W krainie Taru/2

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł W krainie Taru
Podtytuł Powieść Wschodnia
Wydawca Wy­dawnictwo „Powieści Karola Maya“
Data wydania 1932
Druk „Editor“ Sp. z o.o.
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Halef mylił się, twierdząc, że już nic nam we śnie spokoju nie naruszy. We dwie godziny bowiem po zaśnięciu obudził nas niezwykły zgiełk na dworze. Krzyczało naraz wielu ludzi, a wśród tej ogólnej wrzawy zrozumieliśmy jedynie wyrazy Ia harik, ia harik!“ — Pali się, pali się — A więc paliło się gdzieś we wsi. Pomimo że nas to bardzo mało mogło obchodzić, wybiegliśmy zobaczyć, co się właściwie pali.
Okazało się jednak, iż pożar był wcale poważny, więc, nie namyślając się, pobiegliśmy w kierunku ognia. Kto widział kiedy w małem, brudnem, drewnianemi domkami gęsto zabudowanem miasteczku pożar w nocy, zwłaszcza w owych czasach, kiedy jeszcze nie znano straży ogniowej, ten może mieć bodaj w przybliżeniu pojęcie, jakich scen byliśmy tu świadkami. Paliło się na drugim końcu osady. Ludzie jednak biegali po całej wsi, roztrącając się wzajemnie i krzycząc w niebogłosy. Gdzie się pali i co, w popłochu nikt dokładnie nie wiedział, a i nam zwarta ciżba przeszkadzała do stać się na miejsce ognia — nie mogliśmy się wśród tłumu przecisnąć.
Nagle przypomniałem sobie, że konie nasze pozostały w zajeździe bez żadnego dozoru, — i aż mi się nogi ugięły z obawy, aby ich nie ukradziono. A może już stało się im co złego? Widziano przecież wczoraj we wsi mojego Riha i podziwiano. go — a przyszła mi na pamięć głośna opinja, że w tej okolicy co człowiek, to koniokrad. Z obaw swoich zwierzyłem się Halefowi i postanowiliśmy wydostać się natychmiast z tłumu. Wszelkie jednak wysiłki w celu utorowania sobie drogi powrotnej okazały się narazie bezskutecznemi, i omalże nam wśród ścisku nie połamano kości.
Po niejakimś dopiero czasie ułatwiła nam przejście tulumba.
Cóż to jest „tulumba“? Oczywista, jest to przedmiot niezbędny przy każdym pożarze, a mianowicie sikawka. Sikawka! Czy możliwe, ażeby w zapadłej wioszczynie Kurdystanu znalazł się podobny wymysł cywilizacji? Tak! Proszę mi wierzyć, że była to sikawka, i jeszcze jaka! Widziałem podobną w Turcji, w Persji, w Kairze. W tem ostatniem mieście była mi nawet powodem wypadku, a mianowicie obaliła mię wraz z osłem, na którym jechałem, przyczem ja znalazłem się na spodzie, a osioł na wierzchu! O, tulumbo! Od chwili owej katastrofy ciarki mię przechodzą na samo wspomnienie twej nazwy! Byłem pewny, że nigdy w życiu już się z tobą nie spotkam, a jednak... widzę cię tutaj, w Khoi, być może — tę samą, tylko zamaskowaną... czy może tylko przywidzenie mój wzrok w błąd wprowadza?... Jednak nie! Choć takiego systemu sikawki nie widziałem jeszcze nigdy dotąd w życiu!
Są ludzie, którzy mimowolnie mieszają pojęcia. Dla takich cel a środek, uboczna okoliczność sprzyjająca a przeszkoda — to wszystko jedno. Ktoby wątpił w możliwość pomieszania tak różnych między sobą pojęć, niech jedzie do Khoi i każe sobie pokazać tulumbę. Ażeby mieć o niej pojęcie, proszę sobie pomyśleć... albo może lepiej nie myśleć, tylko uważnie przeczytać mój opis, który da dostateczne wyobrażenie o tym przedmiocie.
Otóż ja i Halef, jak to wyżej wspomniałem, usiłowaliśmy bez skutku wydostać się z pośród bezmyślnego tłumu, lecz rozhukana fala ludzka unosiła nas wciąż naprzód, coraz dalej od domu, w kierunku pożaru, aż wreszcie rozdzielono nas o tyle, że Halef pozostał poza mną o parę osób. Nie chcąc stracić go z oczu, obracałem się ciągle ku niemu i dawałem ręką znaki, — bo wśród ogłuszającego zgiełku słowa moje nie mogły być dosłyszane — aby się do mnie na nowo przybliżyć postarał. Zgiełk ów i hałas był tak nieznośny, że, dłuższy czas przebywając w tej ciżbie, przy najchłodniejszem nawet usposobieniu i zimnej krwi, możnaby było stracić równowagę umysłu. Charakterystyczne było, że mieszały się tu cztery języki: kurdyjski, turecki, arabski i perski, tworząc razem coś podobnego do ryku fal morskich podczas burzy.
Nagle ryk ten wzmógł się za mną jeszcze bardziej. Obejrzałem się i zobaczyłem rzecz całkiem nieoczekiwaną...
Niejeden z czytelników widział zapewne pług śniegowy, odgarniający śnieg na drodze w ten sposób, że bryły jego rozskakują się przed nim na prawo, lewo, i wgórę. Owóż podobna maszyna wjechała teraz w ciżbę i torowała sobie drogę, wyrzucając napotkanych ludzi na jedną i drugą stronę, a przedewszystkiem wgórę.
Okoliczność ta wzmogła jeszcze bardziej wrzawę pomieszanych głosów ludzkich, i w żaden sposób nie mogłem się dopytać, co to za potwór czyni takie spustoszenia. Dopiero, gdy ów potwór znalazł się tuż niedaleko, spostrzegłem wśród wylatujących w powietrze ludzi i mojego Halefa, który, w kilku koziołkach wystrzeliwszy wgórę, zawisł po chwili na rozłożystej gałęzi przydrożnej topoli. Oczywista, i on wraz z innymi ryczał ze strachu, ale głosu jego nie mogłem rozróżnić. Widziałem tylko, jak trzymał się wyprężonemi rękoma gałęzi, a nogami przebierał w powietrzu, nie znajdując jednak dla nich oparcia.
Należało co prędzej pośpieszyć biedakowi z pomocą. Ale jak się wydostać z tej ciżby?
W tej chwili błysnęła mi myśl zbawienna. Otóż wyciągnąłem ramiona ku górze, a oparłszy je o barki najbliższych moich sąsiadów z tłumu i odbiwszy się nogami silnie od ziemi, wydostałem się na powierzchnię morza głów ludzkich i, oczywiście na czworakach, popełzłem w kierunku topoli po głowach i barkach tłumu, nie robiąc sobie zresztą z tego najmniejszych szkopułów. Niebardzo to się podobało tłumowi, alem się koniec-końców wydostał w ten sposób z ruchomej jego masy i, w opłakanem coprawda nad wszelki wyraz ubraniu, z którego już nie łachmany, ale strzępy na mnie zostały, skierowałem się przedewszystkiem ku zawieszonemu na drzewie i wierzgającemu nogami Halefowi. Aby mię jednak tutaj, u samego już celu, nie porwała na nowo fala ludzka, uczepiłem się najbliższej gałęzi i ze zwinnością wiewiórki wdrapałem się po niej na grubszy konar topoli. Teraz dopiero, nabrawszy tchu po zbytnim wysiłku, byłem w możności rozejrzeć się wokoło.
O kilka kroków od drzewa pracowała z całym rozmachem owa straszliwa maszyna, miotająca w różnych kierunkach ciałami ludzkiemi, nie troszcząc się bynajmniej o całość ich kości. Maszyna ta była właśnie ową tulumbą!
Z początku, patrząc na smutne skutki, jakie sprawiało zbliżenie się do tego potworu, patrzyłem nań z prawdziwym respektem. Atoli niebawem, przyjrzawszy się bliżej machinie, wybuchnąłem serdecznym śmiechem, a wraz ze mną śmiał się i Halef, pomimo że wisiał w niezbyt wygodnej pozycji.
Zazwyczaj w razie powstania pożaru na wsi gasi się go wodą, i to jest rzecz zupełnie naturalna i usprawiedliwiona. Ale równocześnie z wybuchnięciem pożaru powstaje we wsi zamęt — ludzie tłoczą się w najciaśniejszych przejściach oraz uliczkach, jak rozhukane fale morza, — i to stanowi następstwo drugie, również naturalne i usprawiedliwione, jako przesłanka do urobienia sobie pojęcia o następstwie trzeciem. Nasz europejski majster nie zdołałby rozwiązać należycie tego zadania; mistrz przedewszystkiem starałby się skonstruować przyrząd do gaszenia ognia — i jego zdaniem sprawa byłaby skończona. Inny problemat jednak, bardziej złożony, miał przed sobą wynalazca tulumby. Dla większego skupienia myśli w pomysłowej swej głowie wetknął zapewne palec w dziurkę od nosa i rozumował: — „Naco się przyda sikawka, przy pomocy której puszcza się na ogień strumienie wody, jeżeli z powodu ciżby ludzkiej nie można sikawki tej dostawić na miejsce pożaru?“ — I dla tej przyczyny wynalazca tulumby przy budowie jej wziął pod uwagę przedewszystkiem umożliwienie jej translokacji, a następnie dopiero sprawność w tłoczeniu wody, i skonstruował machinę, jego zdaniem, doskonałą, odpowiadającą jednocześnie obu tym celom. Wynalazca ów, jako majster zawodowy, słyszał prawdopodobnie o sześciu najprostszych częściach składowych maszyn, któremi są: dźwignia, rozpędówka, koło, równia pochyła, klin i śruba, i szczególniejszą uwagę poświęcił klinowi, skonstruowawszy w kształcie jego swą tulumbę, a zaopatrzywszy ją zprzodu w potężną dźwignię, przeznaczoną specjalnie do wyrzucania w powietrze każdego gapia, któryby nie chciał ustąpić z drogi, nie myślał już o tem w swej radosnej twórczości, jak się będzie czuł taki gap w następstwie swej przymusowej wędrówki podniebnej.
Nie znając się na mechanice, nie czuję się tutaj na siłach opisywać dokładnie konstrukcji tulumby, zwłaszcza, że wśród moich czytelników 1 znajdzie się zapewne niejeden znawca lub wytwórca sikawek ogniowych. Gdyby jednakże ktoś koniecznie pragnął zaspokoić swoją ciekawość i poznać przynajmniej kształt tulumby z Khoi, niechaj mu służy podany tu rysunek schematyczny owej osobliwej sikawki i niech świadczy zarazem o talencie rysownika w dziedzinie geometrji.

W krainie Taru page 067.png

Owóż AB oznacza oś, na której w punkcie A i B obracają się dwa o wielkiej średnicy koła. Koła te podtrzymuje zrobiona z mocnego drzewa nasada CADB, którą wzmacnia belka CD. Całość tworzy dwukołowy wóz z dwoma ostrymi trójkątami, utrzymującymi się w równowadze. W chwili przeważenia wdół jednego z trójkątów drugi wylatuje wgórę, jak dźwignia, której punktem oparcia jest oś. Ludzie, obsługujący machinę, znajdują się wewnątrz trójkąta tylnego. Jedni z nich, a było ich dwudziestu, pchają wóz naprzód, drudzy zaś utrzymują w ruchu dźwignię, która przednim końcem wciska się w tłum i wyrzuca wgórę każdego stojącego jej na przeszkodzie obywatela ze środowiska szanownej P.T. Publiczności, podczas gdy klinowaty dziób rozpycha tę publiczność z należytą sprawnością na prawo i lewo.
Łatwo sobie wyobrazić popłoch wśród wspomnianych „obywateli“, gdy wpakował się między nich ów olbrzymi ruchomy klin.
Na taki wynalazek mógł się zdobyć jedynie ktoś, znający dobrze ludność kurdyjską, no i posiadający w swej czaszce... mózg kurdyjski.
Sikawka taka posuwa się naprzód wśród tłumu oczywiście bardzo powoli, gdyż zazwyczaj tłum ten rzuca się na nią z wściekłością, jak na największego swego wroga. Wskutek tego tulumba przybywa zazwyczaj na miejsce pożaru wówczas, gdy z budynków pozostały już tylko stosy popiołu.
Wynalazca jednak był za mało przewidujący i względem swego wynalazku usposobiony bardzo optymistycznie; sądził na pewno, że sikawka, pomimo wszelkich przeszkód, dotrze szczęśliwie na miejsce pożaru, — bo gdyby wątpił o tem, nie był by umieszczał w punkcie E... beczki i kilku wiader na wodę.
Jednem słowem tulumba z Kboi stanowiła rzecz tak charakterystyczną, że od chwili poznania tej maszyny zawsze przychodzi mi ona na myśl, ile razy wypadnie ilustrować stosunki społeczne na Wschodzie.
Nadmieniam tu nawiasem, iż kurdyjskiej Khoi nie należy mieszać z perskiem miastem tej samej nazwy, które leży w prowincji Azerbeidżan, na drodze karawanowej z Erzerum do Tebriz, i liczy przeszło trzydzieści tysięcy mieszkańców.
Dopomogłem Halefowi do wwindowania się na gruby konar topoli, i dopiero wówczas zleźliśmy powoli nadół. Tulumba była już daleko, i tłum mocno się przerzedził.
Znalazłszy się na ziemi, odczułem dopiero szturchańce na całem ciele, a i Halef obmacywał się, jęcząc napoły serjo, a napoły żartobliwie:
— Sihdi, jeżeli ogień tam przy pożarze tak mocno grzeje, jak te uderzenia i szturchańce, to trudno go będzie ugasić, tem bardziej że w beczce tulumby niema wcale wody.
— Skąd wiesz o tem?
— A no, bo jednemu ze strażników wypadł z ust cybuszek, a on go podjął i schował następnie do beczki razem z fajką. Gdyby tam była woda, toby przecież tego nie uczynił...
Ubawiło mię to naprawdę, bo czyż nie śmieszny jest strażak ogniowy, który wybiera się na miejsce pożaru z fajką w zębach? I cóżto za sikawka ogniowa, w której niema wody? Halef śmiał się również, ciągnąc dalej:
— Zapewne najstarszy z szejatinów (szatan) poddał wynalazcy myśl skonstruowania tulumby. Niech-że za to posiedzi na samym dnie piekła, gdzie z pewnością niema sikawek do gaszenia ognia! Och, — stękał z zabawną miną — ciało mam tak wymiętoszone, jak stara derka pod siodłem wielbląda... Szczęściem, Allah był tak mądry i dobrotliwy, że właśnie w tem miejscu posadził hor et talis (zbawcza topola), która mię uratowała. Pomimo wszystko, omal nie pękłem ze śmiechu, patrząc, jak wędrowałeś po głowach kurdyjskich obywateli! Byłeś tak majestatyczny w ruchach, jak szach perski, gdy udziela audjencji, i gdyby nie troska o nasze konie... Och, effendi! Nasze konie!... Cobyśmy poczęli, gdyby je nam tak skradziono?
— Powędrowalibyśmy dalej pieszo, mój Halefie! Lecz żarty na boki... Wracajmy natychmiast do zajazdu, bo, istotnie, mam niemiłe jakieś przeczucie.
To mówiąc, puściłem się w kierunku zajezdnego domu tak szybkim krokiem, że Halef na swych krótkich nogach ledwie mógł mi nadążyć. O pożarze i tulumbie zapomnieliśmy też zaraz, myśląc jedynie o koniach, które pozostawione były przez nas lekkomyślnie bez żadnej opieki. Głos wewnętrzny mówił mi, że niechybnie coś złego stać się z niemi musiało.
Niestety, głos ten istotnie był proroczy. W dziedzińcu, jako i w izbie naszej, nie było żywej duszy; wszyscy pobiegli na miejsce pożaru. Ogień na kominku wygasł zupełnie. Nie czekając, aż Halef zaświeci, zawołałem po imieniu na konia swego, który parskał zazwyczaj, ilekroć poczuł mię wpobliżu lub posłyszał wymówione swe imię. Nie było odpowiedzi.
— Niema koni naszych! — krzyknąłem do Halefa. — Rih nie odezwał się...
Halef na tę wiadomość zdrętwiał. Aczkolwiek odznaczał się niesłychaną odwagą i brawurą w niebezpieczeństwie, zła nowina tak go „z nóg ścięła“, że ledwie zdołał wykrztusić:
Allah muawin! — Niech nas Bóg ratuje! Bez koni w tej okolicy będziemy, jak ryby wyrzucone na suchy brzeg! Ze zmartwienia nie czuję nóg pod sobą i tylko się pocieszam, że ty nie tracisz jakoś na minie, effendi...
W przegrodzie naszej istotnie nie znalazłem koni. W tej chwili przyszły mi na myśl nasze karabiny, i jeszcze większa obawa napełniła mi serce. Postawiłem strzelby wieczorem w kącie i rzuciłem na nie koc. Teraz począłem ich gorączkowym ruchem szukać poomacku i — chwała Bogu, znalazłem, prawdziwy skarb, bez którego ruszyćbyśmy się tutaj nie mogli.
— Więc konie nasze przepadły? — pytał Halef trwożnie.
— Przepadły!
— A niech-że szatan upiecze złodziejów na węgiel, tak, żeby ich babki nie miały z nich ani jednego kęsa! Poczekaj, muszę się osobiście przekonać...
I począł wyciągniętemi rękami macać wśród przegrody. Nagle krzyknął:
— Allah! Nastąpiłem na kogoś... Sihdi, chodź tutaj, a prędko! Ktoś leży na ziemi bezwładnie... skrępowany... Zdaje mi się, że kobieta... Zakneblowane ma usta... Widocznie uczynili to złodzieje, bo zwykły śmiertelnik nie byłby względem seidy (dama) tak niegrzeczny... Wszak obyczaj tutejszy nie pozwala na takie barbarzyństwo...
Mały urwisz nawet w tak przykrej chwili nie tracił swego humoru.
Nie w głowie mi jednak były żarty Halefa na temat uprzejmości względem niewiast, bo zaniepokoiłem się naprawdę poważnie, co też w gospodzie stać się mogło w czasie naszej nieobecności. Zapaliłem więc świeczkę łojową, którą znalazłem na stole, i przy jej świetle spostrzegłem na ziemi gospodynię, skrępowaną powrozami tak, że ruszyć się nie mogła, a ponadto miała zakneblowane fartuchem usta. Gdyśmy ją rozwiązali i usunęli knebel, odetchnęła głęboko kilka razy i ozwała się:
— Ja nic nie winna, emirze!... Nie czyń mi nic złego...
— Wierzę ci, żeś niewinna, — odrzekłem — i nie zamierzam uczynić ci nic złego. Usiądź przy stole i opowiadaj, co się stało podczas naszej nieobecności.
Wynieśliśmy ją i ułożyli na ławie, bo sama nie mogła utrzymać się na nogach, i dopiero po upływie dobrej chwili poczęła opowiadać:
— Gdy ludzie biegli do ognia, chciałam i ja przyłączyć się do nich, alem się rozmyśliła, że domu nie można zostawiać bez opieki. Na dworze bałam się pozostać, więc weszłam do izby. Ale ledwiem usiadła, wtargnęło tu kilkunastu drabów, uzbrojonych jak zbójcy. Powalili mię na ziemię, a związawszy, pytali o was, czy istotnie nazywacie się Kara Ben Nemzi i Hadżi Halef Omar. Musiałam powiedzieć prawdę, bo dowódca bandy trzymał mi nóż przy piersiach, grożąc przebiciem, w razie gdybym się wahała z odpowiedzią. Mam nadzieję, że nie ukarzesz mię za to, emirze! Szło tu wszak o moje życie...
— Bądź spokojna, nie ukarzę cię. A czy nie wydali ci się znajomi ci łotrzy?
— Nie widziałam ich nigdy przedtem. Ale herszt, odchodząc, kazał wam powiedzieć, kim jest.
— Mów! To rzecz ogromnie ważna! Choć najpewniej nie powiedział ci prawdy, aby nas w ten sposób w błąd wprowadzić na wypadek pościgu. Mów, jak się nazwał?...
— O nie, effendi! On nie kłamał! Widziałam szeroką bliznę na jego prawym policzku, a ty wiesz, że bliznę tę posiada Szir Samurek, jako pamiątkę walki z tobą.
— Ach, Szir Samurek, szeik Kurdów ze szczepu Kelurów?
— Tak jest, effendi. Wszyscy Kelurowie są rozbójnikami. Postanowili też uprowadzić wasze konie. Twój rumak, gdy się wzięli do niego, tak ich kąsał i kopał, że rady sobie z nim dać nie mogli, i dopiero z wielkim wysiłkiem udało im się wyprowadzić go na dwór. Drugi koń nie stawiał żadnego oporu. Szeik bardzo się cieszył, że dostał w swe ręce twego wspaniałego wierzchowca, i kazał nawet ci powiedzieć, w jaki sposób ułożył sobie plan tej kradzieży. Mówił, że jesteś głupcem, jak każdy wogóle chrześcijanin, i że dałeś się podejść bardzo łatwo.
— Doskonale! Zobaczymy niebawem, kto jest głupcem i kto dał się podejść. Coprawda, jego banda będzie w pierwszej chwili dumna z posiadania tak szlachetnego zwierzęcia, ale duma ta niedługo potrwa. W jaki sposób się dowiedział, iż mieszkam w twoim domu?
— Zdziwisz się, emirze, gdy ci powiem. Bo czy wiesz, kto był ów przybysz, który ukradł nasze pieniądze, odwdzięczając się tak podle za naszą gościnność?
— Nie wiem.
— Otóż wśród Bebbejów jest pewien człowiek, którego nieprzyjaciele bardzo się boją, a przyjaciele nienawidzą... oczywiście przyjaciele tylko z imienia. Jest chytry, niczem abu hossein (lis), gwałtowny, jak assad (lew), a krwiożerczy, jak parsa (pantera) w czarnej skórze. Nie bierze nigdy udziału w walkach po stronie swego szczepu, lecz w czasie, gdy Bebbejowie żyją z innemi aszair (szczepy) w pokoju, wybiera się w świat i rabuje oraz kradnie na własną rękę. Nazywa się Akwil i jest wujem szeika Ahmeda Azada i Nizara Hareda, synów byłego szeika Gasala Gaboya.
Kull ru‘ud!... — Wszystkie pioruny! — wyrwało mi się z ust, na co sobie rzadko pozwalałem. — O tym człowieku nie słyszałem jeszcze nigdy. Więc nazywa się Akwil? Wiesz to z pewnością?
— Tak, effendi; nie mylę się, gdyż właśnie tutaj, w naszej okolicy, mówią bardzo wiele o jego czynach.
— A ten gość, z którym dopiero co jedliśmy razem, nazywał się Sali Ben Akwili Wypierał się wprawdzie, jakoby był Kurdem, lecz nie wierzyłem mu. Miałżeby zatem być synem tego Akwila, o którym mówisz?
— Tak jest, emirze.
— Wiedziałaś o tem, a jednak wpuściłaś go do domu?!
— Nie wiedziałam; dopiero oświadczył mi to Szir Samurek; kazał mi to powiedzieć, abyś pękł ze złości; to były jego własne słowa.
— Dobrze! A teraz powiedz mi, czy obecność Salego Ben Akwila ma związek z bytnością jego ojca?
— Nie; syn nie wiedział, że jego ojciec był przed nim w gospodzie. I o tem dowiedziałam się od szeika Kelurów. Jednak muszę ci zakomunikować coś najważniejszego. Oto między Kelurami a Bebbejami trwa obecnie zatarg, a powodem niezgody jest to, że Akwil zabił przed dwoma laty jednego Kelura. Kelurowie wymagali za to okupu, ale Akwil nie mógł się na to zdobyć, i dopiero obecnie nadarzyła mu się ku temu sposobność. Wyszukał więc Kelurów, którzy niedaleko stąd obozują, i...
— Wiem, co chcesz dalej powiedzieć... Mój wierzchowiec ma służyć za okup.
— Tak jest. Ani mąż, ani ja nie mieliśmy pojęcia, co to za człowiek gości u nas. Wtem nadjechaliście wy. Dowiedział się, kim jesteście, i obejrzał wasze konie, które bardzo mu się podobały... A co do pieniędzy, to jeszcze przedtem postanowił je ukraść. Gdy mu się to udało, wsiadł na naszego konia i pojechał do Kelurów ugodzić się z nimi co do okupu, to znaczy, iż ofiarował im twego wspaniałego wierzchowca jako wyrównanie zemsty krwi.
— To jednak świadczy o wielkiej odwadze z jego strony! Widocznie postanowił ukraść konia jeszcze tej nocy, lub też dostać go w jakiś sposób później. Ale powinien był przewidzieć, że Kelurowie przedewszystkiem zatrzymają go i zmuszą do wyznania, gdzie znajduje się mój koń.
— Tak się też i stało, emirze. Uwięzili go natychmiast i katowali tak długo, aż im powiedział, że zamieszkaliście czasowo u nas. Dobrze mu tak! Otrzymał sprawiedliwą zapłatę za swoje podłe sprawki, a ponadto życiem teraz opłaci cenę krwi, pominąwszy to, że i pieniądze mu odebrano i wysłano bandę tutaj po konia. Po drodze Kelurowie schwytali również i jego syna, który zgubiony jest tak samo, jak jego ojciec. O, effendi, Allah na nas wszystkich nie był łaskaw, gdyż i pieniądze przepadły i przepadł też bezpowrotnie twój nieoceniony wierzchowiec. Kelurowie są znani z tego, że co raz wpadnie w ich ręce, tego im sam djabeł już nawet nie wydrze!
— O, nikt łotrom nie zabroni trzymać w pazurach swojej własności. Ale ja również mam prawo do mojej własności, i nie dam jej sobie wydrzeć. Mam taką naturę, że gdy mię kto okradnie, nie spocznę tak długo, aż skradzioną rzecz odzyskam. Taki już jest mój zwyczaj...
— Przypuszczasz więc, że uda ci się odbić swego konia od Kelurów?
— Niezawodnie.
— Będziesz ich śledził?
— Tak.
— Ale nie wiesz wszak nawet, w którą stronę pojechali!
— Nic nie szkodzi; już ich odnajdę.
— Allah! Jesteś chyba wszechwiedzący!
— Tylko Allah posiada ten przymiot, ale w Swojej dobroci nie szczędził też i nam pewnego rozumu, przy którego pomocy możemy dokonać wielu trudnych przedsięwzięć.
— Ależ, effendi, jak widzę, nie wiesz, co to znaczy zadrzeć z Kelurami! Gdybyś się dostał w ich łapy, czekałaby cię niechybna śmierć.
— Ech, śmierć! Owszem, spotka ona niezawodnie Kelurów, jeżeli dobrowolnie nie zechcą mi zwrócić mojej własności.
Kobieta cofnęła się w tył, jakby w przypuszczeniu, że nagle dostałem pomieszania zmysłów. Nie spostrzegłszy jednak w moich oczach właściwego warjatom wyrazu, uspokoiła się i mówiła dalej:
— Słyszałam, effendi, że wy, chrześcijanie, myślicie i czynicie wszystko inaczej, niż my, i dlatego być może, że uda ci się to, co nie udałoby się nigdy wiernemu muzułmaninowi. Dokonałeś już zresztą razem ze swoim Halefem takich czynów, że wierzyć się, pomimo namacalnych dowodów, nie chce w ich prawdziwość. Być zatem może, że cię, i nadzieja odzyskania koni nie zawiedzie.
— Mam nietylko nadzieję, ale pewność.
— Allah! Jeżeli potrafisz doprowadzić do tego, że Kelurowie będą zmuszeni zwrócić ci twoją własność, to może by tak i nasze pieniądze zwrócili...
— Owszem, i ja tak myślę...
— Tylko, że żaden z mieszkańców Khoi nie odważyłby się pójść do nich i zażądać zwrotu pieniędzy!
Umilkła zakłopotana, a po chwili zapytała:
— Emirze, wszak nie możesz się uskarżać na brak gościnności w naszym domu, nieprawdaż?
Wiedziałem dobrze, do czego zmierza ten nagły zwrot w jej słowach, i zresztą wcale mię to nie zdziwiło. Odrzekłem więc z uśmiechem:
— Ależ wiem, wiem bardzo dobrze, jaką wdzięczność jestem wam winien.
— A może nauka Chrystusa nie pozwala wam być wdzięcznymi?
— O, nie; wdzięczność jest jedną z największych cnót chrześcijańskich.
— Jeżeli tak, effendi, to śmiem cię prosić, abyś był jak najlepszym chrześcijaninem i stosował się do przykazań swojej wiary, zwłaszcza w sprawie wydobycia naszych pieniędzy...
— Ba, ale czy będę mógł uczynić to dla was?
— Czemużby nie? Wszak nie wątpię, że udasz się w pościg za Kelurami, aby odebrać im swoje konie. A skoro ci się to uda, niebezpieczeństwo przecież wcale się nie zwiększy, gdy odbierzecie zarazem i nasze pieniądze...
Halef zaśmiał się na te słowa, lecz ja odrzekłem zupełnie poważnie:
— Masz słuszność; mógłbym wyświadczyć wam te przysługę, ale pod warunkiem, że i ty mi w tem dopomożesz.
— Ja? A to w jaki sposób? — zapytała szczerze zdziwiona.
Byłem zdecydowany nie zawahać się przed niczem, byle tylko odzyskać konie. Przedewszystkiem należało się udać w pogoń za złodziejami, ale w tej chwili nanicby się to nie zdało ze względu na nocną porę, — bo jakże w ciemności odnaleźć ślady zbiegów? Trzeba więc było odłożyć pościg aż do rana; do tego zaś czasu Kelurowie oddalą się spory kawał drogi, i będzie możliwe dogonić ich, jedynie posiadając doborowe konie, a tych nie mieliśmy. Postanowiłem więc dowiedzieć się od gospodyni, czy nie moglibyśmy bodaj wypożyczyć skądsiś dwu wierzchowców, i dlatego zagadnąłem:
— Potrzebne są nam koniecznie konie do pościgu za złodziejami. Czy nie moglibyśmy ich dostać w Khoi?
— Wątpię. Handlarza we wsi niema.
— Możeby je nam kto wypożyczył?
— Również wątpię, czy znajdzie się tutaj ktoś do tego stopnia lekkomyślny.
— Wobec tego trudno myśleć o pościgu; nie posiadając koni, nie dogonimy łotrów i musimy się wyrzec odzyskania naszej własności, zarówno, jak i ty swoich pieniędzy...
— Effendi, ależ my mamy parę koni w stajni, i mogę ci je pożyczyć!
— Czy dobre pod wierzch?
— No, niebardzo, bo liczą już po dwadzieścia lat. Najlepszego ukradł nam Akwil, a na drugim pojechał mój mąż.
— A więc niema rady, bo stare szkapy nie przydadzą się nam na nic; nie miałbym nawet chęci próbować ich w pościgu, bo zgóry wiem, iż wysiłek nasz byłby daremny. Musisz zatem wyrzec się swoich pieniędzy...
— Allah, to okropne!...
— Ha, trudno!... Może jednak w sąsiedztwie ma kto dobre konie?
— Owszem, znalazłyby się u jednego z sąsiadów, ale wątpię, czy zechciałby je wypożyczyć.
— A gdyby wiedział, że tu idzie o pieniądze twego męża?...
— Tem bardziej nie wypożyczyłby, bo jest względem nas wrogo usposobiony.
— Tak? Cóżto za jeden?
— Jest to zamożny mieszczanin. Przybył tu z Kelkuk. Z początku był małym baijah (kramarz), potem został tabbach el adwija (aptekarz) i dorobił się poważnego grosza. Opowiadają, że zdobył majątek w nieuczciwy sposób, i dlatego podobno musiał się wynieść z Kerkuk. Tutaj, w Khoi, jest to najbogatszy ze wszystkich mieszkańców i występuje, jak jaki pasza. Posiada bardzo cenne wielbłądy i pięć wspaniałych koni, z których dwa kupił niedawno. Te ostatnie nie są wcale ujeżdżone i nawet nie przywykły jeszcze do stajni.
— Powiadasz, że nie przywykły do stajni, z czego wnoszę, że trzyma je na dworzu?...
— Tak jest.
— Gdzież mianowicie?
— W ogrodzie.
— I nie obawia się pozostawiać je bez nadzoru?
— Nie ma się czego obawiać, bo sam nocuje przy nich w budzie i ma przy sobie dwu parobków do pomocy...
— A z której strony Khoi znajduje się ten jego ogród? Może wpobliżu miejsca, gdzie wszczął się pożar?
— Nie, bardziej ku północy. Ale dlaczego o to pytasz, effendi?
— Mogę ci powiedzieć, bo ufam, że przed nikim nie zdradzisz mojego planu, od wykonania którego zależeć będzie odzyskanie naszych koni, jak również i twoich pieniędzy.
— Och! Jeżeli tylko chodzi o odzyskanie naszych pieniędzy, to bądź pewny, że ani słówka nie pisnę nikomu! Jesteś o wiele mądrzejszy od mojego męża i pana, który pojechał w pogoń za złodziejami w innym kierunku, aniżeli należało, i dlatego pieniądze dostały się w ręce Kelurów. Aha! Nie powiedziałam ci jeszcze, w jaki sposób wszczął się pożar. Wzniecili go umyślnie Kelurowie, przewidując, że pobiegniesz do ognia na ratunek, pozostawiając konie bez dozoru... no, i tak się też stało. A teraz powiedz mi, co zamierzasz uczynić? Mów bez obawy, a ja święcie dotrzymam tajemnicy.
— Dobrze. Chcąc dogonić Kelurów, muszę mieć ku temu konie, a że ich nie mogę kupić, ani też pożyczyć, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko wziąć je bez wiedzy właściciela. Rozumiesz?
Oberżystka, nie w ciemię bita, zrozumiała mię odrazu i, skinąwszy głową potakująco, spytała teraz:
— Ale je potem zwrócisz właścicielowi, nieprawdaż, effendi?...
— Oczywista! Nie jesteśmy przecież złodziejami.
— Chcesz więc poprostu pożyczyć u aptekarza bez jego wiedzy dwa niedawno kupione przez niego konie?
— Tak jest.
— I dobrze uczynisz! To podobno najlepsze w całej wsi rumaki.
— Ba, ale nie wiem dokładnie, gdzie znajduje się ogród, w którym owe konie stoją.
Kobieta pomyślała chwilę i, nie odpowiadając wprost na pytanie, rzekła:
— Hm... poradzę ci coś... Wszak potrzebne wam są również dwa siodła?
— Nie, niepotrzebne. Głupi Kelurowie nie skradli siodeł moich; leżą za przegrodą.
— Dobrze więc! Zaczekajcie tu parę minut, a następnie zabierzcie siodła ze sobą i idźcie drogą ku północy. U końca tej drogi ujrzycie kobietę, za którą postępujcie powoli, nie zaczepiając jej jednak. Na końcu wsi wskaże wam ona wrota do ogrodu i oddali się. Czy zgadzacie się na to?
— Ależ rozumie się.
— Niech-że więc Allah wam poszczęści, dopomagając i mnie tym sposobem do odebrania skradzionych pieniędzy. Gdybyśmy ich nie odzyskali, mój mąż i pan zmuszony byłby sprzedać wszystko, co ma, i zostać żebrakiem.
— Wyszła z izby, a Halef uśmiechnął się tajemniczo i zapytał:
— Czy ty naprawdę chcesz... ukraść konie, mój kochany sihdi?
— Pożyczyć tylko, Halefie. Przecież nie mamy innego wyjścia...
— Ależ owszem! Mnie się to nawet bardzo a bardzo podoba i chętnie się na to zgadzam. Ale co myślisz, sihdi, o naszej gospodyni?
— Że to bardzo mądra kobieta.
— Och, prawda! Mądrzejsza o wiele od swego męża. Ale, co to za kobieta, za którą mamy postępować?
— Ona sama.
— I ja tak myślę... Bardzo często głowa mężczyzny niewiele się różni od próżnej butelki, podczas gdy w głowie kobiety można zawsze znaleźć bodaj piastra, a choć się owego piastra wyjmie z tej dziwnej skarbony, jednak pozostanie tam zawsze jeszcze jeden piaster w zapasie. Niebawem zacznie świtać, a musimy do tej pory mieć konie, nie traćmy zatem czasu, effendi, i chodźmy!
Zabraliśmy karabiny, siodła i koce i wyruszyliśmy. Mieszkańcy miasteczka jeszcze zajęci byli koło pożaru, więc przedostaliśmy się niepostrzeżenie aż na koniec wsi, gdzie dostrzegliśmy czekającą na nas kobietę z zasłoniętą do połowy twarzą, z kijem w ręku. Była to oczywiście nasza gospodyni (choć później za nic przyznać się do tego nie chciała). Ujrzawszy nas, ruszyła przodem, a my za nią.
Pożar roztaczał naokół takie światło, że i tu widno było jak o świcie.
Niebawem znaleźliśmy się wpobliżu wysokiego płotu, obłożonego u góry tarniną, w pośrodku którego znajdowała się uchylona furtka. Widocznie aptekarz tak się śpieszył do ognia, iż zapomniał furtkę ową przymknąć.
Kobieta, wskazawszy ją nam, szybko zniknęła między chatami, my zaś odeszliśmy nieco w pole, a ułożywszy tam na kupie kamieni nasze siodła i karabiny, zawróciliśmy. Przedostawszy się przez furtkę do ogrodu, nasłuchiwaliśmy przez chwilę, czy jest kto w budzie. Ale widocznie i parobcy pobiegli do ognia, bo cicho tu było i spokojnie. Opodal stały dwa siwosze, uwiązane u palika. Mimo swej „dzikości“, o której zapewniała nas gospodyni, dały się odwiązać, poklepać po szyi i wyprowadzić bez oporu aż do kupy kamieni, gdzie osiodłaliśmy je bez najmniejszej trudności.
— Allahowi cześć! — ozwał się Halef, siedząc już w siodle. — Mamy konie, i to w samą porę, bo właśnie na wschodzie już świtać zaczyna. Te siwosze są nienajpośledniejszego gatunku i nie zawiodą pokładanych w nich nadziei. Ale pytanie, w którą stronę teraz zwrócić się nam należy? Jak sądzisz, sihdi?
— W każdym razie nie do miejsca pożaru, bo Kelurowie umyślnie wzniecili ogień w tamtej stronie, aby tam właśnie zwabić mieszkańców Khoi, przez co zyskali z tej strony wsi wolną przestrzeń i zapewne uciekli w tym kierunku.
— Prawda! Nie pomyślałem o tem.
— Otóż my znajdujemy się obecnie w przeciwnej od pożaru stronie i w tym też kierunku pojedziemy. Niebawem zacznie świtać, i łatwo rozpoznam ślady rabusiów... Jazda zatem!
Gdyśmy ruszyli z miejsca, okazało się już w pierwszych kilku minutach, że wierzchowce posiadały nielada temperament. Ale zdołaliśmy utrzymać je w cuglach. Widząc, że nam nie poradzą, dały się opanować i przez całą drogę nie mieliśmy z niemi kłopotu.
Ujechawszy kawał drogi, spostrzegliśmy tuż przy drodze zabitego konia. Zeskoczywszy z siodła, aby mu się bliżej przypatrzyć, doszedłem do wniosku, że zabito go dopiero tej nocy, gdyż krew w kałuży, w której leżał, nie ze wszystkiem jeszcze była zakrzepła.
— Halefie, jesteśmy już na tropie, — ozwałem się do towarzysza — i to dzięki memu Rihowi.
— Skąd-że to wnosisz, sihdi?
— Patrz, są tu ludzkie i końskie ślady.
— A cóżto ma do rzeczy?
— Świadczy to, że tędy właśnie jechali Kelurowie, nie zaś kto inny. Mój Rih nie dał nikomu wsiąść na siebie, wierzgając na wszystkie strony, aż ostatecznie roztrzaskał nogę idącemu obok koniowi, i dlatego właśnie zastrzelono okaleczałe zwierzę.
— To zupełnie możliwe, sihdi, i teraz nie wątpię, że, mając przed sobą tropy złodziei, odzyskamy wkrótce poczciwego Riha. Jak daleko, twojem zdaniem, mogą Kelurowie być od nas?
— Czas ich odjazdu można obliczyć z łatwością, bo właśnie wówczas wszczął się pożar. Ale jak daleko ujechali, trudno to określić dokładnie. Można przypuszczać, że złodzieje śpieszyli się, ale Rih, rozumiejąc doskonale, że go ukradziono, broni się zapewne wszelkiemi siłami i utrudnia w ten sposób ucieczkę. Jeżeli go będą bili, tem gorzej dla nich, bo wówczas zwierzę nie ruszy się z miejsca. Sądzę, że gdy się dobrze rozwidni, poznam po śladach, jak daleko nas wyprzedzili.
Ślady były tak wyraźne, że, mimo panującego jeszcze zmroku, można je było rozpoznać. Jechaliśmy ku północy i widzieliśmy ze śladów, że Kelurowie zachowywali w ucieczce wszelkie możliwe środki ostrożności, omijając skrupulatnie utarte drogi i ścieżki. Nie uszło to uwagi Halefa, i musiałem mu tłumaczyć:
— Złodzieje dobrze wiedzą, z kim mają do czynienia. Szeik trochę za wiele powiedział gospodyni. Jest zresztą pewien, że będziemy go ścigali dla odzyskania za wszelką cenę mego drogocennego rumaka. Gdyby miał poza sobą ludzi tutejszych, drwiłby sobie z ich pościgu, ale przed nami czuje obawę, i stąd ta jego wielka ostrożność. No, ale mam nadzieję, że pomimo znacznej liczby drabów, których ma przy sobie, nie ujdzie nam bezkarnie.
— Jak ty ślicznie rozumujesz, kochany effendi! — rzekł Halef. — Nie darmo uczyłeś się w Bilad Amirika (Ameryka) czytać ze śladów. Widzę teraz całą użyteczność tej sztuki, i wdzięczny ci jestem, żeś mnie jej nauczył. Pomimo że jest nas tylko dwu, jestem pewny powodzenia naszej sprawy i odzyskania koni, tem bardziej, że ów szeik Kelurów nie jest bynajmniej mędrcem, czego dał dzisiaj dostateczne dowody.
— Jakież to dowody?
— A no, nie zabrał nam karabinów i siodeł. Toż sam twój reszma to wszak majątek. Draby widocznie poślepli, skoro przeoczyli tak świetną zdobycz.
— Trzeba wziąć pod uwagę i to, z jakim pośpiechem działać musieli. Wszak każdej chwili mogliśmy powrócić i zastać ich w izbie. Z drugiej strony celem ich była przecież tylko kradzież Riha, i skoro dorwali są do niego, nie obchodziło ich już nic więcej. Ponadto za przegrodą panowała ciemność, więc niedziwota, iż nie dostrzegli przedmiotów, leżących w kącie. Zresztą, prawdopodobnie Akwil zapomniał im zwrócić uwagę na kosztowność naszej broni i rzędów.
— A bodajby jeździli łajdacy po piekle na ognistych siodłach, pokrytych skórą djabęlskich kanafid (jeż)! — —

Tropy prowadziły nas przez teren trawiasty, na którym perliła się w świetle wschodzącego słońca rzęsna rosa. Trawa na śladach jeszcze się nie podniosła, i sądząc z tego, tudzież z kierunku wiatru, rodzaju gruntu, oraz innych okoliczności, wywnioskowałem, że Kelurowie nie byli od nas oddaleni więcej nad dwie godziny drogi. Zestawiwszy tę przestrzeń z czasem, jaki upłynął od ich wyjazdu z Khoi, mogłem przypuszczać, że uciekali nie bardzo szybko, co, oczywista, należało zawdzięczać tylko memu Rihowi.
Podług tego obliczenia, mogliśmy dogonić Kelurów bez zbytnich wysiłków z naszej strony już za trzy godziny. Mimo to popędzaliśmy konie, zmuszając je do tęgiego kłusa. Halef był jak najlepszej myśli i tylko niecierpliwił się, pragnąc przyśpieszyć chwilę rozprawy ze złodziejami, wobec czego zapytałem go:
— Jak sądzisz? Ilu jeźdźców mamy przed sobą?
— Niestety, nie mogę tego określić z taką dokładnością, jak ty, sihdi, tem bardziej, iż jadą nie w ordynku, lecz w rozsypkę. Ze śladów jednak wnosząc, sądzę, że może ich być ze trzydziestu.
— A ja ich obliczam co najmniej na czterdziestu.
— Dziesięciu mniej lub więcej, to nic nie znaczy! Tak czy owak, konie odebrać musimy!
— Niech ci się jednak nie zdaje, mój Halefie, że będzie to takie łatwe... W tej chwili może ich być ze stu albo i więcej...
— Co mówisz, sihdi?! Przecież Kelurowie to nie namuza (muchy), które mnożą się w powietrzu! Skądby się ich tylu naraz wzięło?
— Przedewszystkiem muchy nie mnożą się w powietrzu, a po wtóre Kelurowie, którzy nas okradli, byli najprawdopodobniej tylko częścią jakiegoś większego oddziału.
— Z czego to wnosisz, effendi?
— Z różnych okoliczności. Wiesz przecież, iż Akwil, chcąc dobić targu z Kelurami, nie szukał ich długo; wiedział zatem zgóry, gdzie się znajdują. A nie przyszłoby mu to łatwo, gdyby stanowili gromadę, złożoną zaledwie z czterdziestu jeźdźców, gdyż bandy takie są bardzo ruchliwe i w krótkim czasie przerzucają się z miejsca na miejsce, tak że nigdy nie można wiedzieć na pewno, gdzie obozują w danej chwili. Że zaś Akwil znał dokładnie miejsce pobytu Kelurów, przypuszczać trzeba, iż jest to większy oddział, niezdolny do zbyt szybkiego ruchu. Zdaje mi się, że potwierdzisz to moje zapatrywanie?
— Ależ oczywiście, effendi! Lecz jeżeli sprawa przedstawia się w ten sposób, to nie pójdzie nam tak gładko, jak przypuszczałem... Byłem tej myśli, iż, skoro dopędzimy złodziejów, zaczniemy strzelać i rozbijemy całą bandę w jednej chwili.
— Co mówisz! Tego nawet nie uczynilibyśmy, gdyby ich było tylko czterdziestu, — bo coby nam z tego przyszło, gdybyśmy przypadkiem zastrzelili Riha?
— No, przecież nie każda kula trafia...
— To prawda. Ale zachodzi tu druga okoliczność; mianowicie, gdyby wystrzelono do nas z czterdziestu odrazu karabinów, to bardzo jest możliwe, że bodaj dwa strzały byłyby celne. Wiem, żeś dzielny wojownik i że zdolny jesteś sam jeden iść na stu nieprzyjaciół; ale dzielność a zuchwałość to dwie odrębne rzeczy. Prawdziwa dzielność i odwaga posługują się przedewszystkiem przezornością i rozwagą!
— Słusznie, sihdi! Bardzo słusznie! Wiem zgóry, co zamyślasz... Znowu chytrość... Zachwycasz mię, i nigdy nie zapomnę, jak to w ciemną noc, że oko wykol, ocierałeś się niemal o grzywę lwa, lub zakradałeś do środka obozu między tysiące wrogo dla ciebie usposobionych Beduinów. W takich okolicznościach zawsze wiernie stałem u twego boku, a serce mi się rwało, duma zaś rozsadzała niejako piersi, gdyśmy wracali jako zwycięzcy, triumfalnie witani przez naszych. Pamiętam, jak spotykano nas z muzyką: i kamandszat (skrzypce) i wielka tarabukka (bęben) i małe nakkara (mały bęben) i potężne anfar (trąba), wszystko to brzmiało na naszą cześć. Inni wojownicy zazdrościli nam sławy, a kobiety i dziewczęta tańczyły naokoło nas. Przypominam sobie, jak Hanneh, żona moja, najlepsza i najpiękniejsza z kobiet na ziemi, najwonniejsza z kwiatów łąk, pól i ogrodów, zarzucała mi ramiona na szyję i, płacząc łzami radości, nazywała swym najukochańszym wśród ludzi, jedynem pragnieniem swego serca, władcą swej duszy i słońcem swego szczęścia!...
Poczciwy Halef kochał swą żonę ogromnie. Teraz, wspomniawszy o niej, milczał czas jakiś, wywołując w swej pamięci bogate wspomnienia. Chętnie zazwyczaj opowiadając o tem, co przeszedł, mówił w sposób iście wschodni, z niesłychaną przesadą, a podnosząc moje zasługi, myślał oczywiście i o sobie i starał się zawsze przypisać sobie część zdobytej przeze mnie sławy. Oczywista, nie przeszkadzałem mu w tem, gdyż istotnie przebył ze mną tyle niebezpieczeństw, iż nawet obyci z niemi Beduini podziwiali jego niezwykłą odwagę, która mieszkała w tak nikłem stosunkowo ciele.
Po chwili milczenia ciągnął dalej:
— Tyle już razy widziałem cię walczącego i podziwiałem zawsze. Ale najbardziej imponowałeś mi wówczas, gdy, odrzuciwszy broń, posługiwałeś się podstępem i chytrością. Czemże jest wojowniczość i siła Kurdów, gdy wobec nich chwycimy pistolety rozumu, karabiny podstępu i noże chytrości! Gdy jesteśmy tak uzbrojeni, niechby się z nami zmierzyli najsławniejsi wojownicy państwa ottomańskiego, a nie wątpię, że nosy wydłużyłyby się im aż do Mekki i Teheranu!
— No, tak znowu źle nie byłoby, Halefie! — zaśmiałem się szczerze.
— Źle nie, ale właśnie... wspaniale! Przypomnij sobie tylko, ile to razy zdołaliśmy osiągnąć chytrością to, czego nie zdobylibyśmy, mając nawet sto armat! Nieraz czułem już nad sobą zimny powiew śmierci, który mi do szpiku kości przenikał, i zdawało się, że żadnego już zgoła ratunku dla nas niema... Aż nagle jedna myśl twoja wyrywała nas z morza zwątpienia, rzucając na brzeg nadziei. Ileż to razy wrogowie nasi mieli już nas w swem ręku i byli pewni, że niema sposobu, abyśmy się im z mocnych kleszczów wymknęli. Aż oto, ku niesłychanemu swemu zdziwieniu, przekonywali się wkońcu, że owa moc ich kleszczów to złudzenie tylko, bo, jak czarnoksiężnicy z fantastycznej baśni, nie znaliśmy żadnych zapór, żadnych przeszkód czy więzów! W sidłach nieraz już będąc, że tylko zacisnąć je nieco, a z przed nosa potężnych wrogów wyfruwaliśmy najniespodziewaniej z nagha el masgara (drwiący szczebiot), a prześladowcy nasi zgrzytali zębami z wściekłości!
Kwieciste wynurzenia złotoustego Halefa przyjmowałem zrazu z całą powagą i widziałem, że to podnieca go jeszcze bardziej w krasomówczym zapale. Gdy jednak wspomniał o „drwiącym szczebiocie“, nie mogłem się powstrzymać od śmiechu. Halef zaś popatrzył na mnie z ukosa i zapytał gniewnie:
— Z czego tu się śmiać, effendi?! Czyż możliwość skręcenia ci karku uważasz za rzecz, nadającą się do żartów?
— No, nie mam w tej chwili na myśli skręcenia karku, ale ów... „szczebiot“.
— Nie drwij! Allah, zamiast ust ludzkich, dał ci wróbli dzióbek, i to ci wystarcza! Ja zaś, jeżeli w rozmowie z tobą posługuję się wytwornym stylem, czynię to jedynie z poszanowania dla twej uczoności, i nie powinieneś wyśmiewać mię z tego powodu. Jesteś wprawdzie niezwykle odważny i bardzo pomysłowy w fortelach, ale przecież zdarza ci się popełniać od czasu do czasu błędy. To też winieneś wdzięczność Allahowi, że w wielkiej swej łasce dał ci mnie za towarzysza i opiekuna, który ci nieraz bywa pomocą. A błogosławioną jest owa chwila, gdyś mię poznał, nietylko dla ciebie, lecz i dla mnie, gdyż przymioty moje wynoszą mię ponad wszystkie puste głowy zwykłych śmiertelników, a nawet ponad twoją.
Mały hadżi był bardzo obraźliwy i w razie zadraśnięcia go czemkolwiek nie darowywał nikomu, nawet mnie. Gdy się czem uczuł dotknięty i począł perorować, przyjmowałem to zazwyczaj milczeniem, i gniew jego ulatniał się zarówno prędko, jak się pojawiał; dobre jego serce i przywiązanie do mnie nie dozwalały mu dąsać się zbyt długo...
Tak było i teraz. Po chwili zupełnego milczenia, jakie nastąpiło po wybuchu, popatrzył mi badawczo w twarz i zapytał tonem zakłopotania:
— Co ci się stało, sihdi? Milczysz, jakby cię mowa moja nie interesowała... A przecież płynęliśmy już pełnemi żaglami po wartkich nurtach dysputy... Czy może obraziłem cię niebacznem jakiem słowem?
— Nie, Halefie; myślałem tylko o owych zdolnościach, które cię tak znacznie wynoszą nade mnie...
— Nad ciebie? Ależ ja wcale nie miałem tego na myśli! Jeżeli mówiłem o swoich przymiotach, to tak samo, jakbym mówił o twoich, bo przecież tyś je we mnie rozbudził i udoskonalił. Dziękuję też codzień Allahowi we wszystkich pięciu modlitwach, że dał mi poznać cię na pustyni... No! Czy będziesz się jeszcze gniewał na mnie?
— Ależ nie mam żalu do ciebie i nigdy go nie miałem.
— Słowa te orzezwiają moje serce i radością niewymowną napełniają mi duszę aż do najgłębszego jej zakątka. Bo widzisz... mnie się bardzo często zdaje, że ty nie jesteś ze mnie zadowolony. I wówczas w serce moje wbija się dziesięć tysięcy debabis (szpilka), i mam wrażenie, jakoby jądro miłości, jaką ku tobie żywię, płonęło stoma tysiącami kibritat frengija (zapałki). I póty nie mogę się uspokoić, aż dopóki na ustach twoich nie ujrzę znowu uśmiechu.
Porównawczy zwrot ze szpilkami i zapałkami był znowuż nienajgorszy, jednak tym razem wstrzymałem się od śmiechu.
— Ale odbiegliśmy od przedmiotu — ciągnął dalej. — Owóż wspomniałeś, iż zaatakujemy nieprzyjaciół nie otwarcie, lecz podstępem. Czy obmyśliłeś już plan jaki?
Jeszcze nie.
— A jednak dobry wódz powinien wcześnie mieć plan obmyślony i dobrze się rozejrzeć, w jaki sposób go wykonać!
— Przedewszystkiem nie jestem wodzem; ale gdybym nawet nim był, nie powziąłbym planu, dopókibym nie zobaczył nieprzyjaciela i nie poznał wszystkich okoliczności. Czyż naprzykład, chcąc kupić konia, możesz ofiarować zań cenę, nie widząc go jeszcze?
— Oczywiście, że nie!
— Tak samo i my nie możemy obecnie wiedzieć, w jaki sposób wypadnie nam rozprawić się z Kelurami. Zresztą, dajmy już temu spokój! Teraz należy zwrócić szczególniejszą uwagę na tropy.
Kelurowie, jak to zauważyłem, czmychali dotychczas mało uczęszczanemi drogami, a właściwie po bezdrożach, bo dróg tu już nie było wcale. Jechaliśmy za nimi wciąż przez teren trawiasty, następnie przez rzadki nieduży las, aż wreszcie znaleźliśmy się przed skalistem zboczem płaskowzgórza, na którem nikły już zupełnie ślady kopyt końskich, i tylko bardzo wprawne oko mogło tu rozpoznać pewne znaki, świadczące o przejściu koni.
Owo omijanie przez Kelurów miejsc ludniejszych zdawało się świadczyć o ostrożności uciekających. Ale w mojem pojęciu dowódca bandy nie zyskiwał uznania, gdyż, jadąc po uczęszczanych drogach, łatwiej jest wprowadzić w błąd ścigających, niż na terenie dzikim, i gdybym ja był na miejscu moich wrogów, uciekałbym właśnie drogą utartą, która przecież w wielu miejscach się rozgałęzia i ślady na niej mieszają się ze śladami stałych mieszkańców okolicy, a więc ścigający mogą tu łatwo zejść na manowce. Szir Samurek jednak chciał być mądrzejszym, ale mu się to bynajmniej nie udało.
Wjechawszy na wzgórze, ujrzeliśmy przed sobą rozległe pastwisko, na którego krańcach woddali rosły zrzadka karłowate sosny. Od tego miejsca ślady rozbiegały się w różnych kierunkach, oczywiście za wyjątkiem kierunku wstecznego.
— Allah, — krzyknął Halef — toż dla nas rzecz bardzo niepomyślna!...
— Dlaczego?
— Czyż nie widzisz, iż Kelurowie rozdzielili się z rozmysłem, aby nas wprowadzić w błąd? Ów Szir Samurek nie jest tak głupi, jakby się wydawało...
— Przeciwnie, mój Halefie, daleko głupszy jest, niż myślałem.
— Z czego tak sądzisz, sihdi? Nie rozumiem, co myślisz.
— Rzecz całkiem prosta. Kelurowie rozdzielili się tutaj, aby rozbieżnością swoich śladów zmylić pościg. Ale to im nic nie pomoże, bo przecież dowódca niezawodnie wyznaczył im wszystkim punkt zborny.
— Teraz pojmuję... Wystarczy zatem trzymać się nam któregokolwiek tropu, a dotrzemy do owego punktu zbornego.
— Oczywiście! Wybieg Kelurów jest tak bezmyślny, że powstydziłby się go nawet najgłupszy indjanin. Wybierzemy, rzecz prosta, trop najwyraźniejszy... Ale patrz!... Jak tutaj grunt zorany kopytami! Jeden z koni nie chciał dać się prowadzić dalej, i kto wie, czy nie był to właśnie Rih. — Jazda!
Zadaliśmy koniom ostrogi i popędziliśmy żwawym galopem. Siwosze były młode i nieujeżdżone, ale pod naszem umiejętnem kierownictwem biegły znakomicie.
Po kwadransie znaleźliśmy się na rozległej, piasczystej dolinie, tu i ówdzie pokrytej nędznemi krzakami i kępami szczecinowatej trawy. Jadąc dalej, dotarliśmy w jakieś pół godziny do miejsca, gdzie ze śledzonym przez nas tropem zbiegały się wszystkie inne ślady rozdzielonej bandy.
— Miałeś słuszność, sihdi, — rzekł Halef. — Kelurowie, którzy się tam na wzgórzu rozpierzchli, złączyli się tutaj znowu w jeden oddział. Skoro tylko dostaniemy ich w swe ręce, powiem wodzowi, że niewiele jest mędrszy od niezgrabnej grubej batta (kaczka), która miała ochotę zadziwić świat swym śpiewem, współzawodnicząc z belabilem (słowik) z siódmego nieba.
Tu znowu omal nie parsknąłem śmiechem, lecz nie z porównania kaczki ze słowikiem, ale z owej pewności Halefa i jego zarozumialstwa, z jakiem utrzymywał, że my dwaj, szukający wiatru w polu ludzie przeciętnej miary, nie posiadający władzy czynienia cudów, owładniemy niechybnie czterdziestu Kelurami i weźmiemy do niewoli ich szeika.
Nie była jednak czemś dziwnem taka pewność małego pyszałka, bo we wszystkich dotychczasowych naszych przedsięwzięciach szczęście dopisywało nam wiernie, i nigdyśmy nie wpadli w pułapkę, ani też nie dali się zwyciężyć. To stałe powodzenie było przyczyną, że i w tym wypadku Halef nie myślał jedynie o odzyskaniu koni, ale i o wzięciu kilkudziesięciu ludzi wraz z ich szeikiem do niewoli.
Nie chciałem mu psuć humoru i odbierać wiary w siebie, gdyż właśnie ta pewność we własne siły i wiara w powodzenie czyniła go bardzo pożytecznym towarzyszem w najbardziej krytycznych nawet okolicznościach. Odrzekłem więc wymijająco:
— Jeżeli nie zdołamy odebrać koni wprost, to trzeba będzie uciec się do sposobów, a mianowicie porwać bądź szeika, bądź jakiego innego znakomitszego wśród Kelurów wartogłowa i zażądać od nich wymiany na nasze konie. Zresztą, niema sobie nad czem łamać zbytnio głowy, mój kochany Halefie, bo niebawem sprawa sama się wyjaśni. Jeżeli kismet przeznaczył cię do odegrania dziś roli bohatera, to kurtyna podniesie się w bardzo krótkim czasie.
— Tak sądzisz? — zapytał uradowany z pochlebstwa Halef. — Więc jak kismet zechce, niechaj się tak stanie. Jako batal (bohater) uczynię wszystko, abyś był ze mnie zadowolony. Ale skąd wnosisz, że kurtyna już w tak krótkim czasie pójdzie w górę?
— Na takie przypuszczenie naprowadza mię wybieg szeika. Bo dlaczego nie rozdzielił swej bandy zaraz za wsią, lecz aż tutaj? Widocznie niedaleko stąd znajduje się obóz. Ale uważaj! Zdaje się, że nie będzie można jechać dalej!
Dolina, którą przebywaliśmy, skręcała tutaj na lewo, tworząc kąt ostry. Ślady Kelurów jednak nie szły w tym kierunku, lecz prowadziły prosto na przełaj w górę. Halef chciał popędzić w owe tropy, lecz go powstrzymałem:
— Ani kroku dalej! Jeżeli istotnie jesteśmy w pobliżu obozu, to na górze ustawione są niezawodnie widety, i dlatego musimy być ostrożni. Zostaniesz tutaj i potrzymasz mego konia, a ja podejdę pieszo na pagórek zobaczyć, czy możemy puścić się dalej bez przeszkody. Pamiętaj jednak, że nie wolno ci się stąd ruszyć, dopóki nie dam ci znaku!
Zsiadłem z konia, oddałem cugle Halefowi i wdrapałem się na pagórek, gdzie rosły liczne, lecz niewysokie sosny i dęby. Tropy Kelurów prowadziły teraz w dół pomiędzy zrzadka rosnącemi drzewami. Już chciałem zawrócić, gdy wtem spostrzegłem na szczycie wzgórza wyniosłość skalną, niby ruiny jakiejś baszty. Skierowałem się tam i, dostawszy na wierzchołek skały, stwierdziłem, że las kończył się niedaleko, a poza nim leżała szeroka dolina, przerznięta niedużym potokiem.
Nad brzegami tego to potoku spostrzegłem rozległy obóz Kelurów, a właściwie już tylko szczątki obozu, gdyż oddział gotował się właśnie do wymarszu. Kobiet wśród Kelurów nie było; nie mieli też z sobą trzody, a zamiast namiotów, stały w obozowisku budy z gałęzi. Z tego wyprowadziłem wniosek, że celem wyprawy Kelurów nie było polowanie. Narazie nie miałem pojęcia, w jakim celu wyruszyli ze swych siedzib, i dopiero później dowiedziałem się, że była to wyprawa rabunkowa nad granicę Persji.
Sądząc na oko, mogło tu być co najmniej trzystu ludzi, którzy, oprócz koni wierzchowych, prowadzili około pięćdziesięciu jucznych mułów. Ludzie ci mieli na głowach białe o półmetrowej średnicy turbany, co robiło wrażenie, jakby dźwigali na głowach wielkie kosze.
Wytężyłem wzrok, czy nie dostrzegę swego konia, ale napróżno. Niebardzo zadowolouy, wróciłem po Halefa.
— No i cóż? Natknąłeś się na wartę? — — zapytał mały Hadżi, oddając mi konia.
— Nie.
— To może spostrzegłeś obóz?
— Tak. — Co za lekkomyślna nieostrożność ze strony szeika! Przecież mógł być pewien, że go będziemy ścigali, i nawet warty nie ustawił!
— To było zbyteczne, bo obóz już zwinięto.
— Co? Ruszyli dalej?
— Tak jest. Zdaje mi się, że szeik wydał ku temu rozkaz zaraz po przybyciu na miejsce.
— Dokąd się skierowali?
— Nie wiem, ale sądzę, że się wkrótce dowiemy. Nie spuścimy ich z oka tak długo, dopóki nie odbierzemy naszych koni.
— Mam nadzieję, że na ich szczęście stanie się to dzisiaj jeszcze, gdyż wcale nie mam ochoty wlec się za nimi dłużej i, skoro tylko stracę cierpliwość, wystrzelam ich co do nogi! Jeżeli chcą kraść konie, to nic przeciw temu nie mam, gdyż kradzież taka uchodzi w tym kraju za czyn heroiczny i chwalebny, ale że pokusili się właśnie o nasze konie, mając ich miljony do skradzenia na kuli ziemskiej, — no w tym wypadku nie mogę być na to obojętny i pokażę im, jak złe skutki pociąga za sobą taka okoliczność, iż dzięki im zmuszony jestem dyrdać się na grzbiecie pierwszej lepszej at el attar (szkapa aptekarza).
— Dziękuj Allahowi, że mamy choć takie szkapy, bo mogło być jeszcze gorzej.
— Tak dalece niema za co dziękować. Wszak to nie nasze własne; pożyczyliśmy je tylko, nie zaś ukradli, i zanim je oddamy fabrykantowi trucizny, czuję się niejako smarkatym wyrostkiem, co płata niebezpieczne figle... A wszystko przez tych huncwotów Kelurów, którzy powinni siedzieć w piekle i być właścicielami całego tabunu szkap djabelskich; niechby je tam im po dziesięć razy na dzień kradziono, a nie oddano ani razu!

Podjechaliśmy wzgórzem aż do skał, skąd przedtem obserwowałem wyruszających w drogę Kelurów, a uwiązawszy konie do krzaków, wleźliśmy na wierzchołek pagórka. Kelurowie wyciągnęli się już w dolinie długim sznurem, który, jak wąż ogromny, wił się wśród pokrytego zielenią terenu.
— Uciekają łotry, gałgany, — mruczał gniewnie Halef — a my stoimy tutaj, mlaskatjąc językami, jak pies jaki, gdy mu ucieknie żywa pieczeń z przed nosa! Ale poczekajcie! Dogonimy was i rzucimy się na wasze ścierwo, jak rozjuszone lwy... nogi wam z pośladków powyrywamy i porozrzucamy po polu! Jestem człek litościwy, a tak dobry, że nawet koniokradów uważam za ludzi; ale to jeszcze nie racja, ażeby mnie samego okradać! Właśnie ta moja łagodność i dobroć powinna powstrzymywać łotrów od targania się na moje mienie! Ale gałgany nie znają się na tem... Patrz, sihdi! Najspokojniej, jak ze swoją własnością, jadą sobie, uprowadzając nasze ukochane zwierzęta. Ciekawym, jaki łajdak siedzi na grzbiecie mego ulubieńca! Ty chociaż możesz być spokojny, że na twego Riha nikt z żyjących nie posadzi swego ogona w postaci ostatnich kręgów pacierzowych, boby te kręgi rozleciały mu się po drodze, jak korale po rozcięciu sznurka... Lecz co tu wiele gadać! Gdy dostanę w swe ręce draba, który siedział na grzbiecie mego rumaka, rozetnę go wzdłuż z góry do dołu tak, że już nigdy na żadnego konia nie wsiądzie, bo się na nim nie utrzyma... Przysięgam na proroka, że zrobię to bez skrupułu! Z całą pewnością to zrobię!...
Rozjątrzenie Halefa i zabawna jego gadanina budziły we mnie śmiech, od którego musiałem się z trudem powstrzymywać, czego nawet się nie domyślał, sądząc, że podzielam jego poglądy i groźby w zupełności. Zresztą, lubiłem go właśnie dla jego humoru i oryginalnych zapatrywań na różne sprawy. Są bowiem i na Wschodzie pewne indywidua, które na otoczenie wywierają głębsze wrażenie, niż setki innych przeciętnych ludzi. — —

Postanowiłem zbadać skrupulatnie obozowisko Kelurów, ale możliwe to było dopiero wówczas, gdy się oddalą o tyle, że nas już spostrzec nie będą mogli; a że ciągnęli w kierunku południowowschodnim, więc liczyłem że, jadąc w ich ślady, musimy kiedyś znaleźć się nad tą samą rzeką, która z gór płynie ku wsi Khoi, i, oczywista, tyle drogi nałożyć niepotrzebnie. Już to samo usposabiało mię względem Kelurów nie najlepiej, pominąwszy oczywiście sprawę główną t. j. kwestję kradzieży koni.
Niebawem ostatni jeźdźcy z oddziału zniknęli, i mogliśmy się już swobodnie poruszać. Zjeżdżając ze wzgórza ku dolinie, mieliśmy drogę utrudnioną, bo piętrzyły się tu odłamy skalne, a gdzie niegdzie trafiliśmy na wielkie kałuże i miejsca bagniste. Wreszcie, z trudem wydostawszy się na suchy grunt, popędziliśmy wzdłuż strumienia ku opuszczonemu przez Kelurów obozowisku.
Halef poszedł napoić w — potoku konie, a ja tymczasem rozglądałem się szczegółowo po obozie w nadziei odkrycia czegokolwiek, coby nam mogło być pomocne w obmyśleniu planu dalszego działania. Niestety, ze swych badań wywnioskowałem tylko tyle, że Kelurowie siedzieli tu nie dłużej nad tydzień. Rzecz prosta — nie miało to dla nas żadnego znaczenia. Natomiast ważniejszy był szczegół inny. Rozpoznałem, że niektóre z namiotów urządzone były dopiero wczoraj, a więc Kelurowie wczoraj jeszcze nie mieli zamiaru oddalić się stąd tak prędko, bo nie byliby zadawali sobie trudu ustawiania tych szałasów. Dlaczego więc oddalili się tak nagle? Nasunęło mi się na myśl przypuszczenie, iż Akwil przybył do nich prawdopodobnie około wieczora; schwytali go, jak również następnie jego syna Salego, i tym sposobem dowiedzieli się o naszych koniach, stojących w Khoi. Ci jeńcy, ojciec z synem, muszą opłacić dług krwi własnem życiem, i być może — z takiej to przyczyny Kelurowie wyruszyli stąd tak prędko.
A może obawiali się pościgu? I to było zupełnie możliwe!
Tu znowuż zapewne ktoś ukuje przeciw mnie zarzut, jakobym plótł niestworzone rzeczy, skoro utrzymuję, że trzystu Kelurów liczyło się ze mną jedynym, a właściwie ze mną i z Halefem. Ale na Wschodzie bardzo często mucha staje się wielbłądem, a nawet, bez żadnego udziału z jej strony, czemś więcej, bo słoniem, lwem czy tygrysem!...
Co do mnie zaś — zaznaczam znowu, że miałem poza sobą sławę człowieka, który z każdego przykrego położenia umie wyjść obronną ręką. Ba, wiedziano też o tem, że, jeśli powezmę jaki plan, choćby najniebezpieczniejszy, potrafię go przeprowadzić i przejechać się na karkach najmożniejszych wrogów swoich. Zresztą, każdy inteligentny Europejczyk, zasobny w niezbędne wiadomości i wzbogacony doświadczeniem, nabytem w krajach nieucywilizowanych, może dokonać bardzo wiele i stać się wkrótce legendarnym bohaterem na szerokich przestrzeniach ziemi. Wiadomość bowiem o tym lub owym śmiałym czynie przechodzi z ust do ust i zatacza coraz to szersze kręgi, aż wreszcie wzrasta do rozmiarów fantastycznej baśni, uchodzącej na odpowiednim gruncie za szczerą prawdę.
W ten sposób rozszerzyła się szybko po całym niemal Wschodzie moja i Halefa sława. A sławniejsze były jeszcze ode mnie dwa moje karabiny. O jednym z nich mówiono, że trafia bez celowania i że kula przebija najgrubsze nawet mury, a o dwudziestopięciostrzałowym sztućcu systemu Henry’ego utrzymywano, że można z niego strzelać bez końca i że go wcale nie trzeba naładowywać. Do tego dodajmy moją umiejętność jazdy na koniu na sposób Indjan amerykańskich oraz zdolności moje w kierunku wywiadowczym, na które Azjata wcale zdobyć się nie umie, — a nie wyda się już nikomu dziwne, że opowiadano o mnie cuda i że w obecnym wypadku Kelurowie mogli czuć przede mną obawę, aczkolwiek liczba ich wynosiła trzysta ludzi. Być może, szeik ich, pomyślawszy nieco, już teraz żałował, że udzielił pewnych wskazówek naszej gospodyni w Khoi. Nie było więc przesadą przypuszczenie, iż Kelurowie boją się mojej pogoni.
Oczywista, należało puścić się ich śladami. Ale na to mieliśmy jeszcze dosyć czasu, gdyż obserwować ich, nie będąc przez nich zauważonymi, mogliśmy tylko w nocy, że zaś teraz był ranek, puściliśmy zatem konie na trawę i, przeczekawszy czas jakiś, wyruszyliśmy w drogę dopiero przed południem. Nie było obawy, aby nieprzyjaciel nam uszedł, bo, po pierwsze — był to zbyt wielki oddział, a po wtóre — uważał już za zbyteczne zacieranie po sobie śladów.
W południe znaleźliśmy się na terenie górzystym, pokrytym tu i ówdzie lasem dębowym, z którego pochodzą światowej sławy galasówki. Tu udało mi się upolować młodego dzika. Upiekliśmy go naprędce, a pożywiwszy się, zabraliśmy resztę do toreb, bo trzeba było pamiętać, że jak długo następować będziemy na pięty Kelurom, nie upolujemy nic, gdyż strzały zdradzićby mogły naszą w ich pobliżu obecność.
Dla Halefa, jako muzułmanina, wieprzowe mięso było przysmakiem zakazanym, ale w towarzystwie mojem stał się nieco... postępowym i nabrał wybrednych wymagań pod względem pożywienia. Zlekceważywszy więc przepisy proroka i jego kalifów-nieboszczyków, jadł dziczyznę, aż mu się broda trzęsła; zresztą, sam zachęcałem go do tego, biorąc grzech jego na swoje sumienie.
Po posiłku i wypoczynku puściliśmy się w dalszą drogę i w ciągu kilku godzin przybyliśmy nad południowe ramię rzeki Zab, mając je po lewej, a lesisty, stromy grzbiet górski po prawej stronie. Odtąd ślady prowadziły nas łożyskiem górskiego potoku, który prawdopodobnie wzbierał szeroko na wiosnę; a obecnie był leniwie sączącym się wśród żwiru i głazów strumykiem. Utrudniały nam tutaj w znacznym stopniu jazdę liczne korzenie i krzaki, po obydwóch jego brzegach sterczące.
— Sam djabeł chyba wytknął tędy drogę Kelurom! — narzekał Halef. — Zapewne wygodniejszą jest ścieżka od bram śmierci na miejsce wiecznego potępienia, bo przynajmniej prowadzi wdół, a ta pod górę!
— I ja również nie mogę pojąć, dlaczego obrali tak niewygodną drogę.
— No, nareszcie znalazło się coś, czego nie rozumiesz, sihdi! — przerwał mi żywo Halef, uśmiechając się.
— Nie troszcz się! Zrozumiem to w swoim czasie — gdy zajdzie potrzeba.
— Dokąd właściwie Kelurowie dążą? Przecież tu niema żadnej przełęczy w łańcuchu górskim!
— Jeśli się nie mylę, masz słuszność. Przypominasz sobie zapewne z ostatniej naszej podróży przez tę okolicę dwie góry, mianowicie: z lewej strony Mekwilik, a z prawej o fantastycznych kształtach Nekul. Między temi górami niema żadnego przejścia, i Szir Samurek ma zapewne cel, do którego dąży, po tej stronie grzbietu, nie zaś po tamtej.
— Allah! Czyżby to była okolica, w której znajduje się Muzallah el Amwat (Kaplica Śmierci)?
— Nie słyszałem nigdy takiej nazwy. Cóż ona oznacza?
— Ach, co oznacza! Otóż ni mniej, ni więcej, tylko jest to miejscowość, którą omija każdy człowiek, bez względu na to, czy jest sunnitą, szyitą, chrześcijaninem czy żydem. Przypominasz sobie zapewne, że w czasie naszej bytności w Khoi rozmawiałem z kilkoma mazydżilar (zbieracze galasówek) i dowiedziałem się od nich wiele ciekawych rzeczy. Mówili mi, iż w tej okolicy jest niezmierna ilość galasówek, tak że brodzić można wśród nieb po kolana, ale nikt się nie odważa przychodzić po nie w obawie przed błądzącemi tu całą chmarą duchami ludzi zmarłych. Podobno przed paruset laty przybyli w te strony chrześcijanie i zbudowali sobie kaplicę, aby w niej chwalić Boga na swój sposób. Byli to ludzie uczciwi i dobrzy, i nikomu w drogę nie wchodzili. Ale szyici napadli na nich i wyrżnęli co do nogi właśnie koło owej kaplicy. Ostatni zginął ich kapłan. Modlił się jeszcze w chwili konania za nieprzyjaciół, gdy nagle zbóje wyrwali krzyż z kaplicy i w dzikiem rozpasaniu wrzucili go w ogień. Umierający kapłan, widząc to, rzucił na nich klątwę, wskutek której nietylko pomarli sami natychmiast, ale i ich siedziby oraz dobytek zniknęły z powierzchni ziemi. Od tego czasu nieszczęście spotyka każdego, kto się przybliży do muzallah. Mimo to niektórzy mazydżilar, jako że biedni są, a uśmiechał im się dobry zysk z galasówek, odważyli się niedawno na wyprawę w te strony. Kiedy jednak przyszli pod kaplicę, wybiegł z niej duch kapłana w postaci niedźwiedzia i byłby ich wszystkich na pewno pożarł, gdyby się nie oddali w opiekę Allaha, który im dopomógł do ucieczki. Przysięgali potem przede mną, że nigdy już nie zapuszczą się w tę okolicę... Co o tem sądzisz, effendi?
— Sądzę, że to nie był żaden duch, ale najzwyklejszy w świecie niedźwiedź. Przecież każdy wie, iż w górach okolicznych dosyć jest tych dzikich zwierząt.
— Wiem o tem i ja, ale przecież niedźwiedzie nie są tak olbrzymiego wzrostu, jak ów duch.
— Strach ma wielkie oczy — to znaczy: z wielkiej trwogi mógł się ludziom ów niedźwiedź wydać dwa razy większy, niż jest w istocie.
— Mówisz tak, bo nie wierzysz w duchy...
— Ależ przeciwnie, jestem przekonany, że duchy gdzieś istnieją; w widziadła jednak w postaci niedźwiedzi istotnie nie wierzę.
— No, ty na miejscu tych ludzi nie byłbyś uciekał, ale poszedłbyś naprzeciw potwora śmiało i odważnie, bo się niczego nie boisz. Ja jednak, daruj, sihdi, nie miałbym ochoty przekonywać się osobiście, czy mam do czynienia z duchem, czy też z niedźwiedziem. Coprawda, myśmy obaj ubili podobną bestję w wąwozach Bałkanu. Ale tam nie było wcale Muzallah el Amwat, tutaj zaś wisi w powietrzu nad całą okolicą klątwa kapłana... Nie chcę więc mieć do czynienia z potworem, bez względu na to, coby to było za licho!...
— Czy wiesz chociaż, w którem miejscu znajduje się owa muzallah?
— Jak mi określali mazydżilar, zbudowano ją między Nekulem a Mekwilikiem. Idzie się tam kamienistem korytem między dwoma stromemi brzegami...
Tu urwał nagle, spojrzał mi znacząco w oczy i po chwili krzyknął:
Allah akbar! — Bóg jest wielki! Toż to się zupełnie zgadza... Jesteśmy właśnie na drodze do muzallah...
— Prawdopodobnie...
— Nekul i Mekwilik to dwa szczyty, między któremi znajduje się ta kaplica umarłych... Maszallah!... Toż to stąd niedaleko!...
— Bardzo możliwe... ale radzę ci zamknąć gębę, bo... może wypaść niedźwiedź i wskoczyć ci do niej... Zbyt szeroko ją otwierasz...
— Nie żartuj, sihdi! Mam już takie przyzwyczajenie, że, skoro jestem zdziwiony, gęba mi się sama otwiera, a gdy zdziwienie przejdzie, to i ona sama się zamknie. A bodaj to!... Nic innego, jak tylko nasz kismet, nasze fatum sprowadziło tutaj mnie i ciebie! Gdybym chociaż wiedział, co nas tam w górze czeka...
— Pytasz jeszcze o to?
— Oczywiście!... A ty wiesz może?
— Wiem.
— No, powiedz... proszę cię...
— Czeka nas duch, którego obedrzemy ze skóry niedźwiedziej...
— No, effendi! To lekkomyślne zuchwalstwo! Żartujesz sobie ze wszystkiego, a moja dusza siedzi już na ramieniu, i doprawdy nie wiem, co mi czynić wypadnie, gdy duch się istotnie ukaże: uciekać, czy też strzelać... Bo jeżeli to będzie prawdziwy niedźwiedź, a ja ucieknę, wyśmiejesz mię niemiłosiernie, i rzeczywiście miałbym się wówczas czego wstydzić aż do samej śmierci. Jeżeli jednak ukaże się duch, a ja do niego strzelę, to kula przeleci przez jego ciało, nic mu złego nie czyniąc, lecz co się wówczas stanie ze mną, Allah jeden raczy wiedzieć?!...
— Oj, Halefie, Halefie! Jeżeli strzelisz do ducha, to kula przeleci przez jego... ciało! No, proszę, gdzież tu sens? Czyż napróżno uczyłem cię tak długo? Czyż niczego z tej nauki nie skorzystałeś? Widać, że tkwi w tobie jeszcze głęboko zabobon człowieka pierwotnego... Powiedz mi przynajmniej, za kogo zginął ów kapłan?
— Za swego Boga i za swą wiarę, sihdi!
— Jak nazywamy takich ludzi?
Szahidami (męczennik).
— Co mówi o nich koran?
— Że po śmierci idą prosto do nieba.
— Otóż posłuchaj! Nawet wedle pojęć muzułmańskich każdy szahid idzie po śmierci do nieba i otrzymuje tam nagrodę za cierpienia i śmierć, którą poniósł. Czyż wobec tego ów pobożny kapłan, poniósłszy śmierć męczeńską za wiarę w swego Boga, zamiast nagrody, miałby być skazany na karę przebywania w odludnej kaplicy; i to jeszcze w skórze niedźwiedzia? Czyżby to nie było dla niego raczej piekło, niż nagroda? Powiedz sam!
Halef otworzył znowu usta i patrzył na mnie ze zdziwieniem.
— Znowu otworzyłeś gębę — zaśmiałem się.
— Tak jest, sihdi, dziwię się znowu.
— A cóż to takiego może być w moich słowach dziwnego?
— A no, żeś taki mądry i że umiesz na wszystko znaleźć odpowiedź. Allah inzaf albo Allah el adala!... Bóg jest sprawiedliwością!...
— Ba, ale w tym wypadku coby to była za sprawiedliwość?
— Allah nie byłby sprawiedliwy, gdyby ducha uczynił niedźwiedziem. Że jednak Allah bez zaprzeczenia jest sprawiedliwy, więc... więc...
— No, więc...
— ...więc duch nie może być niedźwiedziem, ani niedźwiedź duchem.
— Rozumie się! Ale ponieważ tak łatwo zgadzasz się na wszystko, więc, gdybym ci powiedział, że wewnątrz twojej głowy siedzi zwierz dziki, zapewne uwierzyłbyś i w to również?
— Uwierzyłbym, bo ty, effendi, jak we wszystkiem, tak i w regułach mantik (logika) jesteś niedościgniony. Zresztą, niechaj się ów potwór pojawi, gdzie chce, ja go zastrzelę i kwita!
— Co do strzelania, możebyś to lepiej mnie pozostawił. Niedźwiedzie kurdyjskie nie są tak niebezpieczne, jak naprzykład z gór Hauran lub Libanon. Nikt tu ich nie ściga, ani nie poluje na nie, więc mają czas wyhodować się i zestarzeć nawet. Zresztą, zbieracze galasówek mówili ci, iż ów niedźwiedź z kaplicy jest bardzo wielki, a zatem kula twego karabinu nie uśmierciłaby go, a tylko mogłaby zranić i rozdrażnić. Ponadto zaś musisz wziąć pod uwagę, że nam obecnie nie wolno strzelać ze względu na Kelurów. A poza tem niema się na razie o co troszczyć, bo wcale jeszcze nie wiemy, czy jesteśmy rzeczywiście na drodze do kaplicy. Chwilowo szło mi o to, ażebyś przestał wierzyć, jakoby duch był zdolny ubierać się w futro niedźwiedzia.
— Ani nawet w kożuch barani, nietylko w futro, effendi! Przekonałeś mię, iż duch nie może zmieniać się w zwierzę i że go nie można ani widzieć, ani też w garść uchwycić. Gdyby więc duch okrył się skórą niedźwiedzią, to po zdjęciu jej nie pozostałoby nic, a że w skórze zawsze jest coś, więc niedźwiedź nie może być duchem.
— Bardzo pięknie rozumujesz — zaśmiałem się — i pod względem logiki wyprzedziłeś mię już znacznie. Ale mniejsza o to! Cieszy mię przedewszystkiem, że sprawa z duchem i niedźwiedziem skończona...
Miałem coś jeszcze powiedzieć, gdy nagle Halef, jadący obok mnie, uchwycił cugle mego konia i zatrzymał go na miejscu.
— Co się stało? — spytałem.
— Tam, pod drzewem, coś jest! — odrzekł szeptem. — Poruszyło się coś... Nie wiem tylko, czy to człowiek, czy też zwierzę...
— Cofnijmy się pod drzewa! — odrzekłem, pociągając towarzysza w gąszcz.
Tu zsiadłszy, kazałem mu zatrzymać swego konia i ostrzegłem, aby zachowywał się spokojnie.
— Tylko uważaj, sihdi, bo możliwe, że to niedźwiedź, albo który z Kelurów!— przestrzegł mnie Halef.
— Nie bój się! — odparłem i, wziąwszy nóż do ręki, począłem skradać się pocichu ku owemu miejscu, gdzie istotnie był jakiś człowiek.
Stał pod rozłożystym bukiem z wyciągniętemi wgórę ramionami; w jakim celu to czynił, nie mogłem narazie odgadnąć. Choć odwrócony był ode mnie twarzą, wydał mi się znajomym. Postać tę, a zwłaszcza brudne nogi i strzępiaste spodnie oraz połowę żakietu miałem zaszczyt już kiedyś... Czyżby mię wzrok mylił? Miałżeby to być istotnie nasz gospodarz z Khoi? Coby tu robił sam jeden w tak odludnej okolicy?
W tej chwili oberżysta odwrócił się, wspiął na palcach i pociągnął za koniec powroza, przymocowanego do gałęzi... Do licha! Chciał się najwidoczniej powiesić!
Katera Chodeh! — Na miłość Boską! — krzyknąłem, biegnąc co tchu ku niemu. — Zaczekaj-no! Chcesz się życia pozbawić? Będziesz miał jeszcze dosyć na to czasu później!...
Wybałuszył na mnie zdziwione oczy i po chwili odrzekł, jakby ze snu zbudzony:
— Życia pozbawić?... Nie, tylko się powiesić!...
— No to przecież na jedno wychodzi! Lecz co cię skłoniło do popełnienia tak strasznej zbrodni?
— Co skłoniło? A tobie co do tego? Kim jesteś, że śmiesz mi przeszkadzać?!...
Mówiąc to, uczynił na mnie wrażenie całkiem nieprzytomnego.
— Znasz mnie przecież, przyjacielu, — odparłem łagodnie. — Nazywam się Kara Ben Nemzi Effendi i mieszkam u ciebie w Khoi.
Słowa te obudziły go z osłupienia. Oczy jego nabrały wyrazu, ale głos, przytłumiony, brzmiał jeszcze jakby z pod ziemi:
— Muszę się powiesić, effendi, bo... bo.. nie odzyskam już moich pieniędzy!...
— Skąd masz tę pewność?
— Powiedział mi to Szir Samurek.
— Jakto? On sam? Osobiście? Mówiłeś z nim? Kiedy?
— Przed godziną.
— Gdzie?
— Tam, wgórze, koło Muzallah el Amwat.
— Więc kaplica znajduje się stąd niedaleko... Czy Kelurowie rozłożyli się tam obozem?
— Tak.
— A tutaj nie pozostał kto wpobliżu? Czy można mówić swobodnie?
— Niema tu nikogo. Wypędzili mię od siebie batogami i powrócili na miejsce.
Wspomnienie batów otrzeźwiło go do reszty. Padł na ziemię, a ukrywszy twarz w dłoniach, począł płakać. Łzy bywają nieraz balsamem kojącym, jeżeli kto może płakać; pozwoliłem mu zatem wypłakać się dowoli, przywołując tymczasem Halefa, który, uwiązawszy konie, usiadł razem ze mną koło gospodarza. Gdy stary wypłakał się już dostatecznie, podniosłem mu zwieszoną na piersi głowę i rzekłem:
— Samobójstwo jest największą zbrodnią na świecie, gdyż nie można jej nigdy naprawić, ani się przez pokutę z niej oczyścić; a najmniej zaś człowiek ma prawo potępiać swą duszę dla marnych pieniędzy. Zresztą, twoje piastry nie przepadły jeszcze!
— A jakże nie?... Szir Samurek odebrał je od Akwila i nie odda za nic w świecie!
— Musi oddać! Przyrzekam ci, że go zmuszę do tego...
Na te słowa oczy jego nabrały blasku. Zerwawszy się na równe nogi, zapytał:
— Nie żartujesz, emirze?
— Nie! — odrzekłem. — Nie czynię nigdy obietnic na żarty.
— Niech-że więc będą dzięki Allahowi i cześć tobie! Jestem uratowany! Wiem o tem, że co Emir Hadżi Kara Ben Nemzi przyrzeknie, tego dotrzyma, chociażby łotr Szir Samurek na głowie stawał.
— Czy może, gdyś był u niego teraz, drwił sobie ze mnie? Powiedz! Opowiedz mi szczegółowo, w jaki sposób spotkałeś się z nim i co mówiliście... Ale mów wszystko jak najdokładniej, bo od tego wiele zależy... Zależy od tego życie lub śmierć wielu ludzi, no... i odzyskanie twoich pieniędzy.
— Och, emirze, jeżeli mam przez to odzyskać pieniądze, to powtórzę ci wszystko co do słowa. Absolutnie wszystko.
— Ale mów krótko, bo szkoda czasu; być może, iż każda minuta ma swoją cenę.
— Dobrze, panie. Jak wiesz, wyjechałem z Khoi razem z nezanumem i kilku innymi ludźmi, ażeby dogonić Akwila i odebrać mu pieniądze. Nie znalazłszy jednak śladów, postanowiłem zwrócić się ku granicy perskiej w przypuszczeniu, że złodziej tylko tam mógł uciec. Pojechaliśmy zatem w tym kierunku, pytając po drodze ludzi, czy nie zauważyli zbiega, lecz okazało się, że nikt go nie widział. Około południa spostrzegłem, iżeśmy zbłądzili; trzeba więc było zawracać i szukać drogi do Rowandis i Lahijan. W tym też celu skierowaliśmy się na północ i, na szczęście, czy na nieszczęście moje, spotkaliśmy się z tymi djabłami, którzy otoczyli nas wokoło i przyprowadzili aż tutaj.
— Zdziwiłeś się zapewne, widząc wśród nich złodzieja?
— O, tak! Tem bardziej, że i on był ich jeńcem i jego syn również. Obaj mają być straceni dzisiejszej nocy... I dobrze im tak! Zasłużyli na to!
— Czyż śmierć ich Kelurowie postanowili nieodwołalnie?
— Tak, i to nie byle jaką! Mają być rzuceni niedźwiedziom na pożarcie!...
— Podły to okrutnik z tego szeika! — rzekłem. — Ale skąd mu przyszło do głowy podobne barbarzyństwo? Czy są tu istotnie niedźwiedzie?
— Są! Szeik obmyślił wszystko zawczasu i dlatego też wyłącznie przybył aż tutaj, aby obu jeńców rzucić na pastwę niedźwiedziom. Jego wojownicy polowali niedawno w tym lesie i wykryli jaskinię niedźwiedzi tuż koło muzallah. Znaleźli też w okolicy, w dziupli jednego z drzew, rój pszczół. Otóż, o ile dobrze zrozumiałem to, co mówiono w obozie, szeik wysłał dziesięciu Kelurów po miód, ażeby, wysmarowawszy nim obnażone ciała obu skazańców, powiązać ich i zawlec do wspomnianej kaplicy; aby zaś zwabić do niej niedźwiedzia, pokładą na wabika na drodze z muzallah do jaskini plastry miodu, no i w ten sposób bestje trafią na przeznaczone dla siebie ofiary...
— Allah! — westchnął Halef. — Ci Kelurowie to skończone łotry! Jak myślisz, sihdi? Czyżby nie należało nam ratować nieszczęśliwych skazańców, nie zważając już na to, że są naszymi śmiertelnymi wrogami?...
Za te słowa miałem ochotę uścisnąć małego zucha. Ratować Akwila, który podszczuł przeciw nam Kelurów, i ratować jego syna, który tak niedawno zawinił względem nas jeszcze bardziej, bo urządził zamach na nasze życie!... Tak! Mój poczciwy towarzysz był tylko z tytułu muzułmaninem, ale w sercu posiadał więcej szlachetnych uczuć, niż tysiące moich europejskich współwyznawców!
Z dalszego opowiadania oberżysty dowiedziałem się, co następuje:
Kelurowie zwinęli rano obóz z obawy przede mną; okoliczność zaś, że dostali w swe ręce obu Bebbejów, zmusiła ich do tem szybszego marszu Chcieli jak najprędzej załatwić się z jeńcami i sprawić im oddawna już obmyśloną śmierć. Czekali na: tę zabawę z wielkiem upragnieniem wszyscy Kelurowie, ilu ich tylko było w obozie. Obecnie wpobliżu kaplicy odbywają właśnie sąd nad znienawidzonymi jeńcami, którzy krwią swoją mają odpowiedzieć za cały swój szczep. Szir Samurek poprzysiągł, że nic i nikt ich już od śmierci nie uratuje. Sali Ben Akwil wobec tego zwątpił ostatecznie aby się mógł z rąk Kelurów wydostać, i tylko tli w nim jeszcze iskierka nadziei, iż może go jedynie ocalić przybycie moje, gdyż jest pewny, że przyjdę tu celem odebrania swych koni, i przy tej sposobności uratuję tak ojca, jak i syna.
— Nie ciesz się zbytnio! — mówił do szeika. — Jeszcześ mnie nie pozbawił życia. Kara Ben Nemzi przybędzie tutaj niezawodnie i uwolni nas z twych rąk szatańskich!
— Jakto? Uwolni śmiertelnych swoich wrogów? — drwił szeik. — Ależ ten pies raczej poprosi mię, abym wam dodał jeszcze męczarni.
— Tego nie uczyni, bo jest prawym chrześcijaninem.
— Każdy chrześcijanin to pies, a każdy pies lubuje się w zapachu krwi. Te psy, co człowieka z Nazireh (Nazaret) nazywają swoim Bogiem, nie pełnią jego przykazania, aby kochać swoich wrogów, i, choć głoszą je na wszystkie strony, jednak, gdzie się tylko zdarzy, okradają się wzajemnie i oszukują, a obcych podbijają i uciskają. Skądżeby zatem mieli lepiej być usposobieni dla swoich śmiertelnych wrogów? Nie łudź się więc, aby ów Kara Ben Nemzi zechciał ująć się za wami!
— Wszystko, coś powiedział, skłamałeś! To prawdziwy chrześcijanin i wielu już swoim wrogom wyświadczał dobrodziejstwa.
— Więc wezwij go, niechaj przybędzie tutaj, a zobaczymy, czy istotnie spełni przykazanie swego fałszywego proroka z Nazireh.
— Tak! Będę go wołał, ale nie wprost, lecz przez Allaha, który wskaże mu drogę w te strony.
— Ja ci użyczę lepszej rady — zaśmiał się Szir Samurek. — Kara Ben Nemzi, jako chrześcijanin, nie może się niczego spodziewać od naszego Allaha. Jeżeli tedy chcesz być wysłuchany, musisz się modlić do jego ukrzyżowanego Boga! Ten cię na pewno ocali.
W ten sposób szydził dalej, a potem dodał:
— Dowiedz się, że mam za nic tego psa chrześcijańskiego, a ile go sobie lekceważę, najlepszym dowodem jest to, iż kazałem mu powiedzieć, u kogo są jego konie, zachęcając go niejako w ten sposób do ścigania mnie. Jeżeli tedy trafi na nasze ślady, a będzie miał odwagę zapuścić się aż tutaj, to warta moja schwyta go i przyprowadzi do mnie, abym mu zgotował taki sam los, jaki was obydwu z mej ręki czeka. Możesz więc teraz modlić się do Allaha, czy do el Mesiaha (Mesjasz), ale zapewniam cię, że to się na nic nie zda; błagania twoje pójdą, tak czy owak, na wiatr! Co do innych jeńców, to Kelurowie postanowili wypuścić ich za okupem dwudziestu tysięcy piastrów, oberżystę zaś oćwiczyli hojnie i wysłali do wsi, aby się o te pieniądze wystarał i przyniósł je, — gdyby zaś nie wrócił do trzech dni lub podstępnie sprowadził zbrojną pogoń, wówczas Kelurowie mieli wszystkich jeńców pomordować.
Nic więc dziwnego, iż nieszczęsny oberżysta wpadł w nieopisaną rozpacz. Nietylko, że stracił swoje dziesięć tysięcy, ale jeszcze w dodatku kazano mu zapłacić przypadającą nań część okupu, to zaś przechodziło już wszelką jego możność materjalną. I oto, widząc się doszczętnie zrujnowanym, a znikąd nie spodziewając się ratunku, chwycił za stryczek, chcąc się powiesić.
— To już wszystko, emirze, — dodał — co miałem do powiedzenia. Cóż ty na to? Czy i teraz odzyskanie moich pieniędzy uważasz dalej za rzecz możliwą?
— Przedewszyslkiem sądzę, że raki posiada w sobie zarodek wszelkich nieszczęść ludzkich...
— Raki? Skąd ci to do głowy przychodzi, mój emirze?
— Bo jedynie wódka jest przyczyną, żeś wpadł w takie nieszczęście.
— Ale cóż ma wspólnego raki z szeikiem Kelurów? Nie rozumiem...
— Nie udawaj głupiego! Gdybyś się wczoraj nie upił, nie wypaplałbyś przed Akwilem, iż masz schowane pieniądze, i nie byłby ci ich ukradł. Wódka też winna, że dostałeś się w ręce szeika i że następnie chciałeś się powiesić. Nie możesz mi przecież teraz zaprzeczyć temu, iż wódka doprowadziła cię do samobójstwa?
Milczał, nie mogąc na to nic odpowiedzieć, ja zaś ciągnąłem dalej:
— Jeżeli nie wyrzekniesz się raki, to czeka cię jeszcze niejedno nieszczęście, które zepchnie twą duszę na samo dno nędzy. Gdy zaś przestaniesz pić raz na zawsze, życie twoje upłynie ci spokojnie i szczęśliwie, a wkońcu, po najdłuższych dniach pobytu na tej ziemi, przejdziesz bez zachwiania przez es siret, most śmierci, do krain wiecznej szczęśliwości. A most ten wcale nie jest szeroki i według Mahometa podobny jest do ostrza szabli. Czyż więc możliwe, ażeby człowiek pijany, nie mogący się utrzymać na nogach, przeszedł przez ten most i nie stoczył się do otchłani piekielnej? Wedle pojęć europejskich, argumentacja moja była bardzo prymitywna i mogła się wydać śmieszną. Dzięki jednak tej właśnie prostocie słów moich, wywarły one pożądane wrażenie, bo gospodarz odpowiedział, mocno zmieszany:
— O, nie mów tak, effondi! Nie mów, bo to dla mnie bardzo przykre...
— Jeszcze bardziej przykro ci będzie, gdy wyjaśnię, jak straszne skutki byłaby pociągnęła za sobą zbrodnia samobójstwa! Ze stryczkiem na szyi szedłbyś przez most śmierci, a wszyscy umarli znajomi twoi patrzyliby na ciebie ze wstrętem i odwracali oczy. Wkońcu straciłbyś równowagę i, zatoczywszy się po pijanemu, runąłbyś na samo dno dżehenny...
— Emirze, to straszne! — przerwał mi, kryjąc twarz w dłoniach.
— Radzę ci więc, porzuć na zawsze ten przeklęty nałóg...
— Ależ bezwzględnie! Od tej chwili... przyrzekam ci panie...
— Oho! Nie tak to łatwo wyzbyć się nałogu, jak ci się zdaje... Kogo raz duch wódki uchwycił w swoje szpony, tego mocno już za łeb trzyma, i trzeba stoczyć walkę z nim nielada, aby się od niego raz na zawsze uwolnić. Czy masz ochotę podjąć tę walkę?
— Przyrzekam ci, effendi, że będę walczył.
— Dobrze, przyjmuję do wiadomości to oświadczenie. Przedewszystkiem jednak powinieneś się dobrze przyjrzeć, jak to pijak przedstawia się w oczach człowieka trzeźwego; bo choć widziałeś sam wielu opilców, jednak nie potrafiłeś ocenić ich należycie. Otóż sukri (pijaczyna) jest nietyle człowiekiem, ile beczką, do której wciąż dolewa się raki, aż póki owa raki nie przeżre jej klepek. I ciebie raki zżarła już do połowy, a niebawem klepki twoje rozsypałyby się, gdybyś je nadal wódką zamiast wodą traktował. Przypatrz się dobrze pijakowi, gdy wstaje rano. Głowa go boli, ręce i nogi drżą, twarz ma obrzmiałą, wykrzywioną i wstrętne oczy, bez blasku, jak brudne szkła. Żona i dzieci unikają go, gardzą nim, bo wiedzą, że ich nie kocha, że u niego więcej znaczy wódka, niż ich szczęście i dobrobyt. Przyjaciół prawdziwych pijak zazwyczaj niema... bo znajomi, z którymi razem pije, nie są mu przyjaciółmi, lecz tak samo, jak on, pustemi beczkami, bez serca i bez duszy. Krewni nienawidzą go, a sąsiedzi wyśmiewają... Pustka więc roztacza się naokoło niego i pustka panuje też w nim samym. Pijanica nie myśli o Allahu, zaniedbuje modlitwy i nie spełnia swoich obowiązków. W żołądku czuje ciągle piekącą smołę, a w gardle suchość nieznośną. Już od rana czuje pociąg do djabelskiego trunku, ale skoro go się tylko napije, staje się tak ociężałym, jakby wlał roztopionego ołowiu w swoje członki... — traci rozum, pamięć i władzę w całem ciele... i porusza się jak ślepe szczenię, nieraz wywracając się do błota, a skoro się podniesie i chce coś mówić, nie może, bo język mu skołowaciał... Żona zaś stoi w kącie i płacze... i wstydzi się męża-wieprza, tarzającego się w błocie... i boi się go, aby nie chwycił jakiego narzędzia i nie zabił jej lub którego z dzieci... bo przecież po pijanemu nie wie, co robi, nie ma rozumu ani pamięci. Czeladź tymczasem śmieje się ze swego gospodarza, swego pana, zamiast go czcić i być mu posłuszną... a zwierzchność, która go przedtem, gdy się jeszcze nie upijał, szanowała, teraz nie ufa mu, uważa go za nic, bo wie, że duch raki nie da mu wypełnić należycie obowiązków i może nawet popchnie go do zbrodni! Tak więc...
— Effendi, przestań! Mówisz tak, jakbyś mię znał od bardzo dawna i wiedział o każdym moim kroku, o wszystkich mych stosunkach... Zeszłego tygodnia doszła mię pogłoska, że nie będę już haradżim, bo rząd niepewny jest pieniędzy, które ściągam jako podatek. Dlatego to ogarnęła mię taka rozpacz z powodu dokonanej kradzieży...
— Widzisz więc, co narobiła raki... Jestem chrześcijaninem i mam obowiązek nawet innej wiary człowieka, jeżeli błądzi, naprowadzić na dobrą drogę, a dlatego nie waham się i tobie podać pomocnej ręki. Chcesz się poprawić, masz ochotę wyrzec się wódki? Dobrze, nie zginiesz zatem. Ponadto przyrzekam ci, że uczynię wszystko, co będzie w mojej mocy, aby wydostać z rąk opryszków skradzione ci pieniądze.
Gospodarz zerwał się, wyciągnął ku mnie obie ręce i rzekł:
— Dziękuję ci, emirze! Dziękuję, żeś mi otworzył oczy i wskazał drogę poprawy! Wyrzekam się od tej chwili raki i przysięgam...
— Tylko bez przysiąg!... — przerwałem mu. — Jestem zwykłym śmiertelnikiem, takim samym, jak i ty, nie mogę więc żądać od ciebie przysięgi. Wystarczy mi twoja obietnica.
— Dobrze, przyrzekam ci na moją duszę, na nietykalną brodę proroka i jego następców, że począwszy od dzisiejszego dnia nie będę już nigdy pił raki. Allah to słyszy i przekona się, że dotrzymam słowa. Daję ci na to rękę. Zawierz mi!
Uścisnąłem podaną mi brudną dłoń za moim przykładem poszedł i Halef, również mową moją bardzo przejęty, poczem rzekł do oberżysty:
— Niechaj Allah będzie z tobą, synu pijaństwa, wchodzący na drogę poprawy! Wyrzuć przeklętą raki z domu i nie wpuszczaj jej więcej zpowrotem; a uważaj, aby nie wlazła oknami, bo to ogromnie natrętna bestja, i gdy się kogo raz uczepi, nie chce go puścić za nic w świecie. Skoro jednak raz zdobędziesz się na opór przeciw niej, zobaczysz niebawem, jak wyglądać będzie twój dom i całe twe obejście, gdzie dzisiaj gnój i błoto po kolana i gdzie ty sam, wśród tego gnoju brodząc, wyglądałeś jak dabb sakran (pijana jaszczurka) w łożu królowej Sabby... A teraz umyj się przedewszystkiem, przebierz w czyste szaty, każ oczyścić dom i podwórze, a zobaczysz, że pozbędziesz się dżerab (parch) i innych amrad el gild (choroby skórne).
Gospodarz nie czuł się wcale obrażony dość drastycznemi wyrażeniami małego Hadżi — przeciwnie, przyjął je z wdzięcznością, zapewniając, że stanowczo się poprawi.
— Ale co ja widzę? — zapytał wkońcu. — Dotychczas nie miałem czasu popatrzyć na wasze konie i dopiero teraz... Czyżby to były siwosze aptekarza?
— Tak, zgadłeś. — Dziwię się, że wam je pożyczył, bo to człowiek ogromnie nieużyty!
— Wcaleśmy go o to nie prosili; zabraliśmy je bez jego pozwolenia, bo nie było czasu na zbytnie ceremonje, targi i prośby. Zmartwił się zapewne, spostrzegłszy stratę, i tem większa będzie jego uciecha teraz, gdy mu je zwrócisz...
— Ja?
— Tak ty. Wsiądziesz na jednego, a drugiego poprowadzisz luzem aż do Khoi.
— Z przyjemnością, emirze; będę bardzo rad czmychnąć jak najprędzej i jak najdalej od tych łotrów, co mię ograbili. Ale jakże wy sobie poradzicie bez koni?
— Bądź o nas spokojny! Nie ruszymy się stąd, dopóki nie odzyskamy naszych własnych wierzchowców.
— Ależ to rzecz bardzo niebezpieczna!...
— Więcej niebezpieczną rzeczą będzie wydostanie twoich dziesięciu tysięcy piastrów, a jednak i to, mam nadzieję, udać się nam również musi. A jeżeli się uda, spodziewać się nas możesz już jutro w Khoi, dokąd przybędziemy na własnych koniach z twoimi pieniędzmi w torbie. Jeżeli jednak nie wrócimy do pojutrzejszego wieczora, ani też żadnej nie otrzymasz od nas wiadomości, to w takim razie będziesz miał pewność, że nie żyjemy!
— Niechaj was Allah od tego ustrzeże! — wtrącił szczerze zatrwożony oberżysta.
— Nie miałem zamiaru przerażać cię — uspokoiłem go. — Ale przecież trzeba być zawsze przygotowanym na wszystko najgorsze, a mimo to, nie tracić nadziei w dobre powodzenie sprawy. Mniejsza zresztą o to... Zanim cośkolwiek nastąpi, czy nie mógłbyś mi udzielić wskazówek co do rozmieszczenia obozu Kelurów?
— Owszem. Zbocza górskie, wśród których potok przepływa, wznoszą się od tego miejsca coraz bardziej stromo, aż wreszcie niedaleko stąd łożysko dzieli się na dwa ramiona, z których prawe wije się w licznych zakrętach i jest coraz węższe, aż wreszcie przechodzi w niewielką polankę, otoczoną z trzech stron gęstym lasem, a z czwartej strony zagrodzoną prawie prostopadle wznoszącą się skałą, z której spada niewielki szellal (wodospad). Stąd widać w górze Muzallah el Amwat, w której mieszkają duchy i w której Akwil ze swoim synem dzisiejszej nocy znaleźć mają śmierć straszliwą. Poza kaplicą, nieco wyżej, jest druga ściana skalna ze zwaliskami, wśród których znajduje się legowisko niedźwiedzi.
— Niedźwiedzi? Więc tam nie jeden tylko niedźwiedź, lecz jest ich więcej?
— O, tak!
— Hm! Przypuszczałem, że w jaskini tej mieszka tylko niedźwiedzica z małemi, bo czas parowania dawno już minął, a stary niedźwiedź, ojciec rodziny, ma ten brzydki zwyczaj, iż pożera swoje młode, więc niedźwiedzica dla zabezpieczenia potomstwa przed zbrodniczemi popędami swego małżonka wypędza go zawczasu.
— Nie wiem o tem, ale dubb, którego tutaj nledawno widziano, to z wszelką pewnością ten sam dubb el chulud (niedźwiedź nieśmiertelny), co zamieszkuje w tej okolicy od czasu wymordowania chrześcijan, i jest duchem ich kapłana. Podobno przewyższa swem cielskiem dwa razy człowieka, a że tak długo już żyje, więc ze starości posiwiał. Żołądek ma tak wielki, iż łatwo pomieszczą się w nim Akwil ze swoim synem. Bądź więc ostrożny, effendi, przez wzgląd na tego potwora i miej na uwadze, że serce moje przepełnione jest pragnieniem zobaczenia cię w Khoi, co byłoby niemożliwe, gdybyś zajął miejsce obok dwu nieszczęsnych jeńców szeika!
— Ech, nie obawiaj się o to! Jestem tak potężnym i twardym kęsem, że nawet ów potwór nie mógłby mię połknąć tak łatwo, tem bardziej iż przedtem będzie miał do pożarcia dwie wcale przyzwoite porcje z owych przedstawicieli rodu Bebbejów. Wiem również, co myśleć o nieśmiertelności potwora, i możesz mi o nim już więcej nie mówić! Wolałbym natomiast, ażebyś mi ściśle określił, gdzie mianowicie obozują Kelurowie. Czy może na tej polanie, o której wspomniałeś?
— Nie; tam jest grunt bagnisty nie nadający się na obóz. Ale umieścili się niedaleko stamtąd. Z polanki owej prowadzi na prawo jar, skąd wypływa niewielki strumień. Gdy pójdziesz tym jarem nieco pod górę, zobaczysz niebawem drugą, mniejszą polanę, pośrodku której znajduje się mały birka (staw), stanowiący źródło owego strumyka. Otóż naokoło owego birka obozują właśnie Kelurowie.
— Czy las tam jest gęsty?
— O, bardzo.
— A między birka i lasem czy dosyć jest przestrzeni?
— Przeciwnie, tak mało tam miejsca, iż Kelurowie rozmieścili się tuż nad wodą, a konie uwiązali już na skraju lasu.
— Dziękuję ci. Więcej wyjaśnień mi nie trzeba. Wsiądziesz teraz na konia, ale bez siodła i uzdy, bo te rzeczy będą nam samym potrzebne.
— Co? Zostawiłbyś tutaj kosztowne reszma? A jeżeli ci je Kelurowie ukradną? Sądzę, iż lepiej będzie, jeśli je zabiorę do Khoi.
— Nie obawiaj się! Prędzejby je tam skradziono, niż tutaj... No, siadaj zaraz na oklep i jazda!
Rozsiodławszy konie, wyprawiliśmy z nimi gospodarza, który na odjezdnem życzył nam kilkadziesiąt razy szczęścia i powodzenia, a zwłaszcza, aby się nam udało wydostać jego pieniądze.
Po odjeździe nawróconego pijaka znaleźliśmy wpośród skał niezły schowek, gdzie umieściliśmy siodła. Następnie poszliśmy wedle wskazówek oberżysty pod górę za śladami Kelurów, ale tylko do miejsca, gdzie się dzieliło łożysko potoku. Można było bowiem przypuszczać, iż dalej szeik niezawodnie porozstawiał warty, które mogłyby nam być przeszkodą. Z tego też względu postanowiłem podejść do obozu inną drogą, ku czemu wystarczyły mi wskazówki, udzielone przez gospodarza, oraz przelotne rozejrzenie się wokoło.
Szeik niewątpliwie uważał nasze przybycie za możliwe i przypuszczał, że, w razie gdybyśmy go ścigali, trzymać się będziemy ściśle jego tropów aż do końca. Dlatego najprawdopodobniej skierował całą swą uwagę w tę stronę, nie troszcząc się zresztą o nic więcej.
Domyślając się tego, postanowiliśmy zbliżyć się doń ze strony przeciwnej, a więc z góry. Opuściliśmy zatem łożysko i po godzinnem prawie wspinaniu się po stromych skałach pod górę, dostaliśmy się wreszcie na szczyt, z którego widać było po przeciwnej stronie na tejże samej wysokości słynną chrześcijańską muzallah.
Widok stąd przedstawiał się wspaniały. Przed nami u podnóża skał wielką przestrzeń zajmowało istne morze leśnej zieleni o ciemniejszych lub jaśniejszych plamach, zależnie od rodzaju drzew — iglastych lub liściastych. Na prawo i lewo piętrzyły się fantastyczne wprost skaliste zbocza. Podobnie czarownego widoku nie zdarzyło mi się oglądać ani w Sudetach, ani w Karkonoszach, ani nawet w Alpach czy Pirenejach. Oczywista, nie mam tu na myśli wysokości i wogóle ogromu kształtów górskich, bo góry wokoło muzallah wcale do wysokich nie należały, — ale zachwytem mię przejął niesłychanie malowniczy i charakterystyczny ich obraz. Kontury i postacie postrzępionych dzikich fantastycznych skal przywiodły mi na pamięć charakter tutejszych równie dzikich i nieokiełznanych plemion. Zresztą, wiadomą jest rzeczą, że czy to na Północy, czy na Południu, w górach, czy na równinie, człowiek jest nieodrodnem dzieckiem otaczającej go przyrody, z którą się zżył i do której charakter jego dostosował się ściśle. Jest to pewnik niezaprzeczalny.
Niemniej malowniczy i równie przedziwny przedstawiały widok przeciwległe skały, gdzie zbudowana była „kaplica umarłych“. Zakątek ten, oddzielony od świata, był jakby stworzony na schronisko dla chrześcijańskich bojowników wiary. Kaplica ich wznosiła się na wyżynie skalnej, jak ołtarz, a cała dolina stanowiła jakoby nawę olbrzymiego tumu, którego sklepieniem były niebiosa. Bór odwieczny zaś szumiał tu pieśnią przedziwną, jakby jakieś tajemnicze organy.
I oto fanatyczni a żądni krwi szyici wytropili tu spokojnych i dobrotliwych wyznawców Chrystusa, którym jedyna droga do ucieczki pozostała... ku niebiosom!
Kaplica, której ruiny mieliśmy przed sobą, musiała być imponującą budowlą i, pomimo że już teraz nie można było odróżnić ani jej stylu, ani kształtów, widok szczątków budził w duszy podniosłe uczucie... Zdawało się, że ponad szczyty skalne unosi się głos Boży, który zamarł, jak echo, a który brzmiał ongi: ...„A kto wytrwa aż do śmierci, zbawion będzie!“
Ściany kaplicy zbudowane były z surowego, nieciosanego kamienia, a odrzwia stanowiły trzy wielkie monolity. Dwa duże otwory okienne, pozbawione już dziś kształtów wskutek nieustannego wietrzenia, patrzyły w dal, jak oczodoły Samsona. Sklepienie tworzyła olbrzymia płyta, ciężka i przygniatająca, jak owa klątwa kapłana-męczennika!
W najbliższem otoczeniu kaplicy nie było ani drzew, ani krzewów, i nawet zdawało się, że mech nie imał się tych świętych głazów. Dopiero powyżej, wśród rumowisk skalnych, sterczał tu i ówdzie krzak dzikiej róży, głogu lub kosodrzewiny, oplatającej skałę i przewijającej się przez załomy i szczeliny, niby sploty wężów, — dalej zaś wychylały się z pośród chwastów liljowe dzwonki, dzikie gwiaździste rumianki i inne kwiaty skalne, poza któremi piętrzył się pas tarniny.
Tam właśnie, wpośród tych zwałów i gruzów, znajdowało się według mego mniemania legowisko niedźwiedzicy.
Halef widać przypuszczał toż samo, gdyż w tej chwili rzekł do mnie:
— Sihdi, tam, wgórze, gdzie te wielkie labhata el higara (zwał kamieni) mieszka niezawodnie dubb el chulud. Jeżeli mamy przekonać go, iż mimo swej nazwy jest śmiertelny, musimy się tam dostać i przeciąć nić jego żywota, zanim jeszcze zdoła połknąć obu Bebbejów, tak smakowicie obsmarowanych miodem.
— Niestety, musimy tego zaniechać, bo z powodu zbyt otwartej miejscowości Kelurowie zobaczyliby nas natychmiast.
— A więc dopuścisz do tego, aby Akwil z synem znaleźli się we wnętrznościach potwora?
— Nie, nie dopuszczę.
— Ba, ale jakże temu zapobiegniesz, nie wyszukawszy wprzódy niedźwiedzia?
— On sam przyjdzie do nas, i zbyteczne byłoby z naszej strony składać mu wizytę.
— No, no! W takim razie ten huncwot jest uprzejmiejszy i lepiej wychowany od nas! Nie gniewaj się, sihdi, za ten zarzut, bo widać tak jest istotnie. A czy, zdaniem twojem, niedźwiedź naprawdę jest tak wielki, jak go opisywał gospodarz?
— No, takich niedźwiedzi, jak opisywał oberżysta, niema wcale na świecie.
— I mnie się zdaje, że to nieprawda... Gdyby chciał zjeść obu Bebbejów, a potem ciebie, musiałby mieć żołądek tak wielki, jak namiot niewieści. Przytem ma być całkiem biały, jak śnieg. Czy są na świecie niedźwiedzie takiej maści?
— O, są, ale na Oceanie Lodowatym, i to od urodzenia białe. Bajką zaś jest, aby niedźwiedź kurdyjski na starość siwiał.
— A czyż niedźwiedź może w tak podeszłym wieku mieć dzieci?
— Owszem. Niedźwiedź tutejszy żyje do lat mniej więcej pięćdziesięciu, i były przykłady, że niedźwiedzica w trzydziestce jeszcze wychowywała niedźwiedzięta. Zatem w opowiadaniu gospodarza jest część prawdy.
— No tak! A w jakiż sposób zamyślasz ratować skazańców, skoro nie zamierzasz zgładzić przedtem niedźwiedzia?
— Jeszcze nie wiem, pierwej bowiem muszę się dostać do Kelurów.
— Chcesz zapewne przedewszystkiem podpatrzyć ich i podsłuchać? Weź mnie ze sobą, sihdi! Wiesz przecież, jak chętnie i odważnie idę naprzeciw niebezpieczeństwu!...
— Będziesz miał ku temu sposobność dzisiaj jeszcze, ale trochę później. Teraz zaś muszę sam dobrze poznać stanowisko Kelurów, a może przy okazji i coś ważniejszego uda mi się podsłuchać. Zawadzałbyś mi tylko, podczas gdy, zostawszy tutaj, będziesz daleko użyteczniejszy w naszej sprawie.
— W jakiż to sposób, sihdi?
— A w taki, iż oddam ci pod opiekę moje karabiny, których nie chciałbym brać ze sobą, abym ich przypadkiem nie został pozbawiony. W razie jakiegoś nieszczęścia, ty, mając karabiny, możesz osiągnąć przewagę nad Kelurami i tem samem mi dopomóc. Widzisz więc, jak ważną oddasz mi przysługę, gdy je zatrzymasz w swoich pewnych rękach.
Miałem uzasadnione powody do tak dobrego o nim mniemania. Halef znakomicie był wyuczony przeze mnie nawet w tak trudnej sprawie, jak skradanie się do nieprzyjaciela, i nie brakło mu w tym kierunku pewnych zdolności. Ale w wypadkach ważniejszych wolałem nie narażać go na niespodziewane próby, jakie mogłyby przechodzić jego sprawność. Naprzykład, mimo znacznej siły fizycznej, nie mógłby on zbyt długo utrzymać się na palcach; nie umiał też opanować się, gdy szło o milczenie, zwłaszcza przez czas dłuższy. W podobnych okolicznościach niejednego już strzelił bąka, narażając mię na niepowodzenia. Dziś tem bardziej nie chciałem go mieć przy sobie tam, pod obozem Kelurów, gdyż sam, pomimo niezwykłego doświadczenia i wyrobienia w sztuce wywiadowczej, odczuwałem rodzaj lęku przed tą wyprawą. Sprawa była bardzo trudna i połączona z niebezpieczeństwem, jak rzadko kiedy. Aby jednak Halef nie czuł się dotkniętym z racji pozostawienia go w tem przedsięwzięciu na stronie, poruczyłem mu „ważne“ wrzekomo do spełnienia zadanie, czyli poprostu ocukrzyłem mu gorzką pigułkę, aby ją tem łatwiej i bez szemrania mógł przełknąć. A poczciwiec nie domyślił się mego wybiegu, gdyż zauważył dumnie:
— Bardzo słusznie czynisz, sihdi, powierzając mi tak drogocenne rzeczy! Gdyby się okazała potrzeba, będę ich bronił do ostatniej kropli krwi. A i ciebie w razie czego z rąk Kelurów odbiję!
— Do tego, mam nadzieję, nie dojdzie, i z pewnością nie zjawi się nikt, ktoby ci chciał karabiny odebrać. Wystarczy, gdy schowasz się tak, aby cię nie spostrzeżono, gdyby wbrew memu przewidywaniu zbłądził kto w te strony. Nie wolno ci się też ruszać z miejsca, dopóki cię nie zawołam.
— Dobrze, ale kiedyż zatem mam się spodziewać twego powrotu?
— Nie wiem jeszcze; możliwe, że dopiero po upływie trzech-czterech godzin.
— Allah! Godziny te będą dla mnie wiecznością, a myśl o twem niebezpieczeństwie nie da mi ani chwili spokoju; gdyby zaś wypadło ci zabawić tam dłużej, będę w śmiertelnej o ciebie obawie i nie ręczę, czy dusza nie wyleci ze mnie z niecierpliwości. Nie mogę nawet pomyśleć o tem, aby cię spotkało nieszczęście w mojej nieobecności! Czy mógłbyś, sihdi, ponieść śmierć beze mnie?
— Śmierci nikt jeszcze nie pokonał, a więc i ja nie mógłbym jej przemóc. Gdyby mię jednak zabito, wówczas byłoby mi obojętne, czy ty byłbyś przy tem obecny, czy też nie.
— Ależ ja nie chcę umierać w inny sposób, jak tylko razem z tobą!...
— Nie pomogłoby mi nic a nic twoje towarzystwo w drodze na tamten świat, podczas gdy, zostawszy przy życiu, mógłbyś mię przynajmniej pomścić należycie.
— O, co do pomszczenia cię — to ja jeden tylko na świecie miałbym prawo! Bądź spokojny, sihdi! Zaczekam tutaj cierpliwie do twego powrotu. Gdybyś jednak nie przybył, wówczas biada Kelurom! W niedługim czasie ani jeden z nich nie zaliczałby się do ludzi, bo wszystkichbym powystrzelał i posłał do piekła, aby tam zostali djabłami. Ja ci to mówię, sihdl, a co ja postanowię, musi się stać nieodzownie! Więc idź w imię Allaha!.... Twój wierny przyjaciel i mściciel już siedzi w ukryciu i czeka albo twego powrotu, albo wielkiego czynu zemsty!
Śmiać mi się chciało, tak zabawnie poważną miał minę przy tych słowach. Alem się powstrzymał nawet od uśmiechu, ażeby wiernego towarzysza nie urazić. Wręczyłem mu karabiny, uścisnąłem dłoń i, raz jeszcze przestrzegłszy, aby się dobrze ukrył, poszedłem w kierunku obozu nieprzyjacielskiego.

∗                              ∗



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.