Strona:PL Eurypidesa Tragedye Tom II.djvu/254

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Roznieca hen! u góry swoje światło lśniące,
Z nią razem lśnią Hyady, ów znak dla żeglarzy,
I ta, co gwiazdy płoszy, Jutrzenka się jarzy.
Na ścianach znowu inne rozwiesił tkaniny:
Tu łodzie barbarzyńców śród morskiej głębiny
Na greckie idą statki. Tam w bitewnym trudzie
Potwory, półzwierzęta, a na poły ludzie,
Tu harce na rumakach, tam łów na jelenie
I dzikie lwy. Na końcu Kekropsa wymienię:
U wejścia na makacie toczy kręgi węża
Śród córek swych, ofiarny ateńskiego męża
Podarek. W środku dzbany poustawiał złote.
Na palcach przystanąwszy, herold na ochotę
Biesiadną wezwał wszystkich, co mieliby wolę
Przybycia. I zebrani usiedli przy stole,
Kwiatami uwieńczeni. Gdy się nasycili,
Staruszek w środek sali wystąpił tej chwili
I śmiechy jął ogromne śród zebranych gości
Biesiadnych wywoływać zbytkiem usłużności.
To wodę do umycia rąk podawał w dzbanku,
To mirrą gmach okadzał, to znów bez ustanku
Lał wino do czasz złotych. Sam się z własnej chęci
Roboty tej podjąwszy, snuje się i kręci
Bez końca. A gdy przyszła już kolej na fletnie
I wspólny miał już krążyć roztruchan, on przetnie
Zabawę głośnym krzykiem: »Precz mi z naczyniami
Małemi! Przynieść wielkie, aby między nami
Zawrzała żywsza radość!«... Trud to był bez miary
Przynosić one srebrne i złote puhary.
Najokazalszy wybrał dla nowego pana —
Pokazać chciał, juk wielce dusza mu oddana.
Nalawszy potem wina do tego kielicha,