Ion (Eurypides, tłum. Kasprowicz, 1918)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eurypides
Tytuł Ion
Pochodzenie Eurypidesa Tragedye
Wydawca Akademia Umiejętności
Data wydania 1918
Druk Drukarnia Uniwersytetu Jagiellońskiego
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Jan Kasprowicz
Tytuł orygin. Ἴων
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


ION


Ion.

Osoby dramatu.
HERMES.
ION, syn Apollona (Fojbosa) i Kreuzy.
CHÓR służebnic Kreuzy.
KREUZA, królowa Aten.
KSUTOS, jej małżonek.
STARZEC, piastun Kreuzy.
SŁUGA.
PYTYA, kapłanka w świątyni Fojbosa.
ATENA.


Rzecz dzieje się w Delfach przed świątynią Apollona.






HERMES.

Atlas, który potężnie spiżowymi bary
Niebiosa podtrzymuje, ten przybytek stary
Niebianów, z jedną z bogiń spłodził córkę Maję,
Zeusowi najwyższemu ta znowu mnie daje,
Hermesa, sługę bogów. Zjawiłem się ninie
W delfickiej tej dzierżawie, gdzie w ziemi średzinie
Króluje Feb i ludziom słowo głosi wieszcze
I o tem, co jest dzisiaj, i co będzie jeszcze.
Jest w Grecyi ród niepłony, któremu nadano
Od Pallas złotodzidej uroczyste miano.
Tam Fojbos gwałt był zadał Erechteja córze,
Kreuzie, w onem miejscu, gdzie północne wzgórze
Pallady wznosi skały swe w ateńskiej ziemi,
Przez władców niw ateńskich nazwane »Długiemi«.
Przed ojcem tając sprawę, bo tak się widziało
Fojbowi, płód nosiła w żywocie i cało
Powiwszy syna w domu, do skalnej go jamy
Zaniosła, ta Kreuza, do groty tej samej,
Gdzie z bogiem obcowała — na śmierć go zamyka
Do pięknie plecionego, krągłego koszyka,
Dbająca też, by uczcić pamięć ziemioroda,
Praojca Erechteja: jemu bowiem doda,
Tak było, córka Zeusa dla obrony ciała
Dwa węże, jako stróżów, kiedy go oddała
Na wychowanie córkom Agrauli. Stąd idzie

Obyczaj, co każdemu dziś Erechteidzie
Jest święty, że się dzieci tego rodu chowa
Śród wężów, kutych w złocie. I dziewica owa
Zawiesi swemu dziecku strój ten szczerozłoty,
Co niby miało umrzeć pośród skalnej groty.
I wtedy mnie brat Fojbos przywoła i powie:
Idź, bracie, między ludzi ziemiorodnych mrowie,
Do słynnych podąż Aten — znasz ten gród bogini —
I dziecię razem z koszem zabrawszy z jaskini,
Do Delfów mi je przynieś, do wyroczni mojej
I złóż je tuż u progu świątynnych podwoi.
Zaś resztę — bo wiedz o tem, że to me pacholę —
Sam sprawię. Wypełniając Loksyasza wolę.
Poszedłem i, zabrawszy ów koszyk z wikliny,
Przyniosłem je ze sobą i tejże godziny
Na schodach go świątynnych złożywszy, wypukłe
Do góry-m podniósł wieko, ażeby tę kukłę
Odsłonić niemowlęcą. A gdy na niebiosa
Zatoczył się z poranku rydwan Heliosa.
Kapłanka, która właśnie wchodziła w przybytek,
Spostrzegła ono dziecię i umysł jej wszytek
Oburzył się na czelny występek: mniemała,
Że snać jakaś delficka dziewczyna zuchwała
Nie zlękła się owocu miłości ukrytej
Podrzucić pod próg boży. Za świątynne płyty
Usunąć chciała znajdka, lecz ją litość zmoże
I bóg się też zatroszczył, by to dziecię boże
Tak marnie nie zginęło. Nie mając pojęcia,
Że Fojbos jego ojcem i kto jest dziecięcia
Macierzą, do swojego zabrała je domu
Na wychowanie. Chłopiec nie wie także, komu
Zawdzięczyć ma swe życie. Dzieckiem u ołtarzy

Zabawiał się żywiących, teraz zaś włodarzy,
Zmężniawszy, skarbcem boga, straż nad wszystkiem czyni
Z ramienia Delfijczyków i zbożny w świątyni
Prowadzi odtąd żywot. Zaś matka młodziana,
Kreoza, wyszła za mąż, Ksutosowi dana
Z powodu następnego: W wojennej zawiei,
Co spadła na Ateny i na lud Eubei,
Na plemię Chalkodona, miał udział i, w boju
Odważnie się sprawiwszy, wziął w nagrodę znoju
Kreuzę, choć człek obcy, Achejczyk, Ajola,
Zeusowego syna latorośl... Lecz dola
Obcego niewesoła: dotąd są bezdzietni.
W nadziei, że im życie potomstwem uświetni
Apollon, przyszli dzisiaj do jego wyroczni,
Loksyasz sam kieruje sprawą, najwidoczniej
Dziecięcia swego pomny. Gdy się Ksutos zjawi
W świątnicy, on go chłopcem swym pobłogosławi,
Wmawiając weń, że jego to jest syn. W ten sposób
Kreuza doń się przyzna, wobec innych osób
W ukryciu pozostanie miłość Loksyasza,
A chłopiec dojdzie praw swych. I Hellada wasza
Zwać będzie go łonem, władcą, który kraje
Azyjskie wam osiedli... Ale teraz w gaje
Odejdę wawrzynowe, zaczekam, jak dalej
Rozwinie los się chłopca i jak się ustali.
Lecz oto sam on idzie, Loksyasza plemię.
Ażeby przed świątynią pozamiatać ziemię
Gałęźmi laurowemi... A nazwa Iona
Przezemnie z bóstw pierwszego jest dziś wymieniona.
Znika.


Wchodzi

ION.

Oto promienny wóz słońca,
W cztery zaprzężon konie,
Nad ziemią blaskami już płonie
I, siejąc światłem bez końca,
Spędza rój gwiazd
W mroczne, głębokie świętej Nocy tonie.
Parnasu strzeliste wierzchoły
Goreją w ognistej koronie
I głoszą śmiertelnym wieść,
Że już wesoły
Zbudził się dzień,
Ich włast.
Suszonej mirry wonie
Poczęły kłębami się nieść
Pod Fojba świątynny sklep.
Już na trójnogu, pełna świętych tchnień,
Delficka boża prorokini siada,
Ażeby z ust jej słyszała Hellada,
Jakie jej płyną wróżby
Od Apollona, z nieb.
Dalej, Delfowie, których do swej służby
Ma Feb:
Coprędzej idźcie, dalej,
Do srebrnych źródlisk Kastalji
I, wykąpawszy się w ich czystej fali,
Powróćcie wraz do świątyni!
I niech się wszędy zbożny spokój czyni.
A kiedy usta się wasze otworzą,
Niechże jedynie
Zbawienna z nich wieszczba płynie

Dla tych, co po bożą
Radę tu przyszli.
Ja zaś, jak zwykle, mam w myśli
Spełnić, co spełniam od młodu:
Gałęźmi wawrzynowemi
Czysto zamiotę u wchodu
Kościół Fojbosa.
Jest rosa
Źródlanej wody, jej dżdżami
Zroszę
Pył ziemi
I tak naciągnę i spłoszę
Ptactwo, co plami
Nabożne, wokół ustawione datki.
Sierota-ć jestem bez ojca i matki,
Więc spełniam służbę w tej świątyni Foba,
Która mnie wychowała
I dotąd nie skąpi chleba,


∗                    ∗

Hej, sługo ty moja wspaniała,
Gałęzi wawrzynu święta,
Ledwie zerwana, świeża,
Co czyścisz świątynne przeddźwierza
Fojbowe!
Z bożegoś gaju uszczknięta,
Gdzie źródło wiecznie młode
Śle swą przeczystą wodę
I skrapia święcone liście
Mirtowe!
Tobą ja co dnia,
Gdy się ogniście

Unosi słońca pochodnia,
Przybytek czyszczę,
W którym bożyszcze
Ma swe godziwe mieszkanie!
Pajanie, o Pajanie!
Błogosławiony, bądź błogosławiony
Ty boży synu Latony!

*

O, trud-ci ja spełniam niepłony
W twojej gontynie, Fojbosie!
Twą świętą czcząc wyrocznię,
Nigdy ma służba nie spocznie
Dla ciebie!
Zaszczyt jest wielki w mym losie,
Że nie dla ludzi się trudzę,
A jeno na wysłudze
U nieśmiertelnych ma ręka.
O, Febie,
Tyś ojcem dla mnie
I ma podzięka
Wielbić cię będzie niekłamnie:
Ojcem mi wszytek
Twój jest przybytek,
On mi za wszystko dziś stanie!
Pajanie, o Pajanie,
Błogosławiony, bądź błogosławiony,
Ty, boży synu Latony!


∗                    ∗

Ale już dalej
Gałęźmi wawrzynowemi
Zamiatać ziemi

Nie będę:
Ku drugiej się wezmę robocie,
Z naczyń, kowanych w złocie,
Skropię jej grzędę
Kroplami rosy,
Czerpanych z źródlisk Kastalji.
Czysty-ć ja z łoża
Powstałem,
Więc zrosić ziemię tę mogę
Źródlanej rosy
Kryształem.
Oby ma służba boża
Trwała do końca.
A jeśli na inną drogę
Spędzą mnie losy,
Niechże mi gwiazda
Świeci szczęśliwa!
Ach! ach!
Razem z blaskami słońca
Ptaków gromada
Rzuca swe gniazda,
Na stromym uwite Parnasie:
Niech mi czerń wasza nie spada
Na ten świątynny gmach!
A zasię wam, a zasię
Do pozłocistych ścian!
Pod ręką moja cięciwa!
Pocisk gotowy!
Nie ujdziesz niechybnych ran,
Padniesz u moich stóp,
Drapieżny gończe Zeusowy,
Którego ostry zakrzywiony dziób

Wszelakie ptactwo zwycięża!...
Oto do naszych ołtarzy
Łabędź się waży!
Jeśli od mego nie chcesz paść oręża,
Skieruj na inne tropy
Purpurą błyszczące stopy!
Twojego śpiewu władza,
Choć z Fojba lutnią się zgadza,
Od strzał się mych nie uchroni!
Przeto ku stawu delijskiego toni
Skieruj-że lot,
Bo cię dosięgnie mój grot
I twój cudowny śpiew
Stłumi, zaleje krew!...
Hej! hej!
Jakiż to znowu przelatuje ptak?
Azali dla dziatwy swej
Ze słomy gniazdo uczyni
Tu pod okapem świątyni?
Zwróć się na inny szlak,
Śród innych szybuj dróg,
Bo cię dosięgnie mój łuk!
Chowaj-że swoje pisklęta
Gdzie fala Alfeja święta,
Lub ujdź w istmijski bór!
Święty jest Fojba mur,
Wystawa darów święta,
Nie wolno ich kalać nikomu!
Przecież się straszę
Nastawać z łukiem na to życie wasze,
Gdyż do bożego domu
Znosicie wieści boże,

Owe dla ludzi
Wróżby.
Ale się pilnie przyłożę
Do świętej Fojbowej służby
I nic mnie, nic nie utrudzi,
Nic nie oddzieli
Od moich cnych żywicieli!

PIERWSZE PÓŁCHÓRU niewiast ateńskich, służebnic Kreuzy.

A więc nie tylko w Atenach
Strzelają świątnic filary,
Nie tylko w tem świętem mieście
Przyjmuje bóg
Zbożne ofiary
U dróg:
I tu, u syna Latony,
Widzą me oczy niewieście
Obraz bliźniaczej pary,[1]
Blaskami ócz okraszony.

DRUGIE PÓŁCHÓRU.

Patrz! widzisz lernejską żmiję,
Jak pod ciosami się wije,
Które jej złotą swą kosą
Zadaje syn Zeusowy[2]
Przyjrzyj się, luba, tym ciosom!...

PIERWSZE PÓŁCHÓRU.

Widzę. A tutaj ktoś obok
Płomienne rzuca pochodnie:
To giermek z tkaniny mojej,

Iolaj, on[3],
Co zawsze godnie
Szedł w gon
Przy boku syna Zeusza —
Co z nim się, bywało, znoi,
Razem w zapałach nie chłodnie,
Razem do walki wyrusza.

DRUGIE PÓŁCHÓRU.

Patrz! na skrzydlatym rumaku
Ten jeździec, niszczący do znaku
Potęgę strasznej zakały,
Ziejącej ogniem dokoła
Onej potwory trójciałej[4].


∗                    ∗
PIERWSZE PÓŁCHÓRU.

Na wszystko zwracam ja oczy!
Na tej kamiennej ścianie
Okrutne widzę zmaganie —
Walka Gigantów się toczy!

DRUGIE PÓŁCHÓRU.

Popatrzcie tu, moje lube!

PIERWSZE PÓŁCHÓRU.

Na Enkeladową zgubę
Z tarczą Gorgony się składa!

DRUGIE PÓŁCHÓRU.

To ona, moja Pallada!

PIERWSZE PÓŁCHÓRU.

A ten płomienny grom,
Ten gorejący grot,
Co, ręką Zeusa rzucony zdala,
Wszystko druzgoce w lot
I spala?

DRUGIE PÓŁCHÓRU.

Ognistym jego tchom,
Siekącym z niebieskiej góry,
Ulegnie Mimas ponury,
Na popiół stli się! Strach!
A zaś drugiego z groźnych synów ziemi
Gałęźmi tyrsu przemógł bluszczowemi,
Mierzący doń,
Acz niebitewna to broń,
Owy nasz Bromios, Bach!

CHÓR.

Pytam cię, stróżu świątyni,
Czy nasze białe nogi
Mogą przestąpić jej progi?
Wstrętu nam nikt nie uczyni?

ION.

Nie, cudzoziemki, nie można!

CHÓR.

A czy mi warga twa zbożna —  — ?

ION.

Co ci powiedzieć ma ninie?

CHÓR.

Prawda, że w ziemi średzinie

Stoi Fojbosa gmach?
Że w niej swój pęp ma świat?...

ION.

Tak, wełnianemi wstęgi owinięty,
Gorgony go strzegą od lat —
Jest święty.

CHÓR.

Tak nam mówiono.

ION.

Pod dach
Nikt się nie wkradnie boży,
Jeśli objaty nie złoży,
Jeśli z Fojbosa warg
Nie zechce świętej usłyszeć wyroczni —
Dopiero wówczas może najniezwłoczniej
Przestąpić próg,
Za którym mieszka bóg,
Przed tem daremny targ!

CHÓR.

Teraz już wszystko wiem.
Żadna z tej naszej rzeszy
Nie myśli o tem złem,
By boskie obrażać prawa.
Już mnie sam widok ucieszy
Pięknych zewnętrznych ścian.

ION.

Tem, co jest wolno, niech świat się napawa!

CHÓR.

Posłał mnie władca, mój pan,
Bym oglądnęła świątynię.

ION.

A w czyim domu wasze życie płynie?
U kogo sługami jesteście?

CHÓR.

W Pallady znajduje się mieście
Rodzinna pielesz tej królowej mojej,
Co oto przed tobą już stoi...

ION (do wchodzącej na scenę Kreuzy).

Żeś z domu szlachetnego i zacną masz duszę,
Dowodem twoja postać, przyznać ci to muszę,
Kimkolwiek jesteś, pani. Od prawdy zdaleka
Nie bywa człek, jeżeli osądza człowieka
Po jego zewnętrzności, jeżeli ocenia
I duszę jego po tem. Ha! Cóż to? Z zdumienia
Snać tutaj nie ochłonę! Przecz zamykasz oczy?
Przecz łza ci się z pod powiek na policzki toczy
Z tą chwilą, gdyś ujrzała dom wyroczni boskiej,
Przybytek Loksyasza? Cóż ci tyle troski
Sprawiło, o niewiasto? Wszyscy inni ludzie
Radują się w tem miejscu, ty się gubisz w trudzie!

KREUZA.

Nie mylisz się naprawdę, nieznany mi człecze,
Jeżeli się zdumiewasz, że łza mi z ócz ciecze!
Na widok tej świątnicy boga Apollina
W pamięci mi odżyła miniona godzina
I raczej jestem w domu, niśli u tych wrótni.
O biedne my niewiasty! O ci przeokrutni
Bogowie! Co nam czynić? Gdzie prawa nam trzeba
Dochodzić z oną chwilą, gdy nas krzywdzą nieba?

ION.

A cóż to za zagadka, pani nieszczęśliwa?

KREUZA.

Już nic! już nic! Napięta opadła cięciwa!
Zamilknę i ty również przestań na tem słowie.

ION.

Kim jesteś? Skąd przybywasz? Jak się kraj twój zowie
I jakiem-że cię mianem powitać, niewiasto?

KREUZA.

Kreuza mi na imię, zaś ateńskie miasto
Siedzibą mą, Erechtej moim ojcem, panie.

ION.

Z słynnego jesteś grodu i na zacnym łanie
Wyrosłaś, latorośli królewska! Cześć tobie!

KREUZA.

I tyle mego szczęścia. Z resztą cóż ja zrobię?!

ION.

Czy prawdą jest, na Boga! co świat opowiada —

KREUZA.

Co? O co mi się pytasz? Powiedz, słucham rada.

ION.

Że przodek twego ojca urodził się z ziemi?

KREUZA.

Erychtoń. Lecz dziś szczęście w rodzie się nie plemi.

ION.

Że z ziemi go podniosła Atena, nie gadka?

KREUZA.

Dziewiczą jednak ręką! Nie ona jest matka.

ION.

Że dała, jak na różnych obrazach się czyni — ?

KREUZA.

Tak, córkom Kekropsowym, zaniknąwszy go w skrzyni.

ION.

Że te otwarły skrzynkę i za czyn zuchwały —

KREUZA.

Zginęły, ubroczyły krwią swą ścianę skały.

ION.

I owszem... A to prawda czy też bajka żywa — ?

KREUZA.

Co niby? Mów! Odpowiem... Czasu dość mi zbywa.

ION.

Że ojciec Erechteus siostrą twą w ofierze —

KREUZA.

Tak, zabił! Dla ojczyzny poświęcił ją szczerze.

ION.

A ty jak ocalałaś z grona sióstr jedyna?

KREUZA.

Niemowlę — pierś mnie jeszcze tuliła matczyna.

ION.

Że ojca twego potem ziemia pochłonęła?

KREUZA.

Trójząb go ubił morski, on jest sprawcą dzieła.

ION.

Czy ono miejsce zwie się »Długie Skały«? Powiedz.

KREUZA.

Przecz pytasz? Przecz mnie spędzasz na wspomnień manowiec?

ION.

Rad miejscu Feb i rada błyskawica Feba.

KREUZA.

Oj rada! Lecz mnie ujrzeć je była-ż potrzeba?!...

ION.

Co bogu tak jest miłe, tobie sprawia wstręty?

KREUZA.

Nie! Tylko tam spełniono postępek nieświęty.

ION.

A któryż z Ateńczyków ma cię zaślubioną!

KREUZA.

Człek obcy, nie Ateńczyk, nazywa mnie żoną.

ION.

Z wielkiego pewnie rodu dała ci go Dola?

KREUZA.

Potomek Zeusa, Ksutos, syn jego Ajola.

ION.

A jakżeś ty, Atenka, poszła w ręce obce?

KREUZA.

Z Eubeją sąsiadują naszych granic kopce.

ION.

Podobno li cieśnina morska je oddziela?

KREUZA.

Wraz z ludem Kekropsowym zmógł nieprzyjaciela.

ION.

Z odsieczą się pojawił i dostał twą rękę?

KREUZA.

Tak, niby dar wojenny, za męstwo w podziękę.

ION.

Czy z mężem czy też sama przybyłaś w te strony?

KREUZA.

Z nim. Jeszcze do Trofonia udał się w pokłony.

ION.

Czy poszedł dla wyroczni, czy też z ciekawości?

KREUZA.

I tam i tu dla jednej tylko sprawy gości.

ION.

Czy chodzi o plon ziemi, czy o dzieci może?

KREUZA.

Bez dzieci my, choć dawno wspólne mamy łoże.

ION.

Więc nigdy macierzyństwa nie dały ci nieba?

KREUZA.

O moje macierzyństwo zapytaj się Feba.

ION.

Szczęśliwa-ś, tylko w jednem tem nieszczęsna wielce.

KREUZA.

A ciebie pozazdrościć jakiej rodzicielce?

ION.

Ja jestem sługą bożym, to wszystko, niewiasto.

KREUZA.

Kupiony-ś, czy cię w darze poświęciło miasto?

ION.

Żem sługa Loksyasza, tyle wiem, nic więcej.

KREUZA.

O, teraz żal mi ciebie, twej doli dziecięcej.

ION.

Że nie wiem, kto mnie spłodził i kto matką moją.

KREUZA.

Tu mieszkasz, czy gdzieindziej? Kościół twą ostoją?

ION.

Dom boga jest mym domem, gdzie li sen mnie zmorzy.

KREUZA.

Gzy dzieckiem czy młodzieńcem przybyłeś w dom boży?

ION.

Nie, dzieckiem. Tak ci mówią, którym wiedzieć zda się.

KREUZA.

A któraż cię Defijka karmiła w swym czasie?

ION.

Karmiła? Nie wiem o tem... Tę, co mnie chowała —

KREUZA.

Współczuję ach! nieszczęściu, ja, nieszczęsna cała —

ION.

Uważam za swą matkę, prorokinię boską.

KREUZA.

A któż cię, nim dojrzałeś, otaczał swą troską?

ION.

Ołtarze mnie żywiły i pielgrzymów grona.

KREUZA.

O biedna twoja matka, kimkolwiekbądź ona!

ION.

Zapewne błąd niewiasty jakiejś dał mi życie.

KREUZA.

Godziwieś przyodziany, w dobrym jesteś bycie.

ION.

Ten bóg, któremu służę, on mnie przyodziewa.

KREUZA.

Azaliś nie dochodził nigdy swego drzewa?

ION.

Wskazówek nie mam żadnych w tej mierze.

KREUZA.

Niestety!
Los matki twej jest losem i drugiej kobiety.

ION.

Kto ona? Wspólność klęski pociesza człowieka.

KREUZA.

Toć dla niej przed małżonkiem przyszłam tu zdaleka.

ION.

Więc powiedz, czego żądasz? Pomogęć niezwłocznie.

KREUZA.

Z ust Fojba chcę tajemną usłyszeć wyrocznię.

ION.

O zwierz się, ja uczynię, co potrzeba dalej.

KREUZA.

Posłuchaj-że wyznania. Jednak wstyd mnie pali!

ION.

Nic zatem nie wyjednasz! Wstyd bóstwo nieskore.

KREUZA.

Rzekła mi przyjaciółka, że z Fojbem komorę —

ION.

Że była żoną Fojba?... Odstąpże odemnie!

KREUZA.

Dzieliła, że mu dziecko dała potajemnie.

ION.

Śmiertelnik ją pohańbił, przeto wstyd padł na nią.

KREUZA.

Tak twierdzi, i że z cierpień zeszła się otchłanią.

ION.

Gdy z bóstwem się miłosnym połączyła splotem?

KREUZA.

Na świat wydawszy chłopię, rzuciła je potem.

ION.

Czy umarł porzucony syn, czy żywie jeszcze?

KREUZA.

Nikt nie wie. To jej słowo ma wyjaśnić wieszcze.

ION.

Gdy zginął, to na jakiej mógł on zginać drodze?

KREUZA.

Boję się, że zwierz dziki zadał śmierć niebodze.

ION.

A na czem to opiera niewiasta mi obca?

KREUZA.

Na miejsce powróciwszy, nie znalazła chłopca.

ION.

A śladu krwi przelanej nie zastała może?

KREUZA.

Bynajmniej, choć przetrząsła wszelakie rozdroże.

ION.

A dawnoż to, gdy chłopiec zniknął z tego świata?

KREUZA.

Jeżeli żyłby dotąd, miałby twoje lata.

ION.

Bóg skrzywdził i w nieszczęściu biedna matka tonie.

KREUZA.

Już potem nigdy dziecka nie poczęła w łonie.

ION.

A jeśli Feb je zabrał i gdzie chowa skrycie?

KREUZA.

To źle, że sam używa, drugim niszcząc życie.

ION.

Ach! jakżeż to z mym losem zgodne do ostatka.

KREUZA.

I tobie pewnie w sercu twoja biedna matka?

ION.

Nie wzruszaj mnie! Niech żal mój niepamięć przysłania.

KREUZA.

Już milczę. Lecz odpowiedz na dalsze pytanie.

ION.

A wiesz-li, w czem najsłabsza twoja strona będzie?

KREUZA.

Wiem to, że niedomaga ona w każdym względzie.

ION.

Wyjawić, co sam skryć chce, czyż to łatwo bogu?

KREUZA.

Na wspólnym on Hellady zasiada trójnogu.

ION.

Wstydzi się swego czynu. Nie badaj go zatem.

KREUZA.

Dla tej, co przezeń cierpi, los strasznym jest katem.

ION.

W tej sprawie prorokować nie wolno nikomu,
Bo jeśli jest to prawdą, iż Fojbos w swym domu
Postąpił niegodziwie, tego on niezwłocznie
Dosięgnie swoim ciosem, ktoby śmiał wyrocznię
Ogłaszać ci w tym względzie. Więc idź od tych progów!
Nie wolno badać rzeczy, niemiłych dla bogów.
Bo dokądbyśmy doszli w własnym nierozumie,
Gdybyśmy mieli żądać, iżby bóg, jak umie,
Oznajmiał coś bądź w trzewach zarzynanych owiec,
Składanych na ołtarzu, bądź też — sama powiedz,
Gzy mógłby to uczynić? — w wieszczym ptaków locie,

Jeżeli to się jego sprzeciwia ochocie?
Przymusem nic na bogu nie wskórasz, a jeśli
Są może gdzieś tam ludzie, co korzyść odnieśli,
Ta korzyść jest pozorną. To się li ostoi,
Co dali nam bogowie nie wbrew woli swojej.

PRZODOWNICA CHÓRU.

Na różnych ludzi różne upadają pięście,
Odmienną jest li postać ludzkich klęsk. Lecz szczęście
Prawdziwe nie spotyka nikogo na świecie.

KREUZA.

I tam i tu, Fojbosie, złoś onej kobiecie
Wyrządził nieobecnej, której sprawy bronię.
Swojegoś nie ocalił, choć go twoje dłonie
Ocalić były winne, i matki, co chciała
Dowiedzieć się od ciebie, twoja wieszcza chwała
Nie myśli też objaśnić, ażeby gudziwie
Pogrzebion był gdy umarł, a jeśli na niwie
Pozostał jeszcze ziemskiej, iżby był jej oku
Pokazan. Więc zaniechać muszę swego kroku.
Jeżeli bóg przeciwny wybadaniu sprawy,
Lecz oto i mąż Ksutos, druhu mój łaskawy,
Przybliża się tu ku nam z groty Trofoniowej.
Lecz o tem, cośmy tutuj roztrząsali słowy
Naszemi, ty milcz przed nim, iżby tajemnice,
O których mówiliśmy, wstydu mi na lice
Nie napędziły czasom i by nasza rada
Nie była tłómaczona tak, jak nie wypada.
Niewiasty wobec mężów stanowisko mają
Przetrudne. Bywa nieraz, te z nikczemnych zgrają
Na równi najgodniejsze się stawia. Ot losy!


Wchodzi

KSUTOS.

Wprzód pierwsze moje słowo niech przyjmą niebiosy —
Hołd składam tobie, Boże!... Witam cię, ma żono!
A moje to spóźnienie strwożyło cię ono?

KREUZA.

Bynajmniej! Jenoś przyszedł w chwilę mojej troski.
A jaki od Trofonia wyrok niesiesz boski?
Czy dzieci nam wyrosną z naszego nasienia?

KSUTOS.

Uprzedzać nie chcąc wieszczby Fojbosa, nadmienia,
Że z tej tutaj wyroczni nie wrócisz w swe progi
Bezdzietna — ni ty, żono, ani ja.

KREUZA.

Do błogiej
Macierzy Fojbosowej zwracam się: Królowo.
O niechże się za nami przyczyni twe słowo,
Abyśmy tn nie przyszli daremnie, by stara,
Synowi twemu ongi złożona ofiara
Zechciała się obrócić na lepsze!

KSUTOS.

Niech będzie!
Lecz któż tutaj tłumaczy Fojbosa orędzie?

ION.

Ja służbę spełniam zewnątrz, zaś w wnętrza świątyni
Przez tych, co przy trójnogu są, służba się czyni —
Przez pierwszych z Delfijczyków, których los naznaczy.

KSUTOS.

I owszem. Wiem już wszystko, o bożych tłómaczy
Gdy idzie. Wnijdę zatem do wnętrza. Tej chwili,

Jak słyszę, spólną właśnie ofiarę zabili
Na rzecz wszystkich pielgrzymów. Pomyślna godzina,
Więc chciałbym dziś usłyszeć wyrok Apollina.
Ty, żono, wziąwszy do rąk liść wawrzynu młody,
Pomódl się przy ołtarzu, iżbym bez nagrody
Nie wyszedł stąd, by Fojbos obiecał mi dzieci.

KREUZA.

Pomodlę. W Loksyaszu niechże chęć się wznieci,
By dawne zło naprawić... Juścić, że nie może
Przejednać mnie bezwzględnie, lecz wyroki boże
Ja przyjmę, gdyż są boże!... Niechże tak się stanie!
Znika.

ION.

Co znaczyć ma to ciągłe bluźniercze biadanie
Na ustach tej pątnicy? Zali łaje Boga
Z miłości dla niewiasty, dla której trójnoga
Zapytać się przybyła do świątyni Feba?
Czy może coś zamilcza, o czem milczeć trzeba?
Lecz cóż na Erechteja córce mi zależy?
Coprędzej z pozłocistych dzbanów wody świeżej
Naleję do kropielnic. Atoli nie mogę
Febowi nie przyganiać! Na jakąż on drogę
Wstępuje? Gwałci panny i rzuca je! Skrycie
Dziecięta sobie płodzi i nie dba o życie
Tych biedactw! Nie czyń tego! Gdy posiadasz władzę,
Zachowaj się cnotliwie! Oto, co ci radzę!
Na grzesznych zawsze kara z ręki bożej czeka:
Czy słusznie przypisywać prawa dla człowieka,
A samym czynić ciągłe bezprawia? Gdybyście —
Ja tylko tak przypuszczam, boć to, oczywiście,
Wypełnić się nie może — przed ludźmi stawali

Za gwałty im zadane, na takiejby szali
Zawisły wasze losy, żebyście musieli
Opuścić swe świątynie, wy, ród krzywdzicieli,
Posejdon, ty i Zeus, co na niebie włada,
Gdyż chuciom dawać folgę, zła to jest zasada
I jest dowodom braku rozwagi! Nie ludzi
Strofować więc należy, jeśli człek się zbrudzi,
Poszedłszy śladem bogów, jeno tych, co sami
Świat uczą bezeceństwa, które świat ten plami!

CHÓR.

Do ciebie, dziewico boża,
Co nie znasz porodu łoża,
Ateno ty nieskalana,
Premeteusza tytana
Potęgą ongi z Zeusowej
Wspaniałej dobyta głowy —
Do ciebie, zwycięska królowo,
Zwraca się korne me słowo:
Zdobądź się na ochotę,
Olimpu rzuć izby złote
I przybądź jako najskorzej
W ten dom pityjski boży,
Tutaj, gdzie w ziemi średzinie
Głosi się zawsze i ninie
Ze sławionego trójnoga,
Świętą wyrocznię Boga.
A i ty, córko Latony,
Racz przybyć w ten gmach poświęcony!
Obieście, obie dziewice,
Obie mieszkanki nieba,
Czcigodne siostry Feba,

Więc raczcie spojrzeć mu w lice
I prosić, by w próg Erechteja
Pewna wkroczyła nadzieja,
By, gdy bóg wieścić rozpocznie,
Jasne już były wyrocznie
I dom ten, choć na ostatek,
Lubych doczekał się dziatek.

*

Albowiem szczęście li wtedy
Ludzkie usuwa biedy,
Li wtedy Bóg mu łaskawy
Pewne nadaje podstawy,
Jeśli kwiat bujnych dzieci
W naszych świetlicach zaświeci.
Jest wówczas przekazać komu
Świetny dostatek domu,
Który zdobyły mu przodki,
Jest zdrój rozkoszy słodkiej,
Jest komu chwycić za bronie,
Gdy kraj w nieszczęściu tonie,
Jest dla ojczyzny zbawienie!
Najbardziej sobie cenię
Dać dzieciom cne wychowanie —
Ono za wszystko mi stanie,
Za skarbiec niezwykle bogaty
I za królewskie komnaty.
Nic, mówię, życie nie znaczy
Dla wszego człeka, jeżeli
Bóg dziatwy mu nie udzieli,
A ktoby myślał inaczej,
Ten-ci jest na to skazany,
By mu nie skąpić przygany.

Co do mnie przyznaję rada,
Że taka jest moja zasada:
Mierne posiadać dostatki,
Lecz za to kochane dziatki.


∗                    ∗

O ty, Panowe schronisko
I wy sterczące tuż blisko,
Żlebami zryte »Długie Skały«,
Gdzie przed świątynią wspaniałej
Naszej Pallady,
Przy dźwięku fletni
Na łące tańczy kwietniej
Trójca Agrauli cór,
Słyszących wtór,
Twoje, o Panie,
Przedźwięczne granie,
Gdy między swojemi stady
Na dźwięcznym grywasz flecie:
Tutaj to dziecię.
W tej twojej grocie,
Fojbowej uległszy ochocie,
Zrodziła ongi dziewica:
Wstydem spłonęły jej lica
I owoc gwałtu i niesławy
Na żer porzuca krwawy
Dzikiemu zwierzowi i ptactwu!
Przy kołowrocie —
Ni w pieśni ani w rozmowie
Nikt dotąd mi tego nie powie,
Iżby biedactwu,

Dzieciętom, spłodzonym przez boga,
Dola dostała się błoga!

ION.

Hej! służebna ty gromado, co przy słupach tej świątyni
Pana swego oczekujesz, powiedz-że mi, co on czyni?
Czy powrócił od trójnoga Ksutos król, czy jeszcze gości
U wyroczni, by się radzić w sprawie swojej bezdzietności?

PRZODOWNICA CHÓRU.

Jest w przybytku, przyjacielu, nie przestąpił progów jeszcze,
Ale, słyszę, drzwi już skrzypią, już porzuca miejsce wieszcze,
Już wychodzi pan i władca, już przed nami oto stoi.

KSUTOS (do Iona).

Szczęścia, synu! Tak rozpocząć godzi się tu wardze mojej.

ION.

Ja mam szczęście, ty miej rozum, dobrze będzie nam na świecie.

KSUTOS.

Daj się w rękę pocałować, pozwól się uścisnąć, dziecię!

ION.

Masz-li rozum, przyjacielu? Czy ci bóg odebrał zmysły?

KSUTOS.

Że miłować chcę, co miłe, przeto władze moje prysły?

ION.

Puść! Nie tykaj! Porwiesz wieńce, które, widzisz, trzymam w ręku!

KSUTOS.

Nie rabunku się dopuszczam, własność biorę mą bez lęku.

ION.

Odejdź, proszę, bo naciągnę tę cięciwę, w serce-ć strzelę.

KSUTOS.

Nie uciekaj, gdyż, zobaczysz, dobrzy będziem przyjaciele!

ION.

Do rozumu doprowadzać obcych błaznów ja nie lubię.

KSUTOS.

Strzelaj! Morduj! Chcesz-li ojca rodzonego oddać zgubie?

ION.

Ty mój ojciec? Jaki ojciec? Słyszę to i śmiech gotowy!

KSUTOS.

Nie! Rzecz cała się wyjaśni w ciągu dalszej tej rozmowy.

ION.

Co mi powiesz?

KSUTOS.

Żeś mym synem, to jest prawda dziś jedyna.

ION.

Kto ci rzekł to?

KSUTOS.

Bóg, co ciebie jako mego chował syna.

ION.

Wmawiasz w siebie.

KSUTOS.

Nie! Wyrocznie pouczyły mnie tak boże.

ION.

Źleś to sobie wytłómaczył.

KSUTOS.

Co? Niedobrze słyszę może?

ION.

Powiedz, jak brzmią słowa Feba?

KSUTOS.

Ten, którego spotkasz w drodze —

ION.

W jakiej drodze?

KSUTOS.

Teraz właśnie, gdy z świątyni tej wychodzę —

ION.

Co z nim będzie?

KSUTOS.

To jest syn mój! Takie są wyroczni plony.

ION.

Syn rodzony czy przydany?

KSUTOS.

I przydany i rodzony.

ION.

Mnie pierwszego więc spotkałeś?

KSUTOS.

Nie inaczej, dziecko moje!

ION.

Skądże?

KSUTOS.

Nie wiem. Razem z tobą z podziwu jak wryty stoję.

ION.

Któraż matka mnie powiła?

KSUTOS.

Tego ja ci nie wyjaśnię.

ION.

Feb nie mówił?

KSUTOS.

Nie pytałem z wielkiej tej uciechy właśnie.

ION.

A więc ziemia mnie zrodziła?

KSUTOS.

Dzieci się nie rodzą z ziemi.

ION.

Więc skąd jestem twoim synem?

KSUTOS.

Liczę z słowy się bożemi.

ION.

Zacznijmy więc z innej beczki.

KSUTOS.

Będzie, synu, lepiej, juści!

ION.

Zakazany-ś lubił owoc?

KSUTOS.

Młodość czasem się rozpuści.

ION.

Nimeś córkę Erechteja wziął za żonę?

KSUTOS.

Nigdy potem.

ION.

Więc z nią chyba mnie spłodziłeś?

KSUTOS.

Zgodne to jest z czasu splotem.

ION.

Lecz skąd ja się wziąłem tutaj?

KSUTOS.

Nie mogę dać odpowiedzi.

ION.

U pityjskiej byłeś skały kiedy przedtem?

KSUTOS.

W święto Bacha.

ION.

Kto cię gościł?

KSUTOS.

Ten, co z panny delfickiemi —

ION.

Ciebie, gacha.
W pląs wprowadzał?

KSUTOS.

Tak, pomiędzy szalejące tam Menady.

ION.

Trzeźwy byłeś, czy po winie?

KSUTOS.

O, na Bacha niema rady!

ION.

A więc tam się ja począłem?

KSUTOS.

Ano, dziecię, w takiej porze —

ION.

Lecz skądże się tu dostałem?

KSUTOS.

Porzuciła panna może.

ION.

A więc wolny ja, nie sługa!

KSUTOS.

To też przyjmij ojca we mnie.

ION.

Przeto ufać trzeba bogu!

KSUTOS.

Owszem, mówisz niedaremnie.

ION.

Cóż mam sobie życzyć więcej —

KSUTOS.

Widzisz teraz, co potrzeba.

ION.

Niż być synem syna Zeusa?

KSUTOS.

To ci dały dzisiaj nieba.

ION.

Mam uściskać w tobie ojca?

KSUTOS.

Owszem, jeśli wierzysz w Boga.

ION.

Witam, ojcze!

KSUTOS.

Lube słowo! Nazwa dla mnie wielce droga!

ION.

Oto dzień jest, co się zjawił —

KSUTOS.

Szczęściem wielkiem mnie on darzy.

ION.

Droga matko! Zali kiedy dotknę się twej słodkiej twarzy?
Więcej dzisiaj, niż gdykolwiek, pragnąłbym zobaczyć ciebie,
Ale może darmo pragnę? Może ziemia już cię grzebie?...

PRZODOWNICA CHÓRU.

Gdy władców dom szczęśliwy i nam szczęście świeci.
Lecz również i dla naszej pani pragnę dzieci,
Ażeby był szczęśliwy i ród Erechteja.

KSUTOS.

Jak dobrze Bóg to zrządził, że się ma nadzieja
Spełniła, że nas dzisiaj połączył ze sobą,
Żeś znalazł, czegoś szukał, a co przed tą dobą
Nie było ci wiadomem. Do czego twe chęci
Zmierzają teraz dalej, to i mnie też nęci:
Byś matkę swą odzyskał, latorośli miła,
A ja niewiastę odkrył, co ciebie zrodziła.
Zostawmy to czasowi, a dobrze się stanie.
Lecz rzuć teraz grunt święty i to bytowanie
Tułacze i wraz z ojcem idź do Aten miasta,
Tam czeka cię me berło, tam dobytek wzrasta,
A z dwojga zła już żadne na ciebie nie spadnie:
Nie będziesz ani biedny ani też nikt zdradnie
Nie powie, że z niskiego wywodzisz się rodu:
Bogaty i dostojny jest twój dom... Powodu
Nie widzę, przecz tak milczysz, przecz tak spuszczasz oczy?
Minęła twoja radość i troska cię toczy —
Dlaczego? Mów, dlaczego wzbudzasz w ojcu trwogę?

ION.

Nie jednakowa rzeczy jest postać. — To mogę
Powiedzieć, że się inak wydają zdaleka,

Inaczej znowu zbliska. Masz we mnie człowieka,
Co cieszy się, że znalazł dziś ojca... Atoli
Posłuchaj, co ci powiem. Mówią, że na roli
Ateńskiej lud osiadły jest tubylczym ludem,
Nie skądsiś sprowadzonym. Jakimże więc cudem,
Podległy dwom zarzutom, że jestem bękartem
I że mnie spłodził przybysz, mogę być, — otwartem
Powiadam ci to słowem — jakkolwiek szczęśliwy?
Tą hańbą ubezwładnion, żyjąc śród ich niwy,
Nazwany będę niczem, z niczego powstałem.
A jeśli piąć się zechcę, ażeby swem ciałem
Zaważyć nieco w mieście i być czemś, tej chwili
W pospólstwie gniew obudzę, będą mnie hańbili.
Gdyż mają wstręt do ludzi możniejszych. A zasię,
U zacnych, co, choć mają i rozum w zapasie
I wpływy, przecież cicho siedzą i na żadne
Nie pchają się urzędy, odrazu popadnę
W niemałe pośmiewisko: powiedzą wyraźnie,
Że brak mi jest rozumu, że się wielce błaźnię.
Gdy w mieście niespokojnem nie siedzę spokojnie.
Rządzący grodem mówcy będą też zbyt hojnie
Szafować uchwałami i szturmować do mnie.
Albowiem tak się zwykło dziać często ogromnie.
Że ci, co rządzą państwem, są najbardziej srodzy
Dla swych współzawodników. Jeśli też na wodzy
Swej chęci nie utrzymam i w progi się wśliznę
Bezdzietnej białogłowy, co dotąd tę bliznę
Znosiła razem z tobą, a teraz nadzieję
Straciwszy, jeszcze bardziej gorzko zaboleje
Nad dolą swą, jak mogę ujść jej nienawiści,
Gdy stanę obok ciebie, a jej się nie ziści
Pragnienie i na skarb twój, dzieci pozbawiona,

Spoglądać będzie zezem? [Wówczas albo żona
Przymusi cię, że syna, mnie, poświęcisz dla niej,
Lub dom się twój podobny stanie do otchłani,
Jeżeli mnie wybierzesz. Jak często kobiety
Chwytały za truciznę, albo za sztylety,
By sprzątnąć swych małżonków!] Żal mi na ostatek
I żony twej, mój ojcze, że się tak bez dziatek
Starzeje [a latorośl dostojnego domu
Powinna mieć potomstwo, daleka od sromu
Bezdzietnych dni żywota.] Niesłusznie pozatem
Chwalone samowładztwo w szczęśliwość bogatem
Z pozoru tylko bywa, wewnątrz robak troski
Roztacza je na próchno! Któż ma żywot boski,
Radosny, jeśli musi rozglądać się z trwogą,
Azali ktoś nie czyha na niego? Nie! błogą
Mieć wolę ja godzinę jako zwykły człowiek,
Niż jako samowładca, który do swych powiek
Dopuszcza li hołotę i nią się li cieszy,
Natomiast precz ucieka od szlachetnych rzeszy.
Lękając się, że zginie! Może powiesz na to,
Że grosz pobija wszystko i że żyć bogato
Rozkoszą jest dla człeka? Nie lubię ja w ręku
Pieniędzy mieć, na złość się narażać i w lęku
Bytować nieustannym. Dla mnie w średnim stanie
Najlepiej. Trosk tu niema. Posłuchaj mnie, panie,
Jak dobrze mi się żyło dotychczas. Dla ludzi
Najmilsze są wywczasy. Jam je miał. Nie trudzi
Nikt sił swych ponad miarę. Nie wchodzi mi w drogę
Człek marny, a najgorszą, powiedzieć to mogę,
Jest rzeczą ustępować lichszemu od siebie.
Czas spędzam na modlitwie do tych, co są w niebie,
Lub w gronie towarzyszów wesołych, nie zrzędów.

To witam, to znów żegnam pielgrzymów i względów
Doznaję zawsze nowych, dla każdego nowy.
A to, co wielbią ludzie, jakkolwiek do głowy
Nie bardzo im to idzie, nawyk i przyroda
Sprawiły, że się trzymam praw bożych... Więc szkoda,
Zważywszy wszystko razem, poświęcać tej doli
Dla tamtej. Przeto proszę, niechże mi pozwoli
Mój rodzic zostać tutaj. Zawsze wyznawałem
Zasadę: ciesz się dużem, poprzestań na małem.

PRZODOWNICA CHÓRU.

Szlachetnieś to powiedział, bowiem nie ku zgubie
Są twoje słowa dla tych, których wielce lubię.

KSUTOS.

Zaprzestań mów podobnych i ucz się na świecie
Korzystać z swego szczęścia. A teraz, me dziecię,
Siądziemy razem z sobą do wspólnej biesiady.
Ofiarę dzisiaj złożę, gdyż nie było rady
Po twoich narodzinach ją złożyć. Do stołu
Li jako gość domowy usiądziesz pospołu
I tylko jako gościa w dom cię mój zawiodę,
Bo nie chcę, by ma żona jakąkolwiek szkodę
Poniosła w swojej duszy, widząc, żem szczęśliwy,
A ona jest bezdzietna. Nie będą też dziwy,
Że w chwili ja sposobnej małżonkę nakłonię,
Aby ci pozwoliła zasiąść na mym tronie.
Nazwisko dam ci »Ion«, bo tak mi się zdarza,
Iż, kiedy od bożego odszedłem ołtarza,
Tyś pierwszy zszedł się zemną. Niechże więc tą porą
Do wspólnej się biesiady twoje druhy zbiorą,
Ażebyś mógł się z nimi pożegnać, gdyż razem
Rzucamy gród delficki... Wy za mym rozkazem

Milczenie zachowajcie, służebne! Zdaleka
Od żony z wszelką wieścią, albo śmierć was czeka.

ION.

Więc pójdę, lecz do szczęścia brak mi jednej rzeczy:
Jeżeli tej nie znajdę, której byt ten człeczy
Zawdzięczam, wówczas życie me nieszczęściem będzie...
Jeżeli mógłbym jeszcze mieć jakie w tym względzie
Życzenie, tobym pragnął, iżby moja matka
Atenką była z rodu, abym do ostatka
I po niej czuł się wolnym. Bo jeśli do grodu
Wolnego wejdę obcy, doznam li zawodu:
Jakkolwiek obywatel, i usta i duszę.
Żem z domu jest niewolnik, związane mieć muszę.

CHÓR.

Już ja to widzę, ach!
W jakich utonę łzach,
W jakich wybuchach rozpaczy
Gubić się będzie ma pani,
Gdy szczęście męża zobaczy,
Radującego się w synie,
A zasię dla niej
Życie bezdzietne i nadal popłynie...
O wieszczy synu Latony.
Jakąż to, powiedz, wygłosiłeś wróżbę?
Z jakiej pochodzi strony,
Z jakiej niewiasty zrodzony
Jest ten młodzieniec, co, w twojej świątyni
Wychowan, czyni
Dotychczas bożą w niej służbę?
Nie wiem, ażebyś wieścić mógł szczerze,
Raczej się trwożę,

Czy jakiś podstęp nie kryje się może
W twem słowie,
Czy twe orędzie
Nowem nieszczęściem nie będzie,
Gdyż osobliwe powiada nam dziwy
Ten człowiek osobliwy,
Na wróżbie oparty boskiej.
Niedolę, troski
Będzie miał chłopiec, z krwi urodzon obcej!
Biedni są tacy chłopcy!
Któż co innego mi powie?

*

Jakże postąpić nam?
Zali, me drużki, mam
Huknąć do uszu królowej
Te o małżonku jej wieści,
Że ją pokrzywdzić gotowy?
Że człowiek, z którym podziela
W swojej boleści
Wszystkie nadzieje, chce dzisiaj wesela
Zażywać bez niej? Że ona,
Co dzisiaj u progu starości już stoi,
Ma dalej utrapiona
Żyć śród szczęśliwych grona,
Męża i jego syna? O, niegodnie
Popełnia zbrodnię
Na przyjaciółce swojej,
Na żonie,
Co na królewskim go tronie
Usadowiła,
A on jej za to
Tak się odpłaca bogato!

Niechże przekleństwo na człowieka spadnie,
Który tak umiał zdradnie
Ubiedz królewską mą panią!
A kiedy z danią
Przyjdzie ofiarną przed pańskie ołtarze,
Niech mu nie spłonie w żarze
Dań ta, z jej krzywdy wyrosła.


∗                    ∗

Mą sprawą
Poznać z tem panią łaskawą:
Już się poczyna biesiada!
Już nowy ojciec z nowym synem siada!
Hej! hej! Parnasu wy skały,
Co do niebieskiej sięgacie powały!
Bach płomiennemi wstrząsa tam żagwiami,
Gdy z nim bachantek gromada
Do nocnych pląsów wypada!
Lecz ty, młodzieńcze, ty nie pójdziesz z nami
W nasz gród!
Raczej masz umrzeć wprzód,
Raczej postradać masz swe życie młode!
Wyszłoby miastu na szkodę
Przyjmować obce przybysze!
Wystarczy mu pan
Co ongi w wspaniałej swej pysze
Dzierżył nasz łan,
Co władał śród naszych pól,
Erechtej, król!...

Z Piastunem wchodzi

KREUZA.

O starcze! Erechteja ty ongi piastunie,
Mojego rodziciela, kiedy jeszcze w łunie

Słonecznej żył na świecie! Puść się ze mną społem
Ku bożej tej świątyni, abyś mógł w wesołem
Mem szczęściu uczestniczyć, gdy Loksyasz pocznie
Pomyślną w sprawie dziatek głosić mi wyrocznię.
Żyć w szczęściu z przyjacioły, godzina to słodka,
Lecz jeśli, nie daj Boże, niedola nas spotka,
Jest dobrze spojrzeć w oczy takiemu druhowi,
Bo może człek z nich jaką pociechę wyłowi.
Cześć miałeś dla rodzica, więc i ja czczę ciebie,
Choć panią jestem twoją, a ty na mym chlebie.

PIASTUN.

O córko! Godnych przodków godną chodzisz drogą
I żadne tobie usta zarzucić nie mogą.
Byś kiedy zniesławiła ziemiorodne, stare
Szlachetnych ojców plemię. Uczyń tę ofiarę
I ciągnij mnie ach! ciągnij ku tej świętej górze!
Wyroczni stroma droga! Nim się całkiem znużę.
Podpieraj moją starość, bądź lekarzem dla niej.

KREUZA.

Ostrożnie stawiaj kroki, wiedzie cię twa pani.

PIASTUN.

Patrz! Noga ma powolna, duch mój rzeźki święcie.

KREUZA.

Opieraj się na lasce, bacz na każdym skręcie.

PIASTUN.

Ot, macam ślepym kijem, wzrok mam już przekrótki.

KREUZA.

To prawda!... Niech nie zmogą cię starości skutki.

PIASTUN.

Ha! Staram się, lecz na to chyba niema środka.

KREUZA.

Niewiasty, służebnice me od kołowrotka,
Nie wiecie, jaką mąż mój dostał w sprawie dzieci
Wiadomość? Wielką wdzięczność wasze słowo wznieci,
Jeżeli wieść szczęśliwa przyjść mi od was może.

PRZODOWNICA CHÓRU.

Ach! Boże!

KREUZA.

Ten wstęp mi nic dobrego snać nie zapowiada.

PRZODOWNICA CHÓRU.

O biada!

KREUZA.

Więc źle dla domu wróżą te boskie wyrocznie?

PRZODOWNICA CHÓRU.

Zagłada nam zagraża, cóż ma dusza pocznie?

KREUZA.

Więc jakież macie wieści? Jest powód do trwogi?

PRZODOWNICA CHÓRU.

Powiedzieć, czy też milczeć w tej godzinie srogiej?

KREUZA.

Powiedzieć, jeśli coś mi grozi w tej godzinie,

PRZODOWNICA CHÓRU.

Wyjawię, choćbym szczezła i zginęła ninie:
Nie będziesz nigdy miała dziecka w swem objęciu,
Nie będziesz nigdy piersi podawać dziecięciu.

KREUZA.

Ach! umrę!

PIASTUN.

Córko moja!

KREUZA.

Cóż ja dzisiaj zrobię?
Przepadło moje życie! Wszystko leży w grobie!

PIASTUN.

Giniemy, dziecko moje!

KREUZA.

O rety! O rety!
Rozdarte całkiem serce me, biednej kobiety!

PIASTUN.

Daj jeszcze spokój jękom!

KREUZA.

Już ginę z boleści!

PIASTUN.

Poczekaj.

KREUZA.

Jakież jeszcze mam otrzymać wieści?

PIASTUN.

Czy los ten w równej mierze dotyka i pana,
Czy sama na złą dolę ty jesteś skazana?

PRZODOWNICA CHÓRU.

Loksyasz tylko jemu podarował syna,
Nieszczęsną ach! zostanie li ona jedyna.

KREUZA.

Do bólu przyłączacie mi, wy moje sługi,
Ból jeszcze gorzki drugi!

PIASTUN.

Azali syn rzeczony dopiero się pocznie
W niewieście? Czy już żyw jest? Jak mówią wyrocznie?

PRZODOWNICA CHÓRU.

Już zrodzon jest, młodzieńczym w swej wyroczni bytem
Obdarzył go Loksyasz. Sama byłam przy tem.

KREUZA.

Co mówisz? Ach! Co mówisz?! Jakżeż niesłychaną
Śmiesz mnie dobijać raną!

PIASTUN.

I mnie! Lecz słowo Boga jakiż skutek wieńczy?
Odpowiedz-że dokładnie, kim ten płód młodzieńczy?

PRZODOWNICA CHÓRU.

Ten synem, tak Bóg mówił, którego się zdarzy
Mężowi twemu spotkać w drodze od ołtarzy,

KREUZA.

O raty! O przeraty! Któż zły los mój przetnie?
Samotna mam żyć w domu, bezdzietnie! bezdzietnie!
O puste komnaty moje!

PIASTUN.

Z kim spotkał się, rzuciwszy świątynne podwoje.
Ten mąż naszej królowej? Któż ten obwieszczony?

PRZODOWNICA CHÓRU.

Widziałaś go, zamiatał u świątynnej brony —
Tym synem ma być właśnie, pani, owo chłopię.

KREUZA.

Precz gdzieś z helleńskich ulecieć mi pól,
W przestwornym gdzieś zginąć stropie,

Śród gwiazd wieczora,
Taka ma dusza jest chora,
Taki mnie szarpie ból!

PIASTUN.

A wiesz-li, jakiem ojciec nazwał go imieniem?
Czy nic nie postanowił? Pokrył to milczeniem?

PRZODOWNICA CHÓRU.

»Ionem«, że on pierwszy zaszedł ojcu drogę.
Kto zasię jego matką, powiedzieć nie mogę.
A potem, iżbyś wszystko usłyszał odemnie,
Staruchu, do namiotów świętych potajemnie
Zawrócił mąż tej oto, by wraz z nowym synem
Biesiadą się uraczyć w tem szczęściu jedynem.

PIASTUN.

Zdradzeni my, królowo, bo i mnie też społem
Dotyka twa niedola! Ach! jakiem on czołem,
Jak chytrze plan obmyślił ten twój niegodziwy
Małżonek, by wyrzucić z Erechteja niwy
I mnie i ciebie, pani!... O, nie z nienawiści
Do męża ja tak mówią o tem, co się iści,
A jeno, że cię bardziej czczę, niż tego człeka,
Co wziął ciebie za żonę, przybywszy z daleka,
Co cały twój zagarnął dobytek w twem mieście,
A potem gdzieś się skrycie jakowejś niewieście
Zalecał, by mieć dzieci z nią — powiadam, skrycie,
Bo, widząc cię skazaną na bezpłodne życie,
Nie myślał dzielić z tobą jednakowej doli,
Lecz z jakąś się kobietą, zrodzoną w niewoli,
Połączył, żył z nią tajnie i miał tego chłopca,
Którego potem wzięła odeń ręka obca,
Delfijska, aby mu go wychować... I dziecię

Wzrastało w bożym domu, iżby o niem w świecie
Nie wiedział nikt, co trzeba. A kiedy wyrośnie
W młodzieńca, on cię, pani, w jego życia wiośnie
Sprowadza do tych progów w bezdzietności sprawie.
Nie Bóg cię więc okłamał, tylko on! Łaskawie
Pilnował dawno chłopca i chytrze swe plany
Obmyślił: na oszustwie onem przytrzymany,
Na Boga byłby zwalił winę, jeśli zasię
Utaićby się dało, to w stosownym czasie
Zdałby nań rządy kraju. Miał też czas w stęsknionem
Swem sercu także imię wymyśleć: »Ionem«
Mianował go, że niby zszedł się z nim w tej drodze.

PRZODOWNICA CHÓRU.

O jakżeż ja oszustów nienawidzę srodze,
Człowieka, co swe życie występkami wytrze,
A potem swe łajdactwa chce upiększać chytrze!
Poczciwych raczej głupców niech wybiera serce
Za druhów, lepsi oni, niż mądrzy szalbierce.

PIASTUN.

Ze wszystkich ten największy ma cię spotkać smutek:
Bez matki, z niewolnicy zrodzony podrzutek,
Nic jakieś, ma, o pani, wkroczyć w twoje progi
I domem twym zawładnąć. Los byłby mniej srogi,
Jeśliby jakiejś matki szlachetnej chciał młodą
Latorośl w dom wprowadzić twój za twoją zgodą,
Żeś niby jest bezpłodna. Lecz jeśli dla ciebie
Przykrością by to było, niechżeby na glebie
Ajola drugiej żony sobie szukał... Przeto
Powinnaś dziś się uciec, nieszczęsna kobieto,
Do broni białogłowskiej: mieczem sprzątnąć obu,
Lub zadać im truciznę i tak ich, sposobu

Używszy podstępnego, zgładzić wraz ze świata —
I ojca i synalka, bo tak się to splata,
Że oni sprzątną ciebie!... [Jeśli się z żywotem
Pożegnać nie chcesz własnym, zrób to! Pod namiotem
Jeżeli mieszka jednym dwóch wrogów, to juści
Z nich jeden zginąć musi.] Niech więc nie dopuści
Do tego moja pani, a i ja też ręki
Nie waham się przyłożyć do dzieła — z podzięki
Dla tych, co mnie żywili. Pójdę, gdzie się składa
Przez mego zarządzona radosna biesiada,
I syna mu zabiję, bez względu, czy padnę,
Czy żyć tu będę dalej na świecie... Nie ładne
Jest tylko imię sługi, ono mu li jedno
Przynosi wstyd i hańbę, zasię prawdy sedno
Jest w tem, że sługa zacny w każdym innym względzie
Dorówna ludziom wolnym, gorszym on nie będzie!

PRZODOWNICA CHÓRU.

Ja także, droga pani, chcę dzielić twą dolę:
Chcę z tobą żyć godziwe, inak — umrzeć wolę!

KREUZA.

Jak, duszo, przemilczeć to mam?
A również jak deptać wstyd
I tajną odsłaniać miłość?
Lecz skąd ten we mnie zgrzyt,
Skąd walki o cnotę zawiłość?
Czyż tego nie chce on sam,
Ten mój zdradziecki mąż?
Nie tracęż domu i nie tracę dzieci?
I czyż nadzieja mi świeci,
Którą żywiłam wciąż
Daremnie,

Bacząc na każdy krok,
Aby nie odkryć miłości,
Którą pokryły ciemności,
Mej tajemnicy mrok,
By między nami
Nie był ten poród wiadomy,
Który — o sromy! —
Tak moje życie plami!?
Ale na Zeusa, co, włast.
Śród niezliczonych gwiazd
Na górnych niebiosach gości,
Na bóstwo, co dzierży swe moce[5]
Na mej ojczystej opoce,
Na święte brzegi Trytonowej fali[6]
Klnę się, że dalej
Milczeć nie myślę w mojej hańby względzie,
Albowiem sercu lżej będzie,
Gdy z niego ten ciężar się zwali!...
Łza z oczu mi pada,
Dusza w boleściach się trudzi.
Że taka spotkała mnie zdrada
Od bóstw i ludzi!
Moje dziś wargi
Gorzkie podnoszą skargi
Przeciwko wam, o niewdzięczni,
Coście shańbili me łoże!...
Przeciwko tobie, o boże,
Co z swej cytary,
Z strun siedmiu, na martwej rozpiętych skorupie[7],

Takie dobywasz rozkosze,
Takie melodyi czary,
Napełniające naszych pól zagony,
Krzyk ten podnoszę —
Ciebie ja, synu Latony,
Oskarżać będę bez końca
W obliczu jasnego słońca!


∗                    ∗

Złotymi lśniący kędziory,
Przybyłeś do mnie tej pory
Kiedym zrywała sobie
Ku mego łona ozdobie,
Ku przystrojeniu mej szaty.
Złote szafranu kwiaty.
Za ręce chwyciłeś mnie białe,
Aby mnie zawlec pod skałę,
Aby wbrew mojej ochocie
Gwałt zadać mi w onej grocie.
Daremnie okrzyk mój bieży:
»O matko! O moja macierzy!«
Ty, w swym bezwstydzie,
Acz bóg, folgując Kiprydzie,
Shańbiłeś mnie, przerażoną.

*

Powiłam ci potem syna,
O, ja nieszczęsna dziewczyna,
I by przed matki się okiem
Skryć w zawstydzeniu głębokiem,
Na łoże-m go ono rzuciła,
Gdzie mnie przemogła twa siła,
Gdzie w chęci zbrodniczej niegodnie

Na biednej spełniłeś zbrodnię!
Ojej mi! O rety! O biada!
Dzikiego ptactwa biesiada,
Poszło już nasze to dziecię,
Już go dziś niema na świecie,
A ty peany
Do taktu swej lutni rozgranej
Wciąż wyśpiewujesz bez troski.


∗                    ∗

Do ciebie, synu Latony,
Zwracam ten krzyk zrozpaczony!
Do ciebie, co zawsze i ninie
W ziemi średzinie
Na złotym siedzący tronie,
Boże wygłaszasz wyrocznie,
Wołać nie spocznie
Mój głos:
Jaki gotujesz mi los,
Ty mój kochanku zdradliwy?!
Jakimiż to ciebie dziwy
Ten mąż, niewierny żonie,
Zniewala,
Że w dom mu wprowadzasz synala.
A dziecko moje i twoje,
Rzucone gdzieś na znoje,
Wydarte z mych powijaków,
Poszło na żer dzikich ptaków,
Zginęło, przepadło bez wieści!...
Przyczyno mojej boleści,
Znienawidzony-ś w Delosie,
Gaj tobą gardzi laurowy

I palma o bujnym włosie
U świeżej, zielonej głowy,
Gdzie ciebie, nasienie boże,
Z Zeusem dzieląca łoże.
Przez niego zapłodniona,
Zrodziła ongi Latona.

PRZODOWNICA CHÓRU.

O jakież to się nieszczęść rozwarły pokłady!
Słyszący to, nikt chyba łzom swym nie da rady!

PIASTUN.

O córko, snać się tobie napatrzeć nie mogę,
Tak rwą się moje zmysły, taką czuję trwogę.
Zaledwo jedną burzę przetrzymało serce,
A oto dzięki tobie w nowej jest rozterce.
Znienacka świeży orkan wstrząsa moją duszą,
Ze słów twoich wyrosły, które zali muszą,
Wzburzone cierpieniami, z jednego nas ściegu
Boleści na ścieg drogi tak rzucać w swym biegu
Okrutnym?! Co ty mówisz?! Z czem do Loksyasza
Kierujesz się? O jakiemż to władczyni nasza
Wspomina tutaj dziecku? Gdzieś je porodziła
Na żer dzikiemu ptactwu? Powiedz, pani miła!

KREUZA.

Opowiem ci, staruchu, chociaż wstyd mnie bierze.

PIASTUN.

Opowiedz. Z przyjaciółką zapłaczę ja szczerze!

KREUZA.

Więc słuchaj. Znasz Kekropsa skały — nazywamy
»Długiemi« te opoki — i one w nich jamy?

PIASTUN.

Znam. Obok jest tam ołtarz Pana i kaplica.

KREUZA.

Przed laty — bój tam straszny stoczyłam, dziewica.

PIASTUN.

Bój jaki? Łzy mi z oczu twa mowa wyciska.

KREUZA.

Z Fojbosem wbrew mej woli byłam ongi bliska.

PIASTUN.

Więc to, o córko moja, com przeczuwał może?

KREUZA.

Mów! Jeśliś przeczuł prawdę, wszystko ci wyłożę.

PIASTUN.

Płakałaś pokryjomu snać w bolesnej sprawie.

KREUZA.

To było. Teraz wszystko-ć nieszczęście wyjawię.

PIASTUN.

Jak potem załatwiłaś ten swój związek z bogiem?

KREUZA.

Powiłam! Nie przerażaj się tem słowem srogiem!

PIASTUN.

Gdzie, kto rozwiązał ciebie? Samaś-li cierpiała?

KREUZA.

Tak, sama, w onej grocie, gdziem mu się oddała.

PIASTUN.

Gdzież dziecko, byś już w synie znalazła oparcie?

KREUZA.

Nie żyje, dzikim ptakom rzucon na pożarcie.

PIASTUN.

Nie żyje? Srogi Fojbos nie dał mu opieki?

KREUZA.

Nie! Chowa się w Hadesie ten mój syn daleki.

PIASTUN.

Kto dziecko twe porzucił? Przecież nie ty sama?

KREUZA.

Ja! Nocą, w powijakach! Wie to ona jama.

PIASTUN.

Rzucając swego syna, miałaś świadka z sobą?

KREUZA.

Z mą byłam tajemnicą i z moją żałobą.

PIASTUN.

Jak mogłaś samo dziecko pozostawić w grocie?

KREUZA.

Jak? Łzy lejąc obficie, skarg miotając krocie.

PIASTUN.

Nieszczęsny krok, lecz większa tu jest boga wina.

KREUZA.

Jak ku mnie wyciągała rączki ta dziecina!

PIASTUN.

Ku piersi czy przytułku szukając w objęciu?

KREUZA.

Ku łonu, gdzie się krzywda nie działa dziecięciu.

PIASTUN.

A cóż sobie roiłaś, porzucając dziecię?

KREUZA.

Że bóg mi je ocali, boć to jego przecie.

PIASTUN.

O w jakiejż to przepaści szczęście domu tonie!

KREUZA.

Dlaczego płaczesz, starcze, zasłaniając skronie?

PIASTUN.

Bo widzę twą i ojca twojego niedolę.

KREUZA.

To los! Nic nie trwa wiecznie w naszem ludzkiem kole.

PIASTUN.

Przestańmy płakać, córko! Rzućmy już te żale!

KREUZA.

Co robić? Człek w nieszczęściu jest bezradny cale.

PIASTUN.

Na bogu wprzód się pomścij, na sprawcy twych losów.

KREUZA.

Jak walczyć śmiertelnikom z władcami niebiosów?!

PIASTUN.

Ha! Ogień podłóż, córko, pod Fojba świątynię!

KREUZA.

Mam cierpień dość! Lękam się! Tego nie uczynię!

PIASTUN.

Więc na to, co możliwe, waż się! Zabij męża!

KREUZA.

Nie! Dawna jego wierna miłość mnie zwycięża.

PIASTUN.

Dlatego zabij chłopca, co jest przeciw tobie!

KREUZA.

Lecz jak? Jeśli podołam, z radością to zrobię.

PIASTUN.

Zebrawszy swoje sługi, uzbrój-że ich w noże.

KREUZA.

I owszem. Lecz gdzie czyn ten dokonać się może?

PIASTUN.

W namiotach, gdzie przyjaciół swych biesiadą gości.

KREUZA.

Mord w jasny dzień! I w sługach wielki brak męskości.

PIASTUN.

A! tchórzysz? Przeto sama radź sobie w tej biedzie.

KREUZA.

O znam ja chytry środek, który nie zawiedzie.

PIASTUN.

I w tym i w tamtym razie z pomocą-ć pospieszę.

KREUZA.

Znasz bój, który z bogami zwiodły ongi rzesze —

PIASTUN.

Gigantów na flegryjskieh polach? Znam...

KREUZA.

Gorgonę
Wydała wówczas Ziemia, dziwo niestworzone!

PIASTUN.

Snać ku pomocy synom w tej z bogami wojnie.

KREUZA.

Pallada ją zabiła, wystąpiwszy zbrojnie.

PIASTUN.

Lecz jakąż miała postać ta potworna siła —

KREUZA.

Na piersiach, na pancerzu żmija kręgi wiła.

PIASTUN.

Podanie, co mi zdawna w pamięci zostało —

KREUZA.

Że skórą jej Atena pokryła swe ciało.

PIASTUN.

Że oręż ten Pallady egidą się zowie —

KREUZA.

Od czasu walk, co ongi zwiedli je bogowie.

PIASTUN.

Lecz jakież on twym wrogom zadać może rany?

KREUZA.

A znasz ty Erychtonia? Pewnie że ci znany...

PIASTUN.

Wasz pierwszy, urodzony z ziemi przodek włady?

KREUZA.

Ten, kiedy na świat przyszedł, dostał od Pallady —

PIASTUN.

Co dostał? Co się wahasz. Słowo to li wraże?

KREUZA.

Dwie krople z krwi Gorgony dostał ongi w darze.

PIASTUN.

A jakież ich działanie na istocie człeczej?

KREUZA.

Zabójcza jednej siła, druga chorych leczy.

PIASTUN.

A jakżeż umieściła je na dziecka ciele?

KREUZA.

W zawiązce pozłocistej. Potem je w udziele
Otrzymał mój rodziciel.

PIASTUN.

Zaś po ojca skonie
Dostały się w dziedzictwie w twe, Kreuzy, dłonie?

KREUZA.

Tak jest. I dziś je noszę na ręki przegubie.

PIASTUN.

Jak rzecz się ma z tym darem? Usłyszeć to lobię.

KREUZA.

Krwi kropla, co od rany ciekła, z pustej żyły —

PIASTUN.

Tak, jakież się potęgi w jednej z nich ukryły!

KREUZA.

Od chorób broni człeka, podsyca mu życie.

PIASTUN.

A w drugiej jaka moc się zagnieździła skrycie?

KREUZA.

Zabija, gdyż jest jadem żmijowym Gorgony.

PIASTUN.

Osobno, czy też razem nosisz dar niepłony?

KREUZA.

Osobno, gdyż dobrego ze złem się nie łączy.

PIASTUN.

Masz wszystko, co potrzeba. Teraz bądźmy rączy —

KREUZA.

Młodzieńca to zabije. Ty spełnisz me chęci.

PIASTUN.

A gdzie i w jaki sposób? Radź! Spełnię najświęciej.

KREUZA.

W Atenach, gdy przestąpi progi mego domu.

PIASTUN.

Nikomu nie spodoba się ten plan, nikomu.

KREUZA.

Czy może co przeczuwasz, co i mnie się zdaje?

PIASTUN.

Niewinnej mord zarzucą — takie już zwyczaje.

KREUZA.

Pasierbów, tak się mówi, nie lubią macochy.

PIASTUN.

Tu zabij, a nie doznasz podejrzeń ni trochy.

KREUZA.

Tem prędzej uraduje się zemstą me serce.

PIASTUN.

Podstępnie też uprzedzisz i męża-szalbiercę.

KREUZA.

Posłuchaj, co masz robić. Kosztowny bez miary
Ateny podarunek, dzieło sztuki starej,
Zabierzesz z mojej ręki i pójdziesz tajemnie
Do męża, co biesiady urządza bezemnie,
I gdy się uczta skończy i poczną napoje
Wylewać na cześć bogów, to lekarstwo moje
Wyciągniesz zpopod płaszcza i wsączysz do czaszy
Nieznacznie młodzieńcowi, co ma w ziemi naszej
Tron objąć [— tylko jemu, innych oszczędź gości].
Gdy przejdzie mu przez gardło, śród ateńskich włości
Przenigdy jego noga nie postanie zdradnie.
Na miejscu, płyn wypiwszy, młodzian trupem padnie.

PIASTUN.

Do domu gościodawców skieruj teraz stopy,
Ja wszystko, co mi każesz, wypełnię w te tropy.
Hej! odmłódź-że się, nogo ty stara! Tak, w czynie
Odmłodzić ci się trzeba, gdyż wiek twój popłynie
Swym losem. Krocz-że w służbie miłościwej pani
Przeciwko człowiekowi, co jest wrogiem dla niej!
Dopomóż-że go zabić i uprzątnąć z domu.
Godziwie jest przestrzegać cnoty, ale sromu
Żadnego w tem nie będzie i żadne też prawa
Nie karzą, jeśli człowiek, na wroga nastawa.

CHÓR.

Bogini rozstajnych dróg,
Ty córko Demetery,
Co w swojej mocy

Kierujesz ścieżkami nocy
I dnia: tej szczerej
Wysłuchaj prośby, by czasza,
Którą czcigodna śle władczyni nasza
Z kroplami krwi wytoczonej
Z potwory ziemi, Gorgony,
Sprzątnęła dzisiaj potrzebny nam plon —
Ażeby zginął wróg,
Co Erechteja chce zagarnąć tron.
Z żadnego cudzego domu
Nie wolno władać nikomu
W tym naszym grodzie: on,
Ród Erechteja, dostojne to plemię,
Ma naszą dzierżyć ziemię.

*

Jeśli nie uda się cios,
Gdy się nie spełnią chęci
Naszej królowej,
Jeżeli plan jej gotowy,
Co się dziś święci,
Jakowej dozna odwłoki.
Jeśli jej zgaśnie nadzieja, w głębokiej
Pogrąży się ona żałobie
I mieczem śmierć zada sobie.
Albo na szyję zarzuciwszy sznur,
Losem tym płacąc los,
Zejdzie do zmarłych, do szeregu cór
Nie z tego świata! Boć przecie
Nie zniesie nigdy to dziecię
Dostojnych ojców, ten twór

Dawnej świetności, aby w jej dziedzinie
Miał obcy panować ninie.


∗                    ∗

Boga mnie będzie wstyd,
Gdy czujne w nocy cudzoziemca oczy
Zobaczą, jaki z hucznymi peany
Korowód pochodni kroczy
Do Kallichoru krynicy uroczej,
Jakie w Eikady[8]
Płyną ku bóstwu gromady!
Gdy razem puści się w tany
Lśniącemi gwiazdami zasiany
Zeusowych niebiosów szczyt
I krąg miesiąca u góry
I Nereusza córy,
Dziew pięćdziesięciu grono —
Gdy morza i wiecznych rzek
Zamieszkujące łono
Chyże boginie
Taneczny rozpoczną bieg
Na cześć przeświętej matki[9]
I córki, w wieniec przystrojonej złoty,
A nagle do tej ochoty,
Cudzymi się pyszniąc dostatki,
Cudzy się wmiesza człek.
Żebrak Fojbowy, co ninie
Ma w naszej zawładnąć krainie.

*

Widzicie teraz wy,
Co, hańbiąc pieśni, odwagę miewacie
Śpiewać o kobiet wiarołomnej chuci,
O cnoty niewieściej zatracie,
W jakiej występku poplamionej szacie
Chodzicie sami,
Jak my górujem nad wami!?
Niech więc, mężowie zepsuci,
Pieśń moja dzisiaj odwróci
Swe chłostające tchy
Przeciwko waszej tej cnocie,
Co tak się tarza w błocie!
Azali tak się nie stało,
Iż Zeusowy wnuk
Wdzięcznego serca mało
Okazał żonie?
Czyż, przestąpiwszy jej próg,
Rozkoszą wspólnych dzieci
Pragnął osłodzić małżonki swej życie?
Nie! Zamiast tego, on skrycie
Chuć w sobie grzeszną roznieci —
Śród obcych chodząc dróg,
Ku innej miłością zapłonie,
Bękarta z nią spłodzi na stronie!

Na scenę wbiega

SŁUGA.

Niewiasty, czy nie wiecie, gdzie też zastać mogę
Erechtejową córkę? Puściłem się w drogę
Po mieście, lecz napróżno szukam do tej pory.

PRZODOWNICA CHÓRU.

Współtowarzyszu w służbie, czemuś taki skory?
Co stało się? Mów, jakie przynosisz orędzie?

SŁUGA.

Ścigają nas, źle dzisiaj z naszą panią będzie:
Ukamienować chce ją zwierzchność tego grodu.

PRZODOWNICA CHÓRU.

O rety! Co powiadasz! Czy może z powodu,
Że zamach uknułyśmy na młodzieńca życie?

SŁUGA.

Odgadłaś. I o sobie też coś usłyszycie.

PRZODOWNICA CHÓRU.

A jakżeż na jaw wyszły te nasze knowania?

SŁUGA.

Widocznie bóg bezprawiu zwyciężać zabrania
Nad prawem, snać się nie chce pokalać tą winą.

PRZODOWNICA CHÓRU.

Ach! błagam cię, opowiedz! Z tą samą godziną
Lżej będzie nam umierać, jeśli umrzeć trzeba —
A może nam ratunku nie poskąpią nieba.

SŁUGA.

Wyroczną mąż Kreuzy rzuciwszy świątynię,
Skierował swoje kroki, radość mając w synie
Odkrytym, ku biesiadzie i świętej ofierze,
Dla bogów sposobionej śród skał, których strzeże
Wieczysty ogień Bacha, bijący w niebiosa
Żarnymi płomieniami z dwóch Dyonizosa
Wierzchołków[10]. I tej chwili, gdy rozradowany
Odnalezieniem dziecka, miał skalne te ściany
Ofiarną krwią obryzgać, zwróci się do syna

Nasz Ksutos i tak powie: »Pociecho jedyna,
Każ skrzętnym cieślom namiot zbudować, ja zasię
Odejdę, aby bóstwom płodności w tym czasie
Ofiary złożyć godne. A jeśli zabawię
Zbyt długo, ty nie czekaj, jeno przy zastawie
Przyjaciół swoich posadź i ugość«. Tak rzecze
I bydło na ofiarne poprowadzi miecze.
Młodzieniec zaś słupami oznaczyć rozkaże
Bezścienny obwód szatry, bacząc, aby w żarze
Słonecznym nie stał namiot ani na południe,
Ani też od zachodu. Wymierzywszy cudnie
Czworobok prostokątny, wzniósł wielką budowę
Na obszar stóp dziesięciu tysięcy — gotowe
Tak dzieło obliczali mi znawcy —: miał w myśli,
By wszyscy Delfijczycy na tę ucztę przyśli.
Ze skarbca świątynnego wziął tkaniny potem
I nakrył niemi szatrę. Takim się namiotem
Pochwalił, że aż dziwy! Nasamprzód u góry
Narzucił tkań wspaniałą, podarunek, który
Dał bogu syn Zeusowy, Herakles, bogaty
Łup, wzięty Amazonkom. A taki jest na tej
Tkaninie haft wzorzysty: Bóg Uranos zbiera
W powietrzokręgu gwiazdy; zaś jasny Hespera
Blask ciągnąc poza sobą, na zachodu szlaki
Pogania złoty Helios swe chyże rumaki.
W ślad słońca noc, ubrana w czarny płaszcz, śród jazdy
Szalonej mknie bez lejców, za nią spieszą gwiazdy.
Plejada sunie środkiem powietrznego toru
I zbrojny w miecz Oryon. W ogromie przestworu
Północna Niedźwiedzica, lśniąc nad Oryonem,
Złocistym do bieguna zwraca się ogonem.
Księżyca krągła tarcza, co dzieli miesiące,

Roznieca hen! u góry swoje światło lśniące,
Z nią razem lśnią Hyady, ów znak dla żeglarzy,
I ta, co gwiazdy płoszy, Jutrzenka się jarzy.
Na ścianach znowu inne rozwiesił tkaniny:
Tu łodzie barbarzyńców śród morskiej głębiny
Na greckie idą statki. Tam w bitewnym trudzie
Potwory, półzwierzęta, a na poły ludzie,
Tu harce na rumakach, tam łów na jelenie
I dzikie lwy. Na końcu Kekropsa wymienię:
U wejścia na makacie toczy kręgi węża
Śród córek swych, ofiarny ateńskiego męża
Podarek. W środku dzbany poustawiał złote.
Na palcach przystanąwszy, herold na ochotę
Biesiadną wezwał wszystkich, co mieliby wolę
Przybycia. I zebrani usiedli przy stole,
Kwiatami uwieńczeni. Gdy się nasycili,
Staruszek w środek sali wystąpił tej chwili
I śmiechy jął ogromne śród zebranych gości
Biesiadnych wywoływać zbytkiem usłużności.
To wodę do umycia rąk podawał w dzbanku,
To mirrą gmach okadzał, to znów bez ustanku
Lał wino do czasz złotych. Sam się z własnej chęci
Roboty tej podjąwszy, snuje się i kręci
Bez końca. A gdy przyszła już kolej na fletnie
I wspólny miał już krążyć roztruchan, on przetnie
Zabawę głośnym krzykiem: »Precz mi z naczyniami
Małemi! Przynieść wielkie, aby między nami
Zawrzała żywsza radość!«... Trud to był bez miary
Przynosić one srebrne i złote puhary.
Najokazalszy wybrał dla nowego pana —
Pokazać chciał, juk wielce dusza mu oddana.
Nalawszy potem wina do tego kielicha,

Trucizny też zabójczej domieszał doń zcicha,
Kropelkę, którą pono dała mu królowa,
Ażeby młodzieńcowi była śmierć gotowa.
Lecz o tem nikt nie wiedział. Gdy w ręku już czarę
Miał syn odnaleziony i bogom ofiarę
Chciał wylać wraz z innymi, z ust jednego sługi
Nie dobre padło słowo. Ion, jak nikt drugi,
W wróżbiarskich biegły sprawach, jako że chowany
Od pierwszych dni pomiędzy świątynnemi ściany,
Za zły to znak uważał i kazał w te pędy
Dać inny sobie kielich, by spełnić obrzędy,
Poprzedni zasię trunek wylawszy na ziemię
I innym to zleciwszy spełnić. Ciszy brzemię
Odrazu zaciężyło na sali. Tej pory
Wypełniliśmy wodą święconą amfory
I sokiem z wzgórz biblińskich. W czasie tego wpada
Do izby tej biesiadnej gołębi gromada,
Gnieżdżących się bezpiecznie w domu Loksyasza.
Nikt bowiem ich z świątyni bożej nie wypłasza.
Wylane było wino i one zanurzą
W te tropy krase dzióbki i słodką kałużą
Żądliwie się raczący, wchłaniają w gardziółka
Pierzaste owy trunek. I szwanku ta spółka
Ptaszęca nie doznała z tej zalewki świętej.
Lecz jeden przysiadł w miejscu, gdzie, przeczuciem tknięty,
Ów nowy syn swój trunek był wylał, i wina
Skosztuje i odraza skrzydełka rozpina
Śród strasznych drgań i krakań śmiertelnych i, stopy
Szkarłatne wyprężywszy, umiera... W te tropy
Wyciągnie ponad stołem owy, przez wyrocznię
Przyznany syn z pod płaszcza swe ramię i pocznie
Wygrażać: »Co za człowiek czyhał na me życie?

Mów, starcze! Tyś mi przecie nadskakiwał, skrycie
Myślący mnie mordować, z twych rąk wziąłem czarę
Zabójczą!« I schwyciwszy go za ramię stare,
Jął badać, jak człowieka, którego schwycono
Na świeżym snać uczynku. I z trudnością pono
Wyjawił pod przymusem zamiar, tak niegodnie
Uknuty, cel napoju i Kreuzy zbrodnię.
I wziąwszy biesiadników ze sobą, odrazu
Wybiegnie ten przyznany z wyroczni rozkazu
Młodzieniec i w obliczu władz pityjskich stanie
I rzeknie: »Ziemio święta! Oto jest knowanie!
Pragnęła struć mnie obca z Erechteja domu
Niewiasta!«... Jednogłośnie, pomna tego sromu
Delficka zaraz zwierzchność uchwala ze skały
Władczynię naszą strącić, że ręce jej chciały
Osobę zabić świętą i boży przybytek
Pokalać krwawym mordem. I lud grodu wszytek
Niewiasty szuka biednej, która się w tę drogę
Na biedę swą wybrała. Pędziło niebogę
Pragnienie, by mieć dzieci, do świątyni Feba:
I dzieci mieć nie będzie i umierać trzeba!

CHÓR.

Wszelkie nadzieje prysły.
Nie ujdę śmierci już,
Zdradzone nasze zamysły
Przez wino, nalane do krwi
I przez ten zabójczy jad,
Którego użyczył gad
Do tej piekielnej ofiary.
Przez nią mi ginie świat
I pani, strącona z opoki,

W śmiertelne odejdzie mroki.
Na skrzydłach wzbić się do góry,
Czy w nocy się ukryć ponurej
Gdzieś w łonie ziemi, by kary
Uniknąć za te zamiary,
Aby nie zginąć od głazów?
Uciekać po morskiej toni,
Czy czwórce chyżych koni
Powierzyć biedne to życie?
Gdzież znajdziem jakie ukrycie,
Jeśli nas bóg nie obroni?
O biedna ty pani moja,
Gdzież jaka dla ciebie ostoja?
Okrutne ach! twoją duszę
Czekają dzisiaj katusze!
Gdy innym nie szczędzisz razów,
Zali nie słusznie jest, człecze,
Jeśli krew twoja pociecze?!

Wbiega

KREUZA.

Służebnice! tak mnie gonią, że mnie rzeź już nie ominie!
Wyrok skazał mnie pityjski, że mam umrzeć w tej godzinie!

PRZODOWNICA CHÓRU.

Znamy, biedna, to nieszczęście, co na ciebie dzisiaj spada.

KREUZA.

Ledwiem z domu się wyrwała, by ujść śmierci! Ach! gdzie rada!?...
Gdzie się schronić? Tutaj uszłam! Wymknęłam się z ręki wrażej!

PRZODOWNICA CHÓRU.

Schron w świątyni, nie gdzieindziej!

KREUZA.

Na cóż zda się?

PRZODOWNICA CHÓRU.

U ołtarzy!
Wszak nie wolno jest mordować!

KREUZA.

Prawo żąda śmierci mojej!

PRZODOWNICA CHÓRU.

Jeśli w ręce się dostaniesz!

KREUZA.

Oto już czereda w zbroi —
Już mnie oto napadają!

PRZODOWNICA CHÓRU.

Siądź przy ogniu! Jeśli zdradnie
U ołtarza cię zabiją, krew twa na ich głowy spadnie!
Trzeba poddać się losowi, człek napróżno się wymyka!

Na czole zbrojnych wpada

ION.

Hej, ojcze Kefizosie, ty z obliczem byka,
Jakąż spłodziłeś żmiję? Ognistego smoka,
Któremu żar zabójczy strzela oto z oka!
Gdzież większą znajdziesz czelność? Trucizna Gorgony
Mniej sroga jest od złości niewiasty szalonej;
Co chciała mnie dziś zgładzić! Chwyćcież ją za włosy,
Niechże się rozczochrają o kamienne ciosy
Tych turni Parnasowych, kiedy z ich wierzchołów
W głęboką runie przepaść ten krwawy nasz połów.
W opiekę wziął mnie swoją duch-stróż dobrotliwy,
Nim jeszcze się dostałem na ateńskie niwy

W objęcia macoszyne!... Poznałem twą duszę
Po twoich pomocnikach, wiem jakie katusze
Pragnęłaś mi zgotować! Dzisiaj jeszcze żyję,
Lecz w sidła twe ujęty, na łeb i na szyję
Zleciałbym w mroki Hadu. Nic ci nie pomoże
Świątynia Apollona ni ognisko boże!
Litości tyś nie godna, nie, jak ja i matka,
Co, ciałem nieobecna, przecież do ostatka
Jest tutaj duchem przy mnie!... Patrzcie, ta niewiasta
Zbrodnicza! Tyle zdrady podstępnej wyrasta
Z jej głowy i dziś chroni się w świątynię boga,
Myśląca, że nie spotka tu jej kara sroga!

KREUZA.

Zabraniam w imię boże oraz w imię moje,
Ażebyś mnie mordował w miejscu, w którem stoję.

ION.

Cóż Feb ma dziś do ciebie i ty co do Feba?

KREUZA.

Poświęcam i oddaję życie w służbę nieba.

ION.

A mnie pragnęłaś otruć, chocia-m własność boska?

KREUZA.

Już ty nie Loksyaszów, ojcowa-ś jest troska.

ION.

Lecz byłem nim! Ten Ojcem, co myśli o synie.

KREUZA.

Dziś ja na twojem miejscu zajęłam świątynię.

ION.

Bezbożna-ś, ja żadnego-m nie jest winien sromu.

KREUZA.

Pragnęłam tylko sprzątnąć wroga mego domu.

ION.

Nie zbrojnie-m ja cię naszedł, przecz twój gniew się sroży?

KREUZA.

Ty żagwię w dom mój rzucasz, a to przecie gorzej.

ION.

Hjo! Jakież to są żagwie? Jakież to pochodnie?

KREUZA.

Dziedzictwo-ś chciał mi zabrać przemocą, niegodnie.

ION.

Dziedzictwo mego ojca! Taka jego wola!

KREUZA.

Do grodu ateńskiego cóż ma syn Aiola?

ION.

Nie słowem go uwolnił, osłonił go zbrojnie.

KREUZA.

Do ziemi praw nie mają sprzymierzeni w wojnie.

ION.

Do mordu więc o przyszłość pchała cię obawa?

KREUZA.

Ażebym nie zmarniała, gdy wejdziesz w me prawa.

ION.

Bezdzietna-ś, więc zazdrościsz ojcu memu syna.

KREUZA.

Bezdzietnej to rabujesz dobra. To przyczyna.

ION.

Udziału w ojcowiźnie nikt mi więc nie przyzna?

KREUZA.

To jedno, tarcz i dzida, to twa ojcowizna.

ION.

Rzuć ołtarz ten, rzuć bóstwu zbudowane stopnie.

KREUZA.

Twa noga niech tak matkę, gdy ją ujrzysz, kopnie.

ION.

Ty, morderczyni moja, chcesz się wymknąć karze?

KREUZA.

Nie tu, gdzie myślisz krwią mą pokalać ołtarze.

ION.

Na wieńcach bożych umrzeć chciałabyś tej chwili?

KREUZA.

Skrzywdziłabym jednego z tych, co mnie skrzywdzili.

ION.

O źle, że śmiertelnikom nadali bogowie
Ustawy, w niezbyt mądrej przemyślane głowie,
Bo jakżeż to się dzieje, że dusza bezbożna
Ucieka do ołtarzy, od których nie można
Odpędzić już występnych? Nikt się z tem nie liczy,
Że bóstwa nie powinien tknąć się człek zbrodniczy,
Jeżeli ktoś cnotliwy, pokrzywdzony krwawo,
Zasiadać w świętem miejscu ma niezbite prawo.
Nie godzi się, by jednej i tej samej pieczy
Doznawał człowiek zacny i zły potwór człeczy.


Z świątyni wychodzi

PYTYA.

Powstrzymaj się, mój synu! Z wyroczni trójnoga
Przychodzę, przekroczywszy święty obręb boga,
Ja, Fojba prorokini, co przy bożym tronie,
Wybranka ludu Delfów, starych ustaw bronię.

ION.

Witam cię, matko moja, choć mnieś nie zrodziła!

PYTYA.

Tak zowią mnie tu wszyscy, nazwa dla mnie miła.

ION.

Słyszałaś, jak ta zdradnie zabić mnie pragnęła.

PYTYA.

Słyszałam. Zbyt pochopnyś do krwawego dzieła.

ION.

Czyż mają nam bezkarnie uchodzić morderce?

PYTYA.

Macocha dla pasierbów zawzięte ma serce.

ION.

My zasię dla macochy, co nam krzywdę czyni.

PYTYA.

O nie tak, gdy do ojca odchodzisz z świątyni.

ION.

Co czynić mam, odpowiedz, jakie masz rozkazy?

PYTYA.

Do grodu ateńskiego przybyć masz bez zmazy.

ION.

Bez zmazy człek, co zabił swoje krzywdziciele.

PYTYA.

Ty nie mów tak! Posłuchaj, rady ci udzielę.

ION.

O mów! Dla ciebie wszystko najchętniej poświęcę.

PYTYA.

Azali widzisz sprzęt ten, który trzymam w ręce?

ION.

Koszyczek widzę stary, owinięty w zwoje.

PYTYA.

W koszyku tym znalazłam ciebie, dziecko moje.

ION.

Co mówisz?! O nieszczęsnej powiadasz mi sprawie.

PYTYA.

Milczałam, ale teraz wszystko ci wyjawię.

ION.

Milczałaś, choć upłynął odtąd czas tak długi?

PYTYA.

Bóg pragnął cię policzyć między swoje sługi.

ION.

A teraz mnie już nie chce? Po czem sądzić o tem?

PYTYA.

Odnalazł ci rodzica i śle ci z powrotem.

ION.

Z rozkazu czy dla innej milczałaś przyczyny?

PYTYA.

Loksyasz mi nakazał, abym cię, jedyny —

ION.

O dokończ, co zaczęłaś, za słowo cię biorę! —

PYTYA.

— Znalazłszy, na dzisiejszą zachowała porę.

ION.

Na jaką, powiedz, korzyść, czy na jaką szkodę?

PYTYA.

W pieluszkach tych znalazłam twoje ciałko młode.

ION.

Bym matkę swą odszukał, podajesz sposoby?

PYTYA.

Chce bóg, czego nie pragnął snać aż do tej doby.

ION.

Szczęśliwy dzień to dla mnie, dzień objawień rzadki.

PYTYA.

Więc zabierz to i szukaj teraz śladów matki!

ION.

Przebiegnę całą Azyę i krańce Europy.

PYTYA.

Idź, sam tego dociekaj, wpadłszy już na tropy.
Zaiste, z woli bożej wychowałam ciebie,
A teraz ci oddaję to, co snać w potrzebie
Jakowejś bóg polecił znaleźć i do chwili
Ukrywać. Lecz dlaczego, to się darmo sili
Odgadnąć dziś mój rozum. Z śmiertelnych na ziemi

Nie wiedział nikt, że mam to i że przed ludzkiemi
Ukrywam to oczami... Żegnaj! Jak swe dziecię
Rodzone ściskam ciebie!... [Idź i śledź po świecie,
Gdzie znaleźć rodzicielkę; czy z tego cię miasta
Delficka przed latami zrodziła niewiasta,
By rzucić cię pod progi świątyni, to wprzódy
Wybadaj, a zaś potem między greckie ludy
Idź szukać. Wszystkom rzekła, co rzec było trzeba
Ze strony mej i twego kierownika Feba.]

ION.

Ach! Ach! Łzy mi gorąco ze źrenicy płyną,
Jeśli się zastanowię nad matką jedyną,
Co gdzieś mnie porzuciła, płód tajnej miłości,
I piersi mi nie dała, że, przyniesion w gości
Do bożej tej świątyni, podłożony skrycie,
Służebne, bezimienne prowadziłem życie.
Zbawienne były dla mnie zarządzenia boga,
Lecz drogi losu twarde. Dola-ż to nie wroga,
Że, miast na łonie matki zażywać rozkoszy,
Jam był pozbawion pieczy, która troski płoszy,
Uścisków rodzicielki! Lecz nieszczęścia siła
Upadła też i na tę, co mnie porodziła,
Jej los jednaki z moim — toć przecie i ona
Radości nie zaznała, syna pozbawiona!
Teraz, zabrawszy koszyk, bóstwu ja go złożę
W ofierze, by przypadkiem nie odnaleźć może,
Czego sam mieć nie pragnę. Jeśli niewolnicą
Jest matka ma, to lepiej z taką się rodzicą
Pożegnać raz na zawsze, niż ją znaleźć... Febie,
Podarek ten dziś składam w świątyni dla ciebie!
Czy jednak słusznie robię? Czyż się nie sprzeciwię

Woli samego boga, który mi, o dziwie!
Przechował ślady matki? Otworzyć to muszę
I losom bez szemrania poddać moją duszę.
Nikt bowiem się nie wyrwie z ręki Przeznaczenia...
O lube, święte wstęgi, coście strzegły mienia
Drogiego! Cóż kryjecie przedemną? Cóż wami
Związano? Krągłe wieko koszyka, latami
Niezdarte! Snać bóg zrządził, że nie zmarniał w pyle
Choć tyle lat ukrywał te skarby, ach! tyle!

KREUZA.

O jakiż to jest dla mnie widok niespodziany!

ION.

Ty milcz! Już ty za wielkie widzisz tu przemiany!

KREUZA.

Nie myślę dłużej milczeć! Gniewasz się daremnie!
Oglądam przecież koszyk, który był przezemnie
Porzucon [razem z tobą przy twem urodzeniu]
W jaskini Kekropsowej, w »Długich« opok cieniu!
Odejdę od ołtarza, choćbym umrzeć miała!

ION.

Pochwycić ją! Świętego przybytku zakała
Skoczyła od ołtarza, jak gdyby szalona —
Hej! brać ją i powiązać! Skrępować ramiona!

KREUZA.

Mordujcie! Zabijajcie! Dłonie już niczyje
Nie wydrą mi koszyka wraz z tem, co on kryje!

ION.

A cóż to za niewiasta! Chce zabrać, co moje.

KREUZA.

Przyjaciół drogich sobie znalazło się dwoje.

ION.

Jam drogi ci, a chciałaś mordować mnie przecie.

KREUZA.

Rodzicom cóż droższego, jeśli nie ich dziecię?!

ION.

Zaniechaj raz tych krętactw! Fałszu ci dowiodę.

KREUZA.

Do tego właśnie zmierzam — nie na swoją szkodę.

ION.

Czy próżny jest ten koszyk, czy w sobie co mieści?

KREUZA.

Pieluszki, w których ciebie rzuciłam w boleści.

ION.

Czy możesz je opisać, nim ci je pokażę?

KREUZA.

Jeżeli nie opiszę, śmierć ja przyjmę w darze.

ION.

Zdumiewa mnie ta pewność siebie coraz więcej.

KREUZA.

Jest tkań tam, którą tkałam w mej dobie dziewczęcej.

ION.

Dziewczęta różne wzory tkają w swojej wiośnie.

KREUZA.

Robota nieszczególna, snać pierwsza przy krośnie.

ION.

Przedstawia co? bom wierzyć nie bardzo gotowy.

KREUZA.

Gorgony wizerunek w pośrodku osnowy.

ION.

O Zeusie! Jakiż los to z rąk twych na mnie idzie!

KREUZA.

Są żmije na obwodzie, niby na egidzie.

ION.

Masz wstęgi i pieluszki! Znalazłem je oto!

KREUZA.

O dawna rąk dziewiczych przy krośnie roboto!

ION.

Cóż jeszcze jest ponadto? Możeś li — odgadła?

KREUZA.

Dwóch smoków są tam jeszcze złociste widziadła.

ION.

Ateny dar, z nim każe pono chować dzieci?

KREUZA.

Ten przykład Erychtonia z lat nam dawnych świeci.

ION.

A na cóż te ozdoby? Czemu służą one?

KREUZA.

Na szyi ma je dziecko nowonarodzone.

ION.

Są smoki... A z tem trzeciem jakie powiesz związki?

KREUZA.

To wieniec, com go splotła z zielonej gałązki
Oliwki, którą pierwsza Atena sadziła
Na skale. Pozostała mu świeżości siła.
Jeżeli jest w koszyku, nie zwiądł do tej pory.

ION.

O matko ma najdroższa! Jakże jestem skory
Powitać cię, do lic się twych tulić bez końca!

KREUZA.

O dziecię, ty dla matki droższe, niż blask słońca,
Światłości ma jedyna — niech mi bóg wybaczy! —
W objęciach mam cię moich po długiej rozpaczy!
Myślałam, że już dawno jesteś pogrzebiony,
Że dawno gościsz w mrocznych izbach Persefony!

ION.

Rodzico ty ma droga! W głowie mi się roi,
Żem skonał i zmartwychwstał przy tej ręce twojej!

KREUZA.

O hej! O hej!
Wy jasne powietrzne okręgi!
Jakiejże dobędę potęgi
Z radosnej piersi mej,
Aby rozgłośnie
O błogiej zanucić wiośnie,
Która wróciła dziś do mnie!
Skąd mnie spotkały
Te tak ogromnie
Niespodziewane szały?
Skąd taka rozkosz po nędzy?!

ION.

Wszystkiego bym się, matko, spodziewał tu prędzej.
Niż tego, że ja właśnie twym synem być mogę!...

KREUZA.

Dotychczas czuję trwogę.

ION.

Że może nie masz jeszcze, choć mnie masz...

KREUZA.

O, miła
Już mnie nadzieja dawno opuściła!
Niewiasto, któż w onej dobie
Przyniósł dzieciątko tobie
Czyje ci ręce
Przyniosły to ciałko dziecięce
W ten boży dom Loksyasza?

ION.

Opatrzność to sprawiła! Taka dola nasza!
Więc bądźmy dziś weseli, jak byliśmy smutni.

KREUZA.

O, nie bez gorzkich łez
Jam, synu, dawała ci życie!
A potem, rzucając cię skrycie,
Jaknajokrutniej
Opłakiwałam twój kres,
A dziś, najszczęśliwsza rodzica,
U twego oddycham lica!

ION.

I moje ty wyrażasz i twe szczęście własne!

KREUZA.

Już bez potomstwa nie zgasnę,
Nie umrę już bez dziecięcia!
Dom ma ognisko, nie zginie,
Kraj ma swojego księcia!
Już boża moc
Promienistego słońca
Będzie świeciła bez końca
Erechteusza dziedzinie!
Jaż w noc,
W jej mroźny, zabójczy chłód
Nie będzie spoglądał mój ród!

ION.

O matko, spraw to dla mnie, by i ojciec, proszę,
Podzielić mógł dziś z nami te słodkie rozkosze!

KREUZA.

Co mówisz? ach!
Jakiż mi słowa twe wlewają strach?

ION.

Dlaczego?

KREUZA.

Innej krwi ty, innej! Jak się boję!

ION.

Bękarta więc nosiło młode łono twoje?

KREUZA.

Tak! Ślubów mych, synu kochany,
Nie uświęciły pochodnie i tany
W weselnem gronie,
Gdym miała cię począć w łonie.

ION.

O! gminny mój początek! Skąd się wziąłem? Powiedz!

KREUZA.

Gorgony zabójczyni —

ION.

Ciemny twych słów manowiec —

KREUZA.

Co przy niej,
Przy mojej skale włada,
Na wzgórze oliwek —

ION.

Biada!
Same zagadki! —

KREUZA.

Ona
Niech mi poświadczy, zwolona,
Że przy Opoce słowiczej
Bóg Fojbos —

ION.

Cóż on się tu liczy?
Twa mowa wielce jest ciemną —

KREUZA.

W skrytej się ze mną
Złączył miłości.

ION.

Mów! We mnie na twe słowa jasna radość gości!

KREUZA.

Płacząca, bolejąca,
W dziesiątym obiegu miesiąca
Fojbowi jam cię powiła!

ION.

Me szczęście, jeśli prawdę rzekłaś, matko miła!

KREUZA.

W pieluszki-m cię zawinęła.
W panieńską twej matki robotę,
Ty moje dziecko złote,
W niewprawne czołenka jej dzieła!
Jenoś nie zaznał mleka,
Pierś matki od ciebie ucieka.
Kąpieli-m ci też żadnej
Nie sposobiła, lecz w zdradny
Pusty zaniosłam zakątek,
Tam, gdzie był twój początek —
Zaniosłam te moje bogactwa
Na żer dzikiego ptactwa,
Iżby przepadły bez śladu
W mrocznych przepaściach Hadu.

ION.

Okrutny spełniłaś czyn!

KREUZA.

Niech mi uwierzy mój syn,
Że tylko z wielkiej trwogi
Na te zaniosłam go drogi,
Żem na śmierć wbrew woli go dała!

ION.

Tak ja cię zabiłem bez mała!

KREUZA.

Goniła nas straszna nawała
I strasznie dziś jeszcze goni
Po tej burzliwej toni,

To tu, to tam znowu miecie
Naszymi losami, o dziecię!
Lecz wszystko się zmienia na świcie,
Dlatego mamy nadzieję,
Że wiatr nam już dobry zawieje!
Dość już mieliśmy burzy,
Więc już nam nie zanurzy
Tej biednej dotąd łodzi
W posępnej nieszczęść powodzi.

PRZODOWNICA CHÓRU.

Patrzący na to wszystko, niechże umysł człeczy
Nie myśli, że na świecie niema dziwnych rzeczy.

ION.

O losie, co tysiączne sprowadzasz przemiany
Dla ludzi, dziś żyjących w doli opłakanej
A jutro znowu w szczęściu. Jakaż to nad nami
Wisiała oto groza! Własnemi rękami
O małom matki swojej nie zabił i siebie
W przepaści nie pogrążył, która mnie pogrzebie,
Zdawało się, haniebnie! Ach! ileż to może
Człek przeżyć dnia jednego w tym słońca przestworze!
Znalazłszy cię, o matko, skarb znalazłem wielki
I nikt mi nie przygani, że z tej rodzicielki
I z tego idę ojca!... Ale mam w tej sprawie
Słóweczko, które tobie jedynej wyjawię.
Chodź bliżej! Chcę ci bowiem szepnąć coś do ucha.
Co niechże już pokryje tajemnica głucha:
Odpowiedz, matko miła, czy, jak to się zdarza
Dziewicom, nie upadłaś przez miłość, ołtarza
Ślubnego nie znająca, i teraz, odemnie
Chcąc hańbę tę odwrócić, zwalasz tak naremnie

Na boga swoja winę i mówisz, żem Feba
Jest synem, choć innego zwać mi ojcem trzeba?

KREUZA.

Przenigdy! Na Atenę, co w walce zwycięskiej
Na wozie Zeusowym tyle strasznej klęski
Zadała ziemiorodom, święta pani nasza!
Masz ojcem nie człowieka, tylko Loksyasza.

ION.

Dlaczego więc innemu przyznał swego syna?
Ksutosa mną obdarza! Jakaż w tem przyczyna?

KREUZA.

Nie mówi, że mu dzisiaj jego zwraca dziecię.
A tylko, że go synem uracza. Toć przecie
Nieraz swym przyjaciołom dają przyjaciele
Swą dziatwę, by ich spadek przypadł jej w udziele.

ION.

Czy prawdę, czy kłam mówił bóg w wyroczni swojej,
To właśnie tak mnie słusznie, matko, niepokoi.

KREUZA.

Posłuchaj, co mi wpadło. Dla twojego dobra
Wprowadza cię Loksyasz w zacny dom. Myśl chrobra,
Bo jeślibyś miał syna li bożego miano,
Ni całejby spuścizny tobie nie przyznano,
Ani nazwiska ojca. Zataiłam sama
Ten związek mój z Fojbosem, myśląc, że tu plama,
I zabić chciałam ciebie. Z dobroci jedynie
Innego daje-ć ojca, ty luby mój synie!

ION.

Z tą myślą tak się łatwo pogodzić nie mogę,
Więc pójdę do przybytku i uśmierzę trwogę.
Spytawszy się Fojbosa, kto jest mym rodzicem,

Czy on, czy ktoś z śmiertelnych... Ha! Z promiennem licem,
Jak słońce, nad tym mirrą owiamym przybytkiem
Bogini się unosi! Nie bywa z pożytkiem
Oglądać boże duchy nie w porę! Więc dalej!
Najwyższy czas, o matko, byśmy uciekali.

Jawi się

ATENA.

Zostańcie! Jam nie wrogiem, który was przestrasza,
I tu i tam, w Atenach, przyjaciółka wasza.
Przybywam chyżo do was, patronka twej ziemi,
Na rozkaz Apollona, co sam przed waszemi
Oczami stanąć nie chciał. Lękał się przygany
Za dawny swój postępek. Ale wam oddany,
Przezemnie śle te słowa, że przez Apollona
Została ongi tobą, synem, zapłodniona
Ta tutaj i że on cię daje w ręce człeka,
Który nie spłodził ciebie, ale że cię czeka
Szczęśliwość w godnym domu. Lecz gdy się już sprawa
Wydała, kiedy ujrzał, że matka nastawa
Na życie twe, a ty znów godzisz na jej życie,
Zapobiedz pragnął temu. Przemilczawszy skrycie
Ojcostwo, chciał, abyście dopiero w swem mieście
Ateńskiem usłyszeli, kto cię tej niewieście
Onego czasu spłodził i żeś synem Feba.
Że jednak polecenia dokończyć mi trzeba,
Gdyż po tom do rydwanu zaprzęgła rumaki,
Obwieszczam boży wyrok: Na Kekropsa szlaki,
Kreuzo, zabierz syna i osadź na tronie
Królewskim: Z Erechteja jest rodu i w dłonie
Ma prawo ująć berło mej ziemi. A chwałą
Okryje się niezwykłą na Helladę całą:

Mieć będzie czterech synów, a ci swoją władzą,
Z jednego pnia wyrósłszy, nazwiska nadadzą
Narodu czterem szczepem, osiadłym u mojej
Opoki. Jeden sobie nazwisko przyswoi
Od króla Geleona, drugi zwać się będzie
Hopletów pokoleniem, zaś następny w rzędzie
To owy szczep Argadów, poza tymi idzie
Lud czwarty, Egikorzy, tak po mej egidzie
Nazwani. Rozmnożone ich wnuków szeregi
Cykladzkie zajmę wyspy i nadmorskie brzegi
I, wznosząc liczne miasta i różne osady.
Przyczynią się do chwały ojczystej Hellady.
Dwie sobie przeciwległe zamieszkawszy ziemie,
Brzeg Azyi i Europy, nazwie się twe plemię
Narodem Iończyków i sławą się wielką
Okryje... I ty jeszcze będziesz rodzicielką,
Kreuzo: Ksutosowi dasz synów, na czele
Dorosa, który miastu swemu chwały wiele
Zgotować ma w Dorydzie. Zasię syn twój drugi,
Achajos, na Pelopsa powędruje smugi
I w mocy swej ryońskie będzie miał wybrzeże.
I lud, który nazwisko swe od niego bierze,
Raduje się i szczyci tem wielce. Podzięka
Należy się Fojbowi, że tak jego ręka
Rozumnie zarządziła to wszystko... Toć przecie
Rozwiązał cię bez bólu, że o tem nikt w świecie
Nie wiedział nic, a dalej, gdyś rzuciła syna
W pieluchy owinąwszy, jego to przyczyna
Sprawiła, że się Hermes udał po to chłopię
I przyniósł je na rękach tutaj, gdzie na stopie
Swobodnej się chowało, od śmierci zbawione.
Że jesteś jego matką, o tem milcz! Koronę

Uciechy niech ma Ksutos, niechaj żyje w złudzie.
A ty ażebyś mogła po okrutnym trudzie
Szczęśliwie wrócić do dom. Wielkie was rozkosze
Czekają po mozołach. To wam dzisiaj głoszę.

ION.

Wszechmocnego córko Zeusa, o Pallado! Słowa twoje
Przyjmujemy z pełną wiarą. Już ja tego się nie boję
Iżbym nie był Apollona i jej synem. Przedtem jeszcze
Wiarygodne mi się zdały te wyroczne prawdy wieszcze.

KREUZA.

I mnie słuchaj: Fojbosowi ja wyrzutów już nie robię,
Choć czyniłam je poprzednio! Dziś synaczka mam przy sobie
Dzięki niemu, a myślałam, że już o nim całkowicie
Był zapomniał. Wrota święte, jak pięknemi się widzicie
W moich oczach! Fojbosowe ty siedlisko jakżeś lube,
Choć poprzednio, tak się zdało, gotowałoś dla mnie zgubę!
Na pierścieńcu bożych wrótni chętnie teraz rękę kładę —
Serce moje was pozdrawia, tak szczęśliwe, ach! tak rade!

ATENA.

Nawróciłaś się, to dobrze! Zacnie, że już chwalisz Boga!
Zwolna kroczy wam z pomocą, ale pewna jego droga!

KREUZA.

Powracajmy synu miły!

ATENA.

Ja za ścieżki też waszemi!

ION.

Przezaszczytna towarzyszko!

KREUZA.

Opiekunko naszej ziemi!

ATENA.

Na pradawnym zasiądź tronie!

ION.

Szczytne dla mnie panowanie!

CHÓR.

Synu Zeusa i Latony, Apollinie! Niech się stanie
Chwała tobie!... Człek, choć widzi, jakie w dom mu biją gromy,
Winien bogów czcić i zawrze mieć otuchę. Boć świadomy
Juści skutek, że cnotliwi dostępują swej zapłaty.
Zaś dla niecnych, że są niecni, Bóg zarządza same straty!






Przypisy

  1. Artemidy i Apollona.
  2. Herakles.
  3. Giermek Heraklesa.
  4. Chimery.
  5. Atena.
  6. Jezioro w Afryce, nad którego brzegami urodziła się Atena.
  7. Pierwotna lira o strunach naciągniętych na skorupie żółwia.
  8. D. 20 września i 20 października wychodziła precesja z miasta do Eleuzis. Niesiono w niej boga Jakcha (Dyonizosa), tańczono i śpiewano. Cudzoziemcom nie było wolno brać udziału w tej uroczystości.
  9. Demetery i Persefony.
  10. Parnasu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eurypides i tłumacza: Jan Kasprowicz.