Skarb w Srebrnem Jeziorze/Część III/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Skarb w Srebrnem Jeziorze
Podtytuł Powieść z Dzikiego Zachodu
Data wydania 1925
Wydawnictwo Sp. Wyd. „ORIENT” R. D. Z.
Druk Zakł. Druk. „Bristol“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Der Schatz im Silbersee
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część III
Pobierz jako: Pobierz Cała część III jako ePub Pobierz Cała część III jako PDF Pobierz Cała część III jako MOBI
Indeks stron


III
BITWA INDJAN.

Szczęśliwy wynik przeprawy najwięcej dumy przysporzył Drollowi i Hobble-Frankowi. Kiedy opuścili obóz, odezwał się Droll, chichocząc swym osobliwym, zwieśnym głosem:
— Hihihihi, to dopiero uciecha dla mojej duszy! No, ale też Indjanie się pienią, że muszą nas wolno puścić. Czy prawda, kuzynie?
— Naturalnie! — zgodził się Frank. — Ale bez nas tamci leżeliby jeszcze w kajdanach i więzach, niczem Prometeusz, który całemi latami może zajadać jedynie wątróbkę z orłów.
— No, wiesz, Franku, mnie się zdaje, że oni i takby się wydostali.
— Ale z wielkim trudem. Wprawdzie nie ponosi mnie duma, lecz to w każdym razie wzniosłe uczucie. Kiedy później osiądę w rodzinnych pieleszach i będę w dobrym sosie, napiszę memorandy o tem, czego dokazali wszyscy sławni mężowie. —
Tymczasem oddział dostał się do kenjonu bocznego, który skręcał nie na lewo ku głównemu, lecz na prawo, równolegle do niego. Winnetou znał tę drogę wyśmienicie i jechał, jak zwykle, na czele; za nim myśliwi, potem rafterzy, prowadząc między sobą jeńców; za nimi szła lektyka Ellen Butler, obok jechał jaj ojciec. Pochód zamykało kilku rafterów.
Wąski kenjon piął się dość stromo wgórę; może po godzinie drogi wyszedł na drugą, otwartą równinę skalną, którą, jak się zdawało, otaczała ciemna masa Rocky-mountains. Popędzono konie. Szybką jazdę przerwała okoliczność bardzo radosna dla jeźdźców. Ujrzane mianowicie stado antylop widlastych i udało się dwie z nich okrążyć i zabić. W ten sposób zdobyto dostateczną ilość prowiantu na cały dzień.
Góry zbliżały się coraz bardziej. Około południa, kiedy promienie słońca poczęły dokuczać, dotarto do wąskiej pochyłości na skraju skalnej równiny.
— To początek kenjonu, prowadzącego nad rzekę, — objaśnił Winnetou, wjeżdżając na pochyłość.
Zdawało się, że jaki olbrzym wyciął dłutem w twardym kamieniu głęboki, coraz głębszy tor. Ściany na prawo i lewo, początkowo zaledwie dostrzegalne, potem wysokości człowieka, sięgały coraz wyżej, aż wreszcie zdawały się zlewać wgórze. Wgłębi było ciemno i chłodno. Ze ścian sączyła się woda, zbierając na dnie tak, że spragnione konie mogły się napić. Kenjon ten nie miał żadnego zakrętu. Wycięty był w skale tak prosto, że, zanim jeszcze dosięgło się końca, widać już było jego kraniec.
Kiedy tam jeźdźcy dotarli, nieomal osłupił ich widok doliny Grand-river. Miała szerokości może pół mili angielskiej; środkiem płynęła rzeka, wywabiając po obu stronach bujne pasma trawy, zamknięte prostopadłemi ścianami kenjonu. Dolina biegła z północy na południe, prosto jak wytknięta strzałem, a obie ściany skalne nie zdradzały najmniejszej rysy czy występu. A jednak nawprost jeźdźców na prawym brzegu rzeki z dość szerokiej szczeliny wypływał obfity potok.
— Musimy iść tą wodą wgórę; prowadzi ona do Doliny Jeleni — rzekł Winnetou.
— Ale jak się tam dostaniemy? — zapytał Butler, któremu szło o córkę. — Rzeka wprawdzie nie wydaje się rwąca, lecz zato głęboka.
— Powyżej ujścia potoku jest bród tak płytki, że o tej porze roku woda nie dosięgnie lektyki. Brzeg zaś jest szerszy, więc wygodniejszy. Niech moi bracia pójdą za mną.
Przejechano przez trawę wpoprzek ku brodowi. Winnetou wparł konia w wodę; reszta poszła za nim; wpobliżu drugiego brzegu zatrzymał się nagle i wskazując na brzeg, wydał stłumiony okrzyk:
— Uff! Po tamtej stronie jechali ludzie.
Old Firehand i Old Shatterhand, posunąwszy się kilka kroków dalej, ujrzeli również trop wielu jeźdźców; trawa jeszcze się niezupełnie podniosła. Trzej myśliwi wyszli na brzeg, zsiedli z koni i zbadali odciski.
— To były blade twarze, — oświadczył Winnetou.
— Tak, — potwierdził Old Shatterhand. — Indjanie byliby jechali jeden za drugim, nie pozostawiając tak szerokiego i wpadającego w oczy śladu. Mojem zdaniem oddział liczył trzydzieści do czterdziestu osób.
— Hm! — mruknął Old Firehand. — Zdaje mi się, że mamy przed sobą rudego kornela z jego oddziałem.
— Do pioruna! Możliwe! Według moich obliczeń mogą już tu być te draby, a to zgadza się także z tem, czego dowiedziałem się od Knoxa i Hiltona. Ale dokąd oni zdążają? Tam po drugiej stronie skręcili na prawo, a więc nie poszli dalej wdół Grand-river, lecz wgórę wzdłuż potoku ku Dolinie Jeleni. Jadą więc Utahom wprost w ręce. Los swój sami sobie zgotowali i my nie możemy go odmienić.
— Oho! — zawołał Old Firehand. — W takim razie utracimy plany, które skradł kornel. Jeśli nie dostaniemy tych rysunków, to nie dowiemy się nigdy, gdzie leżą skarby Srebrnego Jeziora.
— Pomyśl, o ile nas wyprzedzili!
Old Firehand schylił się, aby jeszcze raz zbadać ślady, poczem rzekł rozczarowanym głosem:
— Niestety! Byli tu przed pięciu godzinami i znajdą się w rękach czerwonych, zanim jeszcze odbędziemy połowę drogi. Co się jednak stało z posłańcami, których Yamba Utahowie mieli wysłać do tej doliny? Ruszyli naturalnie przed nami, a jeszcze nie widzieliśmy ich śladów.
— Ci ludzie z pewnością nie pojechali konno, lecz pobiegli pieszo, — wyjaśnił Winnetou. — Dla pieszych droga jest znacznie krótszą, bo w mokassynach można przejść przez takie miejsca, na których konie i jeźdźcy połamaliby karki. Niech moi bracia myślą nie o kornelu, lecz o tem, że musimy te ślady pozacierać.
— Dlaczego pozacierać?
— Wiemy, że Yamba-Utahowie idą za nami. Muszą ślady kornela, które prowadzą wprost ku Dolinie Jeleni, uważać za nasze; wtedy pójdą za niemi, nie przypuszczając, że zeszliśmy na bok i umknęliśmy im. Dlatego nie powinni widzieć ani się domyślać, że już przed nami byli tu jeźdźcy. Niech moi biali bracia zatrą ślady, jak daleko można je dojrzeć; kiedy potem Yamba-Utahowie nadejdą, trawa już się podniesie i będzie stratowana tylko tam, którędy my pojedziemy.
Plan był znakomity. Myśliwi wrócili po śladach kornela może ze sto kroków, skropili trawę wodą i podnieśli ją, idąc powoli zpowrotem i ciągnąc za sobą po ziemi koce. Reszty miało dopełnić słońce; ktoby teraz nadszedł, sądziłby, że ma przed sobą tylko trop Old Firehanda i jego towarzyszy.
Jeńcy patrzyli na to w milczeniu. Wogóle od czasu wymarszu żaden z nich nie odezwał się słowem. To, co teraz ujrzeli, wydawało im się podejrzanem; poczęli się domyślać, że ich podstępne plany zostały odkryte i zwiesili głowy. —
Teraz ruszono szerokim tropem trampów. Potok wił się w wielu zakrętach powoli wgórę. Dolina, coraz szersza, porastała w krzaki i drzewa. Wreszcie rozgałęziła się w liczne boczne doliny, z których wypływały drobne strumyki, zasilające potok u samego źródła. Winnetou skierował się za największym z tych strumyków; dolina jego miała szerokości pewnie z milę angielską, a potem nagle przechodziła w wąwóz, poza którym znowu się rozszerzała, radując oczy zieloną, soczystą murawą.
— Tu jest znakomite miejsce na wypoczynek i posilenie się — rzekł Winnetou. — Nasze konie zmęczone są i głodne, a i nam potrzeba krótkiego wytchnienia. Niech moi bracia zsiądą i upieką antylopy.
— Zaskoczą nas Utahowie! — zauważył Firehand.
— Za dnia się nie zbliżą, a jeśli kogoś postawimy przy wąwozie, to zobaczy ich zdaleka i ostrzeże nas.
Zdanie Apacza przeważyło. Postawiono straż; jeńców przywiązano do drzew, konie puszczono na paszę i wkrótce zapłonęły dwa ogniska, nad któremi piekła się dziczyzna. Niezadługo można ją było spożyć. Indjanie otrzymali również porcję mięsa i popili z kubka, który miał lord przy sobie.
Lord, w znakomitym humorze, wyciągnął książeczkę, aby zliczyć pozycje rachunków, jakie winien był Billowi i Uncle’owi za poszczególne przygody.
— Założymy się? — zapytał Billa.
— O co?
— Że winienem wam już więcej, niż tysiąc dolarów.
— Nie zakładam się.
— Wielka szkoda! Ten zakład z pewnościąbym wygrał!
— Tom podwójnie rad! Zresztą, sir, będziecie musieli dziś jeszcze więcej pozycyj wypisać, gdyż wkrótce zacznie się na nowo.
Zebrano się znowu do odmarszu. Drogę tamowały odłamy skalne różnego kształtu i wielkości, spiętrzone wysoko jeden na drugim, jakgdyby tu kiedyś przed wiekami zawalił się olbrzymi tunel naturalny. — Wśród tego rumowiska trudno było znaleźć ślad wyraźny. Tylko tu i owdzie kamień, ruszony z miejsca lub zarysowany kopytem końskiem, świadczył, że jechano tędy. Winnetou, wskazując naprzód, odezwał się:
— Za dwie godziny rumowisko to zejdzie w wielką, zieloną Dolinę Jeleni. My jednak skręcimy na lewo. Niech Old Shatterhand i Old Firehand zsiądą z koni, aby natychmiast niszczyć nasze ślady, bo Yamba-Utahowie zauważą, żeśmy wbok zeszli.
Zwrócił się na lewo, między gruzy; wezwani posłuchali jego wskazówek i dopiero kiedy dość daleko oddział się oddalił, dosiedli znowu koni. Apacz złożył dowody, że ma wprost niezrównaną pamięć miejscową. Zdawało się, że w tej gmatwaninie, w której znalazł się raz tylko przed laty, zna każdy kamień, każdą skałę, wzniesienie, czy załom.
Droga szła stromo wgórę. Wydostawszy się na obszerną, pustą wyżynę, ruszono galopem. Słońce zniknęło już za górami Rocky, kiedy dojechano do krańca równiny. Tu Apacz zatrzymał się.
— O pięćset kroków stąd — rzekł — skała opada wdół prosto, jak kropla wody w głębinę; z tamtej strony tak samo; w pośrodku zaś leży Dolina Jeleni z dobrą wodą i obszernym lasem. Prowadzi do niej tylko jedna znana droga. Old Shatterhand jednak i ja odkryliśmy przypadkiem jeszcze jeden dostęp. — Pokażę go wam.
Stanął nad brzegiem przepaści. Leżały tam złomy skalne, ułożone obok siebie jakby mur ochronny, dla zabezpieczenia przed upadkiem w tę straszliwą głębię. Winnetou zniknął między dwoma odłamami; reszta poszła za nim gęsiego.
I rzecz szczególna! Prowadziła tamtędy droga. Na prawo rozwierała się przepaść, na dno której zejść zamierzali; droga prowadziła na lewo między bloki skalne i to tak stromo, że jeźdźcy woleli zsiąść z koni i prowadzić je za sobą. Ogromny, długi na milę i szeroki kolos skalny wykazywał pęknięcie, które, robiąc różne zagięcia, szło zgóry nadół. Mimo, że droga była tak stromą, konie spaść nie mogły, bo tworzył ją nie gładki kamień, ale gęste rumowisko. Im głębiej schodzono, tem głębsza okrywała ich ciemność. Old Firehand posadził Ellen Butler na swym wierzchowcu i szedł obok, podpierając ją i przytrzymując. Zdawało się, że schodzą już całe godziny, gdy nagle pochyłość się skończyła, grunt wyrównał, a rozpadlina rozszerzyła. Winnetou stanął.
— Jesteśmy prawie w dolinie. Tutaj pozostaniemy, aż ciemności pozwolą nam przejść obok Utahów. Zabierzcie konie wtył, gdzie znajdą wodę, i załóżcie jeńcom kneble, żeby nie mogli krzyczeć!
Apacz wysunął się naprzód, aby zbadać położenie; powróciwszy, oświadczył:
— Na prawo od nas w kierunku północnym obozują Utahowie. Wdole jest ciemno. Sądzę, że nie stoją tam straże; zapewne postawiono tylko dwu lub trzech ludzi przy wyjściu z doliny; tych łatwo unieszkodliwić i moglibyśmy opuścić dolinę bez wielkiego niebezpieczeństwa, gdyby nie rudy kornel. Musimy się dowiedzieć, jak stoi jego sprawa. Dlatego, skoro ciemność się zwiększy, poczołgam się z Old Firehandem i Shatterhandem ku ogniskom, aby podsłuchać Utahów. —
Po dwu godzinach trójka poczołgała się ostrożnie w stronę lasu. Ogniska Utahów płonęły dość daleko, a było ich wiele; z liczby należało wnioskować, że obozują tu niezliczone gromady czerwonych. Śmiałkowie posuwali się prawym brzegiem doliny; Winnetou na przodzie. Znajdowali się już narówni z przedniemi ogniskami. Na lewo, zdała od innych, płonął ogień jasny i wysoki. Przy nim spoczywało pięć głów ozdobionych orlemi piórami.
W tej właśnie chwili podniósł się jeden z wodzów, odrzuciwszy płaszcz wojenny. Jego nagą pierś, podobnie jak twarz i ramiona, grubo pokrywała jasno-żółta barwa.
— T’ab-wahgare![1] — szepnął Winnetou. — Ten wódz Kapotów posiada siły niedźwiedzia. Popatrzcie na jego ciało! Jakie grube, mocne muskuły, a jaka szeroka pierś!
Utah skinął na drugiego wodza, który również powstał. Jeszcze wyższy od poprzedniego, niemniejszą wykazywał siłę.
— To Tsu-in-kuts[2] — objaśnił Old Shatterhand. — Nosi to imię dlatego, że razu pewnego czterema strzałami powalił cztery bawoły.
Obaj wodzowie zamienili ze sobą parę słów i oddalili się od ogniska. Może chcieli obejść straże. Omijali inne ognie, trzymając się wpobliżu ściany skalnej.
— Aha! — odezwał się Old Firehand. — Będą przechodzić blisko nas. Jak myślisz, Shatterhandzie? Czy nie weźmiemy ich?
— Uff! Wesoły figiel! Z miejsca na ziemię. Ty pierwszego, ja drugiego!
Obaj Utahowie zbliżyli się, jeden za drugim. Nagle za nimi wynurzyły się dwie postacie — dwa potężne uderzenia pięścią i ugodzeni runęli na ziemię.
— Dobrze! Teraz prędko do kryjówki!
Każdy wziął swego na barki. Winnetou miał pozostać. Myśliwi zdali towarzyszom nowych jeńców, kazali ich związać i zakneblować, a potem powrócili do Winnetou. Stał jeszcze na tem samem miejscu. Teraz należało wykryć, gdzie znajdował się rudy kornel. W tym celu musieli przejść przez całą dolinę. Ruszyli więc dalej wzdłuż ściany skalnej, pozostawiając ogniska na lewo. — Wszystko, co się działo po tej stronie, widzieli dokładnie; przed nimi jednak było ciemno. Gdzie wzrok nie wystarczał, zdawali się na dotyk. Winnetou czołgał się, jak zwykle, przodem; naraz, przerażony, krzyknął prawie głośno:
— Uff, człowiek przede mną!
— Trzymaj go! Nie pozwól mu krzyczeć! — szepnął Firehand szybko.
— On nie może krzyczeć; nie żyje!
— Zadusiłeś?
— Był już martwy; wisi na palu.
— Boże! Ma palu męczeńskim?!
— Tak. Brak mu skalpu; ciało pokryte ranami; już ostygł. Ręce mam mokre od krwi.
— A więc biali zabici; tu jest miejsce kaźni. — Szukajmy dalej!
Macając dookoła siebie, znaleźli około dwadzieścia okropnie pokaleczonych ciał, przywiązanych do drzew i słupów.
— Straszne! — jęknął Old Shatterhand. — Myślałem, że będziemy mogli tych ludzi uratować przynajmniej od takich męczarni! Zwykle czerwoni czekają z kaźnią do następnego dnia, a tu się pokwapili.
— A plan, rysunki! — odezwał się Firehand. — Stracone!
— Jeszcze nie. Mamy przecież wodzów w niewoli. Może będziemy mogli wymienić ich za te rysunki.
— Jeśli ich do tej pory nie zniszczyli!
— Zniszczyli? Z pewnością nie! Czerwoni poznali już wagę takich papierów. Niema obawy. Zresztą domyślam się, z jakiego powodu tak szybko zamordowano trampów. — Chcieli oczyścić zapewne miejsce dla świeżych białych. Doniesiono im o naszem przybyciu, więc czekają nas.
— Dobrze mój brat sądzi. Wysłani z zawiadomieniem czerwoni są już tutaj; Yamba-Utahów niema jednak jeszcze, — przytaknął Winnetou, — gdyż upłynęły pewnie godziny, zanim odważyli się minąć miejsce naszego postoju i wejść w wąwóz. Może przyjdą dopiero jutro rano, bo ostatek drogi jest tak uciążliwy, że w nocy nie... Uff! nadchodzą!
Powyżej miejsca, gdzie stali, odezwał się głośny, radosny okrzyk, na który odpowiedziano natychmiast zdołu. To przybyli Yamba-Utahowie mimo ciemnej nocy i złej drogi. Indjanie wybiegli z obozu porwawszy z ognisk płonące szczapy. Las się rozjaśnił i zapanowało ożywienie, groźne dla trzech śmiałków.
— Musimy uciekać, — odezwał się Old Firehand. — Ale dokąd? Przed nami i za nami wszędzie czerwoni.
— Na drzewa, — odpowiedział Old Shatterhand. — Wśród gęstych gałęzi możemy zaczekać, aż ruch ustanie.
— A więc wgórę! Ach, Winnetou już tam siedzi!
Tak, Apacz nie pytał długo, ale czem prędzej ukrył się wśród liści. Myśliwi, idąc za jego przykładem, wspięli się na najbliższe drzewa.
Przy blasku ognisk i pochodni ujrzeli nadchodzących Yambów. Indjanie, dowiedziawszy się o śmierci przeszło dwudziestu białych, sądzili, że to poszukiwani przez nich, i chcieli przyjrzeć się trupom. Kiedy zbliżono się z pochodniami, aby ich pokazać przy niepewnem, migotliwem świetle, ukazał się ukrytym na drzewach widok krwawej grozy. Yambowie rozpoznali, że trupy, niestety, są im obce i wyładowali swą wściekłość w sposób trudny do opisania. Na szczęście scena ta nie trwała długo, a zakończyła się w sposób nieoczekiwany.
U spadzistego krańca doliny rozległ się przeciągły krzyk, krzyk, którego nie zapomni, kto go raz posłyszy. Krzyk przedśmiertny.
— Uff! — zawołał z przerażeniem jeden ze stojących pod drzewem wodzów. — Co to było? Tam wdole znajdują się Żółte Słońce i Cztery Bawoły.
Odpowiedział mu drugi podobny okrzyk, a potem kilka strzałów.
— Nawajowie, Nawajowie! — krzyknął wódz. — Winnetou, Shatterhand i Firehand zwabili ich tutaj, aby się zemścić. Hej, wojownicy! Rzucić się na tych psów! Zniszczyć ich! Pozostawcie konie i walczcie pieszo z pod drzew.
Przez chwilę wszystko biegało w największem zamieszaniu; chwytano za broń i dorzucano drzewa do ognia, aby oświetlić należycie pole walki. Krzyczano. Strzały padały bliżej i bliżej, od drzewa do drzewa przemykały ciemne postacie. — Utahowie odpowiadali tu i owdzie, zrazu pojedynczo, potem grupami. Nie było właściwie ogólnego terenu walki, jeśli mianem tem ochrzcić całą dolinę, lecz walczono zosobna dokoła każdego ogniska. —
Tak, to byli Nawajowie; chcieli napaść niespodzianie na Utahów, nie umieli jednak usunąć bez hałasu straży, stojących u wyjścia doliny. Krzyk mordowanych wywołał alarm i teraz zawiązała się walka wręcz otwarta; rozstrzygnąć jej nie mógł nagły napad, zwycięstwo miała wywalczyć odwaga i przewaga.
Wkrótce okazało się, że przewagę mieli Utahowie; znali okolicę lepiej, niż ich wrogowie, to też, chociaż napastnicy trzymali się dzielnie, wypierano ich krok za krokiem. Walczono zdala i zbliska, bronią palną, nożami i tomahawkami. Dla siedzących w ukryciu świadków walka dzikich z dzikimi na śmierć i życie była widokiem odurzającym. Tu pasowało się dwóch wśród ogłuszającego wycia; tam rąbała gromada w piekielnem milczeniu. Zwycięzca zdzierał z zabitego skalp, aby za chwilę stracić swój własny. —
Z trzech pozostałych przy ognisku wodzów, dwaj wzięli udział w walce aby przykładem odwagi zagrzać swoich do męstwa. Trzeci oparł się wpobliżu ogniska o drzewo i, zwracając baczną uwagę na przebieg walki, rzucał na prawo i lewo rozkazy, rycząc głośno. Był to naczelny wódz; w rękach swych trzymał wszystkie nici obrony. Nawet kiedy Nawajów wyparto, on pozostał na miejscu, rzekłbyś, kamienny.
Walka oddalała się coraz bardziej. Teraz dla trzech mimowolnych świadków nadszedł czas cofnięcia się w bezpieczne miejsce, droga bowiem do kryjówki była wolna; zeszli z drzew. Wódz Utahów stał jeszcze na tem samem miejscu. Zdala dochodziła wrzawa walki.
— Teraz zpowrotem! — odezwał się Winnetou. — Później rozpalą ognie na znak radości i będzie dla nas za późno. Zabierzemy ze sobą wodza. Ja pójdę...
Przerwał, zdumiony, bo z ciemności wyskoczył szybko jak piorun mały, szczupły, kulawy człowieczek, podniósł wgórę strzelbę i potężnem uderzeniem kolby powalił wodza na ziemię. Potem chwycił go za kark i pociągnął szybko w ciemności. Z jego ust wybiegły niezbyt głośne, ale zrozumiałe słowa:
— Co mogą Old Shatterhand i Old Firehand, to przeważnie potrafimy także i my, Sasi.
— Hobble-Frank! — wyrzekł Old Firehand. — Ten hultaj oszalał. Musimy pójść czem prędzej za nim, aby nie zrobił jakiego głupstwa.
Pośpieszyli za małym. Już prawie dotarli do kryjówki, gdy nagle padł przed nimi strzał i zaraz potem rozległ się śmiech Moritzburczyka:
— Głupcze! Uważaj, gdzie celujesz! Jeśli mnie chcesz trafić, to nie mierz do księżyca! Masz swoją porcję, a teraz dobranoc!
Odezwał się trzask ciężkiego uderzenia, — nastała cisza. Trójka natknęła się na Franka.
— Nabok! — zawołał. — Tu strzelają i kłują!
— Stój! — ostrzegł Shatterhand. — To my!
— Podziękujcie Bogu, że otworzyliście usta! Gdybym nie poznał waszego głosu, to, na moją duszę, byłbym was krótko i węzłowato zastrzelił.
— Dlaczego opuściłeś kryjówkę?
— Tylko z troski o was. Zaledwie odeszliście, rozległ się krzyk, jakby Cymbrowie wpadli między Teutonów; potem zaczęła się strzelanina, a ja zląkłem się i zaniepokoiłem o was. Dlatego chwyciłem za strzelbę i wymknąłem się niepostrzeżenie dzięki tym egipskim ciemnościom. Na lewo strzelano, wy udaliście się na prawo. Tu stał przy drzewie wódz, jak śledź marynowany; to rozgniewało mnie i dałem mu klapsa po południku tak, że padł na ziemię w kierunku równikowym. Chciałem go naturalnie szybko usunąć w bezpieczne miejsce, więc pociągnąłem za sobą; ale, że był trochę ociężały, siadłem na chwilę na jego corpus juris, aby sumiennie wypocząć. Wtem podpełzł jakiś czerwony „wolny strzelec“ i zmierzył do mnie z flinty; odbiłem ją wbok, kula poszła po mlecznej drodze, a ja rozciągnąłem go kolbą obok wodza. Co się stanie z tym hultajem? Ja sam mu nie poradzę.
— Pomożemy ci. Teraz szybko do kryjówki! Strzelanina ustała i Utahowie zaraz powrócą.
Obu nieprzytomnych Indjan wniesiono do kryjówki, gdzie ich związano i skneblowano jak poprzednich.
Utahowie w istocie powrócili i to jako zwycięzcy. Rozpaliwszy dwakroć więcej ognisk, przetrząsali las, szukając zabitych i rannych. Nawajowie zabrali swoich. Nad każdym znalezionym trupem zawodzono skargi i wydawano wycie wściekłości. Ciała zebrano na jedno miejsce, aby je pochować z należytemi zaszczytami. Brakło tylko trzech wodzów. Po tem odkryciu las rozbrzmiał znowu od ryku rozgniewanych czerwonych. Dwaj pozostali dowódcy zwołali wybitnych wojowników na naradę.
To naprowadziło Winnetou na myśl podkradnięcia się jeszcze raz do obozu Utahów, aby usłyszeć, co postanowią; dokonał tego bez trudności. Czerwoni przekonani, że są zupełnie sami, uważali wszelką ostrożność za zbyteczną. Odparci Nawajowie, ich zdaniem, nie powrócą już, a gdyby się nawet odważyli, to u wyjścia z doliny stały straże. Postanowiono jeszcze tej nocy pogrzebać zmarłych. Teraz należało przedewszystkiem uwolnić pojmanych wodzów. To było nawet bardziej wskazane, niż czekać do rana na przybycie Winnetou i jego białych towarzyszy, bo ci, udając się nad Srebrne Jezioro, musieli bezwarunkowo wpaść w ręce Utahów. Dlatego uradzono poczynić wszelkie potrzebne przygotowania, aby z brzaskiem dnia ruszyć w pościg za nimi.
Winnetou cofnął się powoli i ostrożnie. Wpobliżu kryjówki ujrzał kilka koni; zwierzęta te spłoszyły się w czasie walki i odłączyły od reszty. Apaczowi wpadło na myśl, że przecież muszą transportować nowych jeńców, to znaczy trzech wodzów i wojownika. Wpobliżu nie było nikogo. Konie nie lękały się, ponieważ był Indjaninem; wziął więc jednego za uzdę i poprowadził ku kryjówce, aby oddać Old Firehandowi. W ten sam sposób przyprowadził trzy pozostałe. —
W kryjówce czas nikomu się nie dłużył, bo miano dość tematu do opowiadania i słuchania. Zasnęli dopiero po północy, ale już z brzaskiem dnia byli wszyscy na nogach, gdyż odmarszowi Indjan towarzyszył znaczny hałas. Wkrótce w dolinie nie stało ani jednego Utaha i biali mogli opuścić kryjówkę. —
Obejrzano trupy pomordowanych białych. Skonali wśród wielkich męczarni. Westmani wiele już widzieli i wiele przeżyli; nie mogli się jednak oprzeć uczuciu przerażenia, widząc podziurawione ciała i straszliwie zniekształcone członki zmarłych. Trampi zebrali owoce własną ręką posiane. Najakuratniej obeszli się czerwoni z kornelem: wisiał przy palu głową nadół; donaga, podobnie, jak jego towarzysze, obdarty z odzieży. Czerwoni rozchwytali ją, nie pozostawiając najmniejszego drobiazgu. Skradziony rysunek zniknął; gdyby go nie było można wydostać od Utahów, to pozostawała jeszcze wątła nadzieja, że obaj Niedźwiedzie uchylą tajemnicy Srebrnego Jeziora. —

Zmarłych pogrzebano i pod wodzą Winnetou ruszono manowcami ku Srebrnemu Jezioru. —





Przypisy

  1. Żółte Słońce.
  2. Cztery Bawoły.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.