Strona:PL Eurypidesa Tragedye Tom II.djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Trucizny też zabójczej domieszał doń zcicha,
Kropelkę, którą pono dała mu królowa,
Ażeby młodzieńcowi była śmierć gotowa.
Lecz o tem nikt nie wiedział. Gdy w ręku już czarę
Miał syn odnaleziony i bogom ofiarę
Chciał wylać wraz z innymi, z ust jednego sługi
Nie dobre padło słowo. Ion, jak nikt drugi,
W wróżbiarskich biegły sprawach, jako że chowany
Od pierwszych dni pomiędzy świątynnemi ściany,
Za zły to znak uważał i kazał w te pędy
Dać inny sobie kielich, by spełnić obrzędy,
Poprzedni zasię trunek wylawszy na ziemię
I innym to zleciwszy spełnić. Ciszy brzemię
Odrazu zaciężyło na sali. Tej pory
Wypełniliśmy wodą święconą amfory
I sokiem z wzgórz biblińskich. W czasie tego wpada
Do izby tej biesiadnej gołębi gromada,
Gnieżdżących się bezpiecznie w domu Loksyasza.
Nikt bowiem ich z świątyni bożej nie wypłasza.
Wylane było wino i one zanurzą
W te tropy krase dzióbki i słodką kałużą
Żądliwie się raczący, wchłaniają w gardziółka
Pierzaste owy trunek. I szwanku ta spółka
Ptaszęca nie doznała z tej zalewki świętej.
Lecz jeden przysiadł w miejscu, gdzie, przeczuciem tknięty,
Ów nowy syn swój trunek był wylał, i wina
Skosztuje i odraza skrzydełka rozpina
Śród strasznych drgań i krakań śmiertelnych i, stopy
Szkarłatne wyprężywszy, umiera... W te tropy
Wyciągnie ponad stołem owy, przez wyrocznię
Przyznany syn z pod płaszcza swe ramię i pocznie
Wygrażać: »Co za człowiek czyhał na me życie?