jesteś pani pewna? — spytała z uśmiechem p. Palmer, — my będąc opiekunkami takich sierot, śledzim je pilnie i mogę pani zaręczyć, że jéj kuzynka kocha się, że jéj ulubiony boi się żenić dla własnego ubóstwa.
Jordanowa aż się zerwała.
— A toż co? — zawołała, — gdzie? kto? ja nic nie wiem.
— Ulubiony jest bardzo porządnym i dobrego prowadzenia człowiekiem, dziewczę go kocha, jeśli się nie pobiorą, któż wié jaki koniec czeka ich czyste przywiązanie; występek, grzech, wstyd, niesmak, a potém....
Jordanowa ręce załamała.
— Któż to pani powiedział?
— My wszystko wiemy! — szepnęła tajemniczo kobieta.
Z przestrachem zwróciła na nią oczy gospodyni, cofnęła się z krzesłem.
— W imie moralności i obowiązków chrześcijańskich ofiaruję pani moją pomoc, niech się pobiorą, a za granicą znajdę miejsce i zarobek dla Muszyńskiego; niech wyjadą.
— Ale jak się pobiorą, po cóż mają wyjeżdżać? — spytała Jordanowa.
— Pani nie wiesz czém jest Warszawa.
— A za granicąż to lepiéj?
— Zresztą, — odparła nieco spiesząc omyłkę poprawić jenerałowa, — ja to powiedziałam tylko dla tego, że mi łatwiéj tam Muszyńskiemu zapewnić swobodne życie.
— Ależ ona ma opiekuna, — odezwała się tracąc głowę Jordanowa.
— Tak, ale ani pani, ani opiekun jéj, — ciszej rzuciła p. Palmer, nie ocalicie jéj tu, w kraju, od zabiegów, o których ja wiem, od zabiegów człowieka starego, możnego, gotowego wszystko poświęcić dla nasycenia niegodziwéj namiętności.
Jordanowa oczy zakryła.
— On ją ledwie raz widział...
— Nie raz i nie dziesięć, bo my wiemy wszystko, — dorzuciła p. Palmer z tajemniczością inkwizytora, — my wiemy wszystko, my wiemy kto jest ten człowiek, jak potężny w złém, jak niebezpieczny, gdy roznamiętniony.
Jordanowa była w największym kłopocie, strachu, niepewności, szczęściem dla niéj Mania, która nie wiedziała o niczém, przestawszy grać wbiegła śpiewając, ale już wesoło i ochoczo, otarłszy łezki w progu, ujrzawszy tę surową, nieznaną postać, stanęła jak wryta.
— A! — chciała się wycofać.
— Chodźże, chodź; zawołała gospodyni.
Dziewczę zmieszane wsunęło się uśmiechnięte, a wyraz anielski téj twarzyczki byłby na ukutym z żelaza człowieku zrobił wrażenie. Jenerałowa pobladła, niedostrzeżone oczom ludzkim drżenie przebiegło ją całą.
— To moja kuzynka właśnie....
Byłaby się wygadała wdowa, gdyby surowy błysk oczów p. Palmer, nie powstrzymał słów na jéj ustach....
W sercu takiéj matki, do któréj własne dziecię wychowane przez obcych, zaparte i osierocone przychodzi nie znane nagle, po latach zapomnienia, trzebaby być, aby pojąć, jakiem zabiło uczuciem. Malować go nie będziemy, odgadnąć nie potrafim, ale są piersi, w których rozpacz, zepsucie, obłuda wypaliły fibry coby w niém zadrgać mogły, są piersi z marmuru i dusze z granitu, są matki skazane przez naturę na bezdzietność brakiem uczucia co macierzyństwo stanowi, są monstra w świecie moralnym, choć twarze ich śmieją się spokojem cnoty i chłodem rezygnacji, a taką może była jenerałowa.
Jednak we wzroku jéj niepewno, nieśmiało skierowanym na wesołą twarz dzieweczki, było coś mglistego, jakby gniew bezsilny, jakby szał bezwiedny, jakby uczucie co niema imienia, bo przechodzi między dworna bryłami lodu i zastygnienia brudną strugą, któréj nikt rozbierać nie chce.
Jenerałowa mimo przytomności towarzyszącéj jéj wszędzie, nie wiedziała co mówić, zaczynała, wahała się, mieszała.
— Panienka, dawno w Warszawie? — spytała wreszcie.
— Ja pani? o! bardzo niedawno, żyłam na wsi.
— I podobała się Warszawa?
— Nie, pani.
— Jakto? — przerwała Jordanowa żywo, bo jéj serce zabiło — czyż ci tu źle?
— O! nie moja stryjeneczko, ale człowiek przywyka do wszystkiego.
— Więc opuściłabyś pani miasto bez żalu?
— Nie wiem.
— Dla czego?
— Bom i tu serca znalazła, bo i tu mam moich kochanych.
I mimowolnie na jakieś przypomnienie zarumieniła się. Jenerałowa rzuciła okiem na gospodynię.
— Ale dla czegóż miałabym Warszawę opuszczać? — spytała Mania.
— A gdyby z kim kochanym? — szepnęła nieznajoma.
Dziewczę strwożyło się i spojrzało na przybraną stryjenkę, od niejakiego czasu tak dziwnym ulegało losom, że przestrach ją ogarnął.
— O! nie! nie! — z łezką na oku odparła żywo po chwili, — na cóż mam nowych szukać losów, człowiekowi lżéj z jedném cierpieniem, a nowe życie, to tylko boleść nowa.
Dźwięk jéj mowy, blask jéj oczów, rozczulił nawet zimno malowaną Jordanowę, która przybiegła ją uścisnąć gorąco i rzewnie, biorąc tę czułość dla siebie, ale jenerałowa pozostała wyprostowaną i sztywną na kanapie, i podniosła tylko oczy na sufit obojętnie.
— To się tak mówi na żart, — rzekła, — przepraszam.
Mania spuściła oczy nie rada, że żart wzięła zbyt poważnie, ale w duszy jéj pozostał jakiś instynktowy niepokój.
I długa była chwila milczenia, namysłu.
— Moja panienko, — odezwała się wreszcie wielka pani, przysuwając nieco do dziewczęcia, — wiesz lub nie wiesz może, iż w Warszawie są duchowne i świeckie osoby, z powodów czysto religijnych i moralnych czuwające skrycie nad sierotami.
Mania zdziwiona podniosła główkę.
— Ja mam szczęście należéć do nich, wiem nieco twoją historyę, przychodzę tu by cię oświecić i ratować!
— Ratować! — zbladła krzyknęła dzieweczka, — mnie! ale cóż mi grozi?
— Nic! nic! nie trwóż się proszę, mówmy spokojnie.
Ale Mania była blada i drżała, a Jordanowa gniewna już, że jéj wychowance taką wyrządzono przykrość.
— Miasto jest pełne niebezpieczeństw dla młodych i poczciwych dziewcząt, ludzie są zepsuci... czasy okropne.... tysiące sideł rozstawionych na niewinne dusze... Warszawa pożera co rok więcéj nieopatrznych młodych istot, niż ich na świat wydaje.
— Ale cóż mnie zagrażać może.
— Zostaw to nam starszym, — odparła jenerałowa, my to umiemy ocenić... tu dla ciebie niebezpieczeństwo co krok.
Mania milczała.
— WPanna kochasz... — odezwała się pani Palmer zimno.
— Ja pani? ja?
— Tak, tak, WPanna kochasz młodego, ubogiego człowieka, który kocha ją także.
— Ale doprawdy... ja.
— WPanna może o tém nie wiesz, możesz się nie przyznawać do tego.
— On mi nigdy o tém nie mówił.
— Bo nie śmie!
— Jest jeszcze ktoś inny co z trzosem w ręku czyha na nią.
Dziewczę zaczęło płakać na dobre.
— Ale my czuwamy, — dodała Jenerałowa... — mówię otwarcie, powinniście się pobrać i uciekać z tego miasta.
Mania ostatniego wniosku nie zrozumiała wcale... a płacz jéj wzrósł jeszcze... Pani Palmer snać znowu takiéj dziecięcéj w niéj niewinności nie przypuszczała i zatrzymała się z dalszą mową, widząc, że poszła drogą fałszywą.... scena byłaby się nie wiem jak skończyła, gdy przez drzwi boczne bez anonsowania, na palcach wsunął się dawszy trzy rublowy papierek Kachnie, baron Dunder, i przez lornetkę rozpatrzywszy się w przytomnych cofnął jak oparzony, nie wiedząc co z sobą począć. Mania skorzystała z tego by uciec, a dwie starsze panie jak wryte zostały na siedzeniach, on słupem także wrósł w ziemię. Chciał się śmiać, co było u niego zwyczajem, uśmiech zmienił się w grymas dziwny.
Jenerałowa wreście oprzytomniona wstała z kanapy.
— Panie baronie, — rzekła tonem pełnym przyzwoitości, — mogłabym się zdziwić zaprawdę, spotykając się z nim tutaj, ale wiedziałam, — dodała z przyciskiem, — że go tutaj spotkać mogę, a nawet przyznaję się do winy, trochę mnie tu sprowadziła chęć zapobieżenia jego niebezpiecznym odwiedzinom.... Jestem opiekunką téj niewinnéj dzieweczki.
Skłoniła głową i wyszła majestatyczna, poważna, surowa jak Sybilla, która wyrok śmiertelnikowi strwożonemu ogłosiła. Baron stał i powtarzał tylko ciągle — Ma foi! ma foi! a gdy ją ujrzał za drzwiami dodał — niechże ją wszyscy djabli wezmą.
Myśli, że jéj się zlęknę? sądzi, że nie powrócę? przepraszam, choć nie jestem z tych baronów co byli w krucjatach, gdy sobie powiem, że co ma być... to być musi.
Jordanowa powróciła nie rychło.
— Stara przyjaciołeczko, — rzekł słodko baron, — chodź na słówko do ogrodu... pogadamy.... i będziesz kontenta... a téj Jejmości nie masz się co obawiać, — dorzucił widząc wrażenie na twarzy kobiety — to sobie jenerałowa, która żadném wojskiem nie dowodzi już teraz... Ale nieprawda, że nieszpetna kobiecina.
— Proszę tylko pana... — przerwała szybko Jordanowa, — to cóś osobliwszego, wszak gdy byłam u marchande des modes... co ja gadam... chcę powiedziéć, gdym była na pensji, miałam koleżankę — Julkę.... tylko, że mi nazwisko wywietrzało, przysięgłabym że ta sama, tylko utyła i naturalnie postarzała... nawet pieprzyk na szyi jak u niéj.
— A i ona ma imię Julja...
— A! to ona chyba... ale nie! zkądżeby się wzięła raptem jenerałowa.
— No, a pani wdową po panu Jordanie.
— Ale zawsze to nie może być.
— Chodźmy do ogrodu... dwa słowa kochana pani... — przerwał baron.
Nie bez wzruszenia dostała się jenerałowa Palmer do domu i udając spokój największy, w sieni zaczęła wypytywać Bzurskiego o różne szczegóły gospodarskie, gdy kamerdyner, może nazbyt jakoś konfidencjonalnie, oznajmił jéj, że p. Oktaw Pobracki od godziny na nią czekał w salonie.
Ta natarczywość niepodobała się kobiecie dbałéj jak jenerałowa o powierzchowną cnoty sukienkę, pożałowała może nawet, że mu zbyt zawierzyła rachując na doznaną dyskrecją i niezmierne przyzwoitości pozory; twarz jéj przybrała wyraz niechęci i dumy... Weszła jednak do salonu i miała rozpocząć wymówki, gdy Pobracki zbliżył się ku niéj żywo i zamiast powitania wyrzekł głosem strwożonym:
— Wiesz pani! najniespodziewańsza wiadomość, ten niegodziwy kapitan.... znowu wolny.
Jenerałowa wzięła się za głowę i padła na kanapę.


Koniec Tomu IV.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.