Strona:PL Eurypidesa Tragedye Tom II.djvu/266

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Woli samego boga, który mi, o dziwie!
Przechował ślady matki? Otworzyć to muszę
I losom bez szemrania poddać moją duszę.
Nikt bowiem się nie wyrwie z ręki Przeznaczenia...
O lube, święte wstęgi, coście strzegły mienia
Drogiego! Cóż kryjecie przedemną? Cóż wami
Związano? Krągłe wieko koszyka, latami
Niezdarte! Snać bóg zrządził, że nie zmarniał w pyle
Choć tyle lat ukrywał te skarby, ach! tyle!

KREUZA.

O jakiż to jest dla mnie widok niespodziany!

ION.

Ty milcz! Już ty za wielkie widzisz tu przemiany!

KREUZA.

Nie myślę dłużej milczeć! Gniewasz się daremnie!
Oglądam przecież koszyk, który był przezemnie
Porzucon [razem z tobą przy twem urodzeniu]
W jaskini Kekropsowej, w »Długich« opok cieniu!
Odejdę od ołtarza, choćbym umrzeć miała!

ION.

Pochwycić ją! Świętego przybytku zakała
Skoczyła od ołtarza, jak gdyby szalona —
Hej! brać ją i powiązać! Skrępować ramiona!

KREUZA.

Mordujcie! Zabijajcie! Dłonie już niczyje
Nie wydrą mi koszyka wraz z tem, co on kryje!

ION.

A cóż to za niewiasta! Chce zabrać, co moje.