Strona:PL Eurypidesa Tragedye Tom II.djvu/276

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Czy on, czy ktoś z śmiertelnych... Ha! Z promiennem licem,
Jak słońce, nad tym mirrą owiamym przybytkiem
Bogini się unosi! Nie bywa z pożytkiem
Oglądać boże duchy nie w porę! Więc dalej!
Najwyższy czas, o matko, byśmy uciekali.

Jawi się

ATENA.

Zostańcie! Jam nie wrogiem, który was przestrasza,
I tu i tam, w Atenach, przyjaciółka wasza.
Przybywam chyżo do was, patronka twej ziemi,
Na rozkaz Apollona, co sam przed waszemi
Oczami stanąć nie chciał. Lękał się przygany
Za dawny swój postępek. Ale wam oddany,
Przezemnie śle te słowa, że przez Apollona
Została ongi tobą, synem, zapłodniona
Ta tutaj i że on cię daje w ręce człeka,
Który nie spłodził ciebie, ale że cię czeka
Szczęśliwość w godnym domu. Lecz gdy się już sprawa
Wydała, kiedy ujrzał, że matka nastawa
Na życie twe, a ty znów godzisz na jej życie,
Zapobiedz pragnął temu. Przemilczawszy skrycie
Ojcostwo, chciał, abyście dopiero w swem mieście
Ateńskiem usłyszeli, kto cię tej niewieście
Onego czasu spłodził i żeś synem Feba.
Że jednak polecenia dokończyć mi trzeba,
Gdyż po tom do rydwanu zaprzęgła rumaki,
Obwieszczam boży wyrok: Na Kekropsa szlaki,
Kreuzo, zabierz syna i osadź na tronie
Królewskim: Z Erechteja jest rodu i w dłonie
Ma prawo ująć berło mej ziemi. A chwałą
Okryje się niezwykłą na Helladę całą: