Strona:PL Eurypidesa Tragedye Tom II.djvu/238

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Takie dobywasz rozkosze,
Takie melodyi czary,
Napełniające naszych pól zagony,
Krzyk ten podnoszę —
Ciebie ja, synu Latony,
Oskarżać będę bez końca
W obliczu jasnego słońca!


∗                    ∗

Złotymi lśniący kędziory,
Przybyłeś do mnie tej pory
Kiedym zrywała sobie
Ku mego łona ozdobie,
Ku przystrojeniu mej szaty.
Złote szafranu kwiaty.
Za ręce chwyciłeś mnie białe,
Aby mnie zawlec pod skałę,
Aby wbrew mojej ochocie
Gwałt zadać mi w onej grocie.
Daremnie okrzyk mój bieży:
»O matko! O moja macierzy!«
Ty, w swym bezwstydzie,
Acz bóg, folgując Kiprydzie,
Shańbiłeś mnie, przerażoną.

*

Powiłam ci potem syna,
O, ja nieszczęsna dziewczyna,
I by przed matki się okiem
Skryć w zawstydzeniu głębokiem,
Na łoże-m go ono rzuciła,
Gdzie mnie przemogła twa siła,
Gdzie w chęci zbrodniczej niegodnie