W krainie Taru/3

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł W krainie Taru
Podtytuł Powieść Wschodnia
Wydawca Wy­dawnictwo „Powieści Karola Maya“
Data wydania 1932
Druk „Editor“ Sp. z o.o.
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Wedle moich obliczeń mogłem się tam dostać w zwykłych warunkach po upływie mniej więcej kwadransa — ale ze względu na konieczność zachowania wielkiej ostrożności czas ten mógł się przedłużyć bardzo znacznie. Na moje szczęście, zbocze góry nie było tu zbyt obfite w kamienie, które, osuwając się przy lada potrąceniu nogą, mogłyby czynić łoskot, drzewa zaś dawały możność każdej chwili ukrycia się za ich grubemi pniami celem nasłuchiwania.
Na wywiady wpobliżu nieprzyjaciela idzie się zazwyczaj etapami od drzewa do drzewa. Wywiadowca, ukrywszy się za pniem, nasłuchuje czas jakiś i rozgląda się na wsze strony, a gdy się przekona, że niema niebezpieczeństwa, posuwa się ostrożnie a szybko do następnego drzewa, by znowu ze słuchu i wzroku zrobić użytek, — i tak postępuje w dalszym ciągu aż do samego celu. Wymaga to wiele czasu, ale zato w poważnej mierze zapewnia bezpieczeństwo.
Po półgodzinnem posuwaniu się w ten sposób naprzód zbliżyłem się o tyle do celu swojej wycieczki, iż mogłem już słyszeć głosy ludzkie, które najprawdopodobniej pochodziły z obozu. Nie omyliło mię więc moje obliczenie, pomimo że miejscowość nie była mi znana i pierwszy raz zdarzyło mi się w te strony zabłądzić, nie mając pojęcia o właściwościach terenu i odległościach. A wiadomo, że w górzystych stronach odległości nieraz łudzą oko, i gdy przedmiot jakiś zdaje się bliskim na kilometr, w istocie odległy jest od patrzącego parokroć dalej.
Z dobiegających mego ucha głosów sądząc, nieprzyjaciel znajdował się w niewielkiej ode mnie odległości. Nigdy nie przypuszczałem, iż tak łatwo uda mi się tu dostać. Zszedłem teraz ostrożnie w głębokie nakształt rowu wgłębienie gruntu, obficie zacienione po brzegach wysoką paprocią, a przypadłszy do ziemi, na czworakach, jak jaszczurka, popełzłem wdół i o kilkanaście metrów poniżej dotarłem do ostro ściętej krawędzi skalnej. Wysunąłem głowę naprzód... O kilkanaście metrów pode mną znajdował się obóz Kelurów.
Kryjówka moja była znakomita. Osłaniały mię paprocie, a nade mną wysokopienne drzewa tworzyły gęste sklepienie. Wgłębienie, w którem leżałem, wyżłobiła prawdopodobnie niegdyś woda strumienia, którego źródło znajdowało się powyżej, a który następnie przeniósł swoje łożysko gazie indziej. Pod skalną więc ścianą na dole było zupełnie sucho, i tam obrał sobie legowisko sam szeik, biorąc widać pod uwagę, że tu ani deszcz, ani wiatr nie przeszkodzi mu w spoczynku, a pokryte mchem podłoże będzie wygodną pościelą.
Wpobliżu szeika leżeli skrępowani jeńcy, pilnowani przez jednego z Kelurów, który niezbyt trudne miał zadanie i wcale niepotrzebnie dźwigał karabin. Byli to Akwil, syn jego, nezanum, oraz paru jeszcze innych obywateli z Khoi. Szeik, siedząc tuż pod skałą, rozmawiał z nimi tak głośno, iż mogłem dokładnie słyszeć każde słowo. Widocznie znajdował wielką przyjemność w dręczeniu nieszczęśliwych złośliwemi i obrażającemi wyrazami, które szczególniej drażniły Salego Ben Akwila, bo odcinał się z nietajoną nienawiścią:
— Gdybym nie wiedział, że szatani zamieszkują piekło, sądziłbym, iż dusza twoja jest ich gniazdem, albo raczej, że ty sam jesteś patrjarchą wszystkich szatanów.
— Ech, co znaczy szatan w porównaniu ze mną, gdy idzie o zemstę krwi! — szydził szeik. — Szejtan z pewnością wstydziłby się wobec mnie, bo gdyby mu wypadło was ukarać, nie potrafiłby wymyślić odpowiedniejszej śmierci, niż ja to uczyniłem. Zobaczysz się z nim niebawem, możesz go tedy zapytać, czy byłby w stanie coś dowcipniejszego obmyślić. Spójrz! W tym oto koszyku są plastry świeżego miodu. Za pół godziny najdalej zaczną cię nim smarować, ażebyś... no, ażebyś miał słodką śmierć!... Jestem więc dość względny dla nauczyciela i kaznodziei, zwiastującego przyjście Mahdiego, nieprawdaż? A jeżeli nie lubisz słodyczy i wolisz raczej gorzkie życie, niż słodką śmierć, to módl się do Allaha, do proroka i do Mahdiego... niechaj cię z mych rąk uwolnią!...
— Modliłem się i mam tę pewność, że szczera z głębokiej wiary płynąca modlitwa wysłuchana być musi, — odrzekł Sali. — Jest ona, według słów koranu, jak ten ogień, który nawet najtwardszą rudę przetapia na metal!
— Głupiś! — drwił szeik.— Żaden Bóg, żaden prorok me może być w sprzeczności z własnemi przykazaniami. Wszak sam Allah nakazał zemstę w słowach: — „Oko za oko, życie za życie!“ — I prorok nie byłby dzisiaj prorokiem, gdyby mieczem nie utorował drogi swojej nauce! Widzisz zatem, iż postępuję według przykazań Allaha i proroka, i że stoją oni prawami swemi po mojej stronie, gdy przy tobie pozostaje jedynie szejtan.
— Znam pewną naukę, która uczy wręcz czegoś przeciwnego, a która zabrania zupełnie zemsty.
— Masz na myśli zapewne naukę chrześcijańską. Ale wraz z nią jesteś głupi! Trzeba mieć przewrócone w głowie, aby coś podobnego postanawiać i głosić. Życie wykazuje najlepiej, iż nauka ta nie ma sensu, i że wyznawcy nie mogą się dzisiaj stosować do niedorzecznych jej przykazań. Chrześcijanie wolą raczej kłamstwo, niż prawdę, karę, niż przebaczenie, wojnę, aniżeli pokój... A ten twój Kara Ben Nemzi nie lepszy jest wcale od innych swoich współwyznawców.
— A jednak ja mu wierzę, gdyż mówi zawsze to, co myśli.
Allah w‘ Allah! Muzułmanin wierzy chrześcijaninowi! Naprawdę oszalałeś i masz nadzieję, że ten parszywy szakal uwolni cię z pazurów niedźwiedzia?!
— Tak, Szir Samurek! Co myślę o nim, myślę na pewnej podstawie. Emir z Frankistanu to syn szczęścia i ulubieniec dobrach dżinnów (duchy), które otaczają tron Allaha w niebie. Dokonał on już wielu trudniejszych rzeczy, niż uwolnienie kogoś od śmierci.
— A jednak, sam widzisz, nie ma odwagi ścigać mię, i uważam go raczej za trwożliwą hienę, niż za bohatera... Albo też jest ślepym psem i nie zdołał wpaść na moje tropy, gdyż inaczej dawno już byłby tutaj!
— Jeszcze czas — może się go i doczekasz... prędzej niż się spodziewasz...
— Jeżeli go się doczekam, to tem lepiej! Wpadnie w ręce moje, no i... zginie razem z wami. Dobrzeby się to nawet złożyło, bo, jako chrześcijaninowi, należy mu się, aby go zjadł zaklęty duch chrześcijańskiego kapłana.
— Allah daje życie i Allah śmierć sprawia... Nie umrę i ja jeszcze, bom nie spełnił zadania, jakie mi jest przeznaczone, i dlatego pewny jestem ratunku. Mów, co chcesz!
— Naigrawasz się ze mnie, psie jakiś, ale już niedługo ci na to pozwolę. Tymczasem, póki nie zdechniesz, możesz sobie wyglądać pomocy od półksiężyca, czy krzyża, wszystko mi jedno... i tak na nic ci się to jednak nie przyda!
— Mylisz się! Jeżeli muzułmański półksiężyc nie będzie miał nade mną litości, znajdę ją niezawodnie w krzyżu.
— Który szyici strącili z kaplicy i wrzucili w ogień... Spalił się już i pomóc ci nie może! Ha, ha, ha!
— Ale wiara weń pozostała i moc jego trwa do tej chwili...
Na te słowa zerwał się szeik, jak wściekły, i począł wrzeszczeć:
— Psie parszywy! Przestań szczekać i uporu swego mi nie okazuj! Raczej zapamiętaj sobie, co ci powiem: tam, na górze, stoi Muzallah el Amwat, gdzie wkrótce pożre was zaklęty niedźwiedź. Ty jednak powiadasz, że krzyż was uratuje? Dobrze! Gdyby u wejścia do kaplicy stanął z krzyżem w łapach ów niedźwiedź zaklęty, uwierzyłbym wówczas, iż jakiś tam Kara Ben Nemzi, przyjaciel twój, a właściwie pies chrześcijański, mocen jest wyratować was od śmierci. Słyszałeś? Zdaje mi się, iż skory byłbyś uwierzyć i w to, że się tak stać może?
— Jeżeli Bóg łaskaw i tak zechce, stać się to musi!
Słowa te rozdrażniły szeika do reszty, bo zwrócił się do swoich podwładnych i począł wołać:
— Słuchajcie, wierni! Ten zwarjowany syn psa i suki z plemienia Bebbejów wierzy, że duch zabitego kapłana chrześcijańskiego w postaci niedźwiedzia ukaże się we drzwiach kaplicy z krzyżem w łapach na znak, iż obaj przeklęci jeńcy z pomocą dwakroć przeklętego psa Kara Ben Nemzi mają być uwolnieni od śmierci, którą im przeznaczyłem. Idźcie i popatrzcie, jak wygląda warjat, co w podobne brednie wierzy, a pozwalam wam uśmiać się przy tej sposobności!
Na tę łaskawą zachętę szeika rozległ się śmiech ogólny, a echo odbiło go o skały i mury kaplicy, jakgdyby istotnie chciało wywołać z niej zaklętego ducha.
Spojrzałem odruchowo w tamtą stronę, a pewna myśl, niestety niepodobna do wykonania i zbyt fantastyczna, zanurtowała w mej głowie.
Gdy śmiech ucichł, szeik ozwał się ponownie do jeńców, zajmując miejsce obok nich na ziemi:
— No, i cóż? Widzieliście ducha?... Niestety, zawiódł wasze nadzieje. Ale za to słyszeliście śmiech z waszej bezdennej głupoty, zaś jutro o tej porze taki sam śmiech obije się o wasze uszy na dnie piekła i huczeć w nich będzie bezustannie, na wieczność! Zwodniczą jest wasza nadzieja, a wiara, z którą się liczycie, fałszywą! Grzeszycie śmiertelnie wobec Allaha oraz proroka, zdając się na pomoc innego Boga, i tem większą będzie wasza kara na tamtym świecie, gdyż Allah całkiem się od was odwróci!
Na to ozwał się stary Akwil, który aż do tego czasu milczał uparcie:
— A niech-że się odwraca! Jeżeli on i prorok jego nie mają dla nas litości, to co nam po nich? Czyż zresztą grzechem jest lekceważyć sobie taką wiarę, która nie uznaje zmiłowania, oddając wyznawców swoich w ręce wroga na zemstę i na pastwę jego? Co się zaś tyczy kłamstwa i oszukaństwa, to niema na świecie gorszego pod tym względem człowieka, niż ty! Kiedy bowiem przybyłem wczoraj do ciebie, aby się umówić co do okupu, przyrzekłeś, że nie uczynisz mi nic złego, a jednak, dowiedziawszy się później, iż nadarza się sposobność ukradzenia konia obcemu effendiemu, uwięziłeś mię, zrabowałeś pieniądze i następnie schwytałeś nawet mego syna! Nie jest-że to podłe oszustwo, kłamstwo i zbrodnia? Czyż wobec tego możesz się dziwić, że, oszukani tak sromotnie przez ciebie, współwyznawcę naszego, pokładamy nadzieję w człowieku godnym i uczciwym, aczkolwiek jest wyznawcą innej, obcej nam wiary?
— A możecie sobie mieć nadzieję w tym psie... nic mnie to nie obchodzi! Ty, nie kto inny, dałeś mi sposobność ukradzenia mu konia, a syn twój przecież chciał nawet zamordować tego psa chrześcijańskiego. Pomyślcie teraz, czy pies ów naraziłby swe życie dla was? Jeżeli się okaże, że byłby zdolny do tego, to przysięgam na Allaha, że porzucę islam, a przyjmę jego wiarę i uwierzę w ukrzyżowanego Boga z Nazaretu!
— Przygotuj się zawczasu ku temu, bo Kara Ben Nemzi pojawi się lada chwila, i wtedy biada wam!
— Allah! Nas jest trzystu przeciw niemu!
— Czy słyszałeś kiedy, aby rachował się z liczbą nieprzyjaciół? Chyba po ich pokonaniu!
— Dosyć już, psie! Przestań bezczelnie wychwalać go i wywyższać ponad Allaha, królującego wśród siedmiu rajów! Żałuję teraz, żem wam wogóle pozwolił szczekać i obrażać tem sromotnie uszy moje! Niebawem zapadnie zmrok, a wówczas przekonacie się na sobie, kto z nas miał słuszność! A teraz!...
Tu zwrócił się do swoich ludzi z jakimś rozkazem. Natychmiast powstało około dziesięciu Kelurów, biorąc długie rzemienie i ostro zakończone koły, które powbijali w ziemię we wskazanem przez szeika miejscu. Domyśliłem się, że były to przygotowania do wstępnej operacji nad skazanymi, a mianowicie — wysmarowania ich miodem.
Niewiele już mając czasu, a chcąc jeszcze zbadać miejsce około kaplicy, cofnąłem się ostrożnie wgórę. Powrotna jednak droga okazała się o wiele niebezpieczniejsza, bo natknąłem się na niespodziewaną przeszkodę, i jedynie dzięki niezwykłej przytomności umysłu uszedłem szczęśliwie niebezpieczeństwu.
Wedle opisu gospodarza, dolna polana, znajdująca się poniżej kaplicy, miała być okrągła — w rzeczywistości jednak okazało się, że w jednem miejscu wciskała się ona klinem głęboko w las. Nie wiedząc o tem, omal że nie polazłem niebacznie w to miejsce obozowiska. Pasło się tu około trzydziestu koni, a nieco na uboczu siedziała grupa Kelurów. Spostrzegłem ich, będąc w odległości zaledwie kilkunastu kroków. Natychmiast też rzuciłem się na ziemię, a po dobrej chwili posunąłem się ku nim na czworakach o tyle, iż mogłem dokładnie się rozejrzeć, ukryty za grubym pniem drzewa.
Jakże dziwne ogarnęło mię uczucie, gdy zobaczyłem odosobnionego od reszty mego drogiego Riha! Rumak mój, będąc zwierzęciem szlachetnem i dumnem, nie lubił obok siebie towarzystwa; dlatego to, w obawie, aby nie pokaleczył innych koni, uwiązano go na osobności. Wyglądał teraz biedaczysko bardzo marnie. Zmęczyła go już dość podróż przez Persję, a ponadto odebrało mu całkowicie humor złe obchodzenie się z nim w ostatniej dobie, gdyż, nie chcąc iść dobrowolnie za złodziejami, dręczony był niemiłosiernie i zapewne bity. Stał teraz ze zwieszoną smętnie głową i przymkniętemi oczyma. Zauważyłem nawet, że wspaniała barwa jego sierści straciła swój połysk. Pomimo że trawy było poddostatkiem, a nawet położono przed nim sporą jej wiązkę, nie tknął jej, choć byłem pewien, że jest głodny; wody nie pił również. Najwidoczniej dławiło go cierpienie i tęsknota za mną!
Może mię kto wyśmieje, a jednak przyznam się, że na widok mego ulubieńca zrobiło mi się ogromnie ciężko na sercu... tak ciężko, jakgdybym patrzył na niedolę bliskiego mi i drogiego człowieka. Kochałem szlachetnego rumaka, więc przykre jego położenie budziło we mnie niewymowny żal, i nawet popchnęło mię do bardzo ryzykownego kroku.
Konie arabskie szlachetniejszych gatunków bardzo szybko dają się tresować i z łatwością przyzwyczajają się do pewnych znaków lub wyrazów, przez swego pana używanych, tak, że go w zupełności rozumieją. Owóż i ja wytresowałem Riha do tego stopnia, że rozumiał kilkadziesiąt znaków i wyrazów. Do takich należało między innemi słowo kol“, co znaczy „jedz“. Byłem pewny, że mój wierzchowiec, usłyszawszy ten wyraz, natychmiast mię zrozumie. Jednakże zachodziła obawa, aby siedzący wpobliżu Kelurowie nie usłyszeli obcego głosu. Wybrawszy więc taką chwilę, gdy głośno rozmawiali między sobą, prawdopodobnie o nieśmiertelnym niedźwiedziu, krzyknąłem krótko: „Kol!“. Kelurowie istotnie nie zauważyli tego; natomiast Rih, posiadający wyborny słuch, podniósł głowę i zwrócił ją ku mnie, strzygąc uszyma, przyczem oczy rozwarł szeroko, ścięgna mu się naprężyły, a ogon wzniósł się w piękny łuk u nasady. Wówczas wysunąłem się tak, aby mię zobaczył, i następnie rzuciłem się szybko na ziemię. Inny koń parsknąłby z radości i zarżał; Rih jednak był znakomicie przyuczony i wiedział, jak zachować się w takich razach. Chwilę strzygł uszyma, poczem opuścił głowę i... począł jeść. Cel mój więc został osiągnięty!...
Pozostałem jeszcze z minutę w miejscu, poczem, okrążywszy klin polany, trafiłem niebawem na wygodniejszą ścieżkę, która prowadziła pod górę ku kaplicy. Po pewnym czasie zboczyłem stąd, ażeby uwolnić z ukrycia Halefa.
Hamdulillah! — zawołał uradowany mały. — Cześć i sława Allahowi, żeś wrócił nareszcie! Brała mię już ochota wykonać to, co zamierzałem jeszcze wczoraj, a mianowicie chciałem pójść i uśmiercić tego łotra razem z jego bandą! Najlepiej jednak byłoby, gdybym im zgotował taką śmierć, jaką oni obmyślili Bebbejom. No, ale mów, sihdi, jak się udała wycieczka? Czy widziałeś obóz? Czyś podsłuchał, co zamierzają? A nie dostrzegłeś gdzie czasem Riha?
— Bądź cierpliwy! Ni e mamy teraz czasu; dowiesz się zatem o wszystkiem później. Chodźmy! Przewiesiłem karabiny przez plecy i poszliśmy z Halefem wdół.
Należało teraz wyszukać sobie takie stanowisko, z którego możnaby obserwować Kelurów, gdy będą nieśli skazańców do kaplicy, — a ku temu nadawały się znakomicie krzaki koło wspomnianej poprzednio ścieżki. Zanim jednak doszliśmy do niej, natrafiliśmy na ogromne ślady niedźwiedzie. Czyżby to był stary samiec? Ślady istotnie zadziwiały swemi rozmiarami, a po bliższem ich rozpatrzeniu przekonałem się, że osobnik ów posiadał bardzo krótkie i tępe pazury, co kazało przypuszczać, że jest już w sędziwym wieku. W niewielkiej odległości zauważyłem mniejsze ślady, może zacnej małżonki starego mieszkańca skał. Niestety, nie mogłem im się przypatrzeć bliżej, bo właśnie miejsce to było odsłonięte i łatwo mogli nas z dołu zauważyć.
Wyszukaliśmy odpowiednią kryjówkę w krzakach i, usadowiwszy się w niej jeden obok drugiego, oczekiwaliśmy z wielką niecierpliwością wypadków.
Słońce dawno już było za górami, gdy zobaczyliśmy nareszcie zbliżających się Kelurów. Oczywista, przyszli tu nie wszyscy; było ich zaledwie dwudziestu. Kilku z nich niosło skazanych na śmierć Bebbejów, reszta zaś stanowiła straż, trzymając karabiny wpogotowiu; widocznie obawiali się, aby zaklęty niedźwiedź nie zabiegł im niespodzianie drogi. Skazańcy przywiązani byli plecami do palów tak mocno, że starego amatora słodyczy czekała niemała robota, zanimby ich dosięgnął. A byli tak miodem wysmarowani, że aż z nich ciekło. Kilku Kelurów niosło zapasowe jeszcze plastry, a w jakim to celu, dowiedzieliśmy się niebawem.
Zachowując wszelkie środki ostrożności, postępowaliśmy za dziwnym tym orszakiem, dopóki nie zniknął we wnętrzu ruin kaplicy. Po dziesięciu może minutach Kelurowie wyszli zpowrotem. Trzej z nich, biegnąc jakby z jakiemś bardzo ważnem poselstwem, przemknęli tuż koło naszej kryjówki; inni szli pomału, podczas gdy reszta pozostała koło muzallah, to spoglądając na skalne urwiska, to od czasu do czasu pochylając się ku ziemi.
— Domyślasz się, co ci ludzie tam czynią, sihdi? — zapytał Halef.
— To rzecz łatwa do wyjaśnienia. Widziałeś przecież, że jeden z nich niósł w koszyku plastry miodu. Służyć one mają jako przynęta dla niedźwiedzi, i właśnie, patrz, układają te plastry na przestrzeni od muzallah aż do gniazda, aby w ten sposób wskazać bestii drogę do niecodziennej zdobyczy.
Maszallah! Istnieją na świecie ludzie, którzy w rzeczywistości ludźmi nie są! Jeżeli już dzika „zemsta krwi“ musi w tym kraju istnieć, to niechby wróg wroga uśmiercał, strzelając mu w łeb; ale męczyć go w ten sposób, oddając na poszarpanie dzikim zwierzętom, to już pomysł iście szatański, przynoszący hańbę człowiekowi!
— Tak, to nieludzkie... Lecz któż wie, za jakie okrucieństwo ściągnęli Bebbejowie na siebie zemstę tego rodzaju; nam oni tego nie powiedzą... Ale patrz, Halefie! Oto powracają trzej Kelurowie; zapewne jeszcze coś przynieśli!
I istotnie, przynieśli ze sobą wiązkę suchego sitowia, kilka kawałków łoju oraz pustą ładownicę.
— Na co im potrzebna ta ładownica? — zauważył Halef.
— Jak sądzę, zechcą z niej zrobić lampę.
— Lampę? Z czego?
— Rdzeń sitowia zastąpi knot, a łój oliwę.
— Tak, ale na co. lampa? Do czego im ona potrzebna? Czyżby chcieli podarować niedźwiedzicy w dniu urodzin, aby mogła ją zawiesić w swym pokoju sypialnym?
— Wątpię, czy taki mają cel na myśli, Halefie. Zechcą zapewne oświetlić kaplicę, aby niedźwiedź łatwiej znalazł swą zdobycz.
— Allah! Toż to znowu iście piekielny pomysł! Jabym ich...
— A udręczenie, które nietylko się czuje, lecz i widzi, podwaja zwykle męczarnię...
— Ci zbrodniarze postępują z tak wyszukaną złośliwością, że za ich okrucieństwo rzuciłbym ze spokojnem sumieniem, a nawet rozkoszą, ich samych, zamiast Bebbejów, na pastwę niedźwiedzi!
Widzieliśmy następnie, jak zaniesiono do wnętrza kaplicy owe przybory do oświetlenia. Poczyniwszy również pośpiesznie szereg innych przygotowań, banda owych katów skierowała się ku obozowi zpowrotem. Zachowywali się przy tem wszystkiem milcząco, i wytężony nasz słuch nie przyniósł nam nic ciekawego.
Halef, w mniemaniu, że nadszedł wreszcie czas, abym mu opowiedział szczegółowo o rezultacie mojej wyprawy, zapytał:
— Czy mogę już teraz mówić z tobą, kochany sihdi?
— Możesz.
— Domyślasz się zapewne, czego chciałbym od ciebie się dowiedzieć!
— Domyślam się, ale muszę przedewszystkiem porozumieć się z tobą co do niektórych rzeczy. Jak myślisz, czy, oprócz odzyskania naszych koni i pieniędzy gospodarza, nie wartoby ocalić także i Bebbejów?
— O, tak, effendi; musimy to uczynić! Gdybyśmy pozwolili Bebbejom umrzeć w tak straszny sposób, to kto wie, czy i któryś z nas kiedyś nie poczułby we własnem ciele ostrych niedźwiedzich pazurów.
— Usiłując jednak ocalić Bebbejów, tem bardziej narazimy własne życie. Czy miałbyś na to ochotę?
— Zbytecznie mię o to pytasz! Czyżbyś chciał mnie, twego wiernego Hadżi Halefa Omara, znowu obrazić?
— Ależ uchowaj Boże! Pytam dlatego tylko, że idzie tu o niebezpieczeństwo, w jakiem dotychczas nie znajdowałeś się jeszcze.
— Naprawdę?
— Zaraz ci to objaśnię. Kelurowie nie powinni jeszcze teraz wiedzieć, iż jesteśmy tutaj, nie możemy więc strzelać, a mimo to musimy pozabijać niedźwiedzie.
— Więc je zabijemy! — odpowiedział mały zuch bez namysłu.
— Ale w jaki sposób?
— To już twoja rzecz, effendi!
— Możemy je tylko albo zakłuć nożami, albo pozabijać kolbami naszych karabinów.
— Dobrze, zgadzam się.
— Ależ, Halefie, najpierw trzeba to rozważyć, następnie postanowić, a dopiero naostatek wykonać! Czyś miał już kiedy do czynienia w taki sposób z niedźwiedziem?
— Jeszcze nigdy, i dlatego cieszę się niezmiernie, że dziś przytrafia mi się taka niecodzienna okazja.
— Kochany Halefie, zwracam ci uwagę, iż wielka jest różnica między chceniem a wykonaniem czegoś. Idzie tu o starą ogromną niedźwiedzicę; aby ją nożem uśmiercić, potrzeba olbrzymiej siły fizycznej, której ty nie posiadasz, albo też kolby, któraby się nie rozleciała w kawałki od silnego uderzenia.
— Taką kolbę ma twój karabin, można więc nasze role dobrze rozdzielić: ty niedźwiedzia poczęstujesz kolbą, a ja nożem... wszystko mi jedno, czy wcześniej, czy później.
— Powoli, powoli! Przedewszystkiem, czy wiesz, gdzie nóż powinien być wbity dla dobrego skutku, mianowicie, pomiędzy które żebra? — Tego nie wiem. Zresztą, czyż niedźwiedzica będzie stała na tyle spokojnie, ażebym miał czas żebra jej policzyć, effendi?
— Rzecz prosta, że nie będzie tu czasu na rozpatrywanie się, ale wprawnemu myśliwemu wystarczy jedno spojrzenie. Nóż należy wbić za jednym zamachem aż po sam trzonek, a może nawet nie wystarczy jedno pchnięcie i trzeba będzie je powtórzyć. Niedźwiedź bowiem tylko powierzchownie wydaje się niezgrabnym, i to, gdy nie jest rozdrażniony; ale gdy się go zrani, staje się zwinnym i obrotnym, i wystarcza zająć względem niego nieodpowiednią pozycję lub przeliczyć się w ruchu choćby tylko o mgnienie oka, aby zginąć w jego pazurach, zanim się jeszcze nóż wyjmie. I pamiętaj: biada ci, gdy ostrze twego noża ześlizgnie się mu po grubej skórze! Biada ci również, gdyby...
— Och, effendi, — przerwał Halef — już wiem, co chcesz powiedzieć... Ty chciałbyś sam niedźwiedzicę potraktować i kolbą i nożem!
— Czy się ją przebije nożem, czy uśmierci uderzeniem kolby, zależeć to będzie od okoliczności danej chwili, a ja zaś naprawdę jestem zdecydowany podjąć się sam zarówno jednego jak i drugiego.
— Nie chcesz mię więc dopuścić do wzięcia udziału w karkołomnej wyprawie dzisiejszej? Czyżbyś chciał skazać mię na to, abym, powróciwszy do swego plemienia, miał opowiadać ciekawym wojownikom, jak to patrzyłem z założonemi rękoma, niby stara niezdarna baba, na twoje czyny i na grożące ci niebezpieczeństwo? Cóż powie na to moja ukochana Hanneh, ów najśliczniejszy pączek między wszystkiemi kwiatami całej ziemi? Czyż skrycie nie pomyśli sobie, iż duch waleczności odstąpił ode mnie i że równam się już li tylko młynkowi do kawy, którego korba gdzieś się zapodziała?
— Uspokój się, kochany Halefie! W żadnym razie nie będziesz siedział bezczynnie, jak ci się to wydaje. Jeżeli bowiem ja podejmuję się zabić niedźwiedzicę, to tobie przypadną wszak w udziale młode niedźwiedziątka.
— Czyż z takiego podziału pracy byłby zadowolony jakikolwiek wojownik? Cóż za bohaterstwo jednemu lub dwom młodym niedźwiadkom karki poskręcać? Taką sztukę lada chłopiec wykona! Jak możesz, sihdi...
— Mylisz się, Halefie, bo sądzisz, że młody niedźwiedź jest małem, bezsilnem stworzeniem.
— No, zapewne nie jest większy od kota!
— Otóż, że jest o wiele większy! Te mtode niedźwiedzie, z któremi będziesz miał do czynienia, liczą teraz około sześciu miesięcy i są już zapewne tak duże, iż będziesz miał z niemi dosyć roboty. Jeden młody, półroczny niedźwiadek, który się urodził w puszczy, nie w niewoli, może stawić skuteczny opór silnemu mężczyźnie. A my tu mamy do czynienia nie z jednym, lecz z kilkoma młodymi.
Postanowiłem załatwić się sam ze starą niedźwiedzicą dlatego, że Halef, nie mając najmniejszego o tych zwierzętach pojęcia, mógł nietylko siebie, ale i mnie przyprawić o niebezpieczeństwo, a nawet zniweczyć zupełnie nasze plany względem Kelurów. Aby się jednak nie czuł upośledzonym, musiałem go przekonać, że rola, która jemu przypadła, wymaga wielkiej odwagi. Ostatnie moje słowa osiągnęły rzeczywiście pożądany skutek, gdyż odezwał się do mnie uspokojony i z pewnem zadowoleniem:
— Myślisz więc, że nie jest rzeczą tak łatwą uśmiercić młode niedźwiedziątka?
— O, wcale nie łatwo! Utrudnia tę sprawę i ta okoliczność, że niedźwiedzica żywi wielką miłość dla swoich młodych, i kto zaatakuje jej dzieci, na tego uderza z wściekłością, niemającą granic, nie zważając nawet na tych, którzy na nią samą napadają. Widzisz więc, iż musisz tu okazać nie mniej odwagi ode mnie, i jest nawet możliwe, że przy napadzie na młode znajdziesz się w większem niż ja niebezpieczeństwie, gdyż najniespodziewaniej możesz wpaść w łapy i zęby starej!
— Czuję się przez to szczęśliwym, effendi, bardzo szczęśliwym! Teraz widzę, że nie uważasz mię za stary tabunet el bunn (młynek do kawy), i chętnie biorę na siebie rolę mordercy synów i córek niedźwiedzicy.
— Doskonale! Nie zapomnij jednak, iż nie wolno nam strzelać!
— O, wystarczy zupełnie, gdy użyję noża, i jestem pewny, że potomstwo nieśmiertelnej niedźwiedzicy będzie pozbawione życia bez żadnego hałasu. Później na pamiątkę dnia dzisiejszego pozwolę sobie zrobić z ich futer zini ed delul (ozdoca wielbłąda) lub miękki zidżdżi es siwan (dywan namiotowy) pod małe miluchne nóżki mojej Hanneh, na które kładzie tak maleńkie pantofelki, że można je dojrzeć zaledwie przez szkła powiększające. Ale patrz, ściemniło się i widać już blask knota z sitowia, oświecający wnętrze muzallah. Czy nie czas nam wybawić biednych skazańców ze śmiertelnej trwogi?
— Jeżeli ci idzie o ich trwogę, to nic im nie zaszkodzi. Główna rzecz, że nieszczęśni ci są ludźmi, więc nie możemy dopuścić, aby zostali pomordowani, tem bardziej zaś, aby zginęli tak straszliwą śmiercią, jaką im obmyślono. Lecz nie są oni przecież lepsi od Kelurów, swoich wrogów; okradli nas i godzili na nasze życie. I kiedy ja, mimo to, decyduję się iść im na ratunek, to niechaj chociaż tyle przecierpią, iż się nałykają zbytecznego strachu; zasłużyli przecież bodaj na taką karę.
— To prawda, sihdi! Strach wcale im nie zaszkodzi. Ale gdy będziemy się jednak zbyt długo ociągać, to mogą nadejść niedźwiedzie i pożreć ich bez naszego udziału...
— Jakto? Naszego udziału w pożarciu?
— Nie żartuj, sihdi! Wszak nie będzie to ratunek, gdy obu Bebbejów wyprujemy z wnętrzności potworów. Musimy ich uwolnić, zanim jeszcze odbędą wędrówkę przez paszcze bestyj, i dlatego radzę, abyśmy zaraz tam poszli. Zresztą, wiesz chyba lepiej, co czynić.
— Zdaje mi się, że dosyć jeszcze mamy czasu, bo niedźwiedzie górskie nie opuszczają swego legowiska natychmiast po zapadnięciu zmroku. Coprawda jednak, zapach miodu może ich wywabić z kryjówki wcześniej, a przytem radbym wiedzieć, co ci nieszczęśliwi mówią ze sobą, znajdując się w tak beznadziejnem położeniu. Chodźmy zatem, a ostrożnie!
— No, kryć się bardzo nie potrzebujemy, bo jest ciemno, i możemy nie obawiać się, aby nas dostrzeżono.
— Tak ci się tylko zdaje! Z obozu Kelurów widać dobrze kaplicę, i niezawodnie w tej chwili oczy wszystkich skierowane są na nią; a że wewnątrz pali się lampa, więc Kelurowie zobaczyliby nas natychmiast, skoro tylko stanęlibyśmy bądź w oświetlonych drzwiach, bądź też w otworach okiennych. Ostro zarysowane na jasnem tle postacie nasze byłyby natychmiast dostrzeżone już zdaleka. Musimy więc podejść bardzo ostrożnie; postępuj zatem tuż za mną i czyń to samo, co ja.
— Ależ rozumie się, sihdi! Należałoby tylko prosić Allaha, aby nam poszczęścił w tak niebezpiecznej wyprawie. Ty wiesz, sihdi, iż ja się niczego nie boję; serce moje w chwili niebezpieczeństwa uderza równie spokojnie, jak zawsze, a ręka trzyma nóż z taką pewnością, jakby miała krajać baraninę, oczywiście upieczoną. Mam więc nadzieję, że powrócimy szczęśliwie, bez przysporzenia sobie nowych dziur w ciele, już i tak dostatecznie podziurawionem. Módlmy się jednak! A‘ udu b‘Illah min esz szejtan er ragim... — Przed złym szatanem szukam ucieczki u Allaha... On mię ochroni i ciebie również, effendi!
Byłem pewny, że mały modlił się nie z pobożności, — a jednak sam westchnąłem również do Boga, gdyż, pomimo całego mego doświadczenia i odwagi, nie lekceważyłem niebezpieczeństwa, jakie w tych niezwykłych warunkach zawisło nad głowami naszemi. Wszak szliśmy nie na zabawę, lecz przeciw potężnemu przedstawicielowi zwierząt drapieżnych, a niedźwiedź kurdyjski pod względem zajadłości nie ustępuje w niczem amerykańskiemu grizzly z gór Skalistych, co, wobec niemożności użycia karabinów, nie było dla nas okolicznością do zlekceważenia...

Poznawszy dokładnie jeszcze za dnia miejscowość wpobliżu kaplicy, nie miałem trudności w dotarciu do jej ruin potajemnie, to znaczy poza linją, która optycznie łączyła obóz Kelurów ze światłem, wydostającem się z wejściowych i okiennych otworów muzallah. Przezorność nakazywała nam zbliżyć się do kaplicy nie od frontu, lecz ze strony przeciwnej t. j. od ściany skalnej, gdzie na nasze szczęście było dosyć miejsca dla usadowienia się.
W tylnej nawie kaplicy był również otwór okienny, ale tak wyszczerbiony, że kształtem nie przypominał żadnej bliżej określonej figury geometrycznej. W tym tedy zakątku, poza kaplicą, wśród stosów kamieni pokładliśmy się w ten sposób, aby przez wspomniany otwór widzieć wnętrze muzallah, której gruzy wśród odłamów kamiennych i żwiru nie przypominały dziś już nawet, iż kiedyś, przed wiekami, miejsce to było Bogu poświęconą świątynią. Jedynym śladem tego był mocno już za tarty napis, wyryty na płycie kamiennej, wmurowanej w tylną ścianę budowy. O ile mogłem w niepewnem świetle dostrzec, było to pismem kufijskiem wyryte słowo Kyrie“. A więc Kyrje elejson! — Panie, zmiłuj się nad nami! Napis ten dziwnie odpowiadał miejscu, w którem umęczono wiernych chrześcijan i w którem my dzisiaj narażaliśmy się na niebezpieczeństwo podobnej śmierci męczeńskiej...
Kelurowie umieścili skazańców w ten sposób, że poprzywiązywali ich mocno do belek, które jednym końcem wkopali w ziemię, a drugim oparli o ruiny ścian kaplicy, przywalając wierzchołki belek dla pewniejszego umocowania kamieniami. Skazańcy więc nie mogli wykonać ani jednego ruchu, tem bardziej, iż skrępowano ich umyślnie jak mumje, ażeby niedźwiedzie miały więcej do roboty i aby przez to zgroza i męczarnia skazańców trwała jak najdłużej. Nieszczęśliwi byli tak oblepieni miodem, że aż ściekał im z twarzy i z całego ciała.
Przypomniałem sobie w tej chwili, jak to Indjanie ze szczepu Pueblo chowają swoich umarłych... Przywiązują oni zwłoki do grubego pala, który wbijają w ziemię, zazwyczaj na górze. Zgroza przejmuje podróżnego na widok takich zwłok, sterczących gdzieś nad skałami. Całe stada gawronów obsiadują je i rozszarpują!... A tu, w muzallah, nie martwe zwłoki, lecz żywe ciała miały uledz temu samemu...

Obaj Bebbejowie, przekonawszy się, że nie zdołają własnemi siłami wydostać się z okropnego położenia, wpadli w apatję, i tylko od czasu do czasu wzdychał głęboko jeden lub drugi. Dopiero po niejakimś czasie stary Akwil zaklął tak okropnie, iż słowa te nie nadają się nawet do powtórzenia.
— Nie potępiaj Kelurów, lecz raczej samego siebie! — rzekł mu na to syn. — Oni przecież wykonywują tylko zemstę, do której ty ich zmusiłeś.
— Ba, ale czemu mszczą się w tak okrutny sposób? Czyżby rozstrzelanie nas nie było dla nich dostatecznem zadośćuczynieniem?
— O nie! Bo przypomnij sobie: czy byłeś wobec nich przed dwoma laty względniejszy? Zamiast zastrzelić pojmanego Kelura, zakopałeś go żywcem do jamy, aby tam zginął śmiercią głodową. Jeżeli dziś mamy zginąć śmiercią jeszcze straszniejszą, to Szir Samurek postąpił sobie zupełnie mądrze i sprawiedliwie... oczywiście, w stosunku do ciebie tylko, bo ja nic mu nie zawiniłem; wówczas, gdy zgładziłeś w jamie owego człowieka, przebywałem w Kahirze, a więc nie było mnie nawet w Kurdystanie, i doprawdy nie wiem, jak Allah mógł dopuścić do tego, aby syn odpowiadał tak srodze za głupotę ojca swego!
— Prawo zemsty krwi przechodzi z pokolenia na pokolenie; jest ono prawem Allaha, i nie powinieneś szemrać przeciw temu!
— Nie mówiłem tu przecież o zemście krwi, lecz o głupocie twojej...
— Więc syn śmie własnemu rodzicowi zarzucać głupotę?
— I ma prawo tak czynić, jeżeli są słuszne ku temu powody... Bo czyż nie było głupotą z twojej strony leźć samemu w pazury tych, z których rąk przecież groziła ci zemsta krwi, i ofiarowywać im konia, który wcale twoją własnością nie był, i którego nawet nie miałeś jeszcze w rękach? Przytem, zaiste, zbyt pewny byłeś, iż ci się go uda ukraść tak łatwo! Wszak przez ciebie to, jedynie przez ciebie wpadłem i ja w ręce wrogów, a teraz muszę ginąć z twojej przyczyny śmiercią tak okropną!
— Czynisz mi wyrzuty i zarzucasz wszelką winę, a zapominasz o swoich własnych niedorzecznościach, — odrzekł ojciec, westchnąwszy głęboko. — Przecież i ty popełniłeś również ogromny błąd...
— Jaki?
— Jakto, czyżbyś zapomniał o nim? Czy nie usiłowałeś zamordować obcego effendiego i jego sługę? Mimo wielkiej dla nich nienawiści przyznać muszę, iż są to dzielni i nieustraszeni ludzie; że zaś effendi ów poniósł tak wielką stratę w postaci swego rumaka nieocenionej wprost wartości, poprzysiągłbym na Allaha i jego proroka, że w tej chwili ściga właśnie Kelurów i może nawet krąży gdzieś wpobliżu, a w takim razie widzi, co się tu dzieje.
— I ja myślałem już o tem — potwierdził Sali. — Może nawet wie, że my, wrogowie jego, znajdujemy się tutaj, w muzallah, skazani na okropną śmierć. Liczę też na to i w nim pokładam ostatnią swoją nadzieję.
— Czyż nie jest ona jednak tak samo zwodniczą, jak zwodniczem okazało się aż do chwili, gdy Kelurowie nas tu przynieśli, moje przypuszczenie, iż jednak nie postąpią z nami tak okrutnie, lub że zdołamy choć wydrzeć się z ich rąk! Niestety, zawiodłem się sromotnie, bo oto położenie nasze jest w tej chwili bez wyjścia; musimy zginąć śmiercią męczeńską...
— A moja nadzieja zgaśnie dopiero z chwilą, gdy poczuję pazury bestyj w samem sercu. Coś we mnie ciągle mówi, że jednak Kara Ben Nemzi przybędzie tutaj, a może nawet jest już gdzieś blisko. A on się ulituje nad nami, gdy dowie się o przeznaczonych nam męczarniach, i uratuje nas najniezawodniej.
— A ja ci mówię, że płonna okaże się ta twoja nadzieja!
— Dlaczego?
— Dlatego, że, po pierwsze, nie dalej jak wczoraj usiłowałeś go zamordować, a po wtóre, nie zechce narażać własnego życia dla swego zawziętego wroga.
— O, nie przypuszczaj, aby się czegokolwiek obawiał ten człowiek! Jeżeli tylko przebaczy tobie, żeś się przyczynił do skradzenia mu konia, to moją względem niego przewinę darował mi już. Zważ, iż, gdy schwytał mię w chwili zamierzonego zamachu na swoje życie, oddał mi nóż, mówiąc: — „Chrześcijanin nie zna zemsty, bo sędzią człowieka może być tylko sam Bóg.“ — Wobec takich jego pojęć nie wątpię, że wybawi nas; tak mu wszak nakazuje jego religja, a jest prawym wyznawcą Chrystusa.
— Allah! Synu mój! Dziwię się, iż wierzysz jego słowom i serce masz przepełnione zachwytem dla niego! Wszak jesteś dumnym kaznodzieją islamu i, jako taki, powinieneś mieć dla chrześcijanina jedynie tylko słowa pogardy i przekleństwa, a jednak odzywasz się z uwielbieniem o Franku i pokładasz nadzieję właśnie w tym przeklętym wyznawcy krzyża z Idżodżudżula (Golgota).
— Nie myśl tak o nim i nie nazywaj go przeklętym! Ten effendi wiary swojej nie nosi li tylko na języku; mieszka ona w jego sercu, wisi na rękojeści jego noża i przemawia z luf jego karabinów. Jeżeli Allah sprowadzi go tutaj, to przysięgam na proroka i na...
— Milcz! Zapomniałeś, co nam powiedział z szyderstwem Szir Samurek: — „Kto oczekuje pomocy ze strony chrześcijanina, ten nie powinien jej żądać od Allaha“. Jeżeli Kara Ben Nemzi przyjdzie nam z pomocą, to sprowadzi go jedynie Iza Ben Marryam. Do niego się więc nam zwrócić należy!...
Nie mogłem odgadnąć, czy Akwil mówił to z przekonania, czy też li drwił tylko. Syn jego wziął jednak te słowa poważnie i odrzekł:
— Niedźwiedzi jeszcze niema; przybędą dopiero, jak sądzę, późną nocą, a do tego czasu może nam jeszcze Mahomet zesłać jakiś ratunek... Bóg chrześcijan pozostaje nam na chwilę ostateczną...
Rozumowanie takie w niesłychanie ciężkiem położeniu skazańców zbudziło we mnie politowanie nad ich naiwnością. Halef odczuł to samo i szepnął mi do ucha:
— Gdyby tu nie szło o życie lub śmierć istot ludzkich, sihdi, śmiałbym się do rozpuku z ich rozumu. Wszak nie mam wątpliwości, kto potężniejszy: Chrystus, czy Mahomet. Może tak wartoby nam było postarać się, aby ci Bebbejowie przekonali się o tem na własnej skórze?
— Stanie się to i bez naszych starań — odrzekłem również szeptem. — Zaczekajmy tylko trochę, a bądź cicho, bo chcę słyszeć ich rozmowę.
Nic nowego jednak dalsze ich słowa nam nie przyniosły, i nie miały żadnego dla sprawy znaczenia. Wzdychali, czynili sobie nawzajem wyrzuty, modlili się do Allaha, Mahometa i wszystkich jego następców, co mię wreszcie tak znużyło, że już-już miałem chęć wleźć przez otwór i przerwać to wyrzekanie, uwalniając Bebbejów z niewygodnej bardzo pozycji, gdy nagle usłyszałem trwożny okrzyk Akwila:
— Allah, zlituj się! Niedźwiedź we drzwiach!
— Istotnie! — odparł Sali. — To młody niedźwiedź. O Allah, o proroku, o Mekko i święta Kaabo! Ratujcie nas od srogiej śmierci!...
We drzwiach kaplicy ukazał się młody, ale wcale pokaźny niedźwiadek, sięgający wzrostem co najmniej siedmiu piędzi. Odstawiony już oddawna od piersi, żywił się zapewne nietylko owocami, ale i dziczyzną, dostarczaną mu przez matkę, nie wyglądał bowiem na wygłodzonego.
— Och, sihdi! — szepnął Halef. — Niedźwiedź! Tęgi niedźwiedź! Nie sądziłem, aby dziateczki starej mamusi były tak wielkie. No, ale jak sądzisz, sihdi? Pójść do niego i powiedzieć mu, że potrzebna mi jest jego skóra na dywan pod nóżki mojej Hanneh?
— Ani kroku! Spłoszyłoby to starą, która zapewne idzie za nim w niewielkiej odległości. Zresztą, nie wolno ci się stąd ruszyć, dopóki nie dam znaku!
W czasie, gdyśmy ze sobą szeptali, niedźwiedź zajadał znaleziony plaster miodu, który Kelurowie położyli na wabika tuż koło progu kaplicy. Pociesznie wyglądał figlarny miś, gdy, ująwszy plaster miodu w przednie łapy, zasiadł wygodnie, by spożyć go z zadowoleniem wytrawnego smakosza.
Bebbejowie przez pewien czas zachowywali się jak niemi; potem usłyszałem, iż się modlili, ale pocichu, aby snadź nie ściągnąć na siebie uwagi niedźwiedzia, który wszedł dalej do środka i zabrał się już do drugiego plastra. Wkrótce potem nadszedł za nim drugi niedźwiadek, a później trzeci. Teraz skazańcy, nie licząc się już z niczem, poczęli krzyczeć coraz rozpaczliwiej, a tymczasem trzej młodociani smakosze, wylizawszy po drodze rozlany miód, przystąpili do Bebbejów i poczęli się rozkoszować słodyczą, która ściekała z ich ciał na ziemię; wylizywali miód radośnie, mlaskając językami. Miałem wrażenie, jakbym patrzył na gości, spożywających w jadłodajni zajazdu gorącą a smacznie przyrządzoną zupę. Niedźwiedź jednak zawsze jest niedźwiedziem, czy to w górach Kurdystanu, czy też w table d‘ hote w Cannes lub Baden-Baden...
Dwa pierwsze niedźwiadki załatwiły się szybko z patoką u nóg skazańców, a następnie, zmiarkowawszy, iż słodycz cieknie z góry, oparły się łapami o łydki Akwila, który nie krzyczał już, lecz.. wył przeraźliwie.
— Effendi! Drogi effendi! Czas na nas, bo inaczej będą zgubieni! — błagał szeptem Halef i porwał się biec.
Wstrzymałem go jednak:
— Zostań! Nie wiemy, gdzie jest stara. Mogłaby zaskoczyć nas od tyłu.
Poza rozpaczliwym wrzaskiem Bebbejów, który zapewne aż w obozie Kelurów echem się odbijał, nie mogliśmy nic innego dosłyszeć. Zastanowiło mię, że młode niedźwiedzie przyszły tu bez matki, która zazwyczaj nie wypuszcza „dziatek“ bez swojej opieki i czuwa nad niemi na każdym kroku. Czyżby natrafiła na nasze ślady i węszy je teraz rozważnie? Albo może zainteresowały ją tropy Kelurów?
— Schowaj się dobrze, — szepnąłem do Halefa — bo stara może się tutaj zjawić lada chwila.
Chwyciłem w obie ręce karabin za lufę, aby być gotowym do uderzenia w każdej sekundzie.
Obawy moje okazały się całkowicie uzasadnione, bo w tej samej prawie chwili z ciemności nocnych wyłoniła się olbrzymia postać niedźwiedzicy i minęła wejście do kaplicy, podążając w naszą stronę. Już myślałem, że nadeszła stanowcza chwila rozstrzygnięcia śmiertelnego pojedynku na życie i śmierć pomiędzy mną a potworem, gdy nagle w kaplicy rozległ się przeciągły jęk ludzki, a zwierzę, kierując się tym głosem, zawróciło ku wejściu kaplicznemu i stanęło w jego otworze. Jedno spojrzenie do wnętrza muzallah przekonało mię, o co idzie. Oto dwaj rozłakomieni braciszkowie pokłócili się snać ze sobą przy uczcie i poczęli się zbyt energicznie głaskać łapami tuż u nóg Akwila, przyczem zapewne i jemu coś się z tych karesów oberwało, i dlatego tak okropnie zajęczał. Niedźwiedzica zaś, która nas zwietrzyła i już ku nam chciała się posunąć, zaniechała tego, powodowana troską o własne dzieci, i dlatego też zwróciła się ku wejściu do muzallah.
Gdyby miała więcej podłużną głowę i bardziej śpiczasty pysk, możnaby ją wziąć za niedźwiedzicę polarną, gdyż była prawie biała i mogła mieć na długość co najmniej dwa metry, — była więc niezwykle wielka, a co za tem idzie, silna. Zauważyłem, że brakowało jej jednego ucha, które prawdopodobnie postradała w walce ze swoim panem małżonkiem lub jakim innym, wcale nie po dżentelmeńsku usposobionym rycerzem niedźwiedziego rodu. Przez chwilę stała w drzwiach kaplicy spokojnie, i miałem możność obejrzeć ją dobrze. Zdaje mi się — wystarczyłoby jedno jej uderzenie przednią łapą, a padłby od niego najsilniejszy mężczyzna! Widok potwora wprawił obu nieszczęśliwych Bebbejów w niewypowiedzianą trwogę.
— Allah! — krzyczał Akwil. — Ratunku! Śmierć się zbliża! Litości! O Allah!...
Równocześnie zaś jęczał jego syn:
— Duch kapłana zbliża się, aby zemścić się na tobie! O, wybaw nas, Allah! O proroku wszystkich wiernych, ratuj nas!
— Milcz! — zgromił go stary. — Potęga proroka skończyła się... Przypomnij sobie...
Nie słuchałem dalej, gdyż zbliżyła się dla mnie chwila działania.
— Zostaniesz tutaj! — rzekłem do Halefa i, opuściwszy sztuciec, wziąłem natomiast w zęby nóż, a w ręce karabin, aby móc przedewszystkiem ogłuszyć bestję uderzeniem kolby, a następnie przebić ją silnym ciosem noża, przewidując, iż uda mi się to wykonać, gdy potwór zajmie się młodemi. I rzeczywiście, niedźwiedzica pogodziła kłótliwych synów, uderzając jednego i drugiego niezbyt silnie przednią łapą, poczem zbliżyła się do Akwila.
— Ratuj, Boże chrześcijan! Ratuj, Iza Ben Maryam, skoro prorok pomóc nam nie chce! Ratuj nas!
— Ratuj nas, Ukrzyżowany, bo niema ponad Ciebie większej potęgi na ziemi, ani na niebie!... Ześlij zbawienie!
Nie słyszałem więcej. W mgnieniu oka wskoczyłem do wnętrza przez tylny otwór kaplicy i uderzyłem kolbą niedźwiedzicę między przednie łapy z taką siłą, że aż jej żebra zatrzeszczały i powaliła się na bok, zwracając ku mnie swą straszliwą paszczę. Tego tylko czekałem. Błyskawicznym ruchem podniosłem karabin w górę i z ogromnym rozmachem uderzyłem potwora nie w czaszkę, gdyż byłby to cios bez skutku, lecz w pysk, co starą odrazu oszołomiło. Nie trwał jednak długo ten bezwład jej, i z doświadczenia przygotowany byłem na to. Odrzuciwszy więc karabin, wyjąłem z zębów nóż i zadałem bestji trzy gwałtowne pchnięcia między żebra, poczem odskoczyłem nagle wbok, gdzie stał jeden z niedźwiadków, dzikim pomrukiem objawiając swe niezadowolenie, iż mu się przerwało słodką ucztę. Jednocześnie Halef tuż koło broczącej krwią starej niedźwiedzicy borykał się bezskutecznie z drugim niedźwiadkiem, który ostremi pazurami atakować go poczynał. Spostrzegłszy to, zląkłem się poważnie o mego niedoświadczonego towarzysza, tem bardziej że nie byłem pewny, czy trafiłem starą w serce i czy nie rzuci się czasem niespodzianie na Halefa w obronie swego dziecka. Doskoczywszy więc w tę stronę, wziąłem przemocą mego śmiałka nabok i wskazałem mu pełnym obawy ruchem niedźwiedzicę. Ale mały zuch popatrzył na mnie, jak człowiek, któremu ktoś śmie przeszkadzać w spełnieniu obowiązku, i ozwał się:
— Cóżto? Żartujesz chyba! Nóż twój chybić nie mógł. Patrz zresztą, jak z niej krew bucha strumieniem; to są ostatnie jej podrygi. Pożycz mi, effendi, swego karabinu, abym tak samo, jak ty, naprzód tych młodzieńców ogłuszył uderzeniem, a następnie dobił, bo mają czelność opierać się...
Gdy mówił tak do mnie, nie spuszczałem z oka starej, spodziewając się, iż lada chwila zerwie się z ziemi. Obawa ta jednak okazała się zbyteczna; nóż mój przebił jej serce nawylot, i w moich oczach, rzężąc straszliwie, wydała ostatnie tchnienie.
Podałem Halefowi swój karabin, którym natychmiast powalił na ziemię obydwóch niedźwiadków i następnie zakłuł ich energicznemi pchnięciami noża. Z trzecim niedźwiadkiem, który też nadszedł niebawem, uporaliśmy się również w taki sam sposób.
Wszystko to było dziełem kilku zaledwie minut, i z ulgą stwierdziłem nareszcie, iż mamy przed sobą cztery trupy niedźwiedzie, i że w walce dość niebezpiecmej ani nam włos z głowy nie spadł.
Gdyśmy się następnie zwrócili ku Bebbejom, mieli oczy zamknięte i jakby im oddech zamarł w piersiach. Najwidoczniej straszna trwoga wprawiła ich w omdlenie. Oburzyło to mego Halefa, który się spodziewał, że zwrócą się natychmiast ku nam z podziękowaniami.
— A otwórzcież oczy, bohaterowie! Czyżby się wam zdawało, żeście już poszli tą samą drogą, co nieczyste duchy zabitych przez nas potworów? Przecież, gdyby tak było, uczulibyście przedtem ostrza naszych nożów!
— Kara Ben Nemzi!... — jęknął Akwil, otwierając nagle oczy.
— Taki On we własnej swojej osobie... Hadżi Emir Kara Ben Nemzi effendi — dodał Sali. — A tutaj, obok niego, dzielny Hadżi Halef Omar... Czy widzę was w istocie, czy też to tylko mara pośmiertna?...
Maszallah! Czyż można marzyć po śmierci? — śmiał się Halef. — Zapewniam, że widzicie nas na jawie, i wcale nie mamy ochoty być sennemi widziadłami.
— A więc istotnie wy to jesteście? W jakiż zatem sposób dostaliście się tutaj do Muzallah el Amwat?
— W taki właśnie sposób, jak się tego spodziewałeś. Przybyliśmy wślad za Kelurami, aby odebrać im konie nasze i uwolnić was z ich, rąk drapieżnych.
— Nas uwolnić? — zapytał niedowierzająco. — Czy tylko nie żartujesz, Hadżi Halefie Omarze?
— Że nie żartuję, najlepszem są świadectwem leżące tu cztery skóry niedźwiedzie, padłem wypchane. Zbyt niebezpieczne byłyby to dla nas żarty, abyśmy bez powodu mieli sobie na nie pozwalać.
Allah l‘ Allah! Czyżbyście istotnie przyszli tutaj do muzallah, aby nas ratować?
— Tak, to było naszym celem.
— A więc sprawiła to jedynie modlitwa do Ukrzyżowanego, i pozostaje nam błagać was teraz, abyście nam winy nasze przebaczyli. Wyrządziliśmy wam krzywdę, dając Kelurom sposobność do ukradzenia koni, godziliśmy na wasze życie, i teraz trudno nam uwierzyć, abyście za wyrządzone zło odpłacić nam mogli dobrocią. Zresztą, nie jesteśmy jeszcze wolni...
— Uwolnimy was, ale pod warunkiem, iż nie postawicie nam potem żądań, z którychbyśmy nie byli zadowoleni!
— Jakich to żądań?
— A no — odrzekł wesoło Halef, skory do dowcipkowania w najgorszej nawet sytuacji, — moglibyście naprzykład zażądać od nas, abyśmy ten miód z was zlizali. Nasz kismet nic nam o tem nie mówi, abyśmy mieli kończyć zaczętą przez niedźwiedzi robotę!
Sali nie wiedział, co na to odpowiedzieć. Tak on, jak i ojciec jego, mieli tak beznadziejne miny, że postanowiłem uwolnić ich natychmiast z okropnego położenia. Dobyłem więc noża, i w parę minut obaj byli wolni, choć z powodu odrętwienia bardzo niepewnie stali na nogach.
I oto teraz stało się coś, czego nigdy przypuścićbym nie mógł: Akwil, stary rabuś, morderca, człowiek, zdawało się, wyzuty zupełnie z sumienia i wszelkich pojęć o uczciwości, padł teraz przede mną na ziemię i począł łkać, jak dziecko, a Sali uchwycił mię za obie ręce i na klęczkach mówił drżącym ze wzruszenia głosem:
— Zwyciężyłeś, effendi, jak zresztą zawsze zwyciężasz!... Ale zwycięstwa tego nie poniosłeś dla własnej sławy, lecz dla kogoś, kto wysoko króluje ponad tobą... — „Bóg jest miłością“ — rzekłeś, a ja nie wierzyłem temu, bom miał łuskę na oczach, bo błądziłem poomacku. Teraz jednak wierzę... Wyrwałeś nas ze szpon śmierci, jesteśmy więc twoją własnością i losy nasze składamy w twoje ręce... Postąp z nami, jak uznasz za stosowne!...
— Powstań! Nie klękaj przed człowiekiem! — odrzekłem, podnosząc go. — Tylko przed Bogiem i jego zastępcami należy klękać; jam zaś tak samo grzeszna istota, jak i ty. Czyż naprawdę gotowi jesteście powierzyć swe losy w moje ręce?
— Tak. Uczyń z nami, co ci się podoba! Wierzymy bowiem, iż nie wydasz nas Kelurom, effendi!
— Nie obawiajcie się o to. Jesteście wolni!
— Allah! Przedziwnym jesteś człowiekiem! Czyżbyś nawet nie zamierzał oddać mego ojca w ręce władzy w Khoi, aby tam został ukarany za kradzież dziesięciu tysięcy piastrów?
— Nie jestem policjantem z Khoi. To, co zawiniliście wobec mnie, przebaczyłem wam, a rachunki wasze z innymi ludźmi nic mię nie obchodzą, i nie mam prawa czynić nad wami sprawiedliwości. Allah najlepszym jest sędzią... Jesteście wolni i moglibyście już teraz pójść, dokąd się wam podoba. Jednak poproszę was, abyście zostali z nami do rana, bo w razie waszego odejścia doznalibyśmy prawdopodobnie przeszkody w zamierzonem przez nas przedsięwzięciu.
— Emirze, nie powinieneś prosić, lecz rozkazywać nami Serca nasze przepełnione są wdzięcznością dla ciebie, a nienawiść, którą przedtem do ciebie żywiliśmy, rozwiała się jak mgła w słońcu. Żądaj więc, co chcesz, a wszystko uczynimy chętnie.
— Owóż poproszę was jedynie o to, abyście, będąc z nami do rana, zachowywali się jak najspokojniej. Zamierzam bowiem jeszcze dzisiejszej nocy odebrać od Kelurów swoje konie i wziąć szeika ich Szir Samureka do niewoli. Skoro mi się to uda, będziecie mogli odejść.
— Co mówisz, effendi? Zabrać im konie i uprowadzić szeika? Konie, jakkolwiek bardzo trudna i niebezpieczna będzie z nimi sprawa, może ci się uda wydostać. Co się jednak tyczy ujęcia szeika, to wątpię, czy podołasz temu zadaniu.
— Skąd-że to nabrałeś śmiałości mówić w ten sposób do mego effendiego? — oburzył się Halef. — On zawsze dokona tego, co przedsięweźmie, a co inni uważają za niemożliwe. Jeżeli więc sihdi mój zamierza uprowadzić Szir Samureka, to go uprowadzi, — możesz być tego pewny. A zresztą, czy nie widzisz, że i ja jestem przy nim, ja, który dopomogłem mu w tylu już heroicznych czynach? Co my we dwóch przedsięweźmiemy, to i wykonamy... a czy on jest ze mną, czy też ja z nim, to nie ma nic do rzeczy. Przed chwilą zresztą sami widzieliście, żeśmy obaj dokonali tu czynu o wiele niebezpieczniejszego, aniżeli wzięcie szeika do niewoli.
— Co do mnie, — rzekł Akwil — jedno i drugie przechodzi moje siły, wam atoli udać się może... Czy jednak możesz mi powiedzieć, w jakim celu chcesz więzić Szir Samureka?
— Aby w ten sposób wymóc na Kelurach zwrot pieniędzy, będących własnością oberżysty z Khoi.
— Odstawicie go zapewne do Khoi, aby go ukarano za podpalenie wsi?
— Nie. Powiedziałem ci już, że nie jestem policjantem. Skoro tylko osiągnę swój cel, puszczę go na wolność.
— Na wolność, effendi? Tego zbrodniarza i złodzieja, który rzucił nas tutaj na pastwę dzikich zwierząt, który ukradł wam konie i który, gdybyście wpadli w jego ręce, postąpiłby z wami tak samo, jak z nami?... Nie, effendi! Ty go nie puścisz bezkarnie! Pomyśl tylko, ile zbrodni popełnić jeszcze może przez resztę swego życia! A wszystkie zaciążą na twojem sumieniu. Czyżbyś nie zawahał się wziąć na siebie takiej odpowiedzialności?
— Nie zawaham się.
— W takim razie nie pojmuję cię wcale!
— Przed chwilą właśnie wziąłem na swoje sumienie podobną odpowiedzialność.
— Nie rozumiem?...
— Posłuchaj! Szir Samurek jest zbójem i zbrodniarzem, to prawda. Ale czem-że byliście wy, zanim wam przebaczyłem? On miał zamiar pozbawić mię życia, i wy zamierzaliście to samo. Odpłaciłem wam za to nie zemstą, lecz przebaczeniem, i mam prawo postąpić tak samo z szeikiem Kelurów.
— Kelurowie są naszymi wrogami i między nami a nimi toczy się krwawy spór!
— Mnie to nic nie obchodzi! Czyż do tej chwili i wy nie nazywaliście nas swymi wrogami? A jednak, jak sądzę, nie jesteście już nimi teraz. Przed chwilą zresztą mówiłeś tak pięknie o miłości, a teraz obstajesz przy zemście względem swych wrogów... Czy myślisz, że miłość, jakiej wymaga od nas Bóg, dopuszcza, aby tak postępować? Czyż sądzisz, iż jest zasługą kochać jedynie tych, którzy ciebie również kochają? Kto poznał, jak wygląda prawdziwa miłość, ten powinien wytężyć wszystkie swoje siły, aby się mógł sam na nią zdobyć, aby się w niej zaprawdę doskonalił. Proś zatem Allaha, aby ci w tem dopomógł, bo, wierzaj mi, niema większego szczęścia na ziemi, jak żyć w miłości i umrzeć pod opiekuńczemi jej skrzydłami. Ale nie możemy teraz zbytnio rozwodzić się nad tem, gdyż niewiele już mamy czasu. Czy przypominasz sobie, co ci odpowiedział Szir Samurek, gdy twierdziłeś, że was uratuję?
— Nie wiem, o co pytasz...
— Przypomnij sobie słowa szeika, które ci rzekł tam, w obozie: — „Przysięgam na Allaha i na moją duszę, że skoro on was uratuje, to ja sam porzucę islam i zwrócę się do Boga, który umarł na krzyżu za grzechy ludzkie.“
Maszallahl Skąd-że ci znane są tak dokładnie słowa, wypowiedziane do mnie przez szeika? Czyżbyś był wszystkowiedzącym, effendi?
— A przypominasz sobie, co ci jeszcze mówił o krzyżu i o niedźwiedziu?
— Tak, przypominam sobie...
— Otóż trzeba, abyś nam pomógł słowa jego urzeczywistnić. Jeżeli miłość, jaką żywię w swem sercu, a której godłem jest krzyż, uratowała was od śmierci, to powinna także przekonać Kelurów, iż nienawiść i zemsta rodzą tylko nienawiść i zemstę, podczas gdy miłość jest matką odkupienia i szczęśliwości ludzkiej.
— Ba, ale w jaki sposób my możemy ci być w tem pomocni, effendi?
— Zaraz się o tem dowiesz! Skoro szeik obudzi się jutro rano i zwróci oczy ku muzallah, musi spostrzec, że to, z czego drwił niedawno, stało się rzeczywistością. Niedźwiedź musi trzymać w łapach krzyż u wejścia do muzallah!...
Spojrzał na mnie wzrokiem pełnym zdumienia i rzekł:
— Co za myśl! Effendi, rozumiem już teraz, gdzie źródło twego powodzenia! Ty nie postępujesz bezmyślnie według przykazań kismetu, lecz w każdej okoliczności torujesz sobie drogę sam, wedle własnej woli...
— I ty także możesz zdobyć się na to. I to bardzo łatwo.
— O, nie! Ani mnie, ani żadnemu innemu człowiekowi udać się to nie może, bo nie mamy ku temu siły. Radbym tylko wiedzieć, kto udzielił jej tobie?
— Sprawiła to miłość. Powiedziałem ci już, iż jest ona matką zbawienia i szczęśliwości. Twój kismet jest tyranem, pod którego nogami tarzasz się jak robak marny, w obawie, aby cię nie roztratował. Wpił się bowiem w szpik twoich kości i owinął o twoją duszę jak wąż. Ogłusza cię i oślepia, ażebyś nie miał pojęcia o kajdanach, w które cię zakuwa. Wsącza swe okrutne prawa w krew twoją i wydaje ci rozkazy za pośrednictwem twoich namiętności. Opanowany przezeń, nie masz własnej mocy, ani woli, ani nadziei, bo kismet wszystko zgóry już oznaczył. Berłem jego gwałt, a islam nauką, którą głosi. Bo godło waszej wiary, kumara w kształcie półksiężyca, jest jakby znakiem zakrwawionej krzywej szabli Mahometa, zapomocą której ugruntował prorok swą religję wśród ciemnych i fanatycznych ludów! Nad wyschłą studnią kismetu zmarniała wasza miłość i jesteście wcieleniem nienawiści, zemsty oraz zbrodni, pomimo że uważacie się za wybranych ulubieńców Allaha. Kismet odebrał wam wolność i uzdolnienie do czynów, do życia, do szukania dróg ku światłu. A skoro poznacie chrześcijanina, który uzbroił się w miłość i cnoty, nakazane mu przez Boga, i dokonywa cudów, wówczas wołacie ze zdziwieniem maszallah“ i nie możecie pojąć, jak można dokonać czegoś, co wydaje się wam niemożliwością. Kismet kazał szeikowi ukraść mi konie, ale ja drwię sobie z kismetu i odbiorę je; kazał mu rzucić was niedźwiedziom na pożarcie, a ja, jako człowiek wolny i samodzielny, przeszkodziłem temu. Tak samo nie będę się pytał kismetu, czy mi pozwoli wywlec szeika z pośród trzystu jego wojowników. To go może opamięta i wywrze niezawodnie zmianę w dalszem jego życiu.
Sali słuchał tych słów z wielkiem przejęciem, nie przerywając ani słowem. Teraz dopiero ujął moją rękę i rzekł:
— Dziękuję ci, effendi! Przez całe życie pragnąłem znaleźć drogę do światła, a mimo to błądziłem zawsze w ciemnościach. Słów twoich nie mogę jeszcze pojąć należycie, tak, jakbym tego pragnął, ale wsiąkły mi one w duszę, i mam nadzieję, że zapalą tam iskry, które później wybuchną jasnym płomieniem. Jestem siewcą islamu, a jednak byłem skory do zbrodni; ty zaś, nie będąc nauczycielem swej wiary, czynisz dobrze nieprzyjaciołom swoim. Pomyślę nad tem, i będę odtąd czynił to, co Allahowi jest miłe.
— Ba, ale skąd się dowiesz, co się może Allahowi podobać?
— Powie mi to głos własnego mego serca. Powie z pewnością.
— Czy może ten głos, który ci oznajmił przyjście Mahdiego?
— Ten sam głos wewnętrzny.
— No, to bądź wobec takich głosów ostrożny! Pewien mędrzec powiedział, iż serce dopóty nie może znaleźć spokoju, dopóki nie spocznie w Bogu. Owóż spowiń swe serce w promienie miłości i prawdy, a żaden Mahdi nie będzie ci potrzebny!
— I nad tem pomyślę, effendi... Poznałeś mię wczoraj jako gorliwego wyznawcę islamu, a dzisiaj nietylko że słucham twoich słów z rozkoszą, ale przyrzekam, iż, bez względu na swoją wiarę, pomogę ci chętnie w urządzeniu znaku krzyża na postrach Kelurom. Czy cię to narazie zadawalnia?
— Byłżebyś naprawdę gotów pomóc mi, Sali Ben Akwil?
— Pomogę, i jeżeli się to prorokowi nie spodoba, to mam nadzieję, że gniew jego nie będzie trwał na wieki.
— No, ja na twojem miejscu liczyłbym się z gniewem Mahometa o tyle, o ile on troszczył się o was, gdyście się znaleźli wobec otwartej paszczy i pazurów potwora.
Wtem ozwał się Akwil, który, leżąc wciąż jeszcze na ziemi, aż do tego czasu nie mieszał się wcale do rozmowy:
— Bluźnierstwa twe obrażają moje uszy! W innych warunkach naplułbym ci w twarz z pogardą. Bezcześcisz proroka, effendi, i czeka cię za to wielka kara!
— Taka sama zresztą, jak i was, gdyby wogóle było to możliwe, aby Muhammed miał jakąkolwiek moc karania.
— Nas? A za co?
— Czyż, jako wierni muzułmanie, nie popełniliście bluźnierstwa, wzywając w ostatecznem nieszczęściu Boga chrześcijan na pomoc? Przecież obaj modliliście się do Iza Ben Maryam... A gdym twierdził, iż Mahomet wogóle nic dla was dotychczas nie uczynił, uznaliście, że nie ma on mocy ku temu. Nie jest-że to bluźnierstwo z waszej strony?
— Zamilcz, effendi! Człowiek w nieszczęściu nie wie sam, co mówi. Ocalenie nasze jest istotnie cudem, który się stał właśnie w chwili, gdy szukaliśmy ucieczki w Bogu chrześcijan. Że zaś Mahomet nie pomógł nam, stąd wniosek, iż twój Iza Ben Maryam bez zaprzeczenia jest potężniejszy od niego. A skoro mój syn, znający koran i naukę islamu, jak nikt inny, nie waha się współdziałać w ustawieniu krzyża, to tem bardziej ja, nie będąc alim, uczynię, czego żądasz, bez względu na to, czy się prorokowi postępek nasz spodoba, czy też nie.
Jak z ich słów wynika, obaj Bebbejowie od wczoraj zmienili się pod względem swoich przekonań religijnych do niepoznania, i mogłem żywić nadzieję, że zmiana ta nie będzie przemijającym tylko objawem stanu ich dusz.
Zabraliśmy się raźnie do roboty, gasząc przedewszystkiem światło, ażeby Kelurowie nie spostrzegli naszych cieni. Zniknięcie światła nie powinno ich było zadziwić, bo przecież mógł je zagasić przypadkowo który z niedźwiedzi. Następnie, wywlókłszy zabitą niedźwiedzicę i umieściwszy ją przy pomocy powrozów w stojącej pozycji na stosie kamiennym w wejściowym otworze muzallah, umocowaliśmy jej w łapach przednich wielki krzyż, zrobiony, rozumie się, z tych samych belek, do których przytwierdzeni byli niedawno skazańcy. Trzy młode niedźwiedzie ułożyliśmy następnie na kupę w kącie muzallah i śpiesznie opuściliśmy miejsce, które mogło stać się widownią nietylko śmierci męczeńskiej Bebbejów, ale i naszej, gdyby się nam wyprawa nie powiodła.
Miejsce, gdzie wczoraj podczas mojej wycieczki do Kelurów ukrywał się Halef, uznałem za najodpowiedniejszy punkt schronienia dla Bebbejów, i teraz skierowaliśmy się ku niemu, zachowując całkowitą ostrożność w obawie natknięcia się na Kelurów, którzy wszak mogli jednak wysłać ku ruinom muzallah oddział ludzi celem przekonania się, co było istotną przyczyną zagaśnięcia światła. Na szczęście, nie spotkaliśmy po drodze nikogo.
Przedostawszy się do rzeczonej kryjówki, kazałem Bebbejom położyć się, a Halefowi zabroniłem odzywać się do nich, powierzając mu niby to nadzór nad nimi i zostawiając pod jego opieką karabiny.
Miałem teraz przed sobą bardzo trudne a podwójne zadanie: po pierwsze — trzeba było uprowadzić Kelurom nasze konie, po wtóre — schwytać ich szeika. Nie mógł mi w tem pomóc ani Halef, ani też Bebbejowie, którym zresztą, nawiasem mówiąc, niebardzo jak dotąd ufałem.
Wyprawa moja była o wiele uciążliwsza od poprzedniej, a nieprzebite ciemności nie pozwalały nic dostrzec już na krok odległości, nie mogłem więc posługiwać się wzrokiem, lecz musiał mi go zastąpić zmysł słuchu i czucia. Zestępowałem zatem po pochyłości na czworakach tyłem, jak po drabinie, zamierzając dostać się najpierw ku owemu zrębowi skalnemu nad obozem Kelurów, by móc się przedewszystkiem rozejrzeć i zobaczyć, gdzie jest Szir Samurek i co porabia.
Z trudem ogromnym dostałem się nareszcie ku owemu zrębowi i wytężyłem wzrok i słuch. W obozie nie było ogni, a ciemność nie dozwalała nic dojrzeć; pod skałą, gdzie wśród drzew było legowisko szeika, tem bardziej nic widać nie było. Gdzie mógł być w tej chwili Szir Samurek? Przysiągłbym, że właśnie spoczywał sobie tutaj, na miękkiem podścielisku z mchu i suchych liści; zresztą, w całym obozie nie było dla tak dostojnej osoby wygodniejszego nad to miejsca. W danym razie interesowało mię najbardziej, czy ulokował się tu sam, czy też śpi w towarzystwie któregoś z przybocznych swych wojowników. — Na drugim końcu obozu słychać było wśród Kelurów przyciszone głosy. Nie spali jeszcze, rozprawiając widocznie o dzisiejszych zdarzeniach. Starałem się uchwycić uchem jakikolwiek dźwięk od podnóża skały, gdzie we dług mego mniemania powinien był znajdować się szeik, — ale napróżno: panowała tam zupełna cisza. Nie namyślając się zatem długo, zlazłem wdół, co mogło pociągnąć za sobą smutne dla mnie skutki, gdybym się natknął przypadkowo w ciemności na którego z Kelurów. W ciemności nie mogłem, oczywista, dojrzeć niczego i musiałem się zdać jedynie na inne zmysły: słuchu, dotyku i... węchu. Co do tego ostatniego — mogłoby się wydać dziwnem, co tu powiedziałem, a jednak istotnie węch nie był w danym razie bez znaczenia ze względu na to, iż Kelurowie, którzy nie mają zwyczaju noszenia bielizny, ubranie swoje zmieniają najwyżej dwa razy do roku, z początkiem lata, a potem na zimę, i cuchną zatem jak gnojówka. Powiedziałem, zmieniają dwa razy rocznie, ale nie jest to zasada ogólna, gdyż wielu z nich nosi ubranie latami całemi, bez względu na porę roku, a mydło dla Kurda jest takim zbytkiem, jak naprzykład dla naszego dróżnika kolejowego ostryga, — można zatem wyobrazić sobie smród, jaki bije już zdaleka od takiego gatunku ludzi...
Dostawszy się szczęśliwie na upatrzone miejsce, usłyszałem głęboki, miarowy oddech śpiącego człowieka. Nie mógł to być w mojem mniemaniu nikt inny, jak tylko Szir Samurek w swojej własnej dostojnej osobie. Wnioskowałem to stąd, iż dygnitarz ów, jako człowiek zamożniejszy, posiadał lepsze od innych i świeższe ubranie, nie cuchnął przeto tak, jak jego podwładni. Posunąłem się teraz na brzuchu aż do jego legowiska, macając przed sobą, i przekonałem się, że jest sam... Sprzyjał mi więc kismet, mimo że tak niedawno naigrawałem się z niego.
Nie było, oczywista, zbyt wiele czasu do namysłu... Jako wytrawny „mistrz“ w obezwładnianiu przeciwników, wykonałem w mig swoją sztukę. Silny chwyt za krtań, dwa uderzenia w skronie... i sprawa była skończona. Wziąłem omdlałego zbója na barki, powstałem — i marsz zpowrotem! Nie troszczyłem się już o to, aby mię nie usłyszano, bo trudno mi było teraz zachować taką, jak uprzednio ostrożność, dźwigając pod górę wśród ciemności ciężkiego drągala. Wywiązałem się jednak z zadania szczęśliwie, aczkolwiek pot kroplami spływał mi po twarzy.
— Czyś ty to, sihdi? — zapytał Halef, gdy nareszcie dotarłem do naszej kryjówki.
— Ja!
— I udało się?
— Znakomicie! Dźwigam na sobie samego Szir Samureka.
— Naprawdę? Effendi, to znowu mistrzowska twoja sztuczka, której nawet ja nie potrafiłbym dokonać.
— Och, tak! Przydźwigać pod górę i pociemku takiego drągala — to nielada fatyga. Spociłem się też cały.
— Dźwigać, to jeszcze nic nadzwyczajnego, ale wykraść wodza z pośród setek wojowników — to mi sztuka! Co z nim teraz zrobimy, sihdi?
— Zwiążemy go i zakneblujemy mu gębę, a następnie przejdę się do obozu jeszcze raz po nasze konie. Wy zaś podczas mojej nieobecności musicie go dobrze pilnować, i, gdyby usiłował krzyczeć, to zaraz zagroźcie mu nożem.
— Daj mi nóż, effendi! — prosił Akwil. — Już ja się o to postaram, ażeby ten pies nie otworzył pyska; za to, że rzucił nas, jak sztuki mięsa, niedźwiedziom na pożarcie, odpłacę mu tysiąckrotnie, choćbym miał żyć potem tylko dwa dni jeszcze!
— Nóż mnie samemu jest potrzebny — odrzekłem. — A zresztą, Hadżi Halef Omar postąpi tak, jak będą tego wymagały okoliczności. Wam obecnie nic do szeika, i gdybyście więc próbowali mścić się na nim, ukarałbym was bardzo surowo. Pamiętajcie, że to mój wyłącznie jeniec... i obym nie potrzebował żałować, żem was wydarł z pazurów niedźwiedzich!
Musiałem użyć tak surowych słów, ażeby odebrać Bebbejom chęć wykonania zemsty na szeiku, — postanowiłem bowiem oszczędzić go, ażeby po rozstaniu się ze mną mógł rzec swoim współziomkom, jak tylu innych już oświadczyło: — „On jest chrześcijaninem i dlatego serce jego pełne jest dobroci...“
To też Halef po moich słowach, zwróconych ku Bebbejom, odgadując moją intencję, rzekł z zadowoleniem:
— Możesz być spokojny, effendil Twój Halef postara się już o to, aby stało się wszystko wedle twojej woli. Ktoby choć palcem ruszył przeciw szeikowi, poczuje natychmiast ostrze mego noża we własnej piersi!
Po takiem zapewnieniu Halefa mogłem pod jego opieką zostawić jeńca bez najmniejszej obawy, aby mu się cośkolwiek złego podczas mej nieobecności nie przytrafiło, i oddaliłem się bezzwłocznie w kierunku tego miejsca obozu Kelurów, gdzie powinien był znajdować się mój Rih.
Byłbym się założył, że Rih, zobaczywszy mię wczorajszego popołudnia wpobliżu obozowiska, nie dał się wyprowadzić z tego miejsca, gdzie mię spostrzegł, dlatego też cichutko, na czworakach, po czołgałem się w tamtą stronę. Nikt mię tu spostrzec nie mógł, gdyż nie pozwalały na to ciemności, a zresztą, Kelurowie najspokojniej spali.
Zbliżywszy się ku owemu miejscu, usłyszałem chrapnięcie nozdrzami, co mię upewniło, iż Rih zwietrzył mię zdaleka. Inny koń w takich okolicznościach rżałby zapewne i parskał niecierpliwie — mój jednak ulubieniec zachował się tak spokojnie, jak gdyby był obdarzony ludzkim rozumem.
Niebawem znalazłem się tuż przy nim i uczułem pod dłońmi, że trawa była tu spasiona, a grunt mocno stratowany, z czego przyszedł mi na myśl wniosek, iż chciano go stąd zabrać, lecz bronił się uparcie. Wałach Halefa leżał tuż obok. Pogłaskałem mego czworonożnego druha, on zaś, jakby w odpowiedzi, począł lizać mi ręce, chrapiąc przytem nozdrzami, ale tak cicho, że tylko ja byłem w stanie dosłyszeć. Dziwiło mię bardzo, iż pozostawiono go bez dozorującego wartownika. Widocznie Kelurowie nie spodziewali się, aby ktoś obcy wtargnął z tej strony do obozu, i ustawili warty nieco dalej, w dole, u wejścia na polanę.
Wyciągnąłem z ziemi palik, do którego Rih był uwiązany, poczem dałem znak koniowi, aby powstał. Rih zrozumiał. Nie potrzebując go prowadzić, gdyż przyzwyczajony był chodzić za mną, jak pies, ująłem natomiast za uzdę wałacha Halefa, i wyszedłem z końmi z niebezpiecznego bądź co bądź miejsca. Ze względu na zarośla nie było to łatwe zadanie, ale się jakoś udało, tem bardziej, iż konie widzą w nocy lepiej, niż człowiek. Obydwa wierzchowce wspinały się po pochyłościach z zadziwiającą zręcznością, wymijając pnie i krzaki. W zwykłych warunkach na przebycie tej krótkiej przestrzeni, jaka dzieliła obóz od naszej kryjówki, potrzebowałbym najwyżej kilkunastu minut, wobec jednak ciemności przemykałem się z końmi całą godzinę.
Hamdulillah! — zdziwił się Halef. — Powracasz szczęśliwie, i zdaje mi się, nie sam... Prowadzisz konie?
— Tak. Nasze konie!
Allah akbar! — Bóg jest wielki! Ale mój zachwyt dla ciebie jeszcze większy! Czy nie złamał który nogi lub nie skaleczył się przypadkiem w wędrówce po tak dzikich manowcach?
— Nie, są zupełnie zdrowe, tylko stęsknione do swoich panów.
— To cud prawdziwy! O, podziw mój dla ciebie, effendi, rośnie naprawdę aż pod obłoki, i życzył bym sobie, aby moja mała i niepokaźna postać osiągnęła choć miljonową część tej wysokości. Mam też nieprzepartą ochotę ucałować twego Riha, a i mój stary tejs (cap) wart, aby go popieścić. Powrót naszych ukochanych zwierząt napawa mię taką radością, jakoby moja najukochańsza Hanneh, najwonniejsza pod słońcem różyczka, przyszła pozdrowić mię tutaj.
To mówiąc, przystąpił do koni i począł je obsypywać pieszczotami.
— Jakże tutaj? — zapytałem. — Wszystko w porządku?
— W jak najlepszym.
— Rozmawialiście z jeńcem?
— Tylko parę słów, bo zabroniłem tego Bebbejom surowo. Odzyskawszy przytomność, zachowywał się przez jakiś czas spokojnie, wnet jednak począł się tak miotać, iż byłem zmuszony błysnąć mu nożem przed oczyma. Powiedziałem mu przy tej sposobności, że, jeśli nie będzie leżał tak spokojnie, jak barania pieczeń w pilawie (ryż) z pieprzem i rodzynkami, to dusza jego natychmiast powędruje na tamten świat. I słowa te poskutkowały.
— Czy wie już, w czyich to znajduje się rękach?
— Nie powiedziałem mu tego, ale przypuszczam, że się domyśla.
— A nasi Bebbejowie? Jakże się zachowywali?
— Żaden z nich nie wyrzekł ni słowa. Leżeli tak cicho, jakby ich wcale tutaj nie było.
Rozmawialiśmy z Halefem, oczywista, pocichu. Potem jednak ozwałem się głośno:
— Zostaw konie na trawie, niechaj się pasą, my zaś na zmianę powinniśmy się trochę przespać; jeden z nas będzie czuwał: najpierw ty, potem ja.
Położyłem się obok Bebbejów i szepnąłem im do ucha, ażeby spali spokojnie, nie rozmawiając ze sobą. Szir Samurek ani się domyślał, że są żywi i znajdują się tutaj; w ciemnościach nie widział ich dotąd, ani też nie słyszał ich głosów, bo mój nakaz milczenia zachowywali ściśle. Postanowiłem zatem utrzymać go w tej nieświadomości aż do rana.
Będąc bardzo zmęczonym, położyłem się spać pierwszy, a Halef zaś czuwał; zbudził mię dopiero w godzinę po północy. Bebbejowie również posnęli i poczęli chrapać tak głośno, jakby tutaj chodziło o konkurs w chrapaniu. Oddechu szeika natomiast nie było słychać wcale, z czego wnosiłem, iż nie śpi. Ciekawy byłem, o czem mógł myśleć w tej chwili? Może rozpamiętywał swe słowa lekceważące, jakie wyrzekł o mnie i o Halefie? Przed paroma jeszcze godzinami był tak pewny siebie, a oto leży teraz związany, jak baran, i oddany na łaskę lub niełaskę „psa chrześcijańskiego“, z którego tak niedawno jeszcze drwił, obiecując mu bezwzględną zagładę...
Pod wrażeniem przebytej doby począłem rozpamiętywać, ile to już się przeżyło chwil podobnych w ciągu długiej tułaczki po obcych krajach! Ile to nocy spędziło się na czuwaniu wśród niebezpieczeństw, czy to w prerjach Ameryki, czy to w dżunglach indyjskich, czy też bagnistych okolicach nad górny m Nilem! A żaden z tych dni, żadna z nocy nie były podobne do drugich, i jedyną pomiędzy niemi wspólność stanowiła wiążąca cały łańcuch zdarzeń wśród rozmaitych okoliczności pewna zasadnicza nuta, z niewielkiemi różnicami w tonacji, ale zawsze ta sama — to uczucie, że jest się blisko Boga, który stanowi najwyższą potęgę wszechświata, a zawsze jaśnieje najpiękniejszą ku nam miłością i w nieprzebranej dobroci Swojej prowadzi człowieka po wszystkich drogach ziemskich! Jakże znikomym wobec Niego prochem jest człowiek, któremu dobry Bóg jednak daje Swą łaskę i w chwilach niebezpieczeństw okazuje mu Swą ojcowską opiekę!
A jednak człowiek, robak ów marny, śmie nieraz wątpić w istnienie tego Ojca ludzkości, rozsądza Jego zarządzenia, usiłuje obalić Jego świątynie i ołtarze, a siebie wynieść ponad wszystko, — analizuje materję, rozkładając ją na molekuły i atomy, i usiłuje stworzyć dla siebie nowe światy, aby przekonać się wkońcu, iż jest jedynie marnym konstruktorem i że usiłowania jego rozwiewają się w nicość.
A iluż to jest na ziemi podobnie nieszczęśliwych zarozumialców i głupców, pragnących zdystansować Stwórcę Swojego!... Liczą się oni na miljony!
Inaczej od nich czuje się człowiek wiary, żyjący miłością Boga! Niechaj szaleją wokoło niego burze, niechaj biją pioruny, niechaj góry się walą — on patrzy przed siebie spokojnie i z niezachwianą odwagą, wiedząc, że bez woli Bożej i włos z głowy mu nie spadnie! Pod obcem niebem, wśród dzikiej puszczy, wobec groźnych nieprzyjaciół, — budzą się w nim myśli, sięgające ponad gwiazdy, a wszędzie widzi on tę Odwieczną Jasność, od której spływa mu w duszę otucha i pewność tego, iż ustanowione przed wiekami prawa są dobre i niezachwiane. Rozpatrując się wśród wszechświata, człowiek wierzący przekonywa się, iż dusza ludzka nie składa się z atomów, które, zdaniem przeczących odwiecznej prawdzie mędrców, rozpływają się w nicości, skoro tylko przebrzmią dzwony pogrzebowe. Nie! Dusza ludzka dąży ku Swemu Stwórcy, aby znaleźć w Nim wieczną szczęśliwość!
Takie myśli snuły się w ciszy nocnej po mojej głowie. Z doliny szedł chłodny powiew i od czasu do czasu muskał mię po twarzy, jak watwata (nietoperz), który przed chwilą przeleciał mi nad głową. Stąd i zowąd dochodziły lekkie szmery wśród gałęzi, poruszanych przez żerującego a nienasyconego zingaba (polatucha); tu i ówdzie kwiliły w trawach zurzury (świerszcz); a woddali ponad kaplicą dał się słyszeć tępy głos bujkusza (puhacz). Wszędzie gonitwa za zdobyczą, za żeremi Tak dzień, jak i noc, nie są wolne od rabunku i krwi rozlewu — nietylko wśród dzikich zwierząt, ale wśród ludzi!

W obozie Kelurów interesowano się zapewne tem, co się dzieje w muzallah. Myśli tych barbarzyńców — rzecz prosta — nie biegły tam ze współczucia dla nieszczęśliwych, lecz przeciwnie, rozkoszowały się nadzieją zobaczenia krwi, rozlanej na gruzach dawnej świątyni. Czy jednak można było tych półdzikich ludzi uważać jedynie za rabusiów i zbójów? Czyżby naprawdę wśród tych istot ludzkich nie było współczucia i litości? Wierzyłem, iż tak nie jest. Nie wątpiłem, że, oświeciwszy ich w prawdziwej wierze, znalazłoby się na dnie ich dusz też i pierwiastki szlachetne...

Rozmyślając na ten temat, posłyszałem nagle, iż wpobliżu mnie zatrzeszczały suche patyki, i coś, jakby ciężki jakiś przedmiot, posunęło się wśród trawy. Wyciągnąłem rękę w kierunku, gdzie leżał Szir Samurek, i chwyciłem... próżnię. Gdzie szeik? Czyżby próbował umknąć? Szukałem go dalej na ziemi i przytrzymałem o kilka kroków od nas. Najwidoczniej, pomimo skrępowania, łudził się nadzieją ucieczki, a gdym położył na nim swą rękę, począł wierzgać wyciągniętemi nogami, aż zmuszony byłem zagrozić mu pocichu, nie chcąc budzić śpiących, iż go uspokoję nożem w razie jakiegokolwiek oporu. Groźba poskutkowała: jeniec zrozumiał, że pewniej będzie leżeć spokojnie, niż próbować ucieczki, oczywista, bez przewidywanego dobrego rezultatu. Zaciągnąłem go na poprzednie miejsce i, ulokowawszy się tuż obok, aby go mieć ciągle pod ręką, przesiedziałem spokojnie aż do świtu.
Gdy pierzaste zwiastuny dnia, pobudziwszy się w lesie, rozpoczęły poranne swe pieśni, Halef i obaj Bebbejowie zerwali się również ze snu.
Zaledwie Hadżi przetarł oczy, zapytał mię pocichu:
— Mogę już teraz mówić, czy też jeszcze należy milczeć?
— Lepiej, ażebyś milczał, — odrzekłem — bo zresztą nie masz nic ważnego do powiedzenia, a o wiele korzystniej dla nas będzie, jeżeli zwrócimy całą uwagę na szeika. Obrócę go tak, aby narazie przynajmniej nie dostrzegł Bebbejów.
Przesunąwszy Szir Samureka nieco dalej, dobyłem noża i, przykładając ostrze do jego piersi, rzekłem:
— Do tej chwili miałeś zamknięte kneblem usta, ale teraz ci je uwolnię, abyś mógł snadniej oddychać. Pozwalam ci również mówić ze mną, ale tak pocichu, abym ja jeden mógł tylko cię słyszeć. Gdybyś zbytnio podniósł głos lub zawołał o pomoc, wówczas krzyk ten byłby ostatnim w twojem życiu, bo w tej samej chwili koniec mego noża zanurzyłby się w twojem sercu.
Szeik po odjęciu mu knebla odetchnął kilka razy głęboko, poczem rzekł cicho i z pewną trudnością:
Suker chodeh! — Dzięki Bogu! Omal nie zdrętwiałem na drewno! Powiedz mi, gdzie się znajduję?
— Przekonasz się o tem wkrótce sam na własne oczy.
— Może przynajmniej objaśniłbyś mię, kim jesteś?
— I tego ci nie powiem. W krótkim czasie domyślisz się sam, w czyje to się ręce tak pięknie dostałeś.
— Już teraz mam wrażenie, że jesteś djabłem, bo oto, pozbawiony w nagły sposób życia, ocknąłem się ze śmierci i widzę, iż jestem skrępowany i że znajduję się w nieznanem mi zupełnie miejscu, zamiast w zbrojnym swym obozie. Człowiek uczynić tego nie mógł, tylko szejtan...
— Za pozwoleniem! I szejtan nie uczynił tego, gdyż w takim wypadku obudziłbyś się nie tutaj, lecz w piekle. Zresztą, rozejrzyj się! Ułożyłem ci głowę wysoko i tak, abyś wnet spostrzegł, gdzie się znajdujesz. Tylko pamiętaj, nie lekceważ sobie mego ostrzeżenia: jeden głośniejszy okrzyk, a będzie to wyrok śmierci na ciebie. Zaznaczam znowu, iż żądam bezwzględnie, abyś wogóle milczał.
Szeik począł się rozglądać wokoło.
Niebo na wschodzie rozjaśniać się zaczęło, i niebawem szczyty gór zarysowały się na widnokręgu. Dolina tylko spowita była jeszcze w półmroku i mgle. Wilgotne opary, których źródłem był płynący środkiem doliny potok, pokrywały obozowisko Kelurów na całej przestrzeni nieprzeniknionym całunem. Z miejsca jednak kryjówki naszej w rozjaśniającym się świcie wszystkie szczegóły okolicy stawały się coraz wyraźniejszemi.
Szir Samurek, rozpatrując się wokoło, zatrzymał wzrok na ruinach muzallah, i oczy rozwarły mu się najwyższem zdumieniem, i zaraz też zauważyłem w zdziwionej jego twarzy wyraz niewypowiedzianego lęku. Widocznie spostrzegł w wejściowym otworze kaplicy olbrzymiego niedźwiedzia, trzymającego w łapach ogromny krzyż...
W obawie, aby przerażony szeik nie wydał z siebie głośniejszego okrzyku, ostrzegłem go ponownie, grożąc nożem. Napełniło go to jeszcze większą trwogą, i patrzył na zjawisko w jakiemś osłupieniu. Teraz dopiero potrząsnąłem jego ramieniem i wyszeptałem mu na ucho jego własne tak niedawno wypowiedziane do Bebbejów słowa:
— „Gdyby u wejścia do kaplicy stanął z krzyżem w łapach ów niedźwiedź zaklęty, uwierzyłbym wówczas, iż jakiś tam Kara Ben Nemzi, przyjaciel wasz, a właściwie pies chrześcijański, mocen jest wyratować was od śmierci. Zdaje mi się, iż skory byłbyś uwierzyć i w to, że się tak stać może...“
Szeik zbladł i przymknął powieki, a twarz przeciągnęła mu się, jak u trupa; oddychał przytem ciężko i jęczał stłumionym głosem, jak człowiek mocno cierpiący. Ja zaś milczałem czas jakiś, aby powtórzone mu jego własne słowa tem głębsze wywarły na nim wrażenie. Po chwili milczenia zwrócił twarz ku mnie, otworzył przerażone oczy i rzekł:
— A może to ty jesteś owym chrześcijaninem?
— Tak, ja nim jestem.
— Kara Ben Nemzi effendi?
— Tak.
— Allah! Allah! Allah! — westchnął i umilkł.
Dopiero po dłuższej chwili zapytał znowu:
— Niedźwiedź się nie porusza... może nieżywy?
— Tak, nieżywy.
— Padł sam, czy też go zabito?
— Został zakłuty.
— Przez kogo?
— Ja go zabiłem.
Maszallah! Ale przedtem bestje rozszarpały Bebbejów?
— Nie.
Wstrząsnął się cały na tę wiadomość zapytał z trwogą w głosie:
— A więc żyją?
— Żyją.
— I nic im się nie stało?
— Ani włos nie spadł im z głowy.
— Nie wierzę... bo zresztą niktby w to nie uwierzył... Kłamiesz... kłamiesz...
— Przeciwnie, mówię prawdę, i będziesz miał możność przekonania się, iż nigdy nie kłamię.
— Owszem, daj mi dowód! Uwierzę w ich ocalenie, gdy ujrzę ich na własne oczy.
— A więc obejrzyj się poza siebie!
I obróciłem go na drugi bok tak, aby mógł zobaczyć Akwila i jego syna.
Na widok Bebbejów odmalowało się w jego oczach jeszcze większe przerażenie, niż przed chwilą wobec zjawiska w drzwiach kaplicy. Zawył głucho i zamknął powieki, przyczem blizna na twarzy zaszła mu krwią, a żyły na czole nabrzmiały jak postronki. Po chwili wyraz twarzy zmienił się i stał się strasznym, jakby w chwili konania, i szeik, charcząc, ledwie wykrztusił sinemi usty:
— Bebbejowie żywi!... Uratował ich chrześcijanin!... W muzallah niedźwiedź trzyma zelib (krzyż) w łapach... Rozumiem...
Po tych słowach umilkł i leżał już nieruchomo, jak trup. Nie dałem mu jednak spokoju, powtarzając znowu z naciskiem jego własne słowa:
— „Na Allaha i na duszę własną przysięgam, że, jeżeli się okaże, iż chrześcijanin ów byłby zdolny uczynić coś podobnego, porzucę islam, a uwierzę w ukrzyżowanego Boga, który miał umrzeć męczeńską śmiercią dla odkupienia ludzkich grzechów i zbawienia tych, co na potępienie zasłużyli...“
Na te słowa Szir Samurek wyprężył się, o ile mu na to dozwalały powrozy, a spojrzawszy na mnie nabiegłemi krwią oczami, w których dotychczas jeszcze widać było przerażenie, rzekł:
— Powtórzyłeś mi przed chwilą moje własne słowa, i teraz znowu czynisz to samo! Jeżeli więc nie jesteś szatanem, to widocznie Allah dał ci łaskę wszechwiedzy, ażebyś mógł odgadnąć myśli moje, jakoteż udaremnić usiłowania i zamiary. Ty więc wyniosłeś mię z obozu z pośród kilkuset moich wojowników, ty zabiłeś niedźwiedzia, ty wreszcie uwolniłeś Bebbejów, no, i nie dziwiłbym się, gdybyś również uprowadził z obozu zabrane ci konie...
— Rozumie się, żem uprowadził! — odparłem z uśmiechem i obróciłem go znowu na drugą stronę. — Spójrz na prawo...
Popatrzył, a krew nową falą napłynęła mu do twarzy.
Dachel Allah! — Na miłość Allaha! Więc i to potrafiłeś uczynić!... Jeśli mię Allah w tej chwili nie wesprze, postradam zmysły, effendi...
— Pragnę i ja, aby ci Allah dopomógł, bo właśnie teraz musisz zebrać całą siłę swej woli i rozumu, jeżeli nie chcesz zginąć marnie razem ze swoimi wojownikami.
— Nie rozumiem...
— Ludzie twoi spostrzegą niebawem niedźwiedzia, a zauważywszy, iż ciebie niema w obozie, potracą głowy i w popłochu nie będą wiedzieli, co począć. Wówczas mój baruda es sir (czarodziejski karabin) nie spocznie tak długo, aż z całej twej bandy ani jeden drab nie pozostanie przy życiu.
Tu gadatliwy Halef nie mógł już dłużej wytrzymać i dodał do mojej groźby:
— A i ja pomogę effendiemu podziurawić twoich Kelurów kulami tak, że ciała ich będą, jak garabil (przetak) do przecierania migdałów. Okradliście, a następnie, szydząc, groziliście wrzuceniem nas między niedźwiedzie, oczywista, gdybyśmy się w wasze ręce dostali. Nie udałoby się to wam jednak nawet wówczas, gdybyście tysiąc ludzi postawili na warcie. Teraz zginą wszyscy twoi, a przedewszystkiem zginiesz ty sam, jeżeli stracisz resztę rozumu, który, jak to słusznie zauważył effendi, tak ci jest potrzebny w tej chwili, jak nigdy jeszcze w życiu.
— A coś ty za jeden?... Może Hadżi Halef Omar, towarzysz effendiego? — spytał szeik, prawie nieprzytomny ze wzruszenia.
W odpowiedzi na to Halef położył rękę na piersi i odrzekł wyniośle:
— Nie nazywaj mię tak krótko! Godność moja jest o wiele dłuższa, aniżeli ci się wydaje. Wszyscy bowiem, którzy mię znają i którzy tylko o mnie słyszeli, wiedzą, iż nazywam się Hadżi Halef Omar Ben Hadżi Abul Abbas Ibn Hadżi Dawud al Gossarah! Zapamiętaj to sobie raz na zawsze, albo przynajmniej aż do chwili, gdy kula mego karabinu zaniesie cię w najciaśniejszy kąt piekła!
Szeik przyjął te słowa bez zbytniego dla nich respektu, gdyż, jako mieszkaniec Wschodu, był przyzwyczajony do wyszukanych słów i przesady w groźbach. Nie odpowiadając więc Halefowi, zwrócił się do mnie z oświadczeniem:
— Wiem już, co mam uczynić i jak postąpić. Pytam cię tylko, emirze, czy wiadomo ci, co zawinili przeciw tobie obaj Bebbejowie?
— Owszem, wiem o wszystkiem.
— Wiesz zatem, że w zrabowaniu ci koni zawinił stary Akwil?
— Wiem.
— I że Sali, syn jego, zamierzał odebrać ci życie?
— Również wiem o tem.
— A pomimo to walczyłeś z niedźwiedziem, aby tych łotrów oswobodzić?
— Walczyłem z obowiązku, gdyż jestem chrześcijaninem.
— I co zamierzasz uczynić z nimi? Wrogami staliście się sobie wzajem i zawieszone jest nad wami prawo zemsty krwi. Czyżbyś uwolnił ich od straszliwej śmierci po to, aby zgładzić ich kulami twego karabinu?
— Nie! Jako chrześcijanin hołduję tylko zasadzie przebaczania, ale nie zemsty. Darowałem im wolność, i mogą sobie iść, dokąd im się spodoba, oczywista, dopiero wówczas, gdy zmuszę cię do oddania im zwierząt ich i broni.
— Czyżbyś to mówił serjo, emirze? — zapytał zdziwiony, a twarz jego omal nie wykrzywiła się w znak zapytania.
— Najzupełniej poważnie.
— Wobec tego muszę przyznać, iż jestem świadkiem wielkiego niepojętego cudu! Prawdą więc jest to wszystko, co mi opowiadano o tobie: nieprzyjaciołom swoim i wrogom śmiertelnym wyświadczasz łaski, gdyż tak pono nakazuje wam Ukrzyżowany. Czy wiesz jednak, że między wami a mną zawisła również zemsta krwi?
— Powiedziałem ci już, iż nigdy zemstą się nie powoduję.
— Ba, ale przecież jestem w twojej mocy, ja, który nosiłem się z zamiarem zamordowania was! Cóżeś o mnie postanowił?
— Jeżeli postąpisz wedle mojej woli, zwrócę ci wolność i będę cię uważał za swego przyjaciela.
— Czy mogę wiedzieć, czego zatem wymagasz ode mnie?
— Przedewszystkiem, musisz oddać Bebbejom ich konie i broń, następnie, wypuścisz na wolność jeńców z Khoi, oddawszy im wszystko, co jest ich własnością, a wreszcie — oddasz dziesięć tysięcy piastrów, które zabrałeś od Akwila, a które są własnością oberżysty z Khoi.
— No, a dla siebie czego żądasz? Co ci przyjdzie z tego, iż jesteś tak wspaniałomyślny dla tych obcych ci ludzi?
— O, przyjdzie mi z tego bardzo wiele! Świadomość, że postąpiłem w myśl przykazań mojej wiary, jest dla mnie stokroć większą nagrodą, niż to wszystko, czegobym mógł zażądać od ciebie. Iza Ben Maryam, Ukrzyżowany, nakazał: „Kochajcie swoich nieprzyjaciół, błogosławcie tych, którzy was przeklinają, i czyńcie dobrze tym, którzy was nienawidzą, a będziecie godnemi dziećmi Ojca, mieszkającego w niebiosach!“ Owóż ja mocno pragnę należeć do liczby owych dzieci, i myśl, że najdobrotliwszy Ojciec niebieski jest dzisiaj zadowolony ze mnie, czyni mię szczęśliwszym, niżbym się czuł, posiadając bogactwa całej ziemi.
Szir Samurek, słuchając słów moich, namyślał się nad czemś i przygryzał wargi prawie-że do krwi. Najwidoczniej nurtowało mu w duszy jakieś ważne postanowienie.
— Effendi, — ozwał się wreszcie — zwyciężyłeś mię dwukrotnie: przedewszystkiem swoją chytrością i zuchwalstwem, a następnie słowami, które trafiły mi do serca. Mimo to, nie powiem ci jeszcze, co postanowiłem, a tylko pozwól, iż doświadczę cię teraz, zanosząc do ciebie prośbę: uwolnij mi ręce, emirze, abym je mógł złożyć do modlitwy!
Czy był to podstęp z jego strony? Jeden rzut. oka na jego twarz wystarczył, abym się przekonał, że był szczery i nie żywił względem mnie zbrodniczych zamiarów. Rozciąłem mu więc więzy, mówiąc przytem:
— Przekonaj się, jak zwykł postępować w takich wypadkach chrześcijanin, podczas gdy wyznawca proroka wyśmiałby cię i wydrwił. Rozwiążę ci całkowicie nietylko ręce, ale i nogi, i daję ci wolność zupełną. Będziesz mógł pójść, dokąd ci się spodoba, oczywista, jeżeli godność twoja i honor pozwolą ci na to, abyś poszedł sobie, nie spełniwszy moich żądań, a więc oszukał podstępnie człowieka, który obdarzył cię wiarą i zaufaniem. Jeżeli istotnie tkwi w tobie podobna myśl, to również nie wzbraniam ci iść i chełpić się przed swoimi, żeś mię oszukał!...
W tym wypadku ryzykowałem bardzo wiele. A jednak nie zawiodłem się na tego rodzaju praktyce: skutek mojej wspaniałomyślności nastąpił prędzej nawet, niż go oczekiwałem. Akwil i Sali pokrzykiwali natomiast z podziwu, a nawet Halef rozkrzyżował ręce i biadał:
— Sihdi, co ty robisz? Bądź posłuszny swej wierze, i owszem; ale tego, to już chyba za wiele! Wszak to zupełna lekkomyślność!
Szir Samurek po uwolnieniu go z więzów wstał i, wyprostowując omdlałe członki, mówił z radością:
— A więc jestem wolny, zupełnie wolny! Przed chwilą śmierć zaglądała mi w oczy, a teraz oto znowu życie przede mną... Effendi, dokonałeś zwycięstwa w zupełności! Słuchaj i patrz! Wyciągam ramiona: lewe ku Mekce, dokąd każdy muzułmanin, modląc się, twarz swoją obraca, a prawe ku Bait el Makdis (Jeruzalem), gdzie umarł twój Ukrzyżowany. Nie zwracam się jednak na lewo, lecz na prawo, ażeby Iza Ben Maryam słyszał, co ci przyrzekam. Nie zapomnę nigdy, do samej śmierci nie zapomnę dzisiejszego poranku! Nie zapomnę tej chwili, w której poznałem nauczyciela niezgłębionej miłości i miłosierdzia. Nigdy już w mem sercu nie znajdzie miejsca zemsta, a każdy chrześcijanin w moim namiocie będzie gościem tak miłym i serdecznie witanym, jakby był bratem moim lub ojcem. Ażebyście się zaś przekonali naocznie, jak szczerą jest ta przysięga, dam wam w tej chwili jej dowód.
Podszedł do Bebbejów, ujął ich za ręce i ciągnął dalej:
— Między szczepami naszemi zaprzysiężona była zemsta krwi, którą wywołałeś ty, Akwilu. Okoliczności sprawiły, iż wreszcie wpadłeś w nasze ręce. Rzuciłem was niedźwiedziom na pożarcie, i Mahomet nie mógł was wybawić. Ale oto Bóg miłosierdzia i łaski zmiłował się nad wami, uwalniając was przez ręce tego oto chrześcijańskiego emira, który właściwie i was powinien był nienawidzieć. Czyżby tedy chrześcijanin miał zawstydzić muzułmanina? O, nie! Doznawszy tyle łaski i dobroci z jego ręki, nie mamy prawa w jego obliczu myśleć więcej o zemście. Przebaczmy sobie wzajemnie i pogódźmy się na zawsze! Od tej chwili niechaj będzie między Bebbejami a Kelurami przyjaźń, a nie zemsta. Wszystko, co napełniało nas żalem wzajemnym do siebie, niechaj idzie w zapomnienie. Starzy niech się kochają, jak bracia, młodzi, jak ich dzieci. — Czy zgadzacie się na to, ty, Akwilu, i ty, Sali?
Trzymał ich ręce w serdecznym uścisku i mówił tak szczerze, że obaj dotychczasowi jego wrogowie oprzeć się tym słowom nie mogli. Znać było po nich silne wzruszenie. Pierwszy przemówił stary Akwil:
— Czuliśmy w swem ciele pazury niedźwiedzie, a zimny oddech śmierci owiewał nam twarze. W takiej strasznej chwili poznaliśmy, iż zemsta jest siostrą ohydnej nienawiści, więc też radzi zwracamy się ku jasnym promieniom miłości, i niechaj się stanie, jak powiedziałeś. Niech przyjaźn i miłość między twoim szczepem a naszym zakwitnie na nowo, i niech wasi wrogowie będą zarazem wrogami naszymi, a przyjaciele wasi i naszymi przyjaciółmi. Ale największymi przyjaciółmi dla obu szczepów niechaj będą po wsze czasy Hadżi Kara Ben Nemzi effendi i Hadżi Halef Omar, który dłuższem jeszcze szczyci się nazwiskiem, ale...
W tej chwili Halef poskoczył ku niemu, a ująwszy go za ręce, krzyknął:
— Nazwisko moje jest długie, zbyt długie, abyście je mogli zapamiętać i bez zająknienia wygłosić, bo liczba moich ojców, dziadów, pradziadów i prapradziadów sięga aż do owych czasów, kiedy po ziemi chadzał pierwszy człowiek. To też z powodu tych trudności przyjaciele moi mogą mię nazywać krótko: Hadżi Halef; a że wy właśnie jesteście nimi w tej chwili, pozwalam wam zatem opuszczać imiona przesławnych moich przodków. I bez tego Allah widzi szczery nasz związek, który sobie obecnie wzajem ślubujemy. Pójdź, sihdi, uczcić wraz z nami tę uroczystość, która zaczęła się od miodu, a nie powinna się skończyć, chociażby groziła wyginięciem w dziuplach drzew wszystkich pszczół i wszystkich niedźwiedzi na świecie! Górą miłosierdzie!
Musiałem oczywiście usłuchać jego miodowego wezwania i, gdy sam wyrażałem w krótkich słowach swą radość z takiego obrotu sprawy, usłyszeliśmy nagle od strony obozu pełne trwogi okrzyki. Przyczyną popłochu wśród Kelurów, jak się domyślałem, był niedźwiedź z krzyżem w łapach, stojący w wejściu do muzallah, oraz nieobecność ich szeika. Jedno i drugie spostrzegli dopiero teraz, gdy rozwiały się mgły nocne, pokrywające swemi muślinami całą dolinę. Popłoch ten łatwy był do wytłumaczenia, gdyż ubiegłego wieczora wszyscy prawie wojownicy Szir Samureka słyszeli szydercze odgrażanie się jego i sami nawet śmieli się z niemądrych jego dowcipów.
— Moja nieobecność w obozie jest przyczyną ich trwogi — ozwał się do mnie Szir Samurek. — Szukają mię niezawodnie i przedrą się zapewne aż tutaj. Chciałbym zapobiec temu, aby, w nieświadomości o zawarciu naszej przyjaźni, nie pokwapili się strzelać do was. Pozwól mi więc, effendi, zejść do nich i opowiedzieć im o wszystkiem, co zaszło. Czy możesz mi aż na tyle zaufać? Przyjaźń nasza trwa zaledwie od paru minut, i nie miałem czasu okazać ci czemkolwiek, że nie żywię względem ciebie żadnych ukrytych myśli; dlatego też, choć stawiam ci tę propozycję, jednak uczynię tak, jak będziesz uważał za stosowne.
Zbyteczne mi są jakiekolwiek z twej strony dowody, gdyż wierzę ci w zupełności, — odrzekłem na szczere jego słowa. — Sądzę zresztą, iż nie zdziwi cię i to, że po daleko idącem zaufaniu, które ci przed chwilą okazałem, nie obrażę cię choćby nawet cieniem podejrzenia, co zresztą zniszczyłoby nasz związek już w samym zarodku. Idź więc i opowiedz swoim wojownikom, co zaszło, a my zaś zaczekamy tutaj na ciebie.
— Jest to nowy dowód twojej szlachetności, — odparł, ściskając mi ręce, — i naprawdę wczoraj jeszcze, gdyby mi to kto przepowiedział, nie byłbym temu uwierzył. Otóż słuchaj, pójdę do moich Kelurów i wrócę prędzej, niż się spodziewasz, a wrócę, aby cię przekonać, że nie posiadam dwu języków, z których jeden umie mówić prawdę, a drugi kłamstwo. Oczekujcie mię tutaj za chwilę!
Bebbejowie, pomimo tego, co zaszło przed chwilą, po oddaleniu się szeika uczuli obawę, a i Halef ostrzegał mię:
— Sihdi, puszczasz się za daleko! Dlaczego to dzisiaj właśnie jesteś mniej przezorny, niż kiedykolwiek indziej?
— Bo nie chcę burzyć tego, co się tak świetnie zbudowało. Przezorności nie zaniedbam jednak i pójdę za nim zdaleka, aby go śledzić; ale on nie powinien wiedzieć o tem. Zostańcie tutaj! W każdym razie nie będziecie na mnie długo czekali, bo wrócę prędzej, niż on.
Zszedłem nadół w las. Z obozu Kelurów dochodziły jeszcze mych uszu okrzyki i nawoływania, ale wnet uciszyło się. Szeik, znalazłszy się wśród swoich wojowników, począł im opowiadać o wszystkiem, co zaszło. Bez trudności dotarłem aż pod obóz i z ukrycia mogłem dokładnie słyszeć słowa Szir Samureka. Już pierwsze dosłyszane przeze mnie zdania, wygłoszone tonem mówcy wiecowego, przekonały mię, iż nie był względem nas obłudny. Zaczekałem jednak aż do końca przemowy, gdy zalecał podwładnym jak największy spokój. Oczywista, co było do przewidzenia, spotkał się z pewnym oporem ze strony niektórych starszych Kelurów, gdyż ludzie ci, przejęci do szpiku kości chęcią zemsty, nie przeżyli tak okropnej chwili, jak on, i niełatwo ich było namówić do zgody. Mimo to, udało mu się wkrótce przekonać wszystkich.
Wróciwszy na górę do swoich, kilka minut zaledwie czekałem na Szir Samureka, który z przyjazną miną zbliżył się do nas bez żadnego orszaku.
— Powinieneś być ze mnie zadowolony, effendi, — rzekł wesoło. — Moi wojownicy przyjęli wiadomość o uwolnieniu Bebbejów z wielkiem zdziwieniem. Dowiedziawszy się jednak, iż ty właśnie uratowałeś im życie i że uprowadziłeś mię, a następnie zwróciłeś mi wolność, zapragnęli zobaczyć cię na własne oczy wpośród siebie, i to jako przyjaciela oraz gościa. Przyjmą cię więc i Halefa Omara jak najżyczliwiej. Aby cię jednak przekonać, że niema w tem żadnego podstępu, przybyłem tu sam i bez broni; weźcie mię miedzy siebie do środka i idźcie wdół. Moi wojownicy odłożyli strzelby i noże na jedną stronę obozu, a na drugą przenieśli się sami, mógłbyś więc wśród nich sam jeden tylko skorzystać ze swojej czarodziejskiej flinty, gdyby ci się wydało cośkolwiek podejrzane, a byłaby to już dostateczna broń, aby utrzymać moich w szachu.
— Zarządzenie to jest ponownem świadectwem twego honoru, dla nas jednak jest ono zbyteczne, gdyż w zupełności ci wierzymy, iż nie zamyślasz podejść nas podstępnie. Zgadzasz się więc na spełnienie warunków, które ci poprzednio postawiłem?
— Tak, ale mam jedną jeszcze prośbę do ciebie, effendi!
— Radbym wiedzieć...
— Gdybyś mi tak podarował skórę niedźwiedzia, któregoś ubił, byłaby to nietylko dla mnie, ale dla naszego całego szczepu drogocenna pamiątka po sławnym Karze Ben Nemzi...
— Daruję ci chętnie skórę niedźwiedzicy, ale futra z trzech młodych niedźwiadków należą do Hadži Halefa Omara; zabierze je do Haddedihnów również na pamiątkę.
— Co mówisz? Niedźwiedzica miała więc aż troje młodych?
— I to nie byle jakich.
— No, to jesteście prawdziwymi bohaterami, gdyż uśmiercić aż cztery bestje bez strzału, bo go nie słyszeliśmy w naszym obozie, — to istotnie żaden myśliwy takiej sztuki dokonać nie potrafi!... – Dowiesz się potem, jak to było. Mój kochany mały Hadżi Halef Omar jest nielada mistrzem w opowiadaniu, i dowiecie się wszyscy od niego całej historji od dnia przybycia naszego do Khoi aż do chwili obecnej.
Tych kilka życzliwych słów uradowało Halefa niezmiernie, jak niemniej ucieszył się, że będzie miał sposobność popisać się swym talentem krasomówczym.
— O, tak! — odrzekł połechtany mile. — Allah obdarzył mię szczególną zdolnością do wygłaszania mów i ciekawych a zajmujących opowiadań, tak, że kiedy zacznę mówić, milkną nietylko ludzie, ale i konie, a nawet wielbłądy. Opowiem wam, w jaki sposób odnaleźliśmy was, jak mój sihdi wyniósł cię na plecach z obozu i wyprowadził potem konie, a przedewszystkiem dowiecie się, z jaką odwagą stanął do pojedynku z „nieśmiertelną“ bestją z muzallah. Nie tylko podziw was ogarnie, gdy się dowiecie szczegółów tej szalonej rozprawy, ale uśmiejecie się przytem z różnych zabawnych zajść i wypadków. Szkoda wielka, — dodał po chwili — że zbyt mało zabraliśmy z Khoi daktylów, i to robaczywych w dodatku, że jeść ich nie można bez wstrętu. Mamy jednak nadzieję, iż u was znajdą się lepsze. Rih, nasz szlachetny rumak, przywykł do tych owoców, a że obchodziliście się z nim wczoraj wcale nie troskliwie, winniście mu to zatem dzisiaj wynagrodzić...
Mały zuch wykorzystał sposobność, aby połączyć pożyteczne z przyjemnem. Niebardzo byłem zadowolony, że tak bez ceremonji upomina się o gościnność, ale szeik przyjął przymówkę Halefa z dobrą miną, obiecując uczynić wszystko, co tylko leży w jego mocy, abyśmy byli radzi z gościny u niego.
I któżby się był spodziewał, że ten zbójca i rabuś, nie uznający żadnego prawa, oprócz przemocy i zemsty, zmieni się w tak krótkim czasie nie do poznania! Dziś jeszcze dziwię się, że on, który mego Riha cenił, jak najkosztowniejszy klejnot, ani jednem słowem nie zdradził się z tem, że mu żal wypuścić go z rąk swoich. A nie trwoga przed śmiercią zmieniła go tak radykalnie, lecz moje z nim postępowanie, pełne godności ludzkiej i oparte na miłości bliźniego, która silniejsza jest, niż niebo i ziemia, i która — zdaniem wielkiego apostoła — górę na górę przenosi.
Ująwszy konie nasze za uzdy, zeszliśmy za szeikiem nadół do obozu, gdzie zastaliśmy wszystko tak, jak mówił. Po prawej stronie leżała broń, a z lewej, od stawu, siedzieli Kelurowie. Przywitali mnie i Halefa z wielkiem uwielbieniem, na Bebbejów zaś wcale nie zwracali uwagi. Najserdeczniej powitał nas nezanum i jego towarzysze, którzy zawdzięczali nam w tej chwili swą wolność i odpuszczenie żądanego okupu.
Gościnność Kelurów polegała na tem, iż, zwyczajem wszystkich półdzikich ludów, urządzono dla nas wspaniałą ucztę, tem bardziej że nastręczała ku temu wyborną sposobność zdobycz pasza w muzallah. Kelurowie udali się tam wraz z nami, wszelako nie bez trwogi, choć niebezpieczeństwa żadnego już nie było, a gdyśmy przybyli na miejsce, szeik, wskazując niedźwiedzicę, rzekł do mnie:
— Nie dotknę jej prędzej, effendi, aż się przekonam, iż istotnie już nie żyje, i dopóki będzie miała krzyż w łapach... Bo nie wiem naprawdę, co może być dla mnie niebezpieczniejsze: stanąć przed krzyżem chrześcijańskim, czy też dostać się w pazury potwora.
— Jeżeli idzie o to, aby cię uspokoić co do niedźwiedzicy, to ja sam zajmę się nią zaraz, — odrzekłem — i przekonam cię, że nie żyje. Ale musisz mi zato dopomóc w ustawieniu innego, okazalszego krzyża na ruinach muzallah.
— Dobrze, uczynię to chętnie. Niektórzy z wojowników moich mają kadadim (siekiery), potrzebne zazwyczaj przy urządzaniu obozu, mianowicie do wyrąbywania żerdzi na namioty oraz gałęzi na ogniska. Zetniemy potrzebne drzewo, i wedle twoich wzkazówek sporządzimy krzyż.
Słysząc to, Sali Ben Akwil przecisnął się ku mnie i zapytał:
— Pozwolisz i mnie, effendi, być wam pomocnym przy tej czynności?
— I owszem. Ale ty przecież jesteś nauczycielem i kaznodzieja islamu, wiec być może, że praca około ozdobienia kaplicy chrześcijańskiej godłem wiary, którą wy wszyscy potępiacie, niezgodna będzie z twem powołaniem i przekonaniami?
Obecni przy tej rozmowie wojownicy Szir Samureka byli wszyscy wyznawcami islamu, a jednak Sali odrzekł tak, aby słowa jego były przez nich słyszane:
— Mówiłeś nam przecież niedawno, iż półksiężyc ma kształt zakrzywionego miecza morderczego, a krzyż jest znakiem miłości Boga, który nas za twem pośrednictwem wybawił od śmierci. Otóż, jeżeli się ma wybierać między życiem a śmiercią, nie powinno się wątpić i stać chwiejnie w wierze. Czyż zresztą śmierć wszystkich Kelurów nie tkwiła w lufie twego czarodziejskiego karabinu? Czyż zatem okazanie twemu Bogu wdzięczności za ratunek dowodzi wyparcia się islamu? Jestem wyznawcą proroka i głoszę przyjście Mahdiego, to prawda; ale czyż może to być przeszkodą przyjaznych mych uczuć dla ciebie, i przez to samo szacunku dla wiary, którą wyznajesz? Wszak Abraham był najpierw poganinem, a potem wyznawcą jedynego Boga; tak samo i Mahomet był muzułmaninem nie od urodzenia; także i wasz Jezus Chrystus, zanim ogłosił nową wiarę, również był wyznawcą Mojżesza. Stąd wynika, że i Mahdi, którego szukam po świecie, niekoniecznie musi być wyznawcą islamu, i kto wie, czy również nie był dotychczas chrześcijaninem. — Możesz nie zgadzać się ze mną na punkcie wiary, ale nie wzbraniaj wykonać tego, co nakazuje mi obowiązek wdzięczności.
— Ależ ja wcale nie mam zamiaru sprzeczać się z tobą co do religji, gdyż jestem przekonany, że, skoro tylko zajmiesz się gorliwie poszukiwaniem prawdy, to ją znajdziesz. Dotychczas błądziłeś poomacku, ale kto wie, czy dziś, jutro, nie zajaśnieje ona nad tobą, jak owa gwiazda, która trzech mędrców do Bait Lam (Betleem) zawiodła, i czy wkońcu nie wskaże ci drogi do prawdziwego „Mahdiego“, którego głos do dziś jeszcze brzmi przez wszystkie ziemie: „Jam jest prawda i żywot, i nikt beze mnie nie trafi do Ojca, który jest w niebiesiech.“ Szukaj więc gorliwie tej prawdy, tej drogi, ale nie z uprzodzeniem, nie z zaślepieniem dotychczasowem, a znajdziesz ją niezawodnie.
— Effendi, uczynię wszystko, aby dojść tam, dokąd mi drogę wskazujesz, — odrzekł, ściskając mi ręce. — Pozwól teraz, iż pomogę ci usunąć na bok potwora, bo nam zagradza wejście do środka.
— Łapy dla mnie i effendiego, — zastrzegł się przezorny Halef — reszta mięsa dla was, tak z niedźwiedzicy, jak i z młodych.
— Tylko wątrobę trzeba koniecznie wyrzucić, bo u tego gatunku niezdatna jest do użytku i można się nią zatruć, – dodałem ostrzegawczo.
Usunąwszy zabitą niedźwiedzicę z wejścia do muzallah, zdjęliśmy z niej skórę, co przyszło nam niełatwo wskutek jej ostygnięcia i stężenia. Skórę otrzymał ode mnie w podarunku szeik, futerka zaś młodych niedźwiedziąt zabrał Halef, i natychmiast wziął się do ich wysmarowywania od strony wewnętrznej mózgiem, w czem mu dopomagali Kelurowie. Tymczasem zaś Akwil z synem poszli obmyć się z miodu, który do tej pory błyszczał, jak lakier, na ich ciałach i twarzach.
Po upieczeniu niedźwiedzicy rozpoczęła się w obozie uczta, w czasie której utwierdzona została między Bebbejami i Kelurami, jak również, oczywista, między nami i niedawnymi naszymi wrogami z obu szczepów, przyjaźń na całe wieki. Rozumie się — wiedziałem dobrze, co jest warte takie zaprzysiężenie zgody i przyjaźni; znane są podobne sojusze dyplomatom wszystkich krajów, a zapewne i półdzikim Kurdom.
Łapy niedźwiedzie smakowały mnie i Halefowi przewybornie, innych jednak części niedźwiedzicy nie próbowaliśmy nawet, i nie poważyłbym się ich nawet wziąć do ust, chyba pod groźbą śmierci głodowej, gdyż twarde były i żylaste, jak podeszwa. Kelurowie natomiast nie mogli się jej nachwalić i jednogłośnie oświadczyli, że takiego wspaniałego lukmat esz szuret (sławna potrawa) nigdy jeszcze dotychczas nie jedli. Widocznie okoliczność, że było to mięso ze sławnego w okolicy potwora, uważanego dotychczas za ducha kapłana chrześcijańskiego, dodawała im apetytu i napełniała ich niejako dumą.
Po posiłku sporządziliśmy wspólnemi siłami olbrzymi krzyż z twardego drzewa i ustawiliśmy go wśród niemałych trudności na szczycie ruin kaplicy.
Po skończeniu tej roboty zapytał mię Ben Akwil:
— W podróżach moich, effendi, miałem sposobność poznać wiele zwyczajów europejskich i wiem, że w okolicznościach takich, jak właśnie obecna, urządza się uroczyste takdis (poświęcenie). Otóż jak myślisz? Czy nie możnaby i tutaj urządzić czegoś podobnego?
Słowa te napełniły mię zdumieniem. Prawdziwą zaś już niespodzianką było to dla mnie, iż muzułmanin, i to nawet apostoł islamu, poddaje mi myśl poświęcenia godła wiary chrześcijańskiej. Zgodziłem się oczywiście na to, ale z wielką przezornością, bo należało, bądź co bądź, pamiętać o tem, aby nie obrazić czemkolwiek przy tej sposobności religijnych uczuć Kurdów, i nie zaprzepaścić nasienia zgody, które, dziś dopiero rzucone w glebę, tak pięknie odrazu zakiełkowało.
— Dobrze, — odrzekłem – poświęcę krzyż na tę intencję, ażeby w tych górach, gdzie dotychczas mieszkała nienawiść, stał się ten krzyż widomym znakiem miłości i pokoju. Czy zgadzacie się na to?
Sto głosów odezwało się potakująco, a ja zaś mówiłem dalej:
— Może kto z was zna pieśń, ułożoną przez Fileh el Mafileh? Poprosiłbym go, aby mi powiedział słowa początkowe tej pieśni.
W odpowiedzi na to szeik Kelurów począł recytować:
Gaza, nikma, bugda, tar... — Kara, odwet, nienawiść, zemsta...
— Dosyć; więcej mi nie trzeba! — przerwałem. — Te cztery słowa świadczą wymownie, jak ciemne chmury przewalały się ponad górami i dolinami tego kraju w ciągu całych stuleci, aż wreszcie rozdarło je słońce miłości i dobroci, i promieniami tych cnót ziemię tę oświeciło. Gdyby który z was miał przy sobie farbę, napisałbym na tym krzyżu inną muwal (pieśń), a napełniałaby ona prawdą i błogosławieństwem każdego, ktoby ją przeczytał, zabłądziwszy przypadkowo w te strony.
— Effendi, ja jestem z zawodu szahbarem (farbiarz) i mam przy sobie nila (indygo) — zgłosił się jeden z Kelurów.
Bardzo mię to ucieszyło. Nie mając pod ręką pendzla, sporządziłem prowizoryczny z patyka, a wdrapawszy się na szczyt ruin przy pomocy dwóch Kelurów, którzy mię podtrzymywali, abym nie spadł, wypisałem owym rozstrzępionym na końcu patykiem na przecznicy krzyża następujące słowa w języku arabskim:

„KOCHAJ BLIŹNIEGO, A BÓG OBDARZY CIĘ DOCZESNĄ I WIECZNĄ SZCZĘŚLIWOŚCIĄ!“

Gdy, skończywszy pisanie, zeszedłem nadół, Sali głośno odczytał ów napis zebranym, a ci, kiwając głowami i potakując, uznali trafność wypisanej maksymy. Miałem następnie krótką przemowę do Kelurów, poczem ukląkłem i odmówiłem „Ojcze nasz“, po którem wszyscy, również klęcząc, odpowiedzieli chórem: Amin“.
Zaznaczam tutaj, iż my obaj tylko i Sali rozumieliśmy dobrze, jak wielkiego sprzeniewierzenia swej wierze dopuścili się w tej chwili ci ludzie.
Po uroczystości poświęcenia krzyża wróciliśmy co obozu, pozostając tam jeszcze dzień i noc. Rozumie się, iż mały Halef wykorzystał znakomicie nadarzoną sposobność, aby się dostatecznie nagadać, i opowiadał zdumionym Kelurom o wszystkich naszych czynach i dziwnych przygodach. Poszedłem wkońcu i ja za jego przykładem, opowiadając również, — ale treść słów moich była inna. Mianowicie, korzystając z dobrej sposobności, postanowiłem zasiać w te dzikie, ale w gruncie rzeczy dobre dusze to, coby je mogło uszlachetnić i oświecić w prawdziwej wierze. A wiedziałem i czułem to, że nasiona Boże padną na grunt odpowiedni. Opowiadałem więc zdarzenia i proroctwa ze Starego Zakonu, dotyczące przyjścia Zbawiciela, następnie Jego narodzenia, życia, cudów, męki, śmierci, zmartwychwstania i wniebowstąpienia, wplatając w swą opowieść zręcznie wszystko to, coby mogło dać pojęcie Kelurom o zasadach wiary chrześcijańskiej.
Słuchano mię z wielkiem skupieniem i z niebywałem zajęciem, aż wreszcie Szir Samurek zauważył:
— Ależ, effendi, myśmy dotychczas o tem wszystkiem nie słyszeli!
— Wiem o tem; wyznało mi to już wielu muzułmanów, którzy, nie słysząc ani słowa z nauki Chrystusa, gardzili nią, dopóki o niej pojęcia nie nabrali. Czyż więc nie jest największą głupotą potępiać to, czego się wcale nie zna?
— Masz słuszność... Ale mówiłeś nam, że Iza Ben Maryam czynił cuda. Czy to jest dowiedzione, co nam o nich opowiadałeś?
— Tak, jest to najistotniejsza prawda.
— A dlaczego zatem i obecnie nie dzieją się wśród was żadne cuda?
— O, właśnie że się dzieją.
— Wśród was?
— I wśród nas i wśród was.
— Nigdy jeszcze nic takiego nie widziałem!
— Bo masz oczy zamknięte. Otwórz je tylko, a ujrzysz cuda wszędzie. Krótkowidz i niedowiarek w takich okolicznościach dopatruje się tylko przypadku, a nie cudu.
— Chciałeś przez to powiedzieć, że arid (przypadek) nie istnieje wcale?
— Tak twierdzę.
— Otóż w tem właśnie pomyliłeś się, effendi! Przypadki istnieją, i ja sam przeżyłem ich bardzo wiele.
— Mylisz się! Chrześcijanie wierzą, iż ręka Boga prowadzi człowieka od kolebki do grobu, i to, co się dzieje, dzieje się li tylko z woli Boskiej. Kto jednak uchyla się od praw Bożych i wyznacza sobie sam złą drogę w życiu, ten, oczywista, czyniąc wszystko wedle swojej woli, ponosić potem musi skutki tej samowoli. Przypadek więc, jak w jednym, tak i w drugim wypadku, jest wykluczony, bo albo Stwórca układa człowiekowi koleje jego życia, albo układa je on sam sobie. Zresztą, i wasz islam uczy, że wszystko, co się dzieje, jest postanowione zgóry, i uniknąć tego nie można. Czyż więc przypadek nie jest i u was wykluczony?
— Prawda, islam tak naucza! Przyznaję ci słuszność, choć do tej chwili nie umiałem tego stwierdzić. Ale powiedz mi, jak się rzecz ma z cudami?
— Owóż, jeżeli człowiek sprzeciwia się woli Bożej i czyni tak, jak mu się podoba, a nie jak Bóg przykazał, wówczas Stwórca roztacza nad nim szczególniejszą łaskę, aby go nawrócić ze złej drogi, i to właśnie, co Pan Bóg czyni dla niego, jest najoczywistszym cudem.
— Nie przypominam sobie, aby cud tego rodzaju wydarzył mi się w życiu.
— A jednak zdarzył ci się, tylko nie zastanawiałeś się nad tem.
Maszallah! Podaj mi choć jeden fakt z mego życia, a uwierzę!
— Niedługo trzeba szukać takiego faktu. Hadżi Halef Omar opowiadał wam niedawno, w jaki sposób podszedłem was i podsłuchałem. Przypomnij teraz sobie, jak zachęcałeś swoich wojowników, aby wyśmieli twierdzenia Ben Akwila i jego ojca, a potem... przypomnij sobie swoje własne słowa: — „Jutro o tym czasie usłyszycie podobny śmiech szyderstwa wśród djabłów w piekle. Wasze nadzieje są płonne, dowodzenia niedorzeczne, a wiara oszukańcza. Allah, ani prorok, ani nawet Bóg niewiernych nie wydrze was z rąk moich i nie zapobiegnie okropnej śmierci...“ — Mówiłeś tak nieprawdaż? I czy bodaj przez myśl ci przeszło wtedy, że się stanie zupełnie inaczej? A jednak patrz: Bebbejowie odzyskali wolność, a ty natomiast dostałeś się do niewoli, i gdybyś był natrafił na ludzi podobnych sobie, byłbyś niezawodnie sam dziś usłyszał w piekle śmiech szatanów, którymi ich straszyłeś. Otóż ta okoliczność, że żyjesz jeszcze, jest cudem, dokonanym z woli tego samego Boga, który również cudownie uratował obydwóch skazanych na śmierć Bebbejów, jest więc cudem, dokonanym za pośrednictwem mnie i Halefa, za pośrednictwem dwóch słabych i ułomnych śmiertelników. Czy zaprzeczysz temu?
— Nie wiem, co na to odrzec, effendi...
— Przeciwnie, wiesz dobrze, ale wahasz się i ociągasz z wyznaniem swych myśli! A jednak z tym cudem wiąże się jeszcze drugi, może nawet większy. Sali Ben Akwil i ojciec jego byli waszymi wrogami, a oto teraz siedzą koło was, jako serdeczni przyjaciele, choć nie opłacili wam żądanej ceny krwi. Jeżeli i to byłoby tylko przypadkiem, to wkońcu gotów byłbym i ja uwierzyć, iż cuda nie dzieją się na świecie!
Teraz Szir Samurek zerwał się na równe nogi i wykrzyknął z zapałem:
— Teraz, teraz właśnie trafiłeś najmocniej do mego przekonania, effendi, zwyciężając mię ostatecznie! Jeszcze wczoraj nie byłby przewidział tego, co się przydarzyło, żaden człowiek na świecie. Otóż przyznaję teraz, iż zdarzają się na ziemi cuda i że sprawia je potęga owej miłości, którą głosisz nietylko słowem, ale i czynem. Wszak i dusza moja przeistoczyła się od wczoraj do tego stopnia, że sam siebie nie poznaje. I gdybym cię nie doświadczył dobrze, gdybyś mię czynami swemi nie przekonał o tem naocznie, uważałbym cię za podstępnego misjonarza, który zapomocą obrotnego języka stara się nawrócić moich współwyznawców na wiarę chrześcijańską. Twoje to czyny i dobroć twoja sprawiły, że wierzę ci teraz najzupełniej, i gdy będziesz się z nami rozstawał, poproszę cię, abyś nam pozostawił na pamiątkę dnia dzisiejszego mah et takid (woda świętych przekonań), któraby przez długie czasy orzeźwiała nasze serca miłością ku tobie i radością... Czy zamierzasz odwiedzić jeszcze kiedy ponownie krainę Kurdów?
— Bóg raczy to wiedzieć... Jak On zechce, tak się stanie.
— O, mam nadzieję, że dobry Bóg ci pozwoli przybyć do nas jeszcze! A wówczas przyjmiemy cię jak przyjaciela, jak brata... — Teraz pragnąłbym dowiedzieć się czegoś jeszcze od ciebie o Ukrzyżowanym i jego dwunastu hawarijun (Apostołowie). Szkoda, że tak prędko chcesz nas pożegnać...
Uczyniłem zadość żądaniu Szir Samureka, opowiadając rozmaite zdarzenia z biblji i uzupełniając je przykładami z własnego życia. A miałem w tem pewien cel uboczny. Oto, jak wiedzą już czytelnicy z poprzedniej treści opowiadania, Kelurowie wybierali się na rabunek nad granicę perską. Postanowiłem tedy odwieść ich od tego zamiaru przez rozmaite zręcznie dostosowane ostrzeżenia, tak, że nikt, oprócz Ben Akwila, nie zrozumiał mego celu. Doprowadziłem też do tego, iż Szir Samurek sam wkońcu zwrócił się do mnie z zapytaniem:
— W takim razie i nasza wyprawa na granicę Persji byłaby zbrodnią... Jak myślisz, emirze?
Rozmyślnie nie odpowiedziałem wprost na to zapytanie, udając, że nie miałem tego na myśli, i tylko niby mimochodem zaznaczyłem, że tego rodzaju napady są istotnie zbrodnicze i potępienia godne. Wywiązała się nad tem żywa dyskusja między nim a jego wojownikami, przywykłymi do zbójeckiego rzemiosła i uważającymi rabunek za czyn honorowy i rycerski. Pokusa była wielka, bo szło przecież o znaczne zdobycze, a przytem zawrócenie z przedsięwziętej wyprawy do domu w połowie drogi tak sobie, bez ważnej przyczyny, uważali Kelurowie za coś hańbiącego, równającego się tchórzostwu. Zadanie więc moje było trudne, dało się jednak przeprowadzić właśnie dlatego, że postępowałem umiejętnie, niemal chytrze i powoli, z pozorną obojętnością. I oto wkońcu Kelurowie zgodzili się wreszcie na zaniechanie rabunkowej wyprawy, a natomiast postanowili urządzić wielkie polowanie.
Jeden tylko Sali poznał się na moich tajemnych zamiarach, i przy sposobności wziął mię pod ramię, a odprowadziwszy na bok, rzekł:
— Jesteś bardzo niebezpieczny, effendi, bo umiesz kierować ludźmi, jako sam zechcesz, nawet wbrew ich woli. Szczęście, że nie ku złemu, lecz ku dobremu zmierzają wszystkie twoje czyny; w przeciwnym razie byłbyś najszkodliwszym człowiekiem pod słońcem!...

Późna noc była, gdyśmy się udali na spoczynek.

Nazajutrz Kelurowie zwinęli obóz już o świcie i wybrali się w drogę. Postanowiłem towarzyszyć im tylko do końca doliny, a potem jechać wprost do Khoi. Szir Samurek ostatni dosiadł konia, przedtem jednak wręczył mi pieniądze oberżysty, mówiąc:
— Podziwiam cię, effendi, że aż do tej chwili nie upominałeś się o pieniądze. Oto je masz! Oddając ci je, dopełniam ostatniego z warunków, jakie mi postawiłeś.
I ruszył na samym końcu swego oddziału, a za nim podążył nezanum z ludźmi z Khoi, którzy otrzymali napowrót swoje rzeczy.

Ja z Halefem udałem się jeszcze do kaplicy, aby tam bodaj przez chwilę podumać nad wypadkami, których byłem świadkiem i sprawcą. Przyłączyli się do nas obaj Bebbejowie.
Gdyśmy wracali, Ben Akwil rzekł do mnie:
— Pożegnamy cię tutaj, effendi, bo drogi nasze w przeciwnych rozchodzą się kierunkach. Pamiętaj jednak, iż czyny twoje i słowa utkwiły w duszach naszych na wieki. Za twojem pośrednictwem doznaliśmy wielkiej łaski niebios, i dlatego serca nasze przepełnione są dla ciebie niewymowną wdzięcznością. Jeżeli Allah spełni moją prośbę, to spotkamy się z sobą jeszcze w życiu, a spotkamy się jako przyjaciele, bez względu na to, czy znajdę Mahdiego, czy też ową gwiazdę promienną, którą ty mi przepowiedziałeś. Niechże tedy aż do chwili ponownego naszego spotkania i na zawsze towarzyszy ci błogosławieństwo Allaha!

Dopędziliśmy wkrótce Kelurów i pożegnaliśmy się z nimi, oczywiście na sposób wschodni, więc obsypując się wzajemnie mnóstwem pięknych słów, tym jednak razem naprawdę szczerych i serdecznych. Byliśmy wszak przyjaciółmi...

Potem, gdyśmy wraz z resztą ludzi, wypuszczonych przez szeika z niewoli, znaleźli się na drodze do Khoi, zaczął Halef:
— Wiesz, sihdi, że pożegnanie nie należy do rzeczy bardzo wesołych, skoro w kącikach oczu pojawiają się krople łez... No, ale pocieszam się tem, iż czyny, przez nas tutaj dokonane, będą w naszem życiu jaśniały jak perły drogocenne. Nieprzyjaciele nasi stali się nam przyjaciółmi, a skóry z trzech młodych niedźwiedzi będą najlepszym dowodem naszego bohaterstwa i odwagi. Co do mnie, teraz, po tem wszystkiem, czuje się o wiele lepiej, niż w owej chwili, gdy wisiałem na gałęzi topoli, wyrzucony przez zawadjacką tulumbę. A niechże tę sikawkę obsiędą wszyscy djabli na podobieństwo roju pszczół i zjedzą ją, jakeśmy zjedli cztery sztuki niedźwiedzi!
Powracający z nami obywatele Khoi silili się na okazanie nam wdzięczności za doznane od nas dobrodziejstwa, aleśmy się trzymali od nich zdaleka, gdyż nawet najprzedniejszy z nich dygnitarz, nezanum, którego mądrość, wedle pojęcia oberżysty, była o wiele większa od mojej, nie budził we mnie zbytniego zachwytu i nie było się z kim zaprzyjaźniać. — —

Przybycie nasze do Khoi wywołało w miasteczku niesłychane zbiegowisko. Przed gospodą zgromadziły się całe tłumy ciekawych, a Halef miał znowu sposobność popisywania się swoim talentem oratorskim.
W siódmem zaś niebie uczuł się nasz oberżysta, otrzymawszy napowrót zabrane sobie pieniądze, a jego żona ze łzami w oczach wyznała mi, iż mąż jej, wyrzekłszy się raz na zawsze trunków, dotrzymuje słowa i nie oddaje się już pijaństwu. — —

Pozostaliśmy w Khoi pięć dni, w ciągu których mieszkańcy miasteczka nie szczędzili nam dowodów życzliwości. Jeden tylko aptekarz wrogo był dla nas usposobiony i chciał nas nawet zaskarżyć o kradzież jego koni, ale zaniechał tego zamiaru, żądając wzamian odszkodowania. Gdy się zjawił u nas w izbie z tem żądaniem, Halef oświadczył gotowość wypłacenia mu pewnej sumy, ale nie w złocie, lecz w uderzeniach swego batoga ze skóry hipopotama. Przestraszony tą propozycją aptekarz uciekł, dając za wygranę, i tylko, gdyśmy odjeżdżali, patrzył za nami wzrokiem pełnym nienawiści.
Rzecz prosta — niewieleśmy sobie z tego robili...

Koniec



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.