Skarb w Srebrnem Jeziorze/Część III/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Skarb w Srebrnem Jeziorze
Podtytuł Powieść z Dzikiego Zachodu
Data wydania 1925
Wydawnictwo Sp. Wyd. „ORIENT” R. D. Z.
Druk Zakł. Druk. „Bristol“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Der Schatz im Silbersee
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część III
Pobierz jako: Pobierz Cała część III jako ePub Pobierz Cała część III jako PDF Pobierz Cała część III jako MOBI
Indeks stron


IV
NAD SREBRNEM JEZIOREM.

W kilka dni później oczom białych, zbliżających się już do celu uciążliwej podróży, przedstawił się potężny widok. Jechali powoli wznoszącym się kenjonem, po którego bokach jeżyły się potężne i wysokie masy skalne. Kolosalne piramidy z piaskowca, pięły się różnobarwnemi pokładami w niebo. Widok ten okazały był jednak martwy; brakło mu życia, ruchu. Między skałami ani kropelki wody, na głębokiem dnie ani źdźbła trawy, na stromych ścianach ani cienia zielonej gałązki czy liścia, którego barwa radowałaby oczy. Suchy obecnie kenjon tworzył niegdyś łożysko rzeki, która wartkie fale wylewała szerokim strumieniem do Colorado. Stąd też na dnie jego leżały grube pokłady okrągłych i wygładzonych kamieni, a przestrzeń między niemi wypełniał piasek. Utrudniało to ogromnie drogę, bo kamienie usuwały się za każdym krokiem z pod kopyt koni i nużyły zwierzęta.
Old Firehand, Shatterhand i Winnetou jechali przodem. Pierwszy z widoczną uwagą przyglądał się otoczeniu. Nagle zatrzymał konia w miejscu, gdzie dwa potężne słupy skalne, opierające się wgórze o siebie, tworzyły wolną przestrzeń, szeroką może na dziesięć stóp, która zdawała się zwężać w głąb; przyjrzawszy się bacznie, rzekł:
— Tutaj z pewnością wyszedłem wówczas, kiedy znalazłem żyłę. Zobaczmy jednak pierwej; może się mylę.
Chciał zsiąść z konia dla przekonania się, ale Apacz zwrócił się ku otworowi i odezwał:
— Niech moi bracia pójdą za mną, bo tu zaczyna się ścieżka, którą możemy sobie znacznie skrócić drogę.
— Znasz tę szczelinę? — zapytał Firehand zaskoczony.
— Tak. Z początku się zwęża, potem rozszerza bardzo i to nie w wąski parów, ale w równą płaszczyznę skalną, która powoli wznosi się wgórę.
— To się zgadza, to się zgadza! A więc jestem w dobrem miejscu. Ta płaszczyzna ciągnie się kilkaset stóp wgórę. A co jest dalej? Czy wiesz?
— Górna krawędź tej tafli spada po drugiej stronie stromo w głąb, w wielki, okrągły kocioł, z którego prowadzi w licznych zakrętach wąska ścieżka w szeroką, piękną dolinę Srebrnego Jeziora.
— I to także się zgadza. Czy znalazłeś może w tym kotle co ciekawego?
— Nie. Tam niema nic; ani wody, ani trawy, ani zwierzęcia. Żaden owad, żadna mrówka nie czołga się po tych wiecznie suchych kamieniach.
— Więc ja ci dowiodę, że można tam znaleźć coś co jest o wiele cenniejsze od wody i trawy.
— Czy masz na myśli żyłę srebra, którą odkryłeś?
— Tak. Dla tego właśnie kotła podjąłem tę daleką jazdę. Naprzód, skręcamy wbok! —
Wjechali do szczeliny jeden za drugim, gdyż nie było dość miejsca dla dwu koni. Wkrótce jednak ściany poczęły się rozstępować; przed jeźdźcami leżał gładki, wznoszący się powoli trójkąt skalny, tworzący wgórze na tle jasnego nieba ostrą, prostą linję.
Jechano wgórę. Zdawało się, że konie wdzierają się na ogromny dach, jednakże pochyłość nie nastręczała zbyt wielkiej trudności. Upłynęła godzina, zanim oddział dostał się na szczyt i teraz przed oczyma jeźdźców ciągnęła się milami równina skalista w kierunku zachodnim. Na jej przedzie był głęboki kocioł, o którym mówili Old Firehand i Winnetou; na lewo w kierunku południowym szła wgórę ciemna kresa — wąwóz, przez który z kotła można się było dostać do Srebrnego Jeziora.
Old Firehand chciał pokazać towarzyszom, co znalazł w kotlinie; Utahowie jednak nie powinni byli o tem nic wiedzieć. Dlatego odprowadzono ich do wąwozu, pozostawiając kilku rafterów na straży. —
Kocioł miał przynajmniej milę angielską średnicy, a dno jego składało się z kamieni i grubej warstwy piasku, otoczonej przez wodę. Inżynier Butler, rzuciwszy dookoła badawcze spojrzenie, odezwał się:
— Może natrafimy na bogatą bonancę. Jeśli rzeczywiście znajduje się tutaj szlachetny metal, to należy się go spodziewać odrazu w znacznych ilościach. To ogromne zagłębienie zostało wymyte w ciągu całych stuleci. Woda, spływająca z południa przez parów, nie mając ujścia, utworzyła wir, który odrywał kamienie i ścierał je na żwir i piasek. Grunt, na którym stoimy, powstał przez powolne osadzanie się i musi zawierać czysty metal, który wskutek swej ciężkości opadał na spód, a więc leży pod warstwą piasku. Jeśli wykopiemy dół na kilka łokci, to się pokaże, czy podróż nasza osiągnęła swój, cel, czy też była daremną.
— Nie potrzeba kopać. Wystarczy przecież przekonać się, czy brzegi tej wyżyny, niegdyś wypełnionej wodą, zawierają poszukiwany kruszec.
— Oczywista. Jeśli w tych ścianach znajduje się srebro, to jest rzeczą zupełnie pewną, że i dno kotła je zawiera.
— Więc chodźcie! Dam wam dowody.
Ruszył wprost ku znanemu sobie miejscu. —
— Kuzynie, serce mi bije, — przyznał się Hobble-Frank Altenburczykowi. — Jeśli znajdziemy srebro, to napcham kieszenie po brzegi i powrócę do domu, do Saksonji. Tam zbuduję sobie na brzegu słodkiej Elby willę i od rana do nocy będę wystawiał przez okno głowę, aby pokazać ludziom, jak wygląda człowiek, który znalazł pokłady srebra.
— A ja, — odpowiedział Droll, — kupię sobie folwark z dwudziestoma końmi, z osiemdziesiątką krów i nic nie będę robił, tylko twaróg, bo w altenburskiem o to przedewszystkiem idzie. —
Old Firehand przystąpił do ściany skalnej, podmytej i pokruszonej w tem miejscu, wyciągnął luźno leżący kamień, jeden, drugi, kilka. Powstała szpara. Firehand sięgnął do niej ręką.
— Z tego, co tu znalazłem, — rzekł — zabrałem próbkę i kazałem zbadać. Zobaczymy teraz, czy z oceną zgodzi się Butler.
Kiedy rękę cofnął, trzymał w niej coś białego z bronzowym nalotem, coś nakształt drutu. Inżynier, zaledwie wziął to do ręki i rzucił okiem, zawołał głośno:
— Nieba! Toż szczere srebro! I to tkwiło w szparze?
— Tak! Wypełniało całą szczelinę. Zdaje się, że sięga ona głęboko w skałę i obfituje w kruszec.
— Wobec tego mogę ręczyć, że czeka nas bogaty połów. Naturalnie znajdzie się więcej takich rozpadlin i szczelin, zawierających czyste srebro.
Westman zaśmiał się i wydobył drugi jeszcze znacznie większy przedmiot. Był to kawał kruszcu wielkości co najmniej dwu pięści; Butler obejrzał go uważnie i zawołał:
— Badanie chemiczne jest naturalnie o wiele pewniejsze, ale mogę przysiąc, że natknęliśmy się na chlorek srebra, a więc rogokrusz srebra, kerargyrit.
— To się zgadza. Analiza chemiczna wykazała chlorek.
— Iloprocentowy?
— Siedemdziesiąt pięć procent czystego kruszcu.
— Co za odkrycie! Rzeczywiście w Utah znajduje się przeważnie rogokrusz srebra. Gdzie jest ta żyła?
— Dalej stąd, po drugiej stronie kotła. Nakryłem ją grubą warstwą rumowiska.
— Mr. Firehand! Tu leżą miljony, a odkrywca jest krezusem! — zawołał Watson, były nadzorca robotników.
— Tylko odkrywca? Pshaw! Wy wszyscy otrzymacie w tem udział. Ja jestem odkrywcą, Butler inżynierem, a reszta będzie pomagać w wydobywaniu srebra. W tym celu przecież was zabrałem. Warunki, na jakich będziemy pracować, i udział, który każdy z was otrzyma, omówimy jeszcze bliżej.
Słowa te wywołały ogólną radość; zdawało się, że nie będzie jej końca. Większość chciała natychmiast podjąć dalsze badania, jednak Old Shatterhand położył kres temu, ostrzegając:
— Nie tak śpiesznie, messurs! Przedewszystkiem musimy pomyśleć o czem innem. Przecież nie jesteśmy tu sami.
— Ale wyprzedziliśmy czerwonych, — zauważył lord, który wprawdzie nie podnosił żadnych pretensyj do odkrytego kruszcu, lecz podzielał entuzjazm innych.
— Wyprzedziliśmy, to prawda, ale nie o wiele. Nawajowie przybędą nad jezioro zaledwie o kilka godzin później niż my, a za nimi naturalnie Utahowie. Nie mamy więc czasu do stracenia, bo musimy się przygotować na ich przyjęcie.
— To prawda, — potwierdził Old Firehand. — Ale chciałbym jeszcze wiedzieć, czy eksploatacja nie natrafi na trudności; aby nam to wyjaśnić, master Butler będzie potrzebował zaledwie kilku minut.
Inżynier rzucił długie, badawcze spojrzenie na otoczenie, poczem zapytał:
— Jak daleko stąd leży Srebrne Jezioro?
— Za dwie godziny będziemy tam.
— Czy leży wyżej niż to miejsce?
— Znacznie wyżej.
— A więc mielibyśmy potrzebny spadek; trzeba jednak rur, choćby początkowo drewnianych. Czy znajdziemy je tutaj?
— Nawet mnóstwo. Srebrne Jezioro jest otoczone lasem.
— Świetnie! Może nie będziemy musieli całej przestrzeni wykładać rurami. Możemy nieco wyżej stąd założyć zbiornik, a z jeziora aż do tego rezerwuaru woda będzie płynąć na powierzchni; stamtąd jednak sprowadzimy ją rurami, aby otrzymać potrzebne ciśnienie.
— Aha, do płuczkami?
— Tak. Unikając gracy i łopaty przy obróbce kamienia, będziemy go rozsadzać wodą, a gdzie sikawki nie wystarczą, użyjemy prochu. Również i grunt, zawierający kruszec, obrobimy wodą.
— Ale woda musi wszak znaleźć odpływ, gdyż zaleje kocioł i nie będziemy mogli pracować.
— Tak, odpływ! Ten trzeba najpierw przygotować. Myślę, że początkowo wystarczy pompa, lub wiadro blokowe do podnoszenia wody na wyżynę, przez którą dostaliśmy się tutaj. Stamtąd sama już pójdzie wdół, a przez szczelinę do kenjonu. Naturalnie, potrzeba nam maszyn, ale to nie nastręczy żadnych trudności i w ciągu miesiąca może być wszystko gotowe. Jedna tylko rzecz nasuwa mi pewne wątpliwości. — Do kogo należy ta ziemia?
— Do Timbabaczów, lecz wpływ Winnetou skłoni ich do sprzedania jej, co każę urzędownie potwierdzić.
— Więc jestem zadowolony. Najważniejsze jest to, że można wodę z jeziora sprowadzić tutaj, nad czem jeszcze zastanowię się w czasie obecnej jazdy. — Jedźmy dalej!
Małą szczelinę, którą Old Firehand odsłonił, zamknięto zpowrotem, a również zasypano wejście do żyły; całe towarzystwo dosiadło koni, aby kontynuować przerwaną jazdę. —
Jeszcze nie dotarli do Srebrnego Jeziora, kiedy dawne łożysko rzeczne, nagle się rozszerzyło, tworząc równinkę, otoczoną skałami, na której znajdował się niewielki stawek. Tu rosła trawa. Wskutek gorąca, braku wody i złej drogi, konie mocno ucierpiały, to też, nie chcąc już słuchać wędzidła, samowolnie rzuciły się na paszę. Jeźdźcy zsiedli, aby im dogodzić.
Inżynier zwracał pilną uwagę na drogę, którą przebywali; teraz spostrzeżenia swe zakomunikował towarzyszom:
— Dotychczas jestem zadowolony. W wądole poddostatkiem jest miejsca nie tylko dla przeprowadzenia wody, ale także dla transportu wszystkich potrzebnych nam przedmiotów. Muszę przyznać, że przyroda okazała się dla nas bardzo łaskawa i...
Przerwał i począł nawoływać, przerażony:
— Ellen! Gdzie jest Ellen? Nie widzę jej nigdzie! —
Po raz pierwszy od dwu dni dziewczynka ujrzała nie tylko trawę, ale także kilka kwiatków; więc nie dziw, że pobiegła je zerwać. Wilgoć pobliskiego jeziora, przesyciła ziemię aż tutaj i roślinność pokryła wąwóz, prowadzący ku jezioru. Ellen, zrywając kwiatki, szła coraz dalej, aż do zakrętu. Właśnie chciała zawrócić, kiedy z poza załomu drogi wyszło trzech mężczyzn, — trzej uzbrojeni Indjanie. Dziewczę struchlało ze strachu; chciało wołać pomocy, ale nie mogło wydobyć głosu. Indjanie szybko rzucili się na nią. Jeden położył jej rękę na ustach, drugi przytknął nóż do piersi, grożąc łamaną angielszczyzną:
— Cicho, inaczej umrzeć!
Tymczasem trzeci posunął się naprzód, aby zobaczyć, do kogo biała dziewczynka należy, gdyż rozumiało się samo przez się, że nie była tu sama. Po dwu zaledwie minutach powrócił i szepnął do towarzyszy kilka słów, których Ellen nie zrozumiała; potem pochwycono ją, a ona nie odważyła się nawet głosu wydobyć.
Po krótkim czasie wąwóz się skończył niezbyt wysokim stokiem, którego dolny brzeg porastały krzaki, połączone wgórze z lasem. Ellen pociągnięto w zarośla, a potem ku drzewom, gdzie siedziała gromada Indjan. Broń leżała przy nich, ale natychmiast pochwycili za nią i zerwali się, zobaczywszy, że towarzysze nadchodzą z dziewczynką.
Ellen, widząc oczy wszystkich skierowane groźnie na siebie, była pewna, że znalazła się w największem niebezpieczeństwie. Wtem przypomniała sobie totem, który podarował jej na okręcie Mały Niedźwiedź. Ten powiedział, że to pismo ocali ją w każdem niebezpieczeństwie. „Jego cień jest moim cieniem, a jego krew jest moją krwią; on jest moim starszym bratem“, brzmiały słowa totemu. Wyciągnąwszy nitkę, na której totem wisiał, odwiązała go i podała temu z Indjan, którego z powodu strasznego wyglądu uważała za niebezpiecznego.
Czerwony rozwinął skórę, przyjrzał się figurom, wydał okrzyk ździwienia i podał totem najbliższemu. Totem przeszedł z rąk do rąk. Twarze się rozjaśniły, a ten, który mówił już do Ellen, zapytał:
— Uff! kto dać ci?
— Nintropan-homosz, — odpowiedziała.
— Młody wódz?
— Tak!
— Gdzie?
— Na statku.
— Wielkie, ogniste kanoe?
— Tak.
— Na Arkanzas?
— Tak.
— To prawda. Nintropan-homosz być na Arkanzas. Kto ludzie tam? — zapytał, wskazując na wąwóz.
— Winnetou, Old Firehand, Old Shatterhand.
— Uff, Uff! — zawołał, a i inni zawtórowali — uff! — Chciał nadal pytać, lecz zaszeleściło w krzakach i wyszli z nich pod wodzą trzech wymienionych biali, którzy w jednej chwili otoczyli czerwonych. Wywiadowca nie zauważył poprzednio Winnetou, teraz dopiero go poznał.
— Wielki wódz Apaczów! — zawołał. — Ta biała dziewczynka ma totem Małego Niedźwiedzia, jest więc naszą przyjaciółką. Porwaliśmy ją, bo nie wiedzieliśmy, czy mężowie, do których należy, są naszymi przyjaciółmi, czy wrogami.
Czerwoni mieli na twarzach barwy błękitną i żółtą, co skłoniło Winnetou do zapytania:
— Wy jesteście wojownikami Timbabaczów?
— Tak.
— Kto was prowadzi?
— Czia-nicas. — Imię to znaczy: „Długie Ucho“; widocznie ten człowiek wsławił się bystrym słuchem.
— Gdzie on? — pytał Winnetou.
— Nad jeziorem.
— Ilu wojowników znajduje się tutaj?
— Stu.
— Czy zebrały się również inne szczepy?
— Nie. Przyjdzie jednakże jeszcze dwustu wojowników Nawajów; pociągniemy z nimi na północ, aby zabrać skalpy Utahom.
— Miejcie się na baczności, aby oni waszych nie zabrali. Czy postawiliście straże?
— Poco? Nie spodziewamy się żadnego wroga.
— Przyjdzie ich więcej, niżbyście chcieli. Czy Wielki Niedźwiedź jest nad jeziorem?
— Tak, a również i Mały Niedźwiedź.
— Prowadźcie nas do nich!
Właśnie nadeszło z wąwozu kilku rafterów z końmi i jeńcami, bo reszta białych poszła pieszo za Ellen. Teraz dosiedli koni, a Timbabaczowie stanęli na przodzie jako przewodnicy. Oddział dotarł na szczyt góry. Potem grunt opadł po drugiej stronie, a wkrótce ujrzano błyszczącą powierzchnię wody — Srebrne Jezioro!
Wysokie jak wieże baszty skalne, błyszczące wszelakiemi barwami, zamykały dookoła dolinę, której długość wynosiła dwie godziny drogi, a szerokość połowę tego. Poza temi bastjonami wznosiły się inne i coraz inne olbrzymy górskie, których szczyty sterczały jedne nad drugiemi. Ale te góry i skały nie były nagie. W rozpadlinach rosły drzewa i krzaki, a im niżej, tem bardziej gęstniał las, który schodził aż w pobliże jeziora; między nim a jeziorem widać było tylko wąski pas trawy.
W pośrodku jeziora leżała zielona wyspa z osobliwą budowlą z cegieł, która zdawała się pochodzić z tych odległych czasów, kiedy to dzisiejsi Indjanie nie wyparli jeszcze pierwotnych mieszkańców Ameryki. Na trawie stały liczne chaty, wpobliżu których przywiązanych było do brzegu kilka kanoe. Wyspa, okrągła, mogła mieć sto kroków średnicy. Starą budowlę pokrywały kwitnące pnącze, a reszta przestrzeni była uprawna jak ogródek i zarośnięta krzewami.
Wierzchołki lasu odbijały się w wodzie jeziora, szczyty gór rzucały cień na jego fale. Mimo to jezioro nie było ani zielone, ani błękitne; raczej błyszczało barwą srebrno-szarą, a ponieważ żaden wietrzyk nie marszczył powierzchni jego wody, przybysze mogli sądzić, że mają przed sobą kotlinę, wypełnioną żywem srebrem.
W chatach i obok nich leżeli Indjanie, mianowicie owych stu Timbabaczów. Pojawienie się białych wywołało wśród nich lekki niepokój, który jednak ustąpił, skoro tylko na czele oddziału ujrzeli swych towarzyszy. Zanim jeszcze biali doszli do owego miejsca, wyszły z chaty na wyspie dwie męskie postacie. Apacz przyłożył dłoń do ust i zawołał:
— Nintropan-hauey! Tu jest Winnetou!
Odpowiedziano mu głośnym okrzykiem; potem obie postacie wsiadły do łódki, przywiązanej u brzegu wyspy, aby popłynąć na drugą stronę. Byli to obaj Niedźwiedzie, ojciec i syn. Wielki Niedźwiedź, wysiadłszy, wyciągnął rękę do Winnetou:
— Wielki wódz Apaczów bywa wszędzie, a gdzie tylko przyjdzie, rozwesela serca wszystkich. — Pozdrawiam także Old Shatterhanda, którego znam, i Old Firehanda, który był ze mną na okręcie!
Kiedy ujrzał ciotkę Droll, po twarzy jego przebiegł uśmiech; przypomniał sobie ostatnie spotkanie z tym śmiesznym człowiekiem i odezwał się, podając mu rękę:
— Mój biały brat jest dzielnym mężem; zabił panterę; witam go!
Tak szedł od jednego do drugiego, podając każdemu rękę. Syn jego zbliżył się do Ellen, która wysiadła z lektyki; skłoniwszy się jej, przemówił łamaną angielszczyzną:
— Mały Niedźwiedź nie spodziewał się, by mógł jeszcze kiedy widzieć białą miss. Co jest celem jej podróży?
— Udajemy się do Srebrnego Jeziora, — brzmiała odpowiedź.
Po obliczu jego przebiegł rumieniec radości, chociaż nie mógł ukryć zdumienia.
— To mała miss pozostanie tu przez pewien czas? — zapytał.
— Nawet na długo, — odpowiedziała.
— Więc proszę, bym mógł zawsze być przy niej. Miss pozna wszystkie drzewa, rośliny i kwiaty. Będziemy łowić ryby i polować, ale ja muszę być zawsze wpobliżu niej, bo tu są dzikie zwierzęta i wrodzy ludzie. Czy miss pozwoli na to?
— Bardzo chętnie! Cieszę się bardzo, że jesteś tutaj.
Wyciągnęła ku niemu rękę, a on — istotnie — zbliżył ją do ust, jak prawdziwy gentleman!
Konie przybyłych odprowadzili Timbabaczowie w las, gdzie stały już ich własne. Wódz czerwonych siedział dotychczas dumnie w chacie i dopiero teraz wyszedł z niej powoli, dość niechętny z tego powodu, że nie troszczono się o niego. Był to człowiek o posępnej twarzy, z długiemi nogami i rękami, które czyniły go podobnym do orangutanga. Stanął zdala i patrzył ponad przybyszów na góry, jakby nie miał z nimi nic wspólnego. Ale się pomylił, bo Droll natychmiast podszedł do niego:
— Dlaczego Długie Ucho się nie zbliża? Czy nie zechce powitać sławnych wojowników bladych twarzy?
Wódz mruknął coś niezrozumiale w swej ojczystej mowie, ale źle się z tem wybrał, bo Droll uderzył go po ramieniu jak starego, dobrego znajomego i zawołał:
— Mów po angielsku, stary hultajul Ja twego języka nie znam.
Czerwony mruknął znowu kilka niezrozumiałych wyrazów, to też Droll obstawał:
— Nie udawaj! Wiem, że mówisz zupełnie dobrze po angielsku.
— N o! — zaprzeczył wódz.
— Nie? Czy znasz mnie?
— N o!
— Czy nie widziałeś mnie jeszcze nigdy?
— N o!
— Hm! Namyśl się! Musisz mnie chyba pamiętać?
— N o!
— Widzieliśmy się poniżej w forcie Defience!
— N o!
— Było nas tam trzech białych i jedenastu czerwonoskórych. Graliśmy trochę w karty, a trochę popijaliśmy. Czerwoni jednak łyknęli więcej, niż biali i wkońcu nie wiedzieli już, jak się nazywają i gdzie są. Potem przespali całe popołudnie i całą noc. No, przypominasz sobie teraz, stary?
— N o!
— Nie? Dobrze! My biali, położyliśmy się także w szopie obok Indjan, bo nie było innego legowiska. Kiedy otarliśmy powieki, czerwoni już odjechali. Czy wiesz, dokąd?
— N o!
— Z nimi zniknął także mój karabin i torba na kule. Kazałem na lufie wyryć C. D. to znaczy „ciotka Droll“. Dziwnym sposobem litery te znajdują się na lufie twej strzelby. Czy wiesz może, jak się tam dostały?
— N o!
— A torba była haftowana perłami i również oznaczona literami C. D. Nosiłem ją przy pasie, tak samo, jak ty twoją. Ale, ku wielkiej radości widzę, że ma ona te same litery. Nie wiesz, w jaki sposób moje litery znalazły się na twojej torbie?
— N o!
— Tem lepiej za to ja wiem, jak moja strzelba znalazła się w twoich rękach, a moja torba na kule u twego pasa. — Zaraz cię od nich uwolnię.
W okamgnieniu wyrwał czerwonemu karabin z ręki, woreczek z za pasa i odwrócił się od niego. Ale czerwonoskóry rzucił się błyskawicznie ku niemu, wołając dość dobrą angielszczyzną:
— Oddaj je!
— N o! — odpowiedział teraz Droll.
— To moja strzelba!
— N o!
— Ten woreczek również!
— N o!
— Jesteś złodziejem!
— N o!
— Oddaj je, albo cię zmuszę do tego!
— N o!
Czerwony wyciągnął nóż. Droll jednak roześmiał się wesoło:
— Ty jesteś Długie Ucho; znam cię jak zły grosz. Jeszcze dłuższe jednak niż uszy, są twoje ręce i palce! Powiedz uczciwie prawdę, a będziesz mógł zatrzymać te przedmioty. A więc mów szczerze: Znasz mnie?
Yes! — odpowiedział czerwony wbrew wszelkim oczekiwaniom.
— Byłeś ze mną w forcie Defience?
Yes!
— Upiłeś się?
Yes!
— A potem zniknąłeś z moją strzelbą i woreczkiem?
Yes!
— Dobrze! Możesz je więc zatrzymać; masz tutaj. A tu jest moja ręka. Zostańmy przyjaciółmi, ale musisz mówić po angielsku i nie wolno ci kraść. Zrozumiałeś?
Pochwyciwszy czerwonego za rękę, potrząsnął nią i zwrócił mu zabrane przedmioty. Ten wziął je i, nie zmieniając wyrazu twarzy, rzekł najprzyjaźniejszym tonem:
— Mój biały brat jest moim przyjacielem. On wie, co jest słuszne i dobre, bo chociaż znalazł te rzeczy u mnie, oddał mi je zpowrotem. On jest przyjacielem czerwonych mężów i ja go miłuję!
— Tak, przyjacielu, ja cię też miłuję. Wkrótce się o tem przekonasz, bo gdybyśmy nie byli przyszli, to z wielkiem prawdopodobieństwem utracilibyście skalpy na rzecz Utahów.
— O, ci nie przyjdą; pobili ich Nawajowie i my wkrótce ruszymy za nimi, aby także zdobyć dużo czupryn Utahów.
— Mylisz się!
— Przecież widzimy wodzów i wojowników Utahów jako waszych jeńców, a więc widocznie zostali zwyciężeni!
— Tych schwytaliśmy na nasz własny rachunek. Nawajowie jednakże zostali haniebnie pobici i uciekli; Utahowie ścigają ich i może jeszcze dziś pojawią się nad Srebrnem Jeziorem.
— Uff! — zawołał Długie Ucho, otwierając szeroko usta.
— Czy to możliwe? — pytał Wielki Niedźwiedź. — Czy ta biała ciotka mówi prawdę?
— Tak, — potwierdził Old Firehand. — Opowiemy wam wszystko, ale najpierw musimy się upewnić, że wrogowie nas nie zaskoczą. Należy się ich spodziewać lada chwila. Niech pięćdziesięciu wojowników Timbabaczów pojedzie natychmiast wdół do kenjonu; Frank, Droll, Davy, Jemmy, Bill i Uncle, pojadą z nimi! W miejscu, gdzie kenjon zaczyna się zwężać, usadowicie się poza skałami. Dość tam wyskoków i zagłębień, za któremi znajdziecie osłonę. Utahowie będą mocno napierać na Nawajów, aby razem z nimi dostać się do jeziora. Macie przyjaciołom użyczyć pomocy i skoro tylko ujrzycie wrogów, pchnąć do nas posłańca. Napójcie jednak przedtem konie i sami przepłóczcie gardła, bo tam wdole ani kropli wody. Wielki Niedźwiedź da wam mięsa.
Mięsa było dosyć; schło rozwieszone na rzemieniach między drzewami. Wody do picia dostarczały potoki, spływające z gór do jeziora. Wkrótce owych pięćdziesięciu ludzi z sześciu białymi stanęło wpogotowiu do wymarszu; prowadził ich Mały Niedźwiedź. —
Dolina Srebrnego Jeziora ciągnęła się z północy na południe, od wschodu i zachodu zupełnie niedostępna; od północy można się było do niej dostać tylko przez kenjon i wąwóz, którym przyszli biali, podczas gdy ku południu wody jeziora wylewały się w szczelinę, stanowiącą jego ujście. Stąd nie można się było spodziewać wroga; raczej mieli nadejść zaprzyjaźnieni Nawajowie.
Ktoby badał otoczenie Srebrnego Jeziora, musiałby dojść do tego przekonania, że jezioro to miało dawniej odpływ nie na południe, lecz na północ do kenjonu. Teraz jednak między jeziorem a kenjonem lężało dość szerokie wzniesienie, podobne do grobli. Samorzutnie powstać nie mogło, a więc zostało sztucznie wzniesione. Ręce jednak, które tę pracę wykonały, rozpadły się już dawno w proch, bo na grobli rosły drzewa, których wiek sięgał co najmniej stu pięćdziesięciu lat. W jakim celu zbudowano tę groblę? Czy żył jeszcze choć jeden człowiek, któryby mógł odpowiedzieć na to pytanie? —
Oddział, wysłany przez Old Firehanda, przejechał przez groblę do kenjonu. Po trzech kwadransach przejście się rozszerzyło; ponieważ ściany skalne miały liczne szczeliny nie tylko wgórze, ale i wdole, więc zdawało się, że stoją na słupach, tworzących krużganki, w których można się było ukryć.
— Tu się zatrzymamy, — rzekł Mały Niedźwiedź, jadący przodem z białymi. — Możemy się ukryć w otworach i jamach.
— A konie odprowadzimy zpowrotem na pewną odległość, — dodał Droll, — aby ich nie było stąd widać, bo łatwo może dojść do walki.
Wskazówki te wykonano, poczem biali i czerwoni ukryli się w zagłębieniach po obu stronach kenjonu; po niedługiem wyczekiwaniu usłyszeli tętent znużonego konia, a wkrótce potem ukazał się jeden jeździec, Nawaj, którego wierzchowiec zaledwie mógł biec jeszcze. Człowiek ten był widocznie ranny, bo odzież miał okrwawioną. Mimo to rękami i nogami ustawicznie pobudzał konia do nowych wysiłków.
Młody Niedźwiedź opuścił kryjówkę i wyszedł na drogę. Skoro Nawaj go zobaczył, wstrzymał konia i zawołał:
— Uff! Mój młody brat! Czy oczekiwani wojownicy Nawajów już nadeszli?
— Jeszcze nie.
— Więc jesteśmy zgubieni! Wielki Duch opuścił nas i przeniósł się do tych psów, Utahów. Napadliśmy na nich w Dolinie Jeleni, ale zostaliśmy odparci. Umknęliśmy, a Utahowie ruszyli za nami i dziś rano natknęli się na nowy, wielki oddział; teraz są czterykroć silniejsi niż my i gonią nas co koń wyskoczy.
— Uff! Więc rozbito was?
— Prawie. O dziesięć strzałów stąd toczy się walka. Mnie wysłano, abym sprowadził pomoc z nad jeziora, bo myśleliśmy, że oczekiwani wojownicy już nadeszli. Teraz jednak jesteśmy zgubieni.
— Jeszcze nie. Zejdź z konia i wypocznij tutaj. Pomoc zaraz nadejdzie.
Należało ciężko udręczonym Nawajom nieść co prędzej pomoc. Pchnąwszy więc posłańca nad Srebrne Jezioro, Nawaja zaś pozostawiwszy przy koniach, ruszono szybko w stronę placu boju. —
Tak; Nawajowie byli w ciężkiej opresji. Konie im wystrzelano. Za ich ciałami znaleźli jedyną osłonę, bo ściany kenjonu były tak gładkie, że nie dawały schronienia. Widocznie zbrakło im pocisków, gdyż strzelali jedynie wtedy, gdy byli pewni celu; kilku najodważniejszych biegało dokoła, zbierając strzały Utahów. Tych było takie mnóstwo, że chociaż stali w kilku szeregach jedni za drugimi, wypełnili całą szerokość kenjonu; walczyli pieszo, pozostawiwszy konie wtyle, aby ich nie wybito.
Wycie na chwilę zamilkło, ujrzano bowiem nadchodzącą pomoc. Biali, kiedy ich kule mogły już Utahów dosięgnąć, stanęli zupełnie odsłonięci na środku kenjonu, przyłożyli karabiny i wypalili. Wycie Utahów było dowodem, że kule nie chybiły. Jeszcze sześć strzałów i ponowne wycie, poczem Timbabaczowie pochylili się ku ziemi i poczołgali naprzód, aby również przyjść do głosu.
Humply-Bill był zdania, że biali nie powinni naraz strzelać, bo w czasie ładowania broni następowała za długa przerwa. Postanowiono więc, że dwu będzie ładować, a dwu strzelać. Wkrótce okazało się, czego może dokazać sześciu dzielnych strzelców z dobremi karabinami; każdy bowiem strzał powalał jednego wroga. Utahowie cofnęli się, a pozostali tylko ci, którzy posiadali strzelby; kule ich jednak nie dosięgały nieprzyjaciół, a bliżej podejść nie śmieli. Wtedy Hobble-Frank zawołał do Małego Niedźwiedzia:
— My w sześciu zatrzymamy ich. Nawajowie niech się cofną poza nas. Powiedz im to!
Syn wodza posłuchał wezwania; czerwoni zerwali się i pobiegli wtył, aby się usadowić poza białymi. Dopiero teraz widać było, jak bardzo Nawajowie ucierpieli: liczyli jeszcze najwyżej sześćdziesięciu ludzi, lecz więcej niż połowa z nich nie miała koni. Szczęściem mogli się cofnąć bez przeszkody, bo i Timbabaczowie pozostali, trzymając Utahów w szachu.
Teraz wybawcy Nawajów rozpoczęli powolny odwrót, a Utahowie ruszyli za nimi, oszczędzając strzał i podtrzymując walkę tylko bronią palną. Tak krok za krokiem dotarli w pobliże miejsca, gdzie się poprzednio ukrywali. Biali radzili schronić się szybko do jam i zagłębień. — Nastąpił nagły odwrót i ci, na których dotąd tak silnie napierano, znikli. Znaleźli się w miejscu bezpiecznem, bo mieli osłonę przed wszelkiego rodzaju strzałami, podczas gdy Utahowie nie mogli się ukryć. Gdyby teraz nadeszła spodziewana pomoc, to spokojnie możnaby było oczekiwać wyniku dalszej walki. —
A pomoc była już w drodze. Old Firehand opowiedział krótko Wielkiemu Niedźwiedziowi, co zaszło. Wódz zaniepokojony odrzekł:
— Ostrzegałem Nawajów i radziłem im zaczekać, aż zbiorą się wszyscy wojownicy, lecz byli przekonani, że Utahowie także się jeszcze nie połączyli, i chcieli znieść każdy oddział zosobna. To też spotkał ich los, który gotowali swym wrogom. Nawet gdyby im się udało umknąć w góry, to liczba ścigających będzie się ciągle zwiększać i łatwo może się zdarzyć, że tu nad jeziorem stanie do tysiąca Utahów.
— A co wtedy będzie z tobą? Czy Utahowie będą cię uważać za nieprzyjaciela?
— Tak.
— To grozi ci największe niebezpieczeństwo!
— Nie.
— Czy dlatego, że masz tu Timbabaczów i oczekujesz jeszcze innych Nawajów?
— Nie; polegam jedynie na samym sobie.
— Nie rozumiem cię.
— Nie obawiam się nawet tysiąca Utahów. Podniosę tylko rękę, a będą zgubieni; w ciągu jednej krótkiej chwili będą wszyscy zabici.
— Hm! Wszyscy?
— Czy nie wierzysz? Tak, ty tego nie możesz pojąć. Wy, blade twarze, jesteście bardzo mądrymi ludźmi, ale żaden z was nie wpadłby na myśl taką.
W głosie jego brzmiało tyle dumy, że Old Firehand wzruszył ramionami. Oczy Old Shatterhanda obiegły jezioro i góry dokoła; po twarzy przemknął mu lekki uśmiech:
— Ty jednak również nie jesteś człowiekiem, który wpadł na ową myśl.
— Nie. Kto ci to powiedział?
— Ja sam. My biali nie możemy wpaść na taką myśl, bo jesteśmy chrześcijanami i brzydzimy się masowym mordem; jesteśmy jednak dość przenikliwi, aby wam wejrzeć w dusze.
— Zdaje ci się, że wiesz, dlaczego nie obawiam się tysiąca wrogów?
— Tak.
— Powiedz!
— Dobrze! A więc możesz zgładzić tysiąc Utahów w kilku chwilach?
— Tak.
— Kiedy staną już w kenjonie?
— Tak.
— Tego nie możesz dokazać ani nożem, ani strzelbą, lecz tylko przy pomocy żywiołów. Przy pomocy powietrza, a więc burzy? Nie! Ogniem? Także nie. Zatem tylko przy pomocy wody!
— Myśli twe są mądre i dobre, ale nic ponadto nie wyłowisz!
— Zobaczymy! Gdzie masz taki ogrom wody, abyś mógł zabić tylu ludzi? W jeziorze. Czy ci ludzie pójdą do jeziora? Nie! A więc jezioro musi pójść do nich; musi nagle wylać swe fale do kenjonu. Czy to możliwe? Przecież leży między niemi wysoka i silna grobla! No, ta grobla nie wznosi się tu od wieków; została zbudowana i to tak, że można ją nagle otworzyć i wyschły kenjon w okamgnieniu zamienić w koryto rwącego strumienia. Czy zgadłem?
Mimo spokoju, jaki Indjanin zachowuje w każdem położeniu, Wielki Niedźwiedź zerwał się i zawołał:
— Uff!... Czy jesteś wszechwiedzącym?
— Nie, tylko zastanawiam się.
— Zgadłeś; rzeczywiście zgadłeś! Ale jak dostąpiłem tej tajemnicy?
— Drogą spadku.
— A jak otwiera się groblę?
— Jeśli mi pozwolisz ją zbadać, to bardzo prędko odpowiem na twoje pytanie.
— Nie, nie mogę ci na to pozwolić. Czy możesz jednak zgadnąć, w jakim celu zbudowano ją?
— Z dwóch powodów. Po pierwsze dla obrony. Zdobywcy okolic południowych przychodzili z północy, a ten kenjon był ulubioną drogą zaborców. Zbudowano więc groblę, aby im drogę zamknąć i móc nagle wodę wypuścić.
— A drugi powód?
— Skarb.
— Skarb?! — zapytał wódz, cofając się. — Co wiesz o nim?
— Nic, ale domyślam się wiele. Widzę jezioro, jego brzegi, otoczenie, i zastanawiam się: zanim powstała grobla, nie było tu jeziora, tylko głęboka dolina, przez którą płynęły do kenjonu potoki. Mieszkał tu naród bogaty; długi czas walczył z napierającymi zdobywcami; wreszcie wodzowie zrozumieli, że muszą ustąpić, uciekać, może tylko na pewien czas. Zakopali więc kosztowności i święte naczynia w dolinie i zbudowali tę groblę, tak, że powstało wielkie jezioro, którego fale miały być niezwyciężonym, niemym strażnikiem skarbu.
— Milcz, milcz! — zawołał wielki Niedźwiedź przerażony. — Nie mówmy o skarbie, lecz tylko o tamie. Tak, mogę ją otworzyć i mogę zatopić tysiąc, a nawet więcej Utahów, jeśli się znajdą w kenjonie. Czy mam to uczynić, gdy przyjdą?
— Na miłość boską, nie! Przecież istnieją inne sposoby pokonania ich.
— Jakie? Czy może broń?
— Tak, a potem mamy wszak zakładników. Są to najznakomitsi wodzowie Utahów i Indjanie, aby ich ratować, zgodzą się na każdy warunek.
— Musimy ich umieścić w bezpiecznem miejscu.
— Czy masz odpowiednie?
— Tak; niech najpierw się najedzą i napiją.
Nakarmiwszy jeńców, przewieziono ich na wyspę.
Old Firehand, Shatterhand i Winnetou udali się tam również, bo zaciekawiało ich wnętrze budowli.
Górna jej część składała się tylko z parteru, przedzielonego murem na dwie części. W jednej było palenisko, druga zaś stanowiła izbę mieszkalną. Była nadzwyczaj ubogo urządzona: mata do zawieszania i prymitywne łoże, to wszystko.
— Tu mają jeńcy pozostać? — spytał Old Firehand.
— Nie, bo nie bylibyśmy ich dość pewni. Znajdzie się tu jeszcze znacznie lepsze miejsce.
Odsunął łoże na bok; składało się z rusztowania i rozciągniętych na niem mat z sitowia i koców. Pod łóżkiem odsłonił się czworokątny otwór, w którym pień drzewa, użyty jako drabina, prowadził wdół. Wódz i Old Shatterhand zeszli do lochu, a reszta miała spuszczać jeńców po jednemu.
Przez otwór dostawało się tylko niewiele światła do tej ciemnicy. Większa niż izba mieszkalna, rozszerzona była w kierunku ogrodu. Przeciwległą ścianę zamykał mur z cegieł; ani drzwi, ani jakiegokolwiek otworu. Kiedy westman zapukał w cienki mur, zabrzmiało pusto; za nim więc, pod izbą z ogródkiem, leżała druga piwnica, choć nie prowadziło do niej żadne wejście!
Utahów spuszczono wdół i położono obok siebie. Old Shatterhand obawiał się, że zbraknie im powietrza, lecz Wielki Niedźwiedź wyjaśnił:
— Będą mogli dostatecznie oddychać. Od powały idą przez mur otwory, bo zbudowany jest z pustej cegły; starzy mieszkańcy tych okolic wiedzieli dobrze, co robią.
Old Shatterhand, jakby mimowoli, stąpnął bardzo silnie: podłoga piwnicy zadźwięczała również pusto. Czyżby tam wdole na dnie wyspy leżały ukryte skarby? — Na dalsze poszukiwania nie miał czasu, bo spuszczono już ostatniego z jeńców i wódz wracał na górę. Old Shatterhand musiał iść za nim. Kiedy przypłynęli do brzegu, ukazał się na spienionym koniu posłaniec, którego pchnięto po pomoc. Wszyscy więc chwycili za broń i pośpieszyli do koni. — Ellen musiała naturalnie pozostać, a z nią dla ochrony ojciec. Wielki Niedźwiedź poradził mu, aby popłynął z córką na wyspę, bo tam będzie bezpieczniej. Oprócz tego wysłano jeszcze silną straż do wąwozu, przez który biali przybyli nad jezioro; wystarczała zupełnie do osłonięcia tyłów. —
Pozostali naglili konie znacznie ostrzej, niż pierwszy oddział; ruszono galopem po kamieniach i w przeciągu kwadransa odbyto drogę. Przed nimi słychać było strzały. Zeskoczyli więc, i, pozostawiwszy konie również wtyle, rozdzielili się na prawo i lewo; niezauważeni przez Utahów, dostali się do rozpadlin skalnych, służących ich przyjaciołom za kryjówkę. —
Utahowie sądzili, że ciągle jeszcze walczą ze szczupłą garstką. Zdawało się im, że już dawno mogli zakończyć rozprawę przez szybki napad i chcieli teraz ten błąd naprawić. Rozległo się wycie, jakby wypuszczono stado dzikich zwierząt, i Utahowie ruszyli naprzód. Przyjęto ich strzałami; po dwóch minutach cofnęli się, pozostawiając mnóstwo zabitych i rannych.
Old Shatterhand stał za słupem skalnym i oddał kilka strzałów, mierzył jednakże tak, aby strzały nie zabijały wrogów, lecz tylko raniły. Teraz ujrzał, że Timbabaczowie wysunęli się naprzód, aby poległych oskalpować; wódz ich znajdował się z nimi.
— Stać! — krzyknął westman gromkim głosem. — Pozostawcie tych ludzi w spokoju!
— Dlaczego? Ich skalpy należą do nas! — odpowiedział Długie Ucho, przyczem wyciągnął nóż i schylił się, aby jednemu z rannych ściągnąć skórę z głowy. W tej samej chwili Old Shatterhand stanął przy nim; przyłożywszy mu rewolwer do skroni, zawołał groźnie:
— Jeśli wymierzysz choć jedno cięcie, zastrzelę cię!
Długie Ucho podniósł się i odezwał tonem przyjacielskiej wymówki:
— Co możesz mieć przeciwko temu? Utahowie byliby nas także oskalpowali!
— Gdybym był z nimi, równieżbym na to nie pozwolił. Nie zniosę tego, przynajmniej wobec żyjących.
— To ci niech zatrzymają swe skalpy, ale zmarłym zabiorę je.
— Jakiem prawem?
— Nie rozumiem cię! — odrzekł czerwony zmieszany. — Zabitego nieprzyjaciela trzeba przecież oskalpować.
— Tu leży ich wielu! Czy zwyciężyłeś wszystkich?
— Nie. Jednego trafiłem.
— Którego?
— Nie wiem.
— Czy zabity?
— I tego nie wiem. Pobiegł dalej.
— Pokaż mi więc takiego zabitego, w którym tkwi kula twego karabinu; wtedy możesz go oskalpować, ale nieprędzej, aż go pokażesz!
Wódz, mrucząc, cofnął się ze swoimi do kryjówki. Wdole, gdzie zgromadzili się odparci Utahowie, powstał krzyk. Ponieważ westman stał dotąd między Timbabaczami, nie mogli go dokładnie widzieć i teraz dopiero poznali. — Rozległy się okrzyki przerażenia-.
— Old Shatterhand! Zaczarowana flinta, czarodziejska strzelba!
Podszedł powoli ku nim i, zbliżywszy się na doniosłość głosu, zawołał:
— Zabierzcie swoich zabitych i rannych! Darujemy ich wam!
Na to wystąpił jeden z dowódców i odpowiedział:
— Będziecie do nas strzelać?
— Nie! — Obrócił się i poszedł do swej kryjówki.
Jakkolwiek czerwoni byli wiarołomni, jednak westmanowi nie przypisywali zdrady. Przytem Indjanin uważa za wielką hańbę opuścić zabitych lub rannych. Utahowie wysłali więc na próbę dwu ze swych ludzi, którzy, zbliżywszy się powoli, podjęli z ziemi jednego z rannych i odnieśli na bok; potem powrócili i zabrali drugiego. Kiedy i teraz nie podjęto przeciw nim żadnych kroków nieprzyjaznych, nabrali ufności i przyszło ich więcej. Old Shatterhand wyszedł z kryjówki i zawołał:
— Pozostańcie! Nie stanie się wam nic złego.
Pozostali, wahając się; on zaś zbliżył się do nich i zapytał:
— Ilu wodzów macie teraz?
— Czterech.
— Który z nich najznakomitszy?
— Kai-Unune[1].
— Powiedzcie mu, że chcę z nim zamienić słów parę! Niechaj odbędzie połowę drogi, a ja drugą połowę; spotkamy się w środku. Broń pozostawimy na miejscu, gdzie teraz stoimy.
Spełniwszy poselstwo, przynieśli odpowiedź:
— Przyjdzie i przyprowadzi trzech innych wodzów.
— Ja wezmę tylko dwóch towarzyszy. Skoro skończycie tutaj, niech przyjdą wodzowie.
Wkrótce zbliżyli się tamci czterej z jednej strony, a z drugiej Old Shatterhand z Firehandem i Winnetou.
Powitali się poważnem skinieniem głowy i usiedli na ziemi naprzeciw siebie. Duma nie pozwalała czerwonym rozpocząć rozmowy. Przez dłuższy czas obie partje patrzyły na siebie wzajemnie, aż wreszcie najstarszy z czerwonoskórych, Huczący Grzmot, straciwszy cierpliwość, postanowił przemówić; podniósł się, a przybrawszy pełną godności postawę, zaczął:
— Kiedy jeszcze ziemia dookoła należała do synów Wielkiego Manitou i nie było u nas żadnej bladej twarzy, wtedy...
— Wtedy mogliście wygłaszać mowy tak długie, jak wam się podobało, — przerwał Old Shatterhand. — Blade twarze jednak lubią mówić krótko.
Kiedy czerwonoskóry wygłasza mowę, to napróżno czekać jej końca; obecna rozmowa zabrałaby może kilka godzin, gdyby Old Shatterhand nie przerwał jej na wstępie. Czerwony rzucił na niego napół zdziwione, a napół gniewne spojrzenie, usiadł i odezwał się:
— Huczący Grzmot jest sławnym wodzem. Liczy znacznie więcej lat, niż Old Shatterhand i nie przywykł, aby mu młodzi mężowie przerywali. Powiedziałem. Howgh!
— Mąż może liczyć wiele lat, a mimo to mieć mniej doświadczenia, niż młody. Chciałeś mówić o tych czasach, kiedy jeszcze nie było tu bladych twarzy, my jednak mamy mówić o dniu dzisiejszym. A ponieważ ja kazałem cię zawołać, więc ja też pierwszy będę mówił. I ja powiedziałem. Howgh!
Była to ostra nauczka, to też tamci zamilkli, a on ciągnął dalej:
— Wymieniłeś moje imię, a więc mnie znasz. Czy znasz także tych dwu wojowników, którzy siedzą obok mnie?
— Tak. To Old Firehand i Winnetou, wódz Apaczów.
— Wiesz więc zapewne, że byliśmy zawsze przyjaciółmi czerwonych mężów. Dlaczego ścigaliście nas?
— Bo jesteście przyjaciółmi naszych wrogów.
— To nieprawda. Wielki Wilk pojmał nas, mimo, że nie uczyniliśmy mu nic złego. Aby ratować życie, musieliśmy się bronić przed Utahami.
— Czy nie zabiliście w „Lesie Wody“ Starego Wodza i nie porwaliście innych dowódców?
— Znowu tylko w tym celu, aby się ratować.
— A teraz czy nie łączycie się z Nawajami i Timbabaczami, którzy są naszymi wrogami?
— To się stało przypadkiem. Szliśmy nad Srebrne Jezioro i spotkaliśmy ich tutaj. Słyszeliśmy, że między wami i nimi ma przyjść do walki, i pośpieszyliśmy, aby sprowadzić między wami pokój.
— My chcemy zemsty, a nie pokoju!
— Zostaliście ciężko obrażeni; to wiemy; ale to niesłusznie z waszej strony, mścić się na niewinnych. Gdyby od was zależało, to bylibyśmy już od rana umarli przy palu męczeńskim, jak tamte blade twarze w Dolinie Jeleni.
— Co wiecie o tem?
— Wszystko. Pogrzebaliśmy ich zwłoki.
— Więc byliście tam?
— Tak. Byliśmy pośrodku was. Słyszeliśmy, co Utahowie mówili, i widzieliśmy, co robili. Stałem z towarzyszami pod drzewem, kiedy Nawajowie przyszli, i widziałem, jak ich odpędziliście.
— To niemożliwe; to nieprawda.
— Ty wiesz, że ja nie kłamię. Zapytaj wodzów Utahów, którzy byli przy tem.
— Jak mamy ich zapytać, kiedy zniknęli? Wielki Duch zabrał ich do siebie.
— Nie. Wielki Duch nie chce nic wiedzieć o takich wiarołomcach i zdrajcach. On wydał ich w nasze ręce.
— Twój język jest fałszywy, bo przemawia w te słowa, aby na nas wymusić pokój.
— Tak, chcę i wymuszę na was pokój, ale mówię prawdę. Kiedyśmy wieczorem byli u was w Dolinie Jeleni, pojmaliśmy trzech wodzów. Udowodnię ci, że mówię prawdę. Co to jest?
Wyciągnął z kieszeni wąski rzemień, wysadzony guzikami, wyciętemi ze skorupy muszli Wenery, i podsunął pod oczy Huczącego Grzmotu.
— Uff! — zawołał stary przerażony. — To wampum[2] Żółtego Słońca!
— A ten? — wyciągnął drugi rzemień
— Wampum wodza Cztery Bawoły!
— A ten trzeci wampum?
Kiedy Old Shatterhand pokazał trzeci rzemień, staremu słowa ugrzęzły w gardle; z gestem przerażenia, wyjąkał w oderwanych zdaniach.
— Żaden wojownik nie odda swego wampum; on święty ponad wszystko; kto ma wampum drugiego, ten go zabił lub pojmał. Czy trzej wodzowie żyją jeszcze?
— Tak. Znajdują się w naszych rękach.
— Co chcecie z nimi uczynić?
— Życie za życie, krew za krew! Zawrzyjcie pokój z Nawajami i Timbabaczami, a wydamy jeńców!
— My również mamy jeńców; wymieńmy ich, wojownika za wojownika.
— Czy uważasz mię za niedorostka, który nie wie, iż wodza wymienia się przynajmniej za trzydziestu wojowników? Zapowiadam ci, że jeśli nie zawrzecie z nami pokoju, to tylko niewielu z was zobaczy rodzinne wigwamy!
Huczący Grzmot utkwił posępne spojrzenie w ziemię. Wtem wstał Old Firehand, przeciągnął swą gigantyczną postać i odezwał się:
— Pshaw! Poco słów, kiedy mamy broń! Niech Huczący Grzmot powie nam szybko, czy chce wojny, czy pokoju. Damy mu, co wybierze: życie lub śmierć!
— Tak prędko nie możemy rozstrzygnąć.
— Dlaczego nie? Czy jesteście mężami, czy skwawami?
— Nie jesteśmy kobietami, lecz wojownikami. — obruszył się. — Mężowi nie przystoi gorąca krew. Odejdziemy i zastanowimy się, co należy czynić. — Kto zechce mówić, wy, czy my, niech da strzał i potem głośno zawoła. Powiedziałem. Howgh! — powstał, skinął lekko głową i oddalił się, a pozostali poszli za jego przykładem.
— Teraz tyle wiemy, co poprzednio! — gniewał się Old Firehand.
— Mój brat mówił zbyt porywczo, — odpowiedział łagodnie i spokojnie Winnetou. — Powinien był pozwolić mówić dalej Old Shatterhandowi. Huczący Grzmot był zamyślony i już poczynał przychodzić do rozsądku.
Widać było, że Old Firehand przyznawał słuszność tym wyrzutom, bo nic nie odpowiedział. Kiedy powrócili do reszty towarzyszy, Długie Ucho przyjął ich zapytaniem:
— Utahów było czterech, a was poszło tylko trzech?
— Wystarczało nas! — odpowiedział niechętnie Old Firehand.
— Ale są tu i inni mężowie! Ja jestem również wodzem i i należę do rady tak samo, jak wy!
— Dosyć było niepotrzebnej gadaniny i bez czwartego.
Długie Ucho umilkł, ale gdyby nie miał twarzy zamazanej farbami, możnaby było poznać, jak go to dotknęło. Wogóle nie dopisywał mu humor: Droll go zblamował, a on nie mógł okazać swego gniewu; potem Old Shatterhand obraził go ciężko wobec jego ludzi, nie pozwalając mu skalpować zabitych wrogów; teraz zaś Old Firehand. Wódz był tchórzem; nie miał dostatecznej odwagi otwarcie wystąpić przeciw nim, ale gniew który tłumił, zapadł mu tem mocnej w serce. —
Wkrótce poczęło się zmierzchać i nastała noc. Wprawdzie nie było obawy, by Utahowie odważyli się na napad, ale mimo to należało przedsięwziąć środki ostrożności. Długie Ucho zgłosił dobrowolnie, że obejmie straże ze swymi ludźmi. —
Linję, idącą wpoprzek kenjonu, tworzyło wraz z wodzem Timbabaczów pięciu ludzi, a Długie Ucho znajdował się na skraju prawego skrzydła. Gniew wrzał w nim ustawicznie; pragnął pokazać białym, że jest tuzem, bez którego nie mogą się obejść. A gdyby tak teraz Utahowie knuli coś, a jemu udało się wyszpiegować? Ta myśl nie dawała mu spokoju; począł czołgać się przed siebie coraz to dalej. Ale nie szło łatwo. Kamienie nie leżały mocno i poruszały się często pod ciężarem jego długich członków. Dlatego musiał całą uwagę zwrócić raczej pod, niż przed siebie. Znowu potoczył się jakiś kamień, — a obok wychyliło się nagle coś ciemnego; dwie silne ręce chwyciły go jak obcęgi za gardło, dwie inne przycisnęły mu ramiona do ciała; stracił przytomność.
Kiedy przyszedł do siebie, leżał pomiędzy dwoma ludźmi, którzy przyłożyli mu ostrza nożów do obnażonej piersi; członki miał skrępowane, w ustach knebel. Przerażony wykonał ruch, który zauważył trzeci człowiek, siedzący u jego głowy. Ten odezwał się cicho:
— Jestem Huczący Grzmot. Jeśli Długie Ucho będzie mądry, nie stanie mu się nic złego. Niechaj da mi znać skinieniem głowy, że słyszał moje słowa, inaczej dostanie nożem!
Dał szybko żądany znak.
— Niech Długie Ucho da znak, czy będzie mówił pocichu, jeśli mu wyjmę knebel? — pytał tamten.
Skinął znowu; Grzmot wyjął mu knebel.
— Jeśli powiesz jedno słowo głośno, — ostrzegał — umrzesz; — jeśli zaś połączysz się ze mną, to otrzymasz część naszego łupu. Odpowiadaj!
Łup! Na dźwięk tego słowa przyszła Timbabaczowi wielka myśl. Podsłuchał był rozmowę Wielkiego i Małego Niedźwiedzia i dotąd jeszcze brzmiało mu w uszach każde słowo. Łup! Tak! tamby był łup, łup, jakiego jeszcze nigdy nie dzielono po walce! W jednej chwili oddał się sprawie Utahów ciałem i duszą.
— Nienawidzę i gardzę tymi białymi — rzekł. — Jeśli mi pomożesz, to zniszczymy ich i obu Niedźwiedzi. Blade twarze mnie obraziły. Muszę wytoczyć ich krew!
— Uff! Będziesz mógł się zemścić! — Niech mój brat powie, czy to prawda, że blade twarze mają w swych rękach naszych wodzów?
— To prawda. Widziałem ich.
— Te psy są chyba w przymierzu z djabłem! Gdzie wodzowie Utahów?
— W domu na wyspie wśród jeziora.
— Kto ich strzeże?
— Jedna tylko blada twarz i jego córka.
— Jeden jedyny człowiek i dziewczyna pilnują tylu dzielnych i sławnych wojowników? Kłamiesz!
— Mówię prawdę. Pomyśl, że jeńcy są skrępowani.
— Tak; wierzę ci! To przecież na wyspie! A ilu wojowników jest na brzegu?
— Zaledwie kilku białych; strzegą drugiego dostępu do Srebrnego Jeziora.
— Uff! Więc droga przez ten kenjon nie jest jedyna? Jest jeszcze druga?
— Tak. Jeśli chcesz, to cię poprowadzę.
— Gdzie ta ścieżka?
— Nieco dalej wdół między dwoma słupami jest szczelina, którą można się dostać do głębokiego kotła; stamtąd prowadzi wąwóz do jeziora.
— Ile czasu potrzeba, aby tą drogą dostać się stąd do Srebrnego Jeziora?
— Trzech godzin.
— To dużo, bardzo dużo!
— Ale nagroda tem większa; w ręce twoje wpadną wszyscy wrogowie, ocalisz wodzów i... — przerwał nagle.
— I... — mów dalej!
— I znajdziesz łup, jakiego nikt jeszcze nie zdobył.
— Łup? U Nawajów? Czy myślisz konie i broń?
— Mówię nie o Nawajach, lecz o obu Niedźwiedziach i Srebrnem Jeziorze, na którego dnie schowano ogromne bogactwa.
— Uff! Kto ci o tem mówił?
— Słyszałem od obu Niedźwiedzi. Wieczorem leżałem w ciemności pod drzewami, gdy wtem Niedźwiedzie nadeszli, stanęli tuż obok i, nie spostrzegając mnie, poczęli rozmawiać o skarbach.
— Jak dostały się one na dno jeziora?
— Ukrył je lud, który mieszkał tutaj przed dawnemi czasy i został ujarzmiony.
— Jak można je wydobyć, skoro są w jeziorze?
— Można! Tam, gdzie teraz jest jezioro, leżała dawniej sucha dolina. Ów naród zbudował wieżę, której szczyt tworzy obecnie wyspę. Od tej wieży prowadził przez dolinę silny tunel, kończący się tam, gdzie teraz zaczyna się kenjon. Potem wzniesiono mocną i szeroką groblę, aby woda nie mogła odpływać na północ; dolina zapełniła się wodą i zamieniła w jezioro, tworząc ze szczytu wieży wyspę. Wylot tunelu zakryto kamieniami.
— I to wszystko prawda?
— Najzupełniejsza. Przekonałem się o tem, bo odwaliłem pokryjomu kamienie i znalazłem ów chodnik. Tam, gdzie on się zaczyna, leżą pochodnie, które są potrzebne do oświetlenia tunelu. Ten prowadzi po dnie jeziora ku wieży, w której na dolnem piętrze leżą skarby. Chodnik służy również do spuszczania wody do kenjonu celem zniszczenia wrogów, którzyby się tam znaleźli. Otwiera się tunel w jednem miejscu, a woda wylewa się do kenjonu i wszystko, co w nim jest, musi utonąć.
— Uff! Gdybyśmy tak mogli potopić blade twarze!
— Nie! Moi Timbabaczowie potonęliby także!
— To prawda! Ale jeśli rzeczywiście wszystko tak jest, jak mówisz, to biali są zgubieni. Pokaże się, czy jesteś uczciwym. Czy poprowadzisz nas teraz do jeziora?
— Tak; jestem gotów. Lecz jaką część łupu otrzymam?
— To postanowię, skoro się przekonam, że powiedziałeś prawdę. Teraz rozwiążę cię i każę dać konia. Przy najmniejszej próbie ucieczki — zginiesz. —
Wódz wydał cichym głosem rozkazy i wkrótce wszyscy Utahowie siedzieli już w siodłach i wracali kenjonem, naturalnie z największa ostrożnością, aby nie wywołać szmeru. W ten sposób dostali się do miejsca, gdzie biali skręcili z kenjonu w stronę kotła skalnego. Ruszyli tą samą drogą. — Jazda nocą była jeszcze uciążliwszą, niż za dnia, ale czerwonoskórzy mieli prawdziwie kocie oczy, a konie orjentowały się sprawnie... Jechano wgórę pochyłości do drugiej strony kotła, a potem do wąwozu, dokładnie tą samą drogą, którą jechali biali.
Minęły trzy godziny, kiedy Utahowie dotarli tam, gdzie zaczynały się drzewa. Tutaj Długie Ucho zatrzymał się i rzekł:
— Jesteśmy przy tunelu. Wylot znajduje się o kilka tylko kroków. Otworzymy go, odrzucając kamienie. W ten sposób dostaniemy się do wieży i wyjdziemy na wyspę. Tam jest zawsze kilka kanoe; przepłyniemy na brzeg i znajdziemy się na tyłach nieprzyjaciół. Moi Timbabaczowie staną po waszej stronie, jeśli im każę.
— Dobrze! Połowa Utahów zostanie tutaj, połowa pójdzie za nami do tunelu.
Zsiedli z koni; Długie Ucho podprowadził ich na miejsce, gdzie do skały przytykała kupa kamieni. Kiedy odrzucono je, ukazał się ciemny otwór, mający pięć łokci szerokości, a trzy wysokości. Wodzowie weszli do środka i macając dokoła siebie, znaleźli zapas pochodni, sporządzonych z łoju jeleniego i bawolego. Przy pomocy „punksa“ rozniecono światło i wtargnięto do tunelu. Powietrze było stęchłe, ale nie wilgotne. — Posuwali się możliwie szybko, czas jednak dłużył się w nieskończoność. Nareszcie dotarli do obszernej sali, gdzie przy ścianach ułożone były liczne pakunki, osłonięte rogożami.
— To pewno najniższe piętro wieży, a więc wyspy, — odezwał się Długie Ucho. — Może w tych paczkach leżą skarby, o których mówiłem. Czy zobaczymy?
— Tak, — skinął Huczący Grzmot. — Ale nie mitrężmy długo, bo musimy się dostać na wyspę. Później będzie czas na skarby.
Kiedy podniesiono pokrywę z jednej paczki, ujrzano w świetle pochodni figurę bożka ze złota. Posążek sam miał wartość rozległych włości. Owinięto go w rogożę, poczem ruszono dalej.
Wgórę prowadziły wąskie stopnie; starczyły jedynie dla dwóch osób, dlatego czerwonoskórzy musieli iść gęsiego. Naprzedzie postępował Długie Ucho z pochodnią w ręce; jeszcze nie doszedł ostatniego stopnia piętra, kiedy pod sobą usłyszał wołanie, na które odpowiedziały liczne okrzyki trwogi. Stanął więc i obejrzał się, a to, co zobaczył, mogło go porazić. Z tunelu, w którym znajdowało się jeszcze wielu, wielu Utahów, wdzierała się przez całą szerokość i wysokość woda. Pochodnie rzucały promienie światła na nieme, szumiące fale, sięgające ludziom już do pasa, a które wznosiły się wgórę z przerażającą szybkością. Ci, którzy znajdowali się jeszcze w tunelu, byli straceni, bo woda zalała ich natychmiast; po chwili zguba zawisła nad tymi, którzy cisnęli się naprzód, strącając wzajem. Odrzucono pochodnie, aby uwolnić ręce do walki. To też żadnemu nie udało się stanąć na stopniach. Woda rosła tak szybko, że w minutę po pierwszym okrzyku, sięgała już czerwonoskórym do pasa; próbowali pływać, walcząc ze śmiercią i wręcz ze sobą, — daremnie!
Zaledwie sześciu znajdowało się tak wysoko, że mogli pomyśleć o ucieczce; wśród nich byli Huczący Grzmot i Wielki Wilk, a mieli jedną jedyną pochodnię, którą trzymał idący przodem Timbabacz. Wąski otwór w powale prowadził na dalsze piętro, skąd szły wgórę takie same stopnie.
— Daj mi światło i puść naprzód! — krzyknął Grzmot do Timbabacza, chwytając za pochodnię, ale Długie Ucho wzbraniał się wypuścić ją z ręki. Krótka niesnaska trwała jednak dość długo na to, aby woda podeszła wgórę; teraz poszła przez otwór na dalsze piętro. Tu było ciaśniej, niż na dole, to też woda wzbierała dziesięćkroć szybciej.
Długie Ucho, jednakże był młodszy i silniejszy od Huczącego Grzmota, wydarł mu się z ramion i silnem uderzeniem powalił go na ziemię. W tej samej chwili rzucili się nań inni Utahowie; broni nie miał żadnej, a tylko jedną rękę wolną. Już Wielki Wilk podniósł pięść, aby go powalić, gdy wtem długie Ucho zawołał:
— Stać, inaczej rzucę pochodnię do wody, a wtedy wszyscy zginiecie!
To poskutkowało; czerwoni zrozumieli, że mogą się tylko wtedy uratować, gdy zachowają światło. Woda sięgała już do pasa. —
— Więc zatrzymaj pochodnię i idź przodem, ty psie! — odpowiedział Huczący Grzmot. — Ale potem zapłacisz mi za to!
Timbabacz stał już na schodach i szedł dalej; znowu przez wąski otwór dostał, się na wyższe piętro. Stary wódz wypowiedział groźbę zupełnie poważnie. Długie Ucho zdawał sobie z tego sprawę; kiedy przecisnął się przez otwór, stanął i spojrzał za siebie. Poza nim ukazała się głowa Huczącego Grzmotu.
— Nazwałeś mię psem i chcesz się zemścić, — zawołał do niego. — Ty sam jesteś psem i zginiesz jak pies. Ruszaj do wody.
Wymierzył mu nogą cios w twarz. Stary runął i zniknął w otworze. W chwilę później wystawił głowę następny Utah, aby również zniknąć! Długie Ucho dyszał z trwogi i wysiłku, ale po twarzy jego przebiegł wyraz dzikiej radości. — Nagle z ciemnego otworu wysunęło się potężne ramię i ręka jak z żelaza chwyciła za nogę Timbabacza, który ze zgrozą poczuł, że się chwieje, a zaraz potem zabłysła w otworze wykrzywiona od wściekłości twarz Wielkiego Wilka.
Rozpacz dodała Długiemu Uchu siły olbrzyma. Za straszliwą siłą rzucił przeciwnikowi w oczy płonącą pochodnię. Wielki Wilk zawył z bólu i chwycił się obu rękami za głowę, a w tej samej chwili dostał drugie, nieubłagane pchnięcie głownią; potoczył się i spadł w bełkocącą pod nim falę, która wcisnęła się już na następne piętro.
Długie Ucho jedyny pozostał przy życiu. Teraz szedł jeszcze kilka pięter wyżej, ale woda ścigała go z tą samą szybkością. Wtem poczuł powietrze daleko czystsze. Wyjście się zcieśniło i zbrakło schodów; ponacinany drąg jednak, oparty o mur, służył za drabinę. Długie Ucho opierał już nogę o nacięcia, gdy usłyszał ponad sobą głos:
— Stój! Pozostań wdole, inaczej zastrzelę cię! Utahowie chcieli nas zgubić; teraz sami zginęli, a ty umrzesz jako ostatni z nich!
Był to głos Wielkiego Niedźwiedzia. Timbabacz poznał go i odpowiedział, dygocząc z trwogi:
— Ja nie jestem Utahem! Nie strzelaj!
— Kim jesteś?
— Twoim przyjacielem, wodzem Timbabaczów.
— Ach Długie Ucho! Zasłużyłeś na śmierć, bo jesteś odstępcą, zdrajcą!
— Nie, nie! Mylisz się!
— Wykradłeś mi tajemnicę i zdradziłeś ją Utahom Teraz musisz utonąć!
— Niczego nie zdradziłem! — zapewniał czerwonoskóry; woda sięgała mu już po kolana.
— Nie kłam!
— Puść mię! Pomyśl, że byłem twoim przyjacielem!
— Nie! Pozostaniesz wdole!
Wtem odezwał się Old Firehand:
— Puść go! Już dość okrucieństwa! On wyzna winę!
— Tak, wyznam, powiem wam wszystko, wszystko! — prosił; woda sięgała mu do pasa.
— Dobrze! Daruję ci życie! — wychodź teraz!
Czerwonoskóry rzucił do wody pochodnię, aby mieć obie ręce swobodne przy wspinaniu się i wyszedł na górę. Tam ujrzał, że stoi w tej samej izbie budynku, wznoszącego się na wyspie, w której było ognisko. Płonęło przed otwartemi drzwiami; przy padającym od niego blasku ujrzał Wielkiego Niedźwiedzia, Old Firehanda i Shatterhanda. Wyczerpany drogą i ciągłem przerażeniem, osunął się na ziemię; prędko jednak się zerwał, aby wypaść z izby.
— Precz, precz! — krzyczał. — Woda dojdzie aż tutaj, zanim będziemy mogli się uratować!
— Pozostań! — odpowiedział Wielki Niedźwiedź. — Nie masz się czego obawiać; woda nie może wewnątrz wyspy podnieść się wyżej, niż nazewnątrz. Jesteś uratowany; teraz opowiedz, jak zszedłeś ze swego stanowiska i jak się tu dostałeś. —
Upłynęła może godzina od wystawienia placówek, kiedy Old Firehand wyszedł obejrzeć straże. Miejsce, gdzie miał stać Długie Ucho, było puste. Od najbliższego Timbabacza, usłyszał, że wódz się oddalił do Utahów i dotąd nie wrócił.
— Jak dawno odszedł?
— Prawie przed godziną.
— Musiało mu się przydarzyć jakieś nieszczęście; pójdę zobaczyć!
Poczołgał się tam, gdzie poprzednio widział nieprzyjacielskie straże; nie było ich. Posunął się dalej. Nigdzie nie było widać żywej duszy. To napełniło go obawą; przeszedł szybko znaczną przestrzeń kenjonu, jednak nie napotkał nigdzie wrogów; Utahowie zniknęli. Wypadek ten zosobna nie był ani trudny do zrozumienia, ani straszny, lecz razem z nimi zniknął przecież Długie Ucho!
— Musieli go schwytać, — odezwał się Wielki Niedźwiedź. — Odważył się nazbyt wiele; teraz już po nim.
— A po nas również, — odparł Old Firehand.
Jakto?
— Zastanawia mię, że się oddalili. Musieli mieć jakiś niezwykły powód. Ta okoliczność, że w ręce ich dostał się wódz, nie może być przyczyną nieoczekiwanego odwrotu; musiał zajść jakiś zupełnie inny powód który jednak stoi w związku z wodzem.
— Jakaż to może być przyczyna?
— Hm! Niedowierzam Długiemu Uchu!
— Nie wiem, dlaczego nie mamy mu ufać. Nigdy nie okazał się wobec mnie wrogiem.
— Możliwe; a jednak nie jest to człowiek, na którego zdać się można. Czy zna dokładnie tutejszą okolicę?
— Tak.
— A drogę prowadzącą przez kocioł skalny do jeziora?
— Również; był tam ze mną.
— Więc mam już dosyć. Musimy natychmiast ruszyć nad jezioro.
— Dlaczego?
— Bo prawdopodobnie zdradził tę drogę Utahom. Mogę się mylić, lub nie; wiem jednak, że Utahowie odeszli przed godziną i w ciągu dwóch godzin mogą się zjawić nad jeziorem.
— Twarz Długiego Ucha nie jest dobrą, — dodał Winnetou. — Niech moi bracia wracają prędko nad jezioro, inaczej Utahowie będą tam wcześniej od nas i zabiorą do niewoli Butlera i jego córkę. —
Dosiedli koni i ruszyli kenjonem tak szybko, jak na to pozwalały ciemności. Upłynęła z pewnością godzina, zanim dotarto do doliny. Wejście jej obsadzono białymi, gdyż nie można było darzyć zaufaniem Timbabaczów, kiedy brakło ich wodza.
Butlera nie było już na wyspie. Siedział z córką w budynku; pod nimi leżeli jeńcy, rozmawiając ze sobą. Głosy ich dochodziły przytłumione na górę, a brzmiało to tak niesamowicie, że Ellen ogarnął lęk; prosiła ojca, aby opuścili wyspę i przeprawili się na brzeg. Butler przewiózł ją na drugą stronę. Kiedy nadeszła noc, rozpalił ognisko, ale był na tyle przezorny, że nie usadowił się przy niem, lecz cofnął z Ellen w cień; stąd mogli objąć wzrokiem oświetlony plac, sami nie będąc widziani. Ellen ucieszyła się wielce, gdy teraz nadeszli westmani z Timbabaczami.
Biali rozłożyli się dokoła ogniska, a Timbabaczowie rozpalili dla siebie drugie; rozmawiali o zniknięciu wodza.
Od czasu przybycia nad jezioro, Watson, dawny nadzorca, nie miał jeszcze sposobności do rozmowy z Wielkim Niedźwiedziem. Teraz jednak odezwał się do czerwonoskórego.
— Mój czerwony brat nie mówił jeszcze ze mną. Jestem jedną z owych bladych twarzy, które tu w górach spędziły całą zimę. Wówczas żył jeszcze Ikhaczi-tatli, twój dziadek; pielęgnowaliśmy go aż do jego śmierci.
— Dziękuję ci za to, — odrzekł Wielki Niedźwiedź.
— Tak, pielęgnowaliśmy go, a on nam dał za to podarunek. Powierzył nam mianowicie tajemnicę skarbu Srebrnego Jeziora.
— Wielki Ojciec postąpił bardzo źle, mówiąc o tej tajemnicy. Był stary i słaby, a wdzięczność sprawiła, że zapomniał o przysiędze wiecznego milczenia. O tej tajemnicy, przechodzącej z ojca na syna, nie powinien był mówić.
— Więc sądzisz, że i ja nie mam mówić o tem?
— Nie mogę ci tego zabronić, ale musisz wyrzec się korzystania z tego; wszelkie inne twoje życzenia spełnię z radością.
— Czy to mówisz poważnie? — zapytał szybko Old Firehand. — Więc ja wypowiem prośbę zamiast towarzysza.
— Jeśli będzie w mojej mocy, chętnie ją spełnię!
— Do kogo należy ziemia, na której się znajdujemy?
— Do mnie.
— Czy możesz wykazać swe prawa do niej?
— Tak. U czerwonych mężów ma znaczenie słowo; biali jednak żądają papieru z czarnemi znakami. Kazałem taki papier wygotować i postarałem się o podpisy białych wodzów; jest na nim także pieczęć. W tym właśnie celu byłem w mieście Białego Ojca. Cała ziemia dokoła jeziora jest moją własnością. Mogę z nią czynić, co mi się podoba.
— A do kogo należy kocioł skalny?
— Do Timbabaczów. Biali wodzowie wymierzyli i wyrysowali całą okolicę, a potem Biały Ojciec w Waszyngtonie podpisał, że jest ona własnością Timbabaczów.
— I mogą ją sprzedać, wydzierżawić lub darować zupełnie według swej woli?
— Tak.
— Więc powiem ci, że chcę od nich kupić tę kotlinę.
— Nie mogę im zabronić sprzedać jej, ani tobie kupić.
— Nie o to idzie, tylko czy będzie ci miło, jeśli będziesz miał nas za sąsiadów.
Twarz Niedźwiedzia przybrała chytry wyraz:
— Dlaczego chcecie mieszkać właśnie w takiem miejscu, gdzie niema wody i gdzie nie rośnie ani źdźbło trawy? Biały wszak kupuje tylko taką ziemię, która mu przynosi wielką korzyść! Idzie wam o skałę co?
— To prawda. Lecz ta będzie mieć wartość dopiero wtedy, gdy otrzymamy wodę.
— Weźcie ją z jeziora!
— O to cię chciałem prosić.
— Będziesz jej miał tyle, ile zapragniesz.
— Czy mogę poprowadzić rury?
— Tak.
— Czy sprzedasz mi prawo do tego? Zapłacę za nie.
— Jeśli kupno jest konieczne, to nie mam nic przeciw temu. Ty oznaczysz cenę, lecz ja ci ją zwrócę. Wyświadczyliście mi wielką przysługę; bez was byłbym wpadł w ręce Utahów; wzamian za to pomogę wam wyzyskać skarby kotliny. —
— To mi się podoba, — szepnął Hobble-Frank do swego kuzyna. — Woda już jest; jeśli i złoto popłynie nam tak chętnie, to będziemy mogli wkrótce udawać Krassusów.
— Masz na myśli pewnie Krezusów?
— Nie chwytaj mię za słowa, jak gruby Jemmy! Jeśli chcesz pozostać moim przyjacielem i kuzynem, to... Słuchaj!
Od strony wejścia dało się słyszeć gwizdnięcie. Był to znak umówiony z rafterami, to też biali zerwali się i pośpieszyli ku wejściu do doliny. Od strony wąwozu usłyszano szmer kopyt końskich. Szybko przedsięwzięto zaradcze kroki. Biali ukryli się za drzewami i z naprężeniem oczekiwali, co też nastąpi. Jednakże minął dłuższy czas, a nie usłyszano, ani nie ujrzano nic podejrzanego. To było właśnie zastanawiające; Winnetou poczołgał się, aby ostrożnie zbadać przestrzeń, leżącą przed nimi. Po niespełna kwadransie powrócił.
— Wojownicy Utahów podzielili się; — rzekł — połowa zatrzymała się ze wszystkiemi końmi na lewo od miejsca, gdzie droga wchodzi do kotliny, reszta stoi u początku kenjonu; wygrzebali tam otwór, w którym znikają.
— Otwór? — zapytał wielki Niedźwiedź przerażony. — Więc znają podziemne przejście; tajemnica została zdradzona! wydać ją mógł tylko Długie Ucho! Chodźcie ze mną! Muszę to sprawdzić.
Pośpieszyli przez groblę. Wkrótce ujrzeli jasno oświetlony kenjon. Stos kamieni leżał rozrzucony; przy świetle księżyca widzieli, jak Utahowie wdzierali się do podziemnego chodnika.
— Tak, znają tajemnicę, — odezwał się Niedźwiedź. — Chcą się dostać na wyspę, aby zająć nam tyły i przywłaszczyć sobie skarby. Muszę iść prędko. Old Firehand i Shatterhand niech mi towarzyszą; Winnetou zaś pozostanie tutaj; chcę mu coś pokazać.
Poprowadził Apacza kilka kroków naprzód ku miejscu, gdzie grobla spadała prostopadle do jeziora. Tam leżał ciężki odłam skalny na podłożu mniejszych kamieni, ułożonych w osobliwy sposób. Wielki Niedźwiedź wskazał na jeden z tych kamieni i rzekł:
— Skoro Winnetou ujrzy, że rozpaliłem na wyspie ogień, niech pchnie ten kamień, poczem skała zsunie się do wody. Niech jednak mój czerwony brat szybko uskoczy i nie przerazi się, gdy usłyszy wielki huk. —
Przyszedłszy do ogniska, wyrwał łuczywo i wsiadł do łodzi; podczas gdy starał się utrzymać płomień, Firehand i Shatterhand chwycili za wiosła i skierowali łódź ku wyspie. Tam Wielki Niedźwiedź pobiegł ku budynkowi; na ognisku leżało drzewo, zapalił je.
— Niech moi bracia słuchają! — odezwał się, wskazując ręką w stronę, gdzie pozostał Winnetou.
Z drugiego brzegu usłyszano krótki, głuchy łoskot, jakby coś się stoczyło, potem syk wody wzburzonej od wpadającego w nią odłamu skały, wreszcie straszliwy huk.
— Powiodło się! — zawołał Wielki Niedźwiedź, oddychając głęboko. — Wejście zamknięte, a Utahowie zginą! Chodźcie!
Wrócił znowu do budynku. Palenisko stało, jak teraz westmani spostrzegli, na ruchomem podłożu, które czerwonoskóry odsunął na bok bez wielkiego wysiłku. Ukazał się otwór, przez który Wielki Niedźwiedź począł nasłuchiwać.
— Są wewnątrz; słyszę, jak się zbliżają. A teraz prędko wpuścić wodę!
Skoczył poza budynek; kiedy powrócił, wskazał na jezioro:
— Czy widzicie, jak faluje? Utworzył się wir, gdyż wodę wpuściłem do chodnika.
— Mój Boże! Toż Utahowie muszą nędznie potonąć! — zawołał Old Shatterhand.
— Tak, wszyscy, wszyscy! Żywa noga nie ujdzie!
— Straszne! Czy nie można było tego uniknąć?
— Nie! Nie powinien żaden ujść! — Teraz budowla zburzona i nie można jej już nigdy odbudować; skarby są dla ludzi stracone; żaden śmiertelny nie wydobędzie ich, bo wyspa wypełni się aż po szczyt wodą.
Obu białymi wstrząsnął zimny dreszcz. Woda, podnosząca się z głębi, wypychała wgórę stęchłe powietrze. Oznaczało to śmierć zgórą stu ludzi.
— Ale nasi jeńcy, którzy są tu obok! — przypomniał Old Shatterhand. — Ci przecież także potoną!
— Nie. Mur oprze się. Słuchajcie!
Usłyszano wdole szmer, a potem wysunął się jakiś czerwony z pochodnią w ręce. Był to Długie Ucho. Wielki Niedźwiedź na naleganie Old Firehanda darował mu życie. Zaledwie Timbabacz znalazł się w miejscu bezpiecznem, woda wewnątrz wyspy podniosła się zupełnie do poziomu jeziora.
Długie Ucho usiadł przy ogniu. Wielki Niedźwiedź usadowił się naprzeciw niego, wyciągnął z za pasa rewolwer i rzekł groźnie:
— Teraz niech wódz Timbabaczów opowie, jak dostał się z Utahami do chodnika. Jeśli mię okłamie, wpakuję mu kulę w łeb. Czy znał tajemnicę wyspy?
— Tak! — wyznał zapytany.
— Kto ci ją zdradził?
— Ty sam!
— To nie prawda!
— Prawda! Siedziałem na brzegu pod starym dębem, kiedy przyszedłeś tam z synem. Stanęliście wpobliżu i rozmawialiście o wyspie, o skarbach i o chodniku. Czy przypominasz sobie?
— Tak!
— Z waszych słów dowiedziałem się, że chodnik prowadzi od stosu kamieni. Nazajutrz polowaliście na jelenie, a ja skorzystałem, aby usunąć ową zasłonę. Potem wszedłem do chodnika i ujrzałem pochodnie.
— I dziś poszedłeś do Utahów, aby im zdradzić tajemnicę?!
— Nie! Chciałem ich podpatrzeć, lecz zostałem schwytany. Tylko, aby się ratować, powiedziałem o chodniku.
— Postąpiłeś jak tchórz! Gdyby Old Firehand nie był zauważył, że ciebie brak, zdrada byłaby się udała i nasze dusze znalazłyby się w wiecznych ostępach. Czy widzieliście, co leżało w pakunkach w głębi wyspy?
— Tak. Posążek boga z czystego złota.
— Ludzkie oko już go nie zobaczy; — i twoje również. Jak sądzisz, na co zasłużyłeś?
Timbabacz milczał.
— Na śmierć, na stokrotną śmierć, Ale byłeś moim przyjacielem i towarzyszem, a te blade twarze nie życzą sobie, abym cię zabił. Pozostaniesz więc przy życiu, jeśli uczynisz to, czego żądam od ciebie.
— Czego żądasz?
— Old Firehand chce zamieszkać w kotlinie. Sprzedasz mu ją, a nadto drogę, która stamtąd prowadzi do Srebrnego Jeziora. — Czego żądasz za to?
— Muszę przedtem pomówić z innymi Timbabaczaml
— Powiem ci, jakie żądania możesz postawić. Old Firehand da dwadzieścia strzelb i dwadzieścia funtów prochu, dziesięć koców, pięćdziesiąt noży i trzydzieści funtów tytoniu. To nie za mało. Czy zgadzasz się?
— Zgadzam się i nakłonię innych.
— Będziesz musiał pójść z Old Firehandem i kilku świadkami do najbliższego wodza bladych twarzy, aby potwierdzić kupno. Za to otrzymasz jeszcze osobny podarunek. Widzisz, że troszczę się o twoją korzyść, ale mam nadzieję, ze dołożysz starań, żebym, zapomniał o twojej zdradzie. Teraz zawołaj swoich ludzi, aby przewieźli na brzeg pojmanych wodzów.
Był już najwyższy czas przenieść jeńców w miejsce bezpieczne; wnet bowiem po złożeniu ich przed budynkiem, usłyszano trzeszczenie i bełkotanie wody; wdarła się do ostatniej piwnicy.
Jeńców przewieziono w kanoe na brzeg i powierzono straży Timbabaczów, z którymi jednak wodza nie pozostawiono. Musiał pójść do doliny, gdzie biali stali w ostrem pogotowiu, gdyż druga połowa Utahów usadowiła się naprzeciw nich.
Ludzie ci nie wiedzieli, jak sprawy stoją. Większość tych, którzy mieli iść na wyspę, wcisnęła się już do chodnika, kiedy nagle zgniotła go potężna masa kamieni i ziemi. Zmiażdżyła ona wielu z intruzów, a tak mocno zasypała chodnik, że woda z jeziora nie mogła się przecisnąć nazewnątrz. To było właśnie zamiarem Wielkiego Niedźwiedzia; woda nie powinna była wypłynąć do kenjonu, lecz wedrzeć się do wnętrza wyspy.
Utahowie, którzy nie zostali zasypani, cofnęli się przerażeni i pośpieszyli do drugiego oddziału, aby opowiedzieć, co zaszło. Nie wiedzieli jednak, czy wszyscy w tunelu zginęli, czy też tym, którzy nie zostali zasypani, udało się dotrzeć do wyspy. W tym wypadku musieli uderzyć na białych. Czekano więc z minuty na minutę, ale czas mijał, a nadzieje się odwlekały. — Świtało; Utahowie ciągle jeszcze stali ze swemi końmi na tem samem miejscu. Wtem ujrzeli pod drzewami Old Shatterhanda; zawołał na nich, że pragnie się rozmówić z dowódcą.
— Czy wiesz, że kilku waszych wodzów i wojowników znajduje się w naszych rękach? — zapytał przybyłego.
— Wiem, — odpowiedział dowódca posępnie.
— A czy wiesz, co się stało z waszymi wojownikami, którzy weszli do tunelu?
— Nie.
— Tunel zapadł się, a woda wdarła do niego i wszyscy potonęli. Tylko Długie Ucho uszedł cało. Właśnie nadeszło dwustu oczekiwanych przez nas Nawajów; teraz jesteśmy znacznie silniejsi od was; nie pożądamy waszej krwi, lecz chcemy pokoju. Bądź rozważny i pójdź ze mną! Poprowadzę cię do wodzów. Pomów z nimi, a potem możesz znowu powrócić!
— Wierzę ci i pójdę z tobą!
Zawiadomiwszy o tem swych ludzi, odłożył broń i poszedł za westmanem. Nad jeziorem panował żywy ruch, bo Nawajowie rzeczywiście podeszli; pałali żądzą pomszczenia na Utahach klęski swych braci i trzeba było niezwykłego daru przekonywania, aby ich nakłonić do zawarcia pokoju.
Zakładnicy, których uwolniono z więzów, siedzieć pod strażą, kiedy Old Shatterhand przyprowadził ich towarzysza. Ten usiadł obok; Długie Ucho opowiedział im przebieg katastrofy. Rozmowa trwała długo; wreszcie Długie Ucho doniósł, że postanowili się zgodzić na proponowany pokój. — Odbyła się uroczysta narada, w której wzięli udział wybitni biali i czerwoni; przez kilka godzin wygłaszano mowy, aż wreszcie obiegła wkoło fajka pokoju. Wynikiem tego był „wieczny“ pokój między wszystkiemi szczepami; jeńcy zostali uwolnieni i wszyscy, Utahowie, Nawajowie i Timbabaczowie, zobowiązali się do przyjaźni i udzielenia wszelkiej pomocy bladym twarzom, które chciały zamieszkać i pracować w kotlinie. —
Rysunek, który miał rudy kornel, zniknął lecz teraz i tak byłby stracił wartość. —
Nastąpiło wielkie polowanie, które trwało aż do wieczora i przyniosło znaczny łup. Następnego rana wybiła godzina rozstania się. Utahowie pociągnęli na północ, Nawajowie na południe, Timbabaczowie zaś do swych wigwamów. Długie Ucho przyrzekł odbyć naradę w sprawie sprzedaży kotliny. Powrócił już na trzeci dzień i oświadczył, że zgromadzenie przystało na cenę, ustanowioną przez Niedźwiedzia. Szło jeszcze tylko o to, aby zawrzeć kontrakt u odpowiedniej władzy i kazać go potwierdzić.
To dało powód do rojeń i marzeń, z któremi tylko jeden człowiek nie mógł się pogodzić — lord. Umówił się był z Humply-Billem i Gunstick-uncle’m, że go odprowadzą do Frisco; w obecnych jednak warunkach myśliwi ani myśleli nawet o odjeździe, a lord miał tyle rozsądku, że nie brał im tego za złe. Zresztą pracy w kotlinie nie można było jeszcze rozpocząć, więc lord miał dość czasu, aby powałęsać się z obu towarzyszami po górach w poszukiwaniu przygód. —
Old Firehand pojechał z Wielkim Niedźwiedziem i Długiem Uchem do Filmore-City, gdzie ubito sprawę kupna. Tutaj również zakupiono potrzebne maszyny i narzędzia. Ciotka Droll udał się do biura detektywów Harrisa&Blothera, aby udowodnić wobec notarjusza, że rudy kornel nie żyje, i podjąć przyrzeczoną nagrodę. —
Po dwu prawie miesiącach maszyny znalazły się nad Srebrnem Jeziorem. Inżynier przystąpił do pracy. Położono rury, doprowadzające wodę i wzięto się do odbudowy kotliny. Miejsce obiecywało rzeczywiście bogatą eksploatację i zysk zwiększał się z dnia na dzień; każdego wieczora ważono i szacowano zdobycz, a kiedy wynik był zadowalający, Droll szeptał z zadowoleniem do swego kuzyna:
— Jeśli tak dalej pójdzie, to wkrótce będę mógł kupić folwark. Interes nasz jest brylantowy.
A Hobble-Frank odpowiadał stale:
— A moja willa jest już prawie gotowa, przynajmniej w mojej głowie. Będzie to wspaniała budowla na brzegu Elby, a jej imię będzie jeszcze znacznie wspanialsze. Powiedziałem. Howgh! —

KONIEC.


Przypisy

  1. Huczący Grzmot.
  2. Oznaka pokoju.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.