Strona:PL Eurypidesa Tragedye Tom II.djvu/256

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Mów, starcze! Tyś mi przecie nadskakiwał, skrycie
Myślący mnie mordować, z twych rąk wziąłem czarę
Zabójczą!« I schwyciwszy go za ramię stare,
Jął badać, jak człowieka, którego schwycono
Na świeżym snać uczynku. I z trudnością pono
Wyjawił pod przymusem zamiar, tak niegodnie
Uknuty, cel napoju i Kreuzy zbrodnię.
I wziąwszy biesiadników ze sobą, odrazu
Wybiegnie ten przyznany z wyroczni rozkazu
Młodzieniec i w obliczu władz pityjskich stanie
I rzeknie: »Ziemio święta! Oto jest knowanie!
Pragnęła struć mnie obca z Erechteja domu
Niewiasta!«... Jednogłośnie, pomna tego sromu
Delficka zaraz zwierzchność uchwala ze skały
Władczynię naszą strącić, że ręce jej chciały
Osobę zabić świętą i boży przybytek
Pokalać krwawym mordem. I lud grodu wszytek
Niewiasty szuka biednej, która się w tę drogę
Na biedę swą wybrała. Pędziło niebogę
Pragnienie, by mieć dzieci, do świątyni Feba:
I dzieci mieć nie będzie i umierać trzeba!

CHÓR.

Wszelkie nadzieje prysły.
Nie ujdę śmierci już,
Zdradzone nasze zamysły
Przez wino, nalane do krwi
I przez ten zabójczy jad,
Którego użyczył gad
Do tej piekielnej ofiary.
Przez nią mi ginie świat
I pani, strącona z opoki,