Rękopis znaleziony w Saragossie/Tom I/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Potocki
Tytuł Rękopis znaleziony w Saragossie
Redaktor Jan Nepomucen Bobrowicz
Data wydania 1847
Wydawnictwo Księgarnia Zagraniczna (Librairie étrangère)
Drukarz F. A. Brockhaus
Miejsce wyd. Lipsk
Tłumacz Edmund Chojecki
Tytuł orygin. Manuscrit trouvé à Saragosse
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
RĘKOPIS ZNALEZIONY
W SARAGOSSIE
ROMANS WYDANY POŚMIERTNIE
Z DZIEŁ
HR. JANA POTOCKIEGO.
TOM I.
PL Jan Potocki - Rękopis znaleziony w Saragossie 01 page007.jpg
Wydanie J. N. Bobrowicza.
Księgarnia Zagraniczna (Librairie étrangére) logo.jpg
LIPSK
NAKŁADEM KSIĘGARNI ZAGRANICZNEJ
(Librairie étrangère).

1847.

RĘKOPIS ZNALEZIONY
W SARAGOSSIE.

Hrabia Olavidèz jeszcze nie był sprowadził osadników do gór Sierra Morena. Strome to pasmo które oddziela Andaluzyą od Manszy, zamieszkiwali w ówczas kontrabandziści, rozbójnicy i kilku cyganów o których mówiono że pożerali ciała zabitych wędrowców. Ztąd nawet poszło hiszpańskie przysłowie: Las Gitanas de Sierra Moréna quieren carne de hombres. — Nie dość na tem. Podróżny który odważał się zapuszczać w tę dziką okolicę napastowany bywał (jak mówiono) przez tysiączne okropności, na widok których drżała najzimniejsza odwaga. Słyszał płaczliwe głosy mieszające się z hukiem potoków, śród poświstu burzy mamiły go błędne ogniki, a niewidome ręce popychały w bezdenne przepaście.
Wprawdzie można było czasami znaleźć na tej strasznej drodze jaką Ventę czyli samotną gospodę, ale duchy, bardziej djabelskie niż sami oberżyści, zmusiły tych ostatnich do ustąpienia im miejsca i oddalenia się w kraje gdzie jedynie głos ich sumienia przerywał im spoczynek, a z dwojga złego jedno wybierając, oberżyści woleli z tym drugim mieć do czynienia. Sam gospodarz z Anduhar zaświadczał się ś. Jakubem z Kompostelli, że w opowiadaniach tych żadnego fałszu nie było. Nakoniec dodawał, że zbiry świętej Hermandady zawsze wymawiali się od wycieczek w góry Sierra Morena, podróżni zaś przekładali jechać na Jaen lub Estramadurę.
— Odpowiedziałem mu na to, że ten wybór mógł przypadać do smaku podróżnym zwyczajnego rodzaju, ale że gdy król Don Phêlipe quinto raczył zaszczycić mnie godnością kapitana w gwardyi wallońskiej, święte prawa honoru nakazywały mi udać się najkrótszą drogą do Madrytu, chociażby takowa była razem najniebezpieczniejszą.
«Młody Panie — odparł gospodarz — Wasza Miłość dozwoli mi zwrócić uwagę, że jeżeli król zaszczycił was stopniem kapitana zanim najlżejszy mech nieuczynił tego sammego zaszczytu brodzie Waszej Miłości, słusznem byłoby przedewszystkiem dać dowody roztropności, tem bardziej że skoro złe duchy raz się do jakiego miejsca przywiążą...» Byłby mi jeszcze więcej nabredził, ale spiąłem konia ostrogami i wtedy dopiero zatrzymałem się gdym sądził że mnie już słowa jego nie dojdą. Natenczas obróciwszy się dostrzegłem go wywijającego rękami i wskazującego mi drogę na Estremadurę. Służący mój Lopez i przewodnik Moskito, poglądali na mnie litościwym wzrokiem który zdawał się potwierdzać przestrogi oberżysty. Udawałem jakobym nic tego nie rozumiał i zapuściłem się między zarośle gdzie następnie założono osadę nazwaną Carlota.
Na miejscu gdzie dziś stoi dom pocztowy, znajdowało się wówczas schronienie znane od mulników i nazwane Los Alcornoques czyli «Zielone dęby,» z powodu że dwa piękne drzewa tego rodzaju ocieniały obfite źródło ocembrowane białym marmurem. Była to jedyna woda i jedyny cień jaki można było napotkać od Anduhar aż do gospody Venta Quemada, obszernej i wygodnej, chociaż wystawionej pośród pustyni. Właściwie mówiąc, był to zamek maurytański który Margrabia Penna Quemada kazał wyporządzić i ztąd nazwano go Venta Quemada. Margrabia wynajął go następnie pewnemu mieszkańcowi z Murcyi który w nim założył najznaczniejszą w całym trakcie gospodę. Podróżni więc wyjeżdżali rano z Anduhar, obiadowali w Los Alcornoques zapasami jakie ze sobą przywieźli, i udawali się na nocleg do Venta Quemada. Tam często następny dzień przepędzali, ażeby przygotować się do przebycia gór i zaopatrzyć w nowe zapasy.
Taki był plan i mojej podróży.
Ale właśnie gdy zbliżaliśmy się do zielonych dębów i wspominałem Lopezowi o potrzebie posiłku, spostrzegłem że Moskito znikł nam wraz z mułem ojuczonym wszystkiemi zapasami. Lopez odrzekł mi że przewodnik pozostał kilka staj za nami aby poprawić coś przy jukach. Czekaliśmy na niego, postąpiliśmy kilka kroków naprzód potem znowu zatrzymaliśmy się, wołaliśmy, wróciliśmy tą samą drogą aby go wynaleźć, ale wszystko napróżno.
Moskito znikł i uniósł z sobą nasze najdroższe nadzieje, to jest cały obiad. Ja sam tylko byłem na czczo, Lopez bowiem przez cały czas zajadał ser z Tobozo który wziął ze sobą na drogę, mimo to jednak bynajmniej niebył weselszym odemnie i mruczał między zębami, że gospodarz z Anduhar miał słuszność i że pewno złe duchy porwały biednego Moskita.
Przybywszy do Alcornoques ujrzałem przy źródle koszyk nakryty winnym liściem; musiały w nim być owoce zapomniane przez jakiego podróżnego. Ciekawie pogrążyłem weń rękę i z przyjemnością znalazłem cztery piękne figi i pomarańczę. Ofiarowałem dwie figi Lopezowi, ale podziękował mi mówiąc, że woli zaczekać do wieczora. Zjadłem więc sam wszystko i następnie chciałem napić się wody ze źródła. Lopez wstrzymał mnie, dowodząc że woda szkodzi po owocach i podał mi trocha pozostałego mu jeszcze Alikantu. Przyjąłem jego ofiarę, ale zaledwie uczułem wino w żołądku gdym doznał nagłego ściśnienia serca, i byłbym niezawodnie zemdlał gdyby Lopez niebył mi pośpieszył na pomoc. Otrzeźwił mnie mówiąc że niepowinienem się dziwić i że stan ten pochodził z czczości i znurzenia. W istocie nie tylko odzyskałem siły ale nawet czułem się w stanie nadzwyczajnego rozdraźnienia. Okolica zdawała się połyskiwać tysiącznemi barwami, przedmioty zaiskrzyły się w mych oczach jak gwiazdy podczas letniej nocy i krew zaczęła mi bić gwałtownie zwłaszcza na szyi i skroniach.
Lopez widząc żem przyszedł do siebie jął znowu rozwodzić narzekania: «Niestety — mówił — dla czegóżem nie radził się Fra Hieronimo della Trinidad, mnicha, kaznodzieję, spowiednika i wyrocznię naszej rodziny; niedarmo jest on szwagrem pasierba świekry ojczyma mojej macochy, a tak będąc naszym najbliższym krewnym niepozwala aby co stało się w domu bez jego porady. Niechciałem go słuchać i dobrze mi teraz. Jednakże często mi powiadał, że officerowie z gwardyi wallońskiej byli narodem heretyckim, co też łatwo poznać po ich jasnych włosach, błękitnych oczach i czerwonych policzkach, wtedy gdy reszta uczciwych chrześcijan jest koloru Madony z Atocha malowanej przez świętego Łukasza.»
Wstrzymałem ten potok zuchwalstw, rozkazując Lopezowi podać mi dubeltówkę i pozostać przy koniach, podczas gdy sam chciałem się wdrapać na góry w nadziei że odkryję zabłąkanego Moskita. Na te słowa Lopez zalał się łzami i rzucając się do mych nóg, zaklinał na imiona wszystkich świętych aby go nie zostawiać samego w tak niebezpiecznem miejscu. Chciałem więc sam przypilnować koni a jego posłać na wyszukanie Moskita, ale ten zamiar jeszcze bardziej go przestraszał. Nakoniec przytoczyłem mu tyle dobrych przyczyn, że wreszcie pozwolił mi odejść i dobywszy z kieszeni różańca począł żarliwie się modlić.
Wierzchołki gór na które miałem zamiar wejść, były bardziej oddalone niżeli na pierwszy rzut oka mniemałem, i zaledwie po godzinie pochodu zdołałem na nie się dostać. Stanąwszy na szczycie ujrzałem pod sobą dziką i pustą płaszczyznę, żadnego śladu ludzi, zwierząt lub jakiego mieszkania, żadnej drogi prócz tej którą przyszedłem, i dokoła głuche milczenie. Przerwałem je wołaniem — echo mi tylko odpowiedziało w oddali. Nakoniec wróciłem do źródła, znalazłem mego konia przywiązanego do drzewa ale Lopez znikł bez żadnego śladu. Miałem dwie drogi przed sobą: albo wrócić do Anduhar, albo puścić się w dalszą podróż. Uskutecznienie pierwszego zamiaru nie przyszło mi wcale na myśl, dosiadłem więc konia i puściwszy go wyciągniętym kłusem, po dwóch godzinach przybyłem nad brzegi Guad-al-Quiwiru, który tam wcale nie roztacza się tem spokojnem i wspaniałem korytem jakiem oblewa mury Sewilli. Guad–al–Quiwir przy wypływie z gór pędzi bystrym potokiem bez dna i brzegów, i tłucze fale o skały które mu co chwila w biegu zawadzają.
Dolina Los Hermanos zaczyna się w miejscu zkąd Guad–al–Quiwir rozlewa się po płaszczyznie. Dolina wzięła nazwę od trzech braci, których wspólna skłonność do rozbojów łączyła daleko więcej niż stosunki pokrewieństwa. Miejsce to długo było widownią niecnych ich postępków. Z trzech braci, dwóch pojmano, i przy wejściu do doliny można było widzieć ciała ich bujające na szubienicach, trzeci zaś nazwiskiem Zoto uciekł z więzień Kordowy i jak mówiono, schronił się w pasmo Alpuhary.
Dziwne wieści rozpowiadano o dwóch powieszonych braciach; wprawdzie nie mówiono żeby byli upiorami, ale utrzymywano że nieraz w nocy, ciała ich ożywione szatańską potęgą odwiązywały się z szubienic i niepokoiły żyjących. Tę pogróżkę za tak pewną uważano, że pewien teolog z Salamanki napisał obszerny traktat w którym dowodził, że wisielcy sprowadzeni byli do stanu widmowego, czego już nieraz w świecie widziano przykłady, tak że nakoniec najsilniej wątpiący zmuszeni byli uwierzyć. Chodziły także pogłoski, że potępiono niewinnie tych dwóch skazanych, i że mszcząc się za pozwoleniem nieba, dręczyli podróżnych i innych przechodniów. Wiele nasłuchałem się o tem w Kordowie i ztąd zdjęła mnie ciekawość zbliżyć się do szubienicy. Widok ten był tem obrzydliwszy, że podczas gdy wiatr bujał ohydnemi trupami, straszne sępy szarpały im wnętrzności i oskubywały z ostatków ciała. Ze zgrozą odwróciłem oczy i zapuściłem się w góry.
Trzeba przyznać że dolina Los Hermanos, zdawała się nader przyjazną dla zbójeckich przedsięwzięć, zewsząd bowiem zabezpieczała złoczyńcom miejsca schronienia. Co chwila zatrzymywały podróżnego z gór odwalone skały lub odwieczne drzewa wywrócone przez burze. W wielu miejscach droga przecinała łożysko potoku i mijała głębokie jaskinie których sam widok, nieufność obudzał. Przebywszy tę dolinę wszedłem w drugą i dostrzegłem gospodę w której miałem szukać przytułku, ale z dala już powierzchowność jej nic dobrego mi nie wróżyła. Rozpoznałem że niebyło okien ani okiennic, dym nie buchał z komina, żadnego ruchu dokoła nie było widać i żaden pies nieoznajmiał mojego przybycia. Ztąd wniosłem że gospoda ta była jedną z tych jakie, według powieści oberżysty z Anduhar, opuszczono raz na zawsze.
Im więcej zbliżałem się do gospody tem milczenie głębszem mi się zdawało. Nareszcie przybyłem i ujrzałem przy wejściu pień przeznaczony do zbierania jałmużn, na którym wyczytałem następujący napis: «Panowie podróżni, módlcie się przez miłosierdzie za duszę Gonzaleza z Murcyi, dawnego gospodarza z Venta Quemada. Nadewszystko mijajcie to miejsce i pod żadnym warunkiem nie przepędzajcie tu nocy.»
Postanowiłem śmiało oczekiwać niebezpieczeństw jakiemi ten napis zagrażał, wcale nie dla tego abym niebył przekonany o istnieniu duchów, ale jak dalszy ciąg tej historyi pokaże, w całem mojem wychowaniu najwięcej zwrócono uwagę na wyrobienie we mnie uczucia własnego honoru.
Słońce nie było jeszcze zupełnie zaszło i korzystałem z ostatnich jego promieni aby obejrzeć to mieszkanie, prawdę mówiąc, nie tyle dla zabezpieczenia się przeciw potęgom piekielnym, jak raczej dla wynalezienia jakiej żywności, gdyż ta drobnostka którą znalazłem był w Alcornoques, zaledwie na chwilę mogła wstrzymać ale nigdy zaspokoić głodu jaki mnie trawił. Przeszedłem przez kilka izb i obszernych komnat. Większą część zdobiła mozaika do wysokości człowieka, sufity zaś pokrywały wspaniałe rzeźby, jakiemi przed laty słusznie szczycili się Maurowie. Zwiedziłem kuchnią, poddasza i piwnice; te ostatnie wykute były w skale, niektóre z nich łączyły się z podziemiami które zdawały się daleko w głąb gór przedłużać, ale posiłku nigdzie znaleźć nie mogłem. Wreszcie gdy poczęło się zmierzchać poszedłem po konia który dotąd przywiązany stał na podwórzu, zaprowadziłem go do stajni gdziem spostrzegł wiązkę siana, sam zaś udałem się do izby gdzie leżała garść słomy, jedyne posłanie jakie zostawiono w całej gospodzie. Pragnąłem zasnąć ale nadaremnie, a tu jak na przekorę nie tylko jadła ale i światła nie mogłem wynaleźć.
Tymczasem im noc stawała się ciemniejszą tem moje myśli przybierały coraz czarniejszą barwę. To dumałem o nagłem zniknięciu moich dwóch służących, lub znowu o sposobach jakiemi mógłbym gdzie się posilić. Myślałem że złodzieje nagle wyszedłszy z krzaków lub jakiej kryjówki, schwytali Lopeza i Moskita, że zaś mnie bali się zaczepić widząc moją postać wojskową, która im bynajmniej nie obiecywała tak łatwego zwycięztwa.
Głód tłumił wszystkie moje uwagi, widziałem wprawdzie kozy na górach, bezwątpienia i pasterz musiał się przy nich znajdować i niepodobieństwem było żeby niemiał przy sobie mleka i chleba. Nadto liczyłem także na moją strzelbę. Ale za nic w świecie niebyłbym wrócił do Anduhar, tak dalece obawiałem się wystawić na szyderskie zapytania oberżysty. Postanowiłem bez wahania puścić się w dalszą drogę.
Wszystkie te uwagi były już wyczerpane, niemogłem wstrzymać się od powtórzenia w pamięci znanej historyi fałszerzów monet, i wielu innych w podobnym rodzaju któremi kołysano moje dziecinne lata. Również przychodził mi na myśl napis umieszczony na pniu do jałmużn. Nieprzypuszczałem ażeby djabeł skręcił był kark przeszłemu oberżyście, ale nie mogłem sobie wytłómaczyć jego smutnego zgonu.
Takim sposobem mijały godziny, gdy nagle zadrżałem na niespodziewany głos dzwonu. Usłyszałem dwanaście uderzeń, a jak wiadomo, złe duchy mają tylko władzę od północy do pierwszego piania koguta. W istocie mogłem być zdziwiony gdyż zegar nie bił poprzednich godzin, nareszcie dźwięk ten tętniał mi w uszach grobowo. Po chwili otworzyły się drzwi izby i ujrzałem wchodzącą czarną postać ale bynajmniej nie straszną, była to bowiem piękna do pół naga murzynka z pochodnią w każdej ręce.
Murzynka zbliżyła się, złożyła mi głęboki ukłon i temi słowy odezwała się w czystym hiszpańskim języku: «Senor kawalerze, dwie cudzoziemki które przepędzają noc w tej gospodzie, proszą abyś raczył podzielić z niemi wieczerzę. Racz udać się za mną.» Pośpieszyłem za murzynką i przeszedłszy kilka kurytarzy znalazłem się w rzęsisto oświeconej komnacie, pośród której stał stół z trzema nakryciami, uginający się pod japońską porcelaną i puharami z górnego kryształu. W głębi komnaty wznosiło się wspaniałe łoże. Kilka innych murzynek krzątało się pilnie wedle służby, ale nagle rozstąpiły się we dwa szeregi i ujrzałem wchodzące dwie kobiety; płeć ich z róż i lilji utkana dziwnie odbijała się od czarnej barwy ich powiernic. Obie młode kobiety trzymały się za ręce. Szczególnie były ubrane, przynajmniej tak mi się wydało, aczkolwiek później w dalszych moich podróżach przekonałem się, że był to zwykły strój jakiego używano na brzegach barbaryjskich. Ubiór ten składał się ze zwierzchniej szaty i gorsetu. Suknia, czyli raczej tunika z ciemnego płótna nie dochodziła całkiem do kolan, dalej zaś aż do kostek, składała się z gazy z Méquinez, tkaniny prawie zupełnie przeźroszystej, gdyby szerokie wstęgi jedwabne jedne obok drugich spływające nie zasłaniały wdzięków które tyle pod tem lekkiem pokryciem zyskiwały. Gorset bogato perłami haftowany i zdobny w dyamentowe zapinki, szczelnie więził śnieżyste łono — rękawy zaś od koszuli, także gazowe, związane były na plecach. Kosztowne bransolety pokrywały ich ramiona. Nóżki tych nieznajomych — nóżki powtarzam, które winny były być pokrzywione i zakończone szponami, gdyby były do złych duchów należały, przeciwnie, skrywały drobne paluszki w małych wschodnich papuciach. — Obrączki dyamentowe otaczały je przy kostkach.
Nieznajome zbliżyły się ku mnie z uprzedzającym uśmiechem. Każda z nich była w odmiennym rodzaju doskonałą pięknością. Jedna wysoka, giętka, wspaniała, druga zaś mniejsza ale za to łagodna i bojaźliwa.
Kibić i rysy starszej na pierwszy rzut oka zadziwiały regularnością. Młodsza była bardziej ujmującą i zachwycała drobnemi usteczkami, i niezwykłym blaskiem oczu cienionych długiemi jedwabnemi rzęsami. Starsza temi słowy odezwała się do mnie w czystym kastylskim narzeczu: «Senor kawalerze, dziękujemy ci za uprzejmość z jaką raczyłeś przyjąć tę skromną wieczerzę. — Mniemam że czujesz jej potrzebę.» Ostatnie te słowa wyrzekła z tak złośliwym uśmiechem że w tej chwili posądziłem ją o nakazanie uprowadzenia mego muła z zapasami. W każdym jednak razie niemożna było się gniewać; strata moja sowicie była wynadgrodzoną.
Siedliśmy do stołu, i ta sama kobieta rzekła przysuwając naczynie z japońskiej porcelany: «Senor kawalerze, znajdziesz tu Ollapodrida złożoną z mięs wszelkiego rodzaju, oprócz jednego, gdyż my jesteśmy wierne, czyli wyraźniej mówiąc, Muzułmanki.» — «Piękna cudzoziemko, — odpowiedziałem, — bezwątpienia prawdę wyrzekłaś, komuż słuszniej przystoi mówić o wierności? jestto religija serc prawdziwie kochających. Wszelako zanim zaspokoicie mój głód, raczcie uczynić to naprzód z moją ciekawością i powiedzcie mi kto jesteście?» — «Jedz tymczasem, Senorze — odparła piękna Maurytanka — dla ciebie nie mamy żadnych tajemnic. Nazywam się Emina a moja siostra Zibelda, mieszkamy w Tunis, ale nasza rodzina pochodzi z Grenady i niektórzy z naszych krewnych zostali w Hiszpanji gdzie pokryjomu wyznają wiarę ojców. Ośm dni temu jak opuściłyśmy Tunis i wylądowałyśmy na pustym brzegu blizko Malagi. Następnie przybyłyśmy między Sohha i Antequerra, wreszcie dostałyśmy się tutaj aby zmienić ubiór i zabezpieczyć się przeciw poszukiwaniom. Widzisz zatem Senor że nasza podróż jest ważną tajemnicą którą powierzamy twojej uczciwości.» Zapewniłem piękne podróżniczki że z mojej strony nie mają się czego obawiać i zacząłem się posilać, wprawdzie nieco żarłocznie, zawsze jednak z pewnym wdziękiem, o jakim nigdy niezapomina młody człowiek gdy sam jeden znajduje się w towarzystwie kobiet.
Gdy spostrzeżono żem pierwszy głód zaspokoił i że zabierałem się do tego co nazywają w Hiszpanji Las Dolces, piękna Emina rozkazała murzynkom aby mi pokazały jak w ich ojczyźnie tańcują. Zdawało się że żaden rozkaz niemógł być dla nich przyjemniejszym. Wypełniły go z żywością która nawet cokolwiek przechodziła w swawolę. Zapewne niebyłbym nigdy w stanie położyć koniec tym pląsom, gdybym nie był zapytał piękne nieznajome czyli one także czasami oddawały się tej rozrywce. Za całą odpowiedź powstały i kazały sobie podać kastaniety. Taniec ich trzymał środek między Bolero i Foffą które tańcują w Algarwach. Ci którzy zwiedzali te kraje chociaż łatwo mogą sobie przypomnieć te poruszenia, jednakże nigdy nie zdołają pojąć uroku jaki dodawały im wdzieki dwóch Afrykanek, osłonione przezroczystemi fałdy spływającemi po nadobnych kibiciach.
Długo, spokojnie poglądałem na zachwycające tancerki, nakoniec poruszenia ich coraz gwałtowniejsze, odurzający dźwięk mauretańskiej muzyki, rozognione zmysły obfitym posiłkiem, wszystko to razem mimowolnie w nieznany dotąd obłęd porywało mnie. W istocie niewiedziałem czy to były kobiety lub też podstępne jakie widziadła. Nieśmiałem spojrzeć, zakryłem dłonią oczy i w tej chwili uczułem że tracę przytomność.
Obie siostry zbliżyły się do mnie i każda z nich ujęła mnie za rękę. Emina troskliwie dowiadywała się o moje zdrowie; zaspokoiłem ją. Zibelda tymczasem pytała cobyto był za medalion który spoczywał na moich piersiach — zapewne wizerunek kochanki? — «Jestto klejnot, odpowiedziałem, który mam od matki i którego obiecałem nigdy niezdejmować; zawiera on cząstkę prawdziwego krzyża.» Na te słowa Zibelda cofnęła się i zbladła.
«Trwożysz się, — mówiłem dalej, — przecież złe duchy tylko lękają się krzyża.» Emina odpowiedziała za siostrę: «Senor kawalerze, wiesz że jesteśmy Muzułmankami, i nie powinieneś dziwić się nad przykrością jaką ci mimowolnie moja siostra sprawiła. Wyznaję że tego samego jestem zdania i przykro nam że najbliższy nasz krewny wyznaje wiarę Chrystusa. Ta mowa cię zadziwia — ale wszakże twoja matka rodzi się z Gomelezów? my także należymy do tej rodziny która wiedzie ród swój od Abenseragów — ale siądźmy na tej sofie a więcej ci opowiem.»
Murzynki oddaliły się. Emina posadziła mnie w kącie sofy i podwinąwszy nogi pod siebie, usiadła przy mnie. Zibelda położyła się z drugiej strony, wsparła na mojej poduszce i tak blizko byliśmy jedno od drugiego, że nasze oddechy razem się mięszały. Emina zdawała się dumać przez chwilę, następnie rzucając na mnie wejrzenie pełne uczucia wzięła mnie za rękę i w te słowa zaczęła:
«Wcale nie pragnę ukrywać przed tobą kochany Alfonsie, że nie prosty przypadek nas tu sprowadza. Czekałyśmy tu na ciebie, a gdybyś powodowany bojaźnią obrał inną drogę, byłbyś na zawsze postradał nasz szacunek.»
«Pochlebiasz mi piękna Emino, — odrzekłem, — i nie pojmuję dlaczego cię tak zajmuje moja odwaga.»
«Twoja osoba nader nas zajmuje, — mówiła dalej Maurytanka, — ale może mniej ci to będzie pochlebiać gdy się dowiesz że jesteś pierwszym męzczyzną jakiego w życiu spotykamy. Dziwią cię moje słowa i zdajesz się powątpiewać o ich prawdzie. Obiecałam ci opowiedzieć historyą naszych przodków, ale zapewne lepiej będzie gdy zacznę przez własną.»
«Ojcem naszym jest Jazir Gomelez wuj panującego dziś Deja w Tunis. Niemiałyśmy brata, nieznałyśmy nigdy ojca a od pierwszych lat będąc zamkniętemi w murach seraju, zbywało nam na najmniejszem o waszej płci pojęciu. Natura jednak obdarzyła nas niewypowiedzianą skłonnością do miłości i w braku innych osób pokochałyśmy się wzajemnie. Przywiązanie to zaczęło się od pierwszych lat dziecinnych. Płakałyśmy gdy chciano nas chociaż na chwilę rozdzielić. W dzień bawiłyśmy się przy jednym stoliku a w nocy podzielałyśmy jedno posłanie. To tak żywe uczucie zdawało się razem z nami wzrastać i nowych sił nabrało przez okoliczność którą ci opowiem. Miałam w tedy 16 lat a moja siostra 14. Oddawna uważałyśmy że nasza matka pilnie przed nami niektóre książki chowała. Z początku zwracałyśmy na to mało uwagę i tak dość już znudzone książkami na których nas czytać uczono, ale z wiekiem przyszła nam ciekawość.. Wypatrzyłyśmy chwilę gdzie zakazana szafka była otwartą i szybko porwałyśmy mały tomik który opisywał: Miłostki Medżenuna i Leili tłumaczone z perskiego przez Ben–Omri. To zachwycające dzieło, ognistemi barwami malujące rozkosze miłości, zapaliło nasze młode głowy. Niemogłyśmy ich zrozumieć, niewidząc nigdy osób waszej płci, ale powtarzałyśmy sobie nowe dla nas wyrażenia. Przemawiałyśmy mową kochanków i nakoniec zapragnęłyśmy kochać się ich sposobem. Ja wzięłam na siebie rolę Medżenuna, siostra zaś moja Leili. Naprzód oświadczyłam jej moją namiętność układając kwiaty w bukiecie. Jest to rodzaj wzajemnego porozumienia się w całej Azyi używany; następnie rzucałam jej pełne ognia spojrzenia, padałam przed nią na kolana, całowałam ślady jej stóp, zaklinałam wietrzyk aby jej moje żale zanosił, i chciałam go rozpłomienić gorącemi westchnieniami.
Zibelda wierna naukom swego mistrza, naznaczyła mi schadzkę. Upadłam jej do nóg, ściskałam ją za ręce, oblewałam łzami jej nogi. Kochanka moja z początku lekki opór stawiała, po chwili jednak dozwalała mi ukraść kilka pocałunków i wreszcie podzielała zupełnie wrzące moje uczucia.
Dusze nasze zdawały się razem zlewać i doskonalszego szczęścia nie pojmowałyśmy. Nie pamiętam jak długo bawiły nas te dziecinne igraszki, ale niebawem gwałtowność naszych uczuć znacznie się uspokoiła.
Powzięłyśmy chęć do niektórych nauk, szczególnie zaś do znajomości roślin o przymiotach których, jak wiesz, sławny Averroes napisał ogromne dzieło.
Matka moja w przekonaniu że niemożna dość się uzbroić przeciw nudom seraju, z przyjemnością poglądała na nasze zatrudnienia i chcąc nam ułatwić naukę, kazała sprowadzić z Mekki świętą niewiastę nazwaną Hazareta, czyli święta świętych. Hazareta uczyła nas praw proroka i wykładała nam nauki tym czystym i melodyjnym językiem, jakiego używa dziś jedno tylko pokolenie Horeisz. Niemogłyśmy dość się jej nasłuchać i niebawem umiałyśmy cały koran na pamięć. Następnie nasza matka opowiadała nam historyą naszej rodziny i udzieliła nam mnóstwo pamiętników, z których jedne były pisane po arabsku, inne zaś po hiszpańsku. Drogi Alfonsie, nieuwierzysz jak nam zbrzydła wasza religia, jak znienawidziłyśmy jej kapłanów. Z drugiej za to strony koleje i nieszczęścia rodziny, której krew w żyłach naszych płynęła, niesłychanie nas zajmowały. Raz unosiłyśmy się nad Saidem Gomelezem, który cierpiał męczeństwa w więzieniach inkwizycyi, to znowu nad jego synowcem Leissem, który długi czas prowadził w górach życie dzikie i mało różne od zwierząt drapieżnych. Takowe opisy obudziły w nas ciekawość męzczyzn, chciałyśmy ich widzieć, i często wstępowałyśmy na taras ogrodowy aby choć z daleka spostrzedz majtków okrętowych lub wiernych śpieszących do kąpieli Haman Nefu. Chociaż niezapomniałyśmy nauk zakochanego Medżenuna, jednak odtąd nigdy już więcej ich nie powtarzałyśmy. Mniemałam nawet, że w uczuciu mojem dla siostry wygasła zupełnie namiętność, gdy wtem nowy wypadek przekonał mnie że się myliłam.
Pewnego dnia, matka nasza przyprowadziła nam jakąś księżnę z Tafiletu, kobietę podeszłą już w lata. Przyjęłyśmy ją jak można najlepiej. Po skończonych odwiedzinach, matka oznajmiła mi że księżna żądała mnie w zamęźcie dla swego syna, moja siostra zaś przeznaczona była za żonę jednemu z Gomelezów. Wiadomość ta gromem nas raziła. Naprzód niemogłyśmy słowa jednego wymówić, później nieszczęście tego rozdzielenia tak żywo przedstawiło się przed naszemi oczyma, żeśmy się oddały najgwałtowniejszej rozpaczy. Wyrywałyśmy sobie włosy i cały seraj rozlegał się naszemi krzykami. Nareszcie gdy te oznaki naszej boleści zaczęły przechodzić w szaleństwo, matka nasza przelękła obiecała nas nie przymuszać, i zaręczyła nam wolność zostania dziewczętami, lub zaślubienia tego samego męzczyzny. Te zapewnienia na jakiś czas nas uspokoiły.
Wkrótce potem matka przyszła nam powiedzieć, że mówiła z naczelnikiem naszej rodziny, i że ten zezwolił abyśmy były poślubione jednemu mężowi z warunkiem, aby ten małżonek pochodził z rodziny Gomelezów.
Nic na to nie odrzekłyśmy, ale ta myśl posiadania jednego męża, z każdym dniem bardziej nam się uśmiechała. Dotąd niewidziałyśmy ani starego ani młodego męzczyzny chyba bardzo z daleka; ale ponieważ młode kobiety zdawały nam się przyjemniejszemi niż stare, pragnęłyśmy przeto aby nasz małżonek był także młodym. Spodziewałyśmy się że nam potrafi wytłumaczyć niektóre ustępy z książki Ben–Omri, których same niebyłyśmy w stanie zrozumieć»
Tu Zibelda przerwała siostrze i ściskając mnie w objęciach, rzekła:
«Kochany Alfonsie, czemuż nie jesteś Muzułmanem, jakże byłabym szczęśliwą gdybym widząc cię na łonie Eminy mogła także nazywać się twoją małżonką, gdyż w naszym domu równie jak w rodzinie proroka, córki mają prawo do dziedzictwa. Od ciebie więc może zależy zostać naczelnikiem naszej rodziny która już chyli się ku upadkowi. Dość byłoby do tego otworzyć serce świętym promieniom naszego wyznania.»
Słowa te tak mi się wydały podobnemi do pokus djabelskich, że upatrywałem tylko czy nie dojrzę śladów rożków na pięknem czole Zibeldy. Przebąknąłem kilka słów o świętości mojej religji. Obie siostry cofnęły się odemnie. Twarz Eminy przybrała wyraz powagi, poczem piękna Maurytanka tak dalej mówiła: «Senor kawalerze, zbyt wiele rozszerzyłam się nad sobą i Zibeldą. To niebyło moim zamiarem, usiadłam obok ciebie aby ci powiedzieć szczegóły dotyczące rodziny Gomelezów z których pochodzisz przez kobiety. Oto jest właśnie to o czem chciałam abyś się dowiedział:

HISTORYA ZAMKU KASSAR–GOMELEZ.

Pierwszą głową naszej rodziny był Massud–Ben–Taher, brat Jussufa–Ben–Taher, który wkroczył do Hiszpanji na czele Arabów i nadał swoje nazwisko górze Gebal–Taher, czyli jak wy wymawiacie, Gibraltar. Massud wiele przyczyniwszy się do powodzenia arabskiej broni, otrzymał od kalifa Bagdadu zwierzchnictwo nad Grenadą, które sprawował aż do śmierci swego brata. Byłby na tym urzędzie dłużej pozostał, gdyż nader był szanowany tak od muzułmanów, jak od mossarabów czyli chrześcijan pod panowaniem maurów pozostałych; ale Massud miał potężnych nieprzyjaciół w Bagdadzie którzy go oczernili przed kalifem. Dowiedział się że zguba jego była nieuchronną i sam postanowił się oddalić. Zebrał więc garstkę wiernych i zapuścił się w Alpuhary, które, jak wiesz, są dalszem pasmem Sierra–Morena i oddzielają królestwo Grenady od Walencyi. Wissygotowie na których zdobyliśmy Hiszpanią nie przedarli się nigdy w Alpuhary; większa część dolin była zupełnie opuszczoną. Tylko trzy z nich zamieszkiwali potomkowie dawnego ludu hiszpańskiego nazwani Turdulami. Nieznali oni ani Mahometa ani twojego proroka Nazarejskiego, zasady ich religji i praw zawarte były w pieśniach, które ojcowie dzieciom przekazywali. Mieli kiedyś księgi, ale te z czasem zupełnie wyginęły. Massud owładnął Turdulami bardziej przekonaniem niż siłą, nauczył ich swego języka i zasad islamizmu. Oba ludy zmięszały się przez wzajemne małżeństwa, i temu to zlaniu szczepów jako też powietrza gór, winnyśmy z moją siostrą tę ożywioną płeć, jaka odznacza córki Gomeleza. Można wprawdzie i u Maurów napotkać wiele białych kobiet, ale te zwykle są blade.
Massud przyjął tytuł szeika i rozkazał wznieść warowny zamek, który nazwał Kassar–Gomelez. Bardziej sędzia niż władzca swego pokolenia, Massud dla każdego był przystępnym, drzwi jego zarówno dla wszystkich się otwierały, tylko w ostatni piątek każdego księżyca żegnał się z rodziną, schodził do zamkowego podziemia i tam zamknięty cały tydzień przepędzał. Te znikania dały powód do rozmaitych wniosków. Jedni utrzymywali, że szeik prowadził rozmowy z dwunastym Imanem, który ma zjawić się na końcu świata; drudzy zaś, że Antychryst siedział uwięziony w podziemiu, ostatni wreszcie dowodzili, że siedmiu braci śpiących tam spoczywało wraz z wiernym psem ich Kalebem. Szeik wcale na te domysły nie zważał, ale ciągle rządził swoim ludem o ile mu siły wystarczały. Nakoniec wybrał najroztropniejszego z całego pokolenia, mianował go następcą, oddał mu klucz od podziemia i sam schronił się do pustelni gdzie jeszcze długie żył lata.
Nowy szeik rządził w duchu swego poprzednika i również znikał ostatniego piątku każdego miesiąca. Ten stan rzeczy trwał dopóty, póki Kordowa nie otrzymała swoich kalifów, zupełnie niezawisłych od władzców Bagdadu. Natenczas górale Alpuhary, którzy mieli czynny udział w tych zmianach, zaczęli osiedlać się na płaszczyznach, gdzie wkrótce zasłynęli pod nazwą Abenseragów. Inni zaś, którzy pozostali wiernymi Szeikowi z Kassar–Gomelez, zatrzymali miano Gomelezów.
Tymczasem Abenseragi zakupili najbogatsze posiadłości w królestwie Grenady i najwspanialsze pałace miasta. Zbytek ich zwrócił powszechną uwagę. Powzięto podejrzenie że podziemie Szeików zawierało nieprzebrane bogactwa, ale nikt nie był w stanie sprawdzić tego mniemania, gdyż sami Abenseragi nie znali źródła swych skarbów. Wreszcie gdy piękne te królestwa ściągnęły na siebie gniew boży, Allah podał je w ręce niewiernych. Dobyto szturmem Grenady, i w kilka dni potem sławny Gonzalw z Kordowy na czele trzech tysięcy Hiszpanów wkroczył w Alpuhary. Hatem Gomelez był wtedy Szeikiem naszego pokolenia. Wyszedł więc naprzeciw Gonzalwa i wręczył mu klucze od zamku. Hiszpan zażądał kluczy od podziemia, Szeik i te mu natychmiast przyniósł. Gonzalw osobiście zszedł do podziemia, zamiast skarbów znalazł grobowiec i kilka starych ksiąg, drwił głośno z czczych domysłów swoich rodaków i pośpieszył napowrót do Valladolid gdzie go wzywały miłość i miłostki.
Aż do wstąpienia na tron Karola, pokój trwał w naszych górach nieprzerwanie. Sefi-Gomelez był wtedy Szeikiem. Człowiek ten z niewiadomych przyczyn, doniósł Cesarzowi że pragnie odkryć mu ważną tajemnicę, jeżeliby Karol chciał przysłać w Alpuhary jakiego znakomitego Hiszpana, w którymby pokładał całe zaufanie.
Za nim piętnaście dni upłynęło, Don Ruys z Toledo, jako poseł cesarski, stawił się u Gomelezów, ale znalazł Szeika nieżywego. Zamordowano go w wiliję przyjazdu posła.
Don Ruys zaczął prześladować kilka osób, ale znudzony próżnemi usiłowaniami powrócił do Madrytu.
Tym sposobem tajemnica Szeików przeszła do mordercy Sefiego. Ten człowiek nazwiskiem Billah–Gomelez zgromadził starszych pokolenia i przedstawił im potrzebę zabezpieczenia tak ważnej tajemnicy. Postanowiono żeby zawiadomić o tem kilku członków z rodziny Gomelezów, tak jednak, aby każdy z nich wiedział tylko o jednej cząstce tajemnicy. Wybrani, powinni byli dać dowody nieustraszonej odwagi, roztropności i wiary.» —
Tutaj Zibelda znowu przerwała siostrze mówiąc: «Kochana Emino, czy nie sądzisz że Alfons byłby przetrwał te wszystkie próby? Ach któż śmie o tem wątpić. Drogi Alfonsie, jaka szkoda że nie jesteś Muzułmanem, bezwątpienia stałbyś się panem nieprzeliczonych skarbów.» To zupełnie wyglądało na nową pokusę. Duch ciemności nie mogąc znęcić mnie rozkoszą, starał się obudzić we mnie żądzę złota. Ale tymczasem piękne Maurytanki przytuliły się do mnie i uczułem wyraźnie dotknięcie ciał żywych nie zaś cieni. Po chwili milczenia Emina tak dalej mówiła:
«Kochany Alfonsie, wiesz dobrze o prześladowaniach jakich doświadczyło nasze pokolenie za panowania Filipa syna Korolewego. Porywano dzieci, wychowywano je w wierze Chrystusa, i oddawano im majątki rodziców którzy niechcieli porzucić wyznania ojców. Wtedy to jeden z Gomelezów został przyjętym do Teketu Derwiszów ś. Domnika i dostąpił godności Wielkiego Inkwizytora.»
Tu usłyszeliśmy pianie koguta i Emina przestała mówić. Kogut jeszcze raz zapiał,... Człowiek przesądny byłby spodziewał się że dwie piękności nagle dymnikiem ulecą. To jednak wcale nie nastąpiło, ale nieznajome zasępiły się nagle i pogrążyły w dumaniach.
Emina pierwsza przerwała milczenie. «Luby Alfonsie, rzekła, już dnieć zaczyna, zbyt drogie godziny które możemy z tobą przepędzić, abyśmy mieli trwonić je na opowiadaniu dawnych dziejów. Niemożemy zostać twemi małżonkami chyba że uznasz prawo proroka. Ale wolno ci będzie widzieć nas we śnie. Przystajesz na to?...»
Zgodziłem się na wszystko. «Niedość na tem, — rzekła Emina z wyrazem najwyższej godności — nie dość na tem kochany Alfonsie, trzeba jeszcze byś przysiągł na najświętsze zasady honoru, że nigdy nie zdradzisz tajemnicy o naszych imionach, naszem istnieniu, i tem wszystkiem co wiesz o nas. Czy odważasz się przyjąć na siebie ten obowiązek?.»
Przyrzekłem spełnić wszystko czego odemnie żądano.
«To dobrze, — rzekła Emina — teraz siostro przynieś czarę poświęconą przez Massuda, głowę naszego pokolenia.» Podczas gdy Zibelda poszła po zaklętą czarę, Emina uklękła i odmawiała arabskie modlitwy. Zibelda wróciła z czarą która mi się zdawała wyrżniętą z jednego wielkiego szmaragdu. Obie siostry umoczyły w niej usta i rozkazały mi do razu wychylić resztę napoju. Byłem posłuszny. Emina podziękowała mi za uległość i czule mnie uściskała. Następnie Zibelda złożyła na ustach moich tkliwy pocałunek. Wreszcie obie opuściły mnie mówiąc że niebawem znowu je ujrzę i że tymczasem radzą mi abym starał się czemprędzej zasnąć.
Tyle dziwnych wypadków, cudownych opowiadań i nieprzewidzianych wrażeń, dałoby mi przez całą noc nad czem rozmyślać, ale muszę wyznać że obiecane sny nadewszystko mnie zajmowały. Szybko więc rozebrałem się i na przygotowane dla mnie łoże gdym się już położył, zauważyłem z przyjemnością, że posłanie było szerokie i że jak dla snów zanadto było miejsca; ale zaledwie miałem czas uczynić tę uwagę gdy nieprzezwyciężony sen osiadł mi powieki i wszystkie kłamstwa nocy, pochwyciły wnet moje zmysły. Co chwila błądziłem w coraz innych fantastycznych urokach, a myśl moja niesiona na skrzydłach żądzy, mimowolnie stawiała mnie śród afrykańskich serajów, odsłaniała wdzięki ukryte w ich zaklętych murach i pogrążała w toni nieopisanych rozkoszy. Czułem żem śnił a jednak miałem świadomość że niesenne widziadła cisnę w moich objęciach. Gubiłem się w nieskończonej przestrzeni najszaleńszych złudzeń, ale dobrze pamiętam że zawsze znajdowałem się w towarzystwie moich pięknych kuzynek. Zasypiałem na ich łonie i budziłem się w ich objęciach. Niepomnę ile razy doznałem tych czarownych przemian.......




DZIEŃ DRUGI.

Nareszcie ocknąłem się na prawdę. Słońce paliło mi powieki; zaledwie zdołałem je podnieść, ujrzałem niebo, i znalazłem się na wolnem powietrzu, ale blask lśnił mi wzrok, nie spałem już a jednak nie byłem zupełnie rozbudzony.
Okropne obrazy przesuwały się przed moim umysłem. Trwoga mnie zdjęła. Zerwałem się nagle i błędnym wzrokiem zatoczyłem do koła.
Gdzież znajdę wyrazy aby opisać zgrozę jaka mnie owładnęła. Leżałem pod szubienicą Los-Hermanos. Trupy dwóch braci Zota nie wisiały ale spoczywały po obu moich stronach. Bezwątpienia całą noc między niemi przepędziłem. Spoczywałem na potarganych postronkach, resztkach kół, odłamkach szkieletów i ohydnych łachmanach niestrawionych jeszcze zepsuciem. Mniemałem żem był we śnie i że przykry sen mnie tłoczył. Przymknąłem oczy i zacząłem przypominać wrażenia przepędzonej nocy. Wtem poczułem szpony wpijające się w pierś moją. Spostrzegłem sępa który spadł na mnie i pożerał jednego z moich towarzyszów noclegu. Ból jaki mi te szpony sprawiły rozbudził mnie zupełnie. Suknie moje obok mnie leżały, począłem się czemprędzej ubierać. Kiedym już był ubrany, chciałem wyjść z szubienicznej zagrody, ale brama była zamknięta i otworzyć jej żadnym sposobem niemogłem. Musiałem więc wdrapać się na to smutne ogrodzenie. Raz będąc na wierzchu, oparłem się o słup szubienicy i jąłem do koła poglądać na okolicę. Znałem już to miejsce. W istocie znajdowałem się przy wejściu do doliny Los-Hermanos, niedaleko od brzegów Guad-al-Quiwiru.
Gdy tak wodziłem na około błędnemi oczyma, spostrzegłem dwóch podróżnych nad rzeką, z których jeden przygotowywał śniadanie, drugi zaś trzymał za cugle konie. Byłem tak uszczęśliwiony z widoku ludzi że natychmiast zacząłem krzyczeć: «Agour, Agour,» co znaczy po hiszpańsku «dzień dobry» lub też «jak się masz?»
Dwaj podróżni spostrzegłszy te grzeczności jakie im ktoś z wierzchu szubienicy oświadczał, osłupieli przez chwilę, ale niebawem dosiedli koni i co tchu popędzili drogą do Alcornoques. Wołałem żeby się zatrzymali ale napróżno, im głośniej krzyczałem, tem prędzej umykali i głębiej zapuszczali ostrogi. Gdy nareszcie zupełnie straciłem ich z oczu, przedewszystkiem pomyśliłem o opuszczeniu mego stanowiska. Zeskoczyłem na ziemię i w upadku mocno się stłukłem.
Cały potłuczony i kulejąc dostałem się na brzegi Guad-al-Quiwiru i zastałem tam przygotowane śniadanie którego dwaj podróżni z takim pośpiechem byli odbiegli. Posiłek ten przyszedł mi w samą porę, byłem bowiem nader wycieńczony. Znalazłem gotującą się jeszcze czekuladę, sponhao moczone w alikancie, chleb i jaja.
Zacząłem od pokrzepienia sił i następnie jąłem przywodzić na pamięć wypadki ubiegłej nocy. Wspomnienia moje powikłały się zupełnie, dobrze jednak pamiętam żem dał słowo honoru na dotrzymanie tajemnicy, i postanowiłem święcie dochować przysięgi. Usunąwszy raz pod tym względem wszelką wątpliwość, zacząłem zastanawiać się nad dalszym moim losem, czyli nad drogą którą miałem obrać. Teraz bardziej niż kiedykolwiek sądziłem że święte prawa honoru nakazują mi udać się przez Sierra Morena.
Dziwnem może się wydawać że zajmowałem się tyle moją sławą, a tak mało wypadkami poprzedniej nocy; ale ten sposób myślenia był skutkiem mego wychowania, jak to się pokaże w dalszym ciągu tego opowiadania. Tymczasem wracam do mojej podróży.
Bardzo byłem ciekawy dowiedzieć się co djabli poczęli z moim koniem którego zostawiłem w Venta-Quemada, ponieważ zaś droga tamtędy mi wypadała, postanowiłem wstąpić do gospody. Musiałem piechoto przebywać całą dolinę Los Hermanos aż do venty, i tak byłem zmęczony żem z niecierpliwością oczekiwał chwili w której odzyskam mego konia. W istocie znalazłem go w tej samej stajni gdziem go był wczoraj zostawił. Dzielny mój gniadosz nie stracił zwykłej wesołości, a po połysku jego skóry poznałem że ktoś pilne miał o nim staranie. Niemogłem pojąć ktoby się tem był zajmował, ale tyle już widziałem nadzwyczajnych rzeczy, że niewarto się było nad tą jedną długo zastanawiać. Byłbym natychmiast puścił się w drogę gdyby mi chętka nie była przyszła raz jeszcze obejrzeć gospodę. Znalazłem izbę do której naprzód przybyłem ale pomimo najsilniejszych poszukiwań niemogłem wyszukać komnaty gdzie poznałem piękne Maurytanki. Znudziły mnie te próżne przepatrywania kątów, dosiadłem więc konia i udałem się w dalszą podróż.
Kiedym się obudził pod szubienicą Los Hermanos, słońce połowy biegu już dochodziło, od tego czasu dwie godzin zużyłem na przybycie do venty, tak więc gdym następnie parę mil ujechał trzeba było pomyśleć o nowem schronieniu, ale niewidząc nigdzie żadnego dachu, postępowałem dalej. Wreszcie dostrzegłem wdali gotycką kaplicę, o którą opierała się mała chatka z pozoru wyglądająca na pustelnią. Wszystko to leżało w dość znacznem oddaleniu od wielkiej drogi, ale gdy głód zaczął mnie przyciskać, niewahałem się zboczyć w nadziei posiłku.
Przybywszy, przywiązałem konia do drzewa, zapukałem do drzwi pustelni i ujrzałem wychodzącego pustelnika nader poważnej postaci. Uścisnął mnie z ojcowską troskliwością i rzekł: «Wejdź mój synu czemprędzej, nieprzepędzaj nocy pod gołem niebem, strzeż się pokus gdyż Pan odsunął od nas swoją prawicę.»
Podziękowałem pustelnikowi za dobroć jaką mi oświadczył i napomknąłem mu o głodzie który mnie trawił.
«Myśl tymczasem o zbawieniu duszy, mój synu, — odparł — idź do kaplicy, klęknij i módl się przed krzyżem. Ja pomyślę o potrzebach twego ciała; ale musisz poprzestać na skromnym posiłku na jaki stać biedną chatkę pustelnika.»
Przeszedłem do kaplicy i w istocie począłem się modlić, gdyż nie tylko że sam nigdy nie byłem bezbożnikiem ale nawet niepojmowałem żeby mogli znajdować się ludzie nie wierzący. Wszystko to pochodziło jeszcze ze sposobów jakiemi mnie wychowano.
Po chwili pustelnik przyszedł po mnie i wprowadził do chaty gdzie znalazłem dość porządne nakrycie. Wieczerza składała się z owoców, mleka i sucharów miasto chleba; wreszcie znalazła się i butelka wina, którego pustelnik nie pił ale używał jedynie do ofiary mszy świętej. Dowiedziawszy się o tem zostawiłem również wino nietknięte.
Podczas gdy z przyjemnością posilałem się, weszła do chaty tak straszliwa postać jakiej dotąd jeszcze nigdy w życiu nie widziałem. Był to człowiek jak się zdawało młody ale odstraszającej chudości. Włosy miał najeżone, jedno oko wykłute i świeżo jeszcze rozkrwawione. Z ust wychodził mu język pokryty pianą. Czarna suknia go okrywała, ale nie miał ani koszuli ani obuwia.
Okropne zjawisko, nie mówiąc ani słowa, skulone usiadło w kącie, i niewzruszone jak posąg jednem okiem wpatrywało się w krucyfix który w obu rękach ściskało. Pożywszy wieczerzę zapytałem pustelnika, coby to był za człowiek?
«Synu mój, — odparł starzec — jestto opętany z którego wypędzam duchy czartowskie. Straszliwa jego historya jasnym jest dowodem potęgi jaką anioł ciemności wywiera na tę nieszczęśliwą okolicę. Opowiadanie to może się przydać ku twemu zbawieniu, rozkażę mu więc aby zaczął.» I to mówiąc obrócił się do opętanego i rzekł: «Paszeko, Paszeko, w imię twego odkupiciela nakazuję ci opowiedzieć twoją historyą.» Paszeko zaryczał okropnie i tak się odezwał:

HISTORYA OPĘTANEGO PASZEKO.

«Urodziłem się w Kordowie gdzie ojciec mój żył w stanie wyższym nad mierność. Matka moja przed trzema laty umarła. Ojciec z początku zdawał się niepocieszonym, ale gdy po kilku miesiącach wypadło mu jechać do Sewilli, tamże zakochał się w młodej wdowie, nazwiskiem Kamilla de Tormes. Kobieta ta nieużywała dobrej sławy i przyjaciele mego ojca starali się odwrócić go od tej znajomości; ale właśnie, jakby im na przekorę, mój ojciec ożenił się z nią we dwa lata po śmierci pierwszej żony. Ślub odbył się w Sewilli i w kilka dni potem mój ojciec wrócił do Kordowy z nową małżonką i siostrą jej Inezillą.
Moja macocha zupełnie odpowiadała wieściom jakie o niej krążyły, i przybywszy do naszego domu zaczęła naprzód od rzucania na mnie czułych spojrzeń. Nie powiódł się jej ten zamiar, natomiast ja szalenie zakochałem się w jej siostrze Inezilli. Namiętność moja tak się wzmogła, że upadłem do nóg ojcu i błagałem aby mi ją dał za żonę.
Ojciec mój podniósł mnie z dobrocią i rzekł: «Zakazuję ci synu mój myśleć o tem małżeństwie, a to dla trzech przyczyn. Naprzód niewypada abyś stał się szwagrem ojca; powtóre, święte prawa kościelne nie pozwalają takich małżeństw; potrzecie, niechcę abyś żenił się z Inezillą.» Mój ojciec wyłuszczywszy mi te trzy powody, odwrócił się odemnie i odszedł.
Na te słowa oddałem się najgwałtowniejszej rozpaczy. Macocha moja dowiedziawszy się o tem co zaszło, przyszła do mnie i upewniła mnie że bezpotrzebnie martwiłem się, że gdy niemogłem być małżonkiem Inezilli, to wcale nie przeszkadzało abym stał się jej kortehho czyli kochankiem, i że ona całą tę sprawę bierzę na siebie. Zarazem jednak wiele mówiła mi o swojem przywiązaniu ku mnie i spoglądała na mnie wzrokiem, którego znaczenia bynajmniej nie chciałem odgadnąć. Słuchałem tego wszystkiego zdumiony, znając jednak skromność Inezilli nie spodziewałem się nigdy aby moje nadzieje kiedykolwiek zostały spełnione.
Śród tego mój ojciec wybrał się na podróż do Madrytu, gdzie pragnął wyrobić sobie posadę korredżydora Kordowy i zabrał z sobą żonę i jej siostrę. Podróż ta miała trwać dwa miesiące, ale dla mnie, który jednego dnia bez widoku Inezilli nie mogłem przepędzić, czas ten wydawał się niesłychanie długim. Przy końcu dwóch miesięcy otrzymałem list od ojca, w którym rozkazywał mi abym wyjechał na jego spotkanie i oczekiwał go w Venta-Quemada przy wejściu do Sierra-Morena. Kilka tygodni wprzódy niebyłbym śmiał zapuścić się w Sierra-Morena, ale w tenczas właśnie co powieszono dwóch braci Zota, zgraja poszła w rozsypkę i nie wspominano o żadnych niebezpieczeństwach.
Wyjechałem więc około dziesiątej z rana z Kordowy i przybyłem na nocleg do Anduhar, do najgadatliwszego oberżysty z całej Andaluzyi. Kazałem sobie zastawić obfitą wieczerzę i połowę spożywszy, drugą zachowałem na dalszą podróż.
Nazajutrz posiliłem się resztkami mojej wieczerzy w Los-Alcornoques i na wieczór przybyłem do Venta-Quemada. Nie zastałem jeszcze ojca ale gdy ten wyraźnie kazał mi czekać na siebie, zgodziłem się na to tem chętniej, że znalazłem obszerną i wygodną gospodę. Oberżysta który ją trzymał, niejaki Gonzalez z Murcyi, dobry człowiek ale wielki paliwoda, obiecał mi sporządzić wieczerzę godną granda pierwszej klassy. Podczas gdy ją przyrządzał, udałem się na przechadzkę nad brzegi Guad-al-Quiviru, a wróciwszy istotnie znalazłem że wieczerza nie była bez zalet. Kilka godzin jeszcze przepędziłem to czytając, to przewracając się w łóżku, gdym nagle usłyszał dźwięk dzwonu, czyli raczej zegaru, bijącego północ. Zdziwiłem się tem bardziej żem poprzednich godzin nie słyszał. Niebawem drzwi się otworzyły i ujrzałem moję macochę w lekkim podwłośniku ze świecą w ręku. Zbliżyła się do mnie na palcach, postawiła świecę na stoliku, usiadła obok mnie, wzięła moją rękę między swoje dłonie i w te słowa zaczęła:
«Drogi Paszeko, nadeszła chwila w której mogę spełnić uczynioną ci obietnicę; godzina temu jak przybyliśmy do tej karczmy. Twój ojciec udał się na noc do wioski, ale ja dowiedziawszy się że tu jesteś, otrzymałam pozwolenie zostania z moją siostrą. Inezilla czeka na ciebie, ale pomnij o warunkach twego szczęścia. Ty kochasz Inezillę ale ciebie kto inny kocha z równą mocą: dwoje nie powinno używać szczęścia kosztem trzeciego. Pójdź za mną.» Moja macocha nie dała mi czasu odpowiedzi, tylko poprowadziła mnie przez wiele kurytarzy aż do drzwi ostatnich i jęła spoglądać przez dziurkę od klucza. Kiedy dość się już napatrzyła rzekła: «Wszystko idzie dobrze, sam się przekonaj.»
W istocie ujrzałem zachwycającą Inezillę, ale wyraz jej twarzy był dalekim od zwykłej jej skromności. Oczy pałały niezwyczajnym ogniem, pierś szybko się wznosiła miotana gwałtownem wzruszeniem. Niemogłem tego pojąć.
Po chwili Kamilla rzekła: «Zostań tu kochany Paszeko, skoro czas nadejdzie przyjdę po ciebie.»
Gdy weszła do komnaty, znowu przyłożyłem oko do zamku, i ujrzałem tysiąc niepojętych dla mnie rzeczy. Kamilla namiętnemi słowy przemawiała do siostry; na stole stała szklanka niedopitego białego napoju. Inezilla z rozpłomienienem obliczem błędnie wpatrywała się w twarz tej kobiety, której postać unosiła się nad nią jak jastrząb nad przelekłą gołębicą. Krew we mnie zawrzała, szybko otworzyłem drzwi i ukląkłem obok czarującej dziewczyny okrywając pocałowaniami drobne jej rączki. Szatan widno rozszalał się tej nocy i popychał mnie w przepaść zbrodni. Cały pokój kręcił się ze mną, czułem że zmysły mnie opuszczają i niebawem głęboki sen mnie ogarnął.
Nazajutrz obudziłem się pod szubienicą braci Zota, których trupy leżały po obu moich stronach.»
Tu pustelnik przerwał opętanemu i rzekł: «Cóż więc mój synu co o tem myślisz? Mniemam że doznałbyś niesłychanej trwogi gdybyś nagle znalazł się między dwoma wisielcami.»
«Obrażasz mnie mój ojcze — odparłem — szlachcic nie powinien niczego się lękać, tem bardziej zwłaszcza gdy ma zaszczyt być kapitanem w gwardyi wallońskiej.»
«Ależ mój synu, — przerwał pustelnik — czy słyszałeś aby komu wydarzyła się kiedy podobna przygoda?»
Zastanowiłem się przez chwilę, poczem odrzekłem: «Jeżeli ta przygoda przytrafiła się panu Paszeko, mogła bardzo wygodnie wydarzyć się i innym, osądzę to lepiej jeżeli raczysz mu rozkazać aby mówił dalej.»
Pustelnik obrócił się do opętanego i rzekł: «Paszeko! Paszeko! w imieniu twojego odkupiciela nakazuję ci mówić dalej.» Paszeko zaryczał straszliwie i tak dalej rozpowiadał:
«Na pół umarły uciekałem z pod szubienicy; wlokłem się sam niewiedząc gdzie, nareszcie spotkałem podróżnych którzy ulitowali się nademną i odprowadzili do Venta-Quemada. Zastałem oberżystę i moich służących wielce o mnie zakłopotanych. Zapytałem ich czyli w istocie ojciec mój przepędził noc w poblizkiej wiosce, odpowiedzieli że dotychczas nikt jeszcze z mojej rodziny nie przybył.
Niemogłem już dłużej wytrzymać w Venta-Quemada i powróciłem do Anduhar. Przyjechałem już po zachodzie słońca; pełno było ludzi w gospodzie, posłano mi więc w kuchni. Położyłem się ale nadaremnie usiłowałem zasnąć, okropności przeszłej nocy ciągle stawały mi przed umysłem. Na ognisku kuchennem postawiłem zapaloną świecę, gdy wtem ta nagle zagasła i uczułem jak dreszcz śmiertelny krew mi ścinał w żyłach. Zaczęło mnie coś ciągnąć za kołdrę i niebawem usłyszałem cichy głos przemawiający w te słowa:
«To ja, Kamilla, twoja macocha, drżę cała od zimna drogi Paszeko, zlituj się nademną.»
Po chwili drugi głos przerwał:
«To ja Inezilla, Paszeko, niepoznajesz że twojej kochanki? i mnie także zimno.»
I wnet poczułem jak zimna ręka głaskała mnie pod brodę. Zebrałem wszystkie siły i krzyknąłem: «Precz odemnie szatanie?...»
Na co oba głosy znowu cicho odpowiedziały: «Jako? wypędzasz nas? czyliż nas już nie kochasz? Zimno nam, rozpalimy trocha ognia na kominku.»
W istocie wkrótce potem lekki płomyk zabłysnął na ognisku kuchennem; gdy nieco się rozjaśniło, otworzyłem oczy i ujrzałem już nie Kamillę i Inezillę ale dwóch braci Zota wiszących w kominie.
Na ten straszny widok, odszedłem prawie od zmysłów; wyskoczyłem z łoża, rzuciłem się przez okno i zacząłem uciekać w pole. Przez chwilę mniemałem żem uciekł szczęśliwie od tych wszystkich okropności, ale obróciwszy się spostrzegłem że wisielcy gonili za mną: puściłem się coraz prędzej i wkrótce zostawiłem upiory daleko za sobą — ale radość moja niedługo trwała. Obrzydłe stworzenia zaczęły obracać się kołem na rękach i nogach i w jednej chwili mnie doścignęły. Jeszcze probowałem uciec, nakoniec sił mi zabrakło.
Wtedy uczułem że jeden z wisielców chwytał mnie za kostkę lewej nogi; chciałem mu ją wydrzeć, ale wtem drugi stanął mi w poprzek drogi. Zatrzymał się, wytrzeszczył na mnie okropne oczy i wywalił język czerwony jak żelazo z ognia dobyte. Błagałem o miłosierdzie ale napróżno. Jedną ręką porwał mnie za gardło, drugą zaś wydarł to właśnie oko które dotąd nie może się zagoić. W miejsce oka, wsunął swój język rozpalony, zaczął mi lizać mózg tak że ryczałem z boleści.
Natenczas drugi wisielec który schwycił mnie za lewą nogę, wziął się także do szponów; naprzód zaczął mnie łechtać pod podeszwę nogi za którą mnie trzymał, następnie piekielny potwór zdarł mi skórę, powyciągał wszystkie nerwy, oczyścił ze krwi i jął przebierać po nich palcami jak gdyby po narzędziu muzycznem; widząc jednak że wcale nie wydawałem przyjemnych dlań dźwięków zapuścił szpony pod moje kolano, pozaciągał żyły na pazury i zaczął je nastrajać, zupełnie jak gdyby miał do czynienia z harfą. Nakoniec jął grać na mojej nodze z której utworzył pewien rodzaj psałterionu. Słyszałem jego djabelski śmiech, piekielne wycia towarzyszyły moim krzykom, tętniały mi w uszach zgrzytania potępieńców, wreszcie straciłem przytomność.
Nazajutrz pasterze znaleźli mnie na polu i przynieśli do tej pustelni. Wyspowiadałem się z grzechów i u stóp ołtarza znalazłem ulgę w moich cierpieniach.» —
Po tych słowach opętaniec zaryczał straszliwie i umilkł. Natenczas pustelnik zabrał głos i rzekł:
«Przekonywasz się teraz młodzieńcze o potędze szatana, módl się więc i płacz. Ale już jest późno, wypada się nam rozłączyć; nie ofiaruję ci na noc mojej celi gdyż krzyki Paszeka niedałyby ci zasnąć. Idź, połóż się w kaplicy, tam pod zasłoną krzyża znajdziesz opiekę przeciw złym duchom.»
Odpowiedziałem pustelnikowi że będę spał tam gdzie mu się podoba; zanieśliśmy małe łóżko na pasach do kaplicy i pustelnik odszedł życząc mi dobrej nocy.
Znalazłszy się sam jeden, zacząłem przywodzić na pamięć opowiadanie Paszeka; w istocie to coś wyglądało na moje własne przygody i właśnie zastanawiałem się nad tem gdy północ uderzyła. Nie wiedziałem czy to pustelnik dzwonił czyli też zabrzmiało djabelskie hasło. Wtedy usłyszałem że ktoś skrobał do drzwi; poszedłem i zapytałem: «kto tam?..» Cichy głos odpowiedział mi: «Zimno nam — otwórz — to my — twoje drogie kochanki.»
«Zapewne, przeklęte wisielcy — zawołałem — poszli precz do waszych szubienic! Nie przeszkadzajcie mi spać.»
Na to cichy głos znowu się odezwał: «Drwisz sobie z nas bo siedzisz w kaplicy — ale pójdźno tu do nas paniczu.»
«Służę wam w tej chwili» szybko odpowiedziałem. Porwałem za szpadę i chciałem wyjść, ale coż kiedy zastałem drzwi zamknięte. Powiedziałem to upiorom które ani słowa nie rzekły. Położyłem się więc i spałem aż do białego dnia.




DZIEŃ TRZECI.

Obudziłem się na głos pustelnika, który zdawał się niesłychanie cieszyć widząc mnie zdrowego i wesołego. Uściskał mnie ze łzami w oczach i rzekł: «Synu mój, dziwne rzeczy działy się tej nocy. Powiedz prawdę, czy przepędziłeś noc w Venta Quemada i czy miałeś tam do czynienia z potępieńcami? Jeszcze można złemu zaradzić. Klęknij u stóp ołtarza, wyznaj twoje winy i czyń pokutę.» Tak upominając, zamilkł i czekał na moją odpowiedź. «Ojcze mój, — rzekłem — właśnie spowiadałem się wyjeżdżając z Kadyxu, a od tego czasu nie sądzę abym popełnił jaki grzech śmiertelny, chybaby we śnie. Wprawdzie nocowałem w Venta Quemada, ale jeżelim tam co widział, mam moje powody dla których niechcę o tem wspominać.» Pustelnik na pozór zdziwił się mocno tą odpowiedzią, wyrzucał że dałem się uwieść szatanowi pychy i koniecznie chciał mnie przekonać o nieodbitej potrzebie spowiedzi. Wkrótce jednak widząc że niezłomnie trwałem w mojem postanowieniu, udobruchał się, porzucił ton apostolski jakim do mnie przemawiał i rzekł: «Dziwi mnie twoja odwaga, powiedz mi kto jesteś? kto cię wychował i czy wierzysz lub nie wierzysz w duchy. Bądź tak dobry i zaspokój moją ciekawość.»
«Ojcze — rzekłem — zaszczycasz mnie tą chęcią bliższego poznania mojej osoby i bądź przekonany że umiem ją cenić. Pozwól abym wstał, a wtedy przyjdę do pustelni i opowiem ci wszelkie szczegóły mnie dotyczące jakich sam tylko zażądasz.» Pustelnik znowu mnie uściskał i odszedł.
Ubrawszy się wszedłem do pustelni; zastałem starca warzącego kozie mleko które mi podał wraz z cukrem i chlebem; sam zaś poprzestał na kilku gotowanych korzonkach.
Skończywszy śniadanie, pustelnik obrócił się do opętanego i rzekł: «Paszeko, Paszeko! w imieniu twojego odkupiciela, rozkazuję ci zaprowadzić kozy na górę.» Paszeko zaryczał straszliwie i odszedł.

Natenczas, w te słowa zacząłem opowiadać własne przygody:
HISTORYA ALFONSA VAN WORDEN.

«Pochodzę z starożytnej rodziny która jednak więcej obfitowała w znakomitych mężów niż w dostatki. Cały nasz majątek, składało rycerskie dominium nazwane Worden, zależące od Burgundyi i położone śród gór Ardeńskich.
Ojciec mój, mając starszego brata, musiał poprzestać na małej cząstce dziedzictwa, która mu jednak wystarczała do przyzwoitego utrzymania się w wojsku. Służył podczas całej wojny o sukcessyą i po zawarciu pokoju, król Filip V. zaszczycił go stopniem podpułkownika w gwardyi wallońskiej.
W wojsku hiszpańskiem podówczas panował punkt honoru posunięty do najwyższego stopnia, który mój ojciec jeszcze za niedostateczny uważał i w istocie niemożna mu tego brać za złe, gdyż prawdę mówiąc, honor powinien być duszą życia wojskowego. W Madrycie nieodbywał się żaden pojedynek żeby mój ojciec nie układał warunków, a skoro raz wyrzekł że zadosyć uczynienie było dostatecznem, nikt przeciw temu wyrokowi nie śmiał stawić oporu. Jeżeli zaś szczególniejszym trafem ktoś nie był zupełnie zadowolonym, natychmiast miał do czynienia z moim ojcem, który ostrzem szpady popierał każde swoje zdanie. Nadto ojciec mój utrzymywał wielką księgę w której zapisywał historyę każdego pojedynku ze wszelkiemi szczegółami, i zwykle w nadzwyczajnych razach do niej odwoływał się po radę.
Tak ciągle tylko zajęty swoim krwawym trybunałem, mój ojciec długo zostawał nieczułym na ponęty miłości, nareszcie wzruszyły mu serce wdzięki młodej jeszcze dziewczyny, Uraki Gomelez, córki Oidora Grenady, pochodzącej z krwi dawnych królów tego kraju. Wspólni przyjaciele wkrótce zbliżyli obie strony i skojarzyli małżeństwo.
Mój ojciec postanowił zaprosić na wesele wszystkich tych z którymi kiedykolwiek się pojedynkował, ma się rozumieć których nie pozabijał. Sto dwudziestu dwóch zasiadło do stołu, trzynastu nie było w Madrycie, o miejscu zaś pobytu trzydziestu trzech z którymi bił się w wojsku, nie mógł powziąść żadnej wiadomości. Matka moja opowiadała mi, że nigdy nie widziała tak wesołej uczty i na którejby szczerość tak powszechnie panowała; łatwo temu uwierzyłem, gdyż ojciec mój miał wyborne serce i był lubionym od wszystkich.
Z swojej strony, ojciec mój, silnie przywiązany do Hiszpanji, niebyłby nigdy opuścił służby, gdyby we dwa miesiące po małżeństwie nie był otrzymał listu podpisanego przez burmistrza miasta Bouillon. Donoszono mu: że jego brat, zszedłszy bezpotomnie ze świata, zostawił mu cały majątek. Wieść ta niesłychanie zmięszała mego ojca, i matka mówiła mi że wpadł w takie roztargnienie, że nie można było jednego słowa z niego wydobyć. Nareszcie rozłożył księgę pojedynków, wyszukał dwunastu ludzi którzy ich mieli najwięcej w całym Madrycie, zaprosił do siebie i przemówił do nich w te słowa:
«Drodzy towarzysze broni, wiecie ile razy uspokoiłem wasze sumienia gdy honor wasz zdawał się być zagrożonym. Dziś sam jestem zmuszony odwołać się do waszego światła, lękam się albowiem aby mój własny sąd niebył dość jasnym, czyli raczej aby uczucie stronności nie stanęło mi na zawadzie. Oto jest list od burmistrza z Bouillonu, którego świadectwo zasługuje na szacunek, jakkolwiek urzędnik ten bynajmniej nie pochodzi z krwi szlacheckiej. Wyrzeknijcie więc, czy honor nakazuje mi zamieszkiwać zamek moich przodków, lub też czy dalej mam służyć królowi Don Filipowi, który obsypał mnie dobrodziejstwami i w ostatnich nawet czasach wzniósł do godności generała brygady. Zostawiam list na stole i sam odchodzę; za pół godziny powrócę i dowiem się o waszem postanowieniu.»
To mówiąc, mój ojciec wyszedł z pokoju. Gdy wrócił w pół godziny, zaczęło się głosowanie. Pięć głosów było za zostaniem w służbie siedm zaś za przeniesieniem się w góry Ardeńskie. Mój ojciec bez szemrania skłonił się za większością.
Matka moja chętnie byłaby pozostała w Hiszpanji, ale tak dalece kochała swego męża, że bez najmniejszego żalu zgodziła się na opuszczenie ojczyzny. Odtąd zajęto się jedynie przygotowaniami do podróży i przyjęciem kilku osób któreby mogły śród gór Ardeńskich przypominać Hiszpaniję. Chociaż ja, niebyłem jeszcze wtedy na świecie, jednakże mój ojciec bynajmniej nie wątpiąc o mojem przybyciu, pomyślił że czas był wyszukać dla mnie nauczyciela fechtunku; w tym celu rzucił wzrok na Garciaza Hierro, najbieglejszego fechtmistrza w całym Madrycie. Młodzieniec ten, znudzony niespokojnem życiem miasta, chętnie przystał na podane mu warunki. Z drugiej strony, matka moja, niechcąc puszczać się w podróż bez spowiednika, wybrała Inniga Veleza, teologa patentowanego w Cuenza, który miał mnie nauczać zasad religji katolickiej i języka hiszpańskiego. Wszystkie te rozporządzenia względem mego wychowania, poczyniono na rok przed mojem przyjściem na świat.
Skoro wszystko już było gotowe do odjazdu, ojciec mój poszedł pożegnać się z królem i według zwyczaju przyjętego na dworze hiszpańskim, ukląkł na jedno kolano aby mu ucałować rękę, ale nagle żal tak mu ścisnął serce, że zemdlał i odniesiono go bez przytomności do domu. Nazajutrz poszedł pożegnać się z Don Ferdynandem de Lara, który był na ów czas pierwszym ministrem. Don Fernando przyjął go nader łaskawie i zawiadomił, że król wyznaczał mu dwanaście tysięcy realów dożywotniej pensyi wraz ze stopniem Serhente hénéral, który odpowiada dzisiejszemu generałowi dywizyi. Mój ojciec byłby połową własnej krwi okupił szczęście rzucenia się raz jeszcze do stóp monarchy, ale ponieważ już się był pożegnał, musiał przeto tymrazem poprzestać na listowem wyrażeniu gorących uczuć wdzięczności jaka go wskroś przejmowała. Nareszcie, nie bez rzewnych łez, opuścił Madryt. Mój ojciec wybrał drogę przez Katoloniję aby raz jeszcze zwiedzić pola, na których dał tyle dowodów męztwa i pożegnać się z kilku dawnymi towarzyszami, którzy dowodzili oddziałami wojsk rozstawionemi na granicy. Ztamtąd przez Perpignan dostał się do Francyi.
Całą podróż aż do Lyonu odbył jak najspokojniej, ale wyjechawszy z Lyonu końmi pocztowemi wyprzedzony został przez powóz, który daleko lżej wyładowany, pierwszy przybył do stacyi. Niebawem mój ojciec zajechał także przed dom pocztowy, wziął szpadę i zbliżywszy się do podróżnego prosił o udzielenie mu chwilkę osobnej rozmowy. Podróżny, jakiś pułkownik francuzki, widząc mego ojca w generalskim mundurze, aby mu nieuchybić także przypasał szpadę.
Weszli oba do gospody położonej naprzeciw domu pocztowego i zażądali osobnego pokoju. Gdy znaleźli się sami, mój ojciec temi słowy odezwał się do podróżnego: «Mości panie, powóz pański wyprzedził moją karetę usiłując koniecznie pierwej zajechać przed pocztę. Postępek ten, jakkolwiek sam przez się nie jest zniewagą, ma przecież dla mnie coś niemiłego, z czego raczysz się pan wytłumaczyć.»
Pułkownik mocno zdziwiony zwalił całą winę na pocztylionów i zaręczał że bynajmniej się do tego nie mięszał.
«Mości panie, — przerwał mój ojciec — nieuważam tego bynajmniej za sprawę zbyt wielkiej wagi i dla tego poprzestanę na pierwszej krwi.» To mówiąc dobył szpady.
«Wstrzymaj się pan na chwilę, — rzekł Francuz — mniemam że to wcale nie moi pocztylioni wyprzedzili pańskich, ale przeciwnie pańscy wlokąc się niedbale pozostali w tyle.»
Mój ojciec nieco zamyślił się i rzekł do pułkownika: «Sądzę że masz pan słuszność i gdybyś był wcześniej uczynił mi tę uwagę, to jest zanim dobyłem szpady, bezwątpienia byłoby się obyło bez pojedynku; ale teraz pojmujesz pan że doprowadziliśmy rzeczy do tego stopnia, że bez rozlewu trochy krwi nie możemy się rozejść.»
Pułkownik znalazł zapewne tę przyczynę zupełnie dostateczną i także dobył szpady. Walka krótko trwała. Mój ojciec czując się rannym, natychmiast zniżył ostrze swej szpady i jął przepraszać pułkownika że śmiał go trudzić, na co ten odpowiedział ofiarując swoje usługi, wymienił swoje nazwisko i gdzie można było go znaleźć w Paryżu; poczem wsiadł do powozu i odjechał.
Mój ojciec z początku nie zważał na ranę, ale ciało jego tak było innemi pokryte, że nowy ten cios uderzył w dawną bliznę.
Pchnięcie szpady pułkownika odkryło postrzał karabinowy po którym kula mu jeszcze pozostała. Ołów tym razem wydostał się na wierzch i po dwu miesięcznem okładaniu i przewijaniu, rodzice moi puścili się w dalszą drogę.
Mój ojciec przybywszy do Paryża natychmiast pośpieszył odwiedzić Margrabiego d’Urfé (tak się nazywał pułkownik z którym miał spotkanie). Był to jeden z ludzi najwięcej poważanych na dworze; przyjął mego ojca z niewypowiedzianą uprzejmością i obiecał przedstawić go ministrowi jakoteż pierwszym panom francuzkim. Mój ojciec podziękował mu i prosił tylko o przedstawienie go księciu de Tavannes, który naówczas był dziekanem marszałków, chciał bowiem zasięgnąć bliższych wiadomości względem trybunału honorowego o którym dotąd miał wysokie wyobrażenie, często rozpowiadał w Hiszpanii jako o nader mądrej ustawie i wszelkiemi siłami starał się zaprowadzić ją w tym kraju. Marszałek również rad był memu ojcu i polecił go kawalerowi de Belièvre, pierwszemu sekretarzowi panów marszałków i obrońcy przy rzeczonym trybunale.
Kawaler często odwiedzając mego ojca spostrzegł raz u niego kronikę pojedynków; dzieło to tak dalece wydało mu się jedynem w swoim rodzaju, że prosił o pozwolenie pokazania go panom marszałkom, którzy podzielili zdanie ich sekretarza i posłali do mego ojca z prośbą: aby raczył dozwolić uczynić odpis, który miał być na wieczne czasy złożonym w aktach trybunalskich. Żądanie to sprawiło memu ojcu niesłychaną przyjemność i z radością na nie zezwolił.
Podobne oświadczenia szacunku bezustannie uprzyjemniały memu ojcu pobyt w Paryżu, ale wcale inaczej działo się z moją matką. Postanowiła ona niezwłocznie nietylko nie uczyć się po francuzku, ale nawet nie słuchać gdy przemawiano tym językiem. Spowiednik jej Innigo Velez ciągle gorzko wyśmiewał się z wolnych obrządków kościoła gallikańskiego, Garcias Hierro zaś kończył każdą rozmowę utrzymując, że Francuzi byli tchórzami i niezgrabiaszami.
Nareszcie rodzice moi opuścili Paryż i po czterech dniach podróży przybyli do Bouillon. Ojciec mój dopełnił aktu rozpoznania przed urzędnikami i objął swój majątek w posiadanie. Dach naszych przodków, oddawna pozbawiony obecności swych panów, w równym stanie znajdował się co do dachówek; deszcz tak dobrze lał w pokoju jak na podwórzu, z tą różnicą: że bruk podwórza wkrótce wysychał, podczas gdy kałuże w pokojach ciągle się powiększały. Ten zalew domowego ogniska bardzo podobał się memu ojcu, przypominał mu bowiem oblężenie Leridy, podczas którego trzy tygodnie przepędził stojąc po pas w wodzie.
Pomimo tych miłych wspomnień, postarał się jednak o umieszczenie w suchem miejscu łóżka swojej małżonki. W obszernym bawialnym pokoju był komin flamandzki przy którym piętnaście osób mogło grzać się wygodnie; wystające sklepienie tego komina tworzyło niejako dach, podparty z każdej strony dwoma słupami. Zabito więc dymnik i pod tym dachem postawiono łóżko mojej matki, stolik i jedno krzesło, ponieważ zaś ognisko było wyniesione na jedną stopę, matka moja przeto mogła zamieszkiwać tę wyspę dość nieprzystępną dla powodzi.
Ojciec mój osiedlił się w przeciwnym końcu pokoju na dwóch stołach spojonych deskami, oba zaś łóżka połączono mostem umocowanym w środku podwalnią z pak i kufrów. Dzieło to zostało ukończone pierwszego dnia naszego przybycia do zamku i w dziewięć miesięcy potem przyszedłem na świat. Podczas gdy z wszelką czynnością zajmowano się wyporządzeniem naszego mieszkania, mój ojciec odebrał list który przepełnił go radością. W liście tym marszałek książe de Tavannes, prosił go o sąd w pewnej sprawie honorowej która całemu trybunałowi wydała się nader trudną do rozstrzygnięcia.
Mój ojciec z takiem szczęściem przyjął ten dowód szczególniejszej łaski, że postanowił z tego powodu wyprawić wielki bal dla sąsiadów. Ale ponieważ niemieliśmy żadnych sąsiadów, bal przeto skończył się na fandango wykonanem przez mego fechtmistrza i Signorę Fraskę pierwszą garderobianę mojej matki.
Ojciec mój, w odpowiedzi na list marszałka, upraszał aby raczono mu w następstwie przesyłać wyciągi z wyroków trybunału. Ta łaska została mu udzieloną i odtąd każdego pierwszego miesiąca otrzymywał wielki zwój papierów, który przez cztery tygodnie wystarczał na domowe rozmowy i sprzeczki pod czas długich wieczorów zimowych przy kominie, w lecie zaś na dwóch ławkach przypartych do zamkowej bramy.
Gdy zapowiadałem już moje narodzenie, ojciec mój ciągle rozmawiał z moją matką o synu którego się spodziewał i o wyborze ojca chrzestnego. Matka moja obstawała za księciem de Tavannes lub też za margrabią d’Urfé, ojciec zaś utrzymywał że to byłby dla nas wielki zaszczyt, ale przytem obawiał się aby ci panowie nie sądzili że mu czynią zbyt wielki zaszczyt, i tak zrozumiawszy należycie własną godność prosił kawalera de Beliévre, który z swojej strony z szacunkiem i wdzięcznością przyjął zaproszenie.
Nakoniec przyszedłem na świat; w trzecim roku życia wywijałem już małą szpadą, w szóstym zaś strzelałem z pistoletu nie zmrużywszy oka. Już miałem blizko siedm lat gdy mój ojciec chrzestny przyjechał do nas w odwiedziny. Kawaler od tego czasu ożenił się był w Tunak i piastował tam urząd namiestnika i zarazem obrońcy przy trybunale honorowym. Początek tych godności odnosi się aż do czasów sądów bożych, później przyłączono je do trybunału marszałków Francyi.
Pani de Belièvre była nader wątłego zdrowia i mąż wiózł ją do wód w Spa. Oboje wkrótce niesłychanie mnie polubili a ponieważ niemieli własnych dzieci, uprosili przeto mego ojca aby im powierzył moje wychowanie, które niemogło być pielęgnowanem w samotnej okolicy jaką zamieszkiwaliśmy. Ojciec mój chętnie przystał na ich żądania, zachęcony zwłaszcza urzędem obrońcy przy trybunale honorowym, który mu obiecywał, że w domu Belièvrów zawczasu przejmę się zasadami mającemi ustalić dalsze moje postępowanie.
Z początku chciano aby Garcias de Hierro mi towarzyszył, gdyż mój ojciec zawsze był tego zdania że najszlachetniejszy pojedynek był ze szpadą w prawej, puginałem zaś w lewej ręce. We Francyi zupełnie nieużywano tego rodzaju szermierstwa. Ponieważ jednak mój ojciec przyzwyczaił się każdego poranku szermować z Garciasem, i ta rozrywka stała się potrzebną dla jego zdrowia, postanowił zatem zatrzymać fechtmistrza przy sobie.
Również, myślano wysłać ze mną teologa Inniga Veleza, ale ponieważ matka moja umiała tylko po hiszpańsku, niepodobieństwem więc było pozbawiać ją spowiednika znającego ten język. Tak więc rozłączony zostałem z dwoma ludźmi których jeszcze przed mojem urodzeniem przeznaczono na moich nauczycieli. Jednakże dano mi służącego Hiszpana, ażebym w jego towarzystwie nie zapomniał mowy macierzyńskiej.
Wyjechałem z moim ojcem chrzestnym do Spa gdzie przepędziliśmy dwa miesiące, ztamtąd udaliśmy się do Hollandyi i nareszcie w końcu jesieni wróciliśmy do Turnak. Kawaler de Belièvre wybornie odpowiedział zaufaniu mego ojca i przez sześć lat nieszczędził wszelkich starań aby mnie z czasem wykształcić na znakomitego wojskowego. W końcu szóstego roku mego pobytu, Pani de Belièvre nagle umarła, mąż jej opuścił Flandryę i przeniósł się do Paryża, mnie zaś odwołano do rodzicielskiego domu.
Po nieznośnej podróży z powodu spóźnionej pory, we dwie godzin po zachodzie słońca przybyłem do zamku, gdzie zastałem wszystkich mieszkańców zebranych koło wielkiego komina. Mój ojciec jakkolwiek uszczęśliwiony z mego przyjazdu, przecież bynajmniej nie objawił oznak radości, lękając się na szwank wystawić to co wy Hiszpanie nazywacie la gravedad; natomiast matka moja przyjęła mnie ze łzami. Teolog Innigo Velez przywitał mnie błogosławieństwem, szermierz zaś Garcias Hierro natychmiast podał mi floret. Wnet uderzyłem na niego i zadałem mu kilka pchnięć które dały obecnym niepospolite wyobrażenie o mojej zręczności. Mój ojciec zbyt był biegłym znawcą aby w tej chwili nie miał zastąpić dawnej oziębłości najżywszym rozczuleniem.
Zastawiono wieczerzę i wszyscy wesoło zasiedli do stołu. Po wieczerzy znowu przysunięto się do komina i mój ojciec rzekł do teologa: «Przewielebny Don Innigo, uczyń mi tę przyjemność, przynieś wielką księgę z cudownemi historyami i przeczytaj nam którą.» Teolog poszedł do swego pokoju i wkrótce wrócił z ogromnym foliałem oprawionym w biały pargamin który pożółkniał już od starości. Otworzył księgę na chybił-trafił i zaczął czytać w te słowa:

HISTORYA TRIWULDA Z RAWENNY.

Był raz przed laty we włoskiem mieście nazwanem Rawenna, młodzieniec nazwiskiem Triwuld. Przystojny, bogaty ale przytem nadzwyczaj zarozumiały. Dziewczęta raweńskie wyglądały oknami aby go ujrzeć przechodzącego, ale żadna nie mogła sprawić na nim wrażenia. Jeżeli zaś przypadkiem która przypadła mu do smaku, milczał z obawy aby się nie poniżył okazaniem kobiecie tak wysokiego zaszczytu. Nareszcie wdzięki, młodej Niny Dei-Gieraci skruszyły jego obojętność i Triwuld oświadczył jej swoją miłość. Nina na to odpowiedziała, że kawaler Triwuld wielce ją tym zamiarem zaszczycał, ale że od dzieciństwa kochała swego kuzyna Teobalda Dei-Gieraci i że zapewne do śmierci kochać go nie przestanie. Na tę niespodziewaną odpowiedź, Triwuld wyszedł dając oznaki najzapalczywszej wściekłości.
W ośm dni potem, a było to właśnie w niedzielę, gdy wszyscy mieszkańcy Rawenny dążyli do katedry świętego Piotra, Triwuld rozpoznał śród tłumu Ninę wspartą na ramieniu jej krewnego. Zawinął się w płaszcz i pośpieszył za niemi.
Gdy wszyscy weszli do kościoła gdzie niewolno było twarz płaszczem zakrywać, kochankowie mogli byli łatwo spostrzedz że Triwuld ich ścigał, ale tak dalece zajęci byli miłością że nawet nie uważali na mszę, co prawdę mówiąc wielkim jest grzechem.
Tymczasem Triwuld usiadł za niemi w ławce, słuchał ich rozmowy i podniecał w sobie zawziętość. Natenczas ksiądz wstąpił na ambonę i rzekł: «Mili chrześcijanie, ogłaszam wam zapowiedzi Teobalda i Niny Dei-Gieraci, czy kto z was ma co przeciw temu małżeństwu?»
«Ja się temu sprzeciwiam,» krzyknął Triwuld, i w tej chwili zadał obu kochankom kilkanaście ciosów sztyletem.
Chciano go przytrzymać, ale znowu wziął się do sztyletu, wymknął się z kościoła, następnie z miasta i uciekł do Wenecyi. Triwuld był pyszny i zepsuty przez los, ale duszę miał tkliwą; zgryzoty sumienia zemściły się za nieszczęśliwe ofiary. Triwuld tułał się od miasta do miasta i w rozpaczy pędził życie.
Po kilku latach, krewni jego załagodzili całą sprawę i powrócił do Rawenny; ale nie był to już ten sam młodzieniec błyszczący szczęściem i dumny z swojej urody. Zmienił się tak dalece że własna mamka nie mogła go poznać.
Zaraz pierwszego dnia po przybyciu, Triwuld wywiedział się gdzie był grób Niny; powiedziano mu że razem ze zwłokami kochanka została pochowaną w kościele świętego Piotra, tuż obok miejsca gdzie ich zamordowano. Triwuld drżący poszedł do kościoła, upadł na grób i oblał go rzewnemi łzami. Pomimo całej boleści jakiej nieszczęśliwy zabójca doznał w tej chwili, łzy przecież ulżyły mu na sercu; dał więc swoją kiesę zakrystyanowi i otrzymał pozwolenie wchodzenia do kościoła kiedy mu się tylko spodoba. Odtąd przychodził każdego wieczora i zakrystyan tak się do niego przyzwyczaił że niezwracał nań najmniejszej uwagi.
Pewnego wieczoru, Triwuld przepędziwszy poprzednią noc bezsennie, zasnął na grobie, a gdy się obudził znalazł kościół już zamknięty; postanowił więc śmiało przepędzić noc w miejscu które tak zgadzało się z jego głębokim smutkiem. Słuchał jak godziny biły jedna za drugą i żałował tylko, że każdy ostatni dźwięk niebył ostatnią chwilą jego życia.
Nareszcie północ uderzyła. Otwarły się drzwi od zakrystyi i Triwuld ujrzał zakrystyana wchodzącego z latarnią w jednej, z miotłą zaś w drugiej ręce. Nie był to jednak zwyczajny zakrystyan ale kościotrup; miał wprawdzie nieco skóry na twarzy i coś nakształt zapadłych oczu, ale okrywająca go opończa wyraźnie pokazywała że na kościach zupełnie nie było ciała.
Okropny zakrystyan postawił latarnię na wielkim ołtarzu i pozapalał świece jak do nieszporów; następnie zaczął zamiatać kościół i okurzać ławki, przeszedł nawet kilka razy obok Triwulda ale nie zdawał się go spostrzegać. Nareszcie zbliżył się do drzwi zakrystyi i jął dzwonić w sygnaturkę; na ten dźwięk podniosły się grobowce, wyszli umarli owinięci w całuny i na posępną nutę zawiedli hymny i żałobne i litanie.
Gdy tak przez jakiś czas już wyśpiewywali, jeden martwiec odziany w albę i stułę wstąpił na ambonę i rzekł: «Mili bracia, ogłaszam wam zapowiedzi Teobalda i Niny Dei-Gieraci, przeklęty Triwuldzie, czy masz co przeciw temu?» —
Tu ojciec mój przerwał teologowi i zwracając się do mnie, rzekł: «Synu mój Alfonsie, czy zląkłbyś się gdybyś był na miejscu Triwulda.»
«Drogi ojcze, — odpowiedziałem — sądzę że zląkłbym się niesłychanie.»
Na te słowa, ojciec mój, porwał się uniesiony szalonym gniewem, poskoczył do szpady i chciał mnie nią przybić do ściany.
Obecni rzucili się między nas i przecie zdołali go uspokoić. Gdy usiadł na swojem miejscu, spojrzał na mnie straszliwie i rzekł: «Synu niegodny twojego ojca, nikczemność twoja hańbą okrywa pod pewnym względem pułk gwardyi wallońskiej w którym cię chciałem umieścić.»
Po tych gorzkich wymówkach na które myślałem że umrę ze wstydu, nastąpiło głębokie milczenie. Garcias pierwszy go przerwał i zwracając się do mego ojca rzekł: «Czy nie lepiej byłoby Jaśnie Wielmożny Panie aby zamiast tego wszystkiego, można było przekonać syna Waszej Miłości, że niema na świecie ani widm, ani upiorów, ani umarłych którzy śpiewają litanije. Tym sposobem, bezwątpienia panicz nie drżałby na ich wspomnienie.»
«Mości Hierro, — odpowiedział cierpko mój ojciec, — zapominasz Wacpan że wczoraj miałem zaszczyt pokazywać mu historyę o duchach, napisaną własną ręką mego pradziada.»
«Ja bynajmniej, — odparł Garcias — nie zadaję fałszu pradziadowi Jaśnie Wielmożnego Pana.»
«Jak to rozumiesz, — rzekł ojciec — bynajmniej nie zadaję fałszu. Czy wiesz że to wyrażenie przypuszcza możność zadania fałszu memu pradziadowi, przez Wacpana.»
«Jaśnie Wielmożny Panie, — mówił dalej Garcias, — wiem że jestem zbyt małoznaczącą osobą, aby Jaśnie Wielmożny pradziad Waszej Miłości, miał wymagać po mnie jakiegokolwiek zadosyć uczynienia.»
Wtedy mój ojciec przybrawszy jeszcze straszliwszą postawę, zawołał: «Hierro! niech cię Bóg broni abyś miał czynić wymówki, gdyż takowe przypuszczają możność obrazy.»
«W takim razie, — rzekł Garcias — niepozostaje mi jak tylko z pokorą poddać się karze jaką Jaśnie Wielmożny Pan w imieniu swego pradziada raczy na mnie wymierzyć, śmiem tylko błagać aby dla ochrony godności mego powołania, kara ta została mi wyznaczoną przez naszego spowiednika; tym sposobem będę mógł ją uważać za pokutę kościelną.»
«To nie jest zła myśl, — rzekł mój ojciec znacznie uspokojony. — Pamiętam żem kiedyś napisał mały traktat o zadosyć uczynieniach w razie gdyby pojedynek niemógł mieć miejsca; muszę się nad tem głębiej zastanowić.»
Mój ojciec zdawał się z początku głęboko rozmyślać nad tym przedmiotem, ale przechodząc z jednych uwag do drugich, zasnął nareszcie w swojem krześle. Matka moja i teolog oddawna już spali i Garcias niebawem poszedł za ich przykładem. Natenczas ja odszedłem do mego pokoju i tak minął pierwszy dzień powrotu do rodzicielskiego domu.
Nazajutrz z rana fechtowałem się z Garciasem, następnie poszedłem na polowanie, po wieczerzy zaś gdy wszyscy zasiedli koło komina, mój ojciec znowu posłał teologa po wielką księgę. Przewielebny przyniósł ją, otworzył na pamięć i zaczął czytać co następuje:

HISTORYA LANDULFA Z FERRARY.

W pewnem mieście włoskiem nazwanem Ferrara, żył raz pewien młodzieniec nazwiskiem Landulf. Był to rozpustnik bez czci i wiary, który zgrozą przejmował wszystkich pobożnych mieszkańców. Ten niegodziwiec szukał tylko podobnych sobie kobiet, żadna jednak nie podobała mu się tyle ile Bianka de Rossi z powodu że wszystkie inne przewyższała w lekkomyślności.
Bianka nie tylko była rozpustną, chciwą złota i zepsutą w głębi serca, ale nadto wymagała zawsze aby jej kochankowie zniżali się do niej hańbiącemi postępkami; nalegała więc na Landulfa aby każdego wieczora prowadził ją na wieczerzę do jego matki i siostry. Landulf natychmiast poszedł do matki i oświadczył jej ten zamiar, jak gdyby nic w tem nie widział nieprzyzwoitego. Biedna matka zalała się łzami i zaklinała syna aby miał wzgląd na dobrą sławę siostry. Landulf pozostał głuchym na te prośby i przyrzekł tylko dochować ile możności tajemnicy, poczem przyprowadził Biankę do domu. Matka i siostra Landulfa przyjęły niegodziwą daleko lepiej niż na to zasługiwała; ale Bianka widząc ich dobroć podwoiła jeszcze zuchwałość, zaczęła rozprawiać o nieprzystojnych rzeczach i dawać siostrze swego kochanka nauki, bez jakich ta byłaby się zupełnie obeszła. Nareszcie wyprawiła obie z pokoju, mówiąc że dość już ją znudziły.
Nazajutrz, bezwstydna rozniosła tę historyę po całem mieście, tak że przez kilka dni o niczem innem nie mówiono; niebawem wieść o tym wypadku doszła Odoarda Zampi, brata matki Landulfa. Odoardo wcale niebył człowiekiem bezkarnie puszczającym urazę, ujął się strony swej siostry i tego samego dnia kazał zamordować niegodziwą Biankę. Gdy Landulf udał się do swej kochanki, znalazł ją broczącą we krwi i nieżywą. Wkrótce dowiedział się że to była sprawa jego wuja, pobiegł więc chcąc go karać, ale dzielni towarzysze otaczający Odoarda naigrawali się jeszcze z jego bezsilnej złości.
Landulf nie wiedząc na kim wywrzeć swoją wściekłość, pobiegł do matki aby na niej pomścić swojej krzywdy. Biedna kobieta właśnie siadała z córką do wieczerzy i widząc syna wchodzącego zapytała, czy dziś Bianka przyjdzie do stołu?..
«Oby mogła przyjść, — krzyknął Landulf — i zaprowadzić cię do piekła razem z twoim bratem i całą rodziną Zampich.»
Nieszczęśliwa matka padła na kolana wołając: «Wielki Boże, przebacz mu jego bluźnierstwu!.»
W tej chwili drzwi otwarły się z łoskotem i ujrzano wchodzące straszliwe widmo, pokryte ranami sztyletu, w którem jednak nie można było nierozpoznać trupa Bianki.
Matka i siostra Landulfa zaczęły żarliwie się modlić i Bóg udzielił im łaskę zniesienia tego okropnego widoku.
Wiedźma zbliżyła się wolnemi kroki i zasiadła do stołu jak gdyby chciała społu wieczerzać. Landulf z odwagą, jaką samo tylko piekło mogło go natchnąć, podał jej półmisek. Widmo otworzyło tak wielką paszczę że głowa zdawała mu się łupać na dwoje i zionęło czerwonawym płomieniem; następnie wyciągnęło osmoloną rękę, wzięło kawałek, połknęło go i wnet usłyszano jak spadał pod stół. Tym sposobem pożarło cały półmisek, ale wszystkie kawałki upadały pod stół. Wtedy zwracając straszliwe oczy na gospodarza, rzekło:
«Teraz muszę ci podziękować za wieczerzę drogi Landulfie.» Przy tych słowach zarzuciło mu na szyję skrwawione ręce, zaczęło uśmiechać się i kłapać zębami... —
Tu mój ojciec przerywając spowiednikowi obrócił się do mnie i rzekł:
«Synu mój Alfonsie, czy zląkłbyś się gdybyś był na miejscu Landulfa?...»
«Kochany ojcze, — odpowiedziałem — zaręczam że wcale bym się nie zląkł.»
Odpowiedź ta ucieszyła mego ojca; przez cały wieczór był wesół i z radością na mnie poglądał.
Tak przepędzaliśmy dni jeden za drugim, z tą różnicą że w zimie zasiadaliśmy koło komina, w lecie zaś na ławce przypartej do zamkowej bramy. Sześć lat upłynęło w tym słodkim pokoju i gdy teraz sobie przypominam, zdaje mi się że każdy rok nie trwał dłużej jak tydzień.
Gdy skończyłem siedmnasty rok życia, ojciec pomyślił o umieszczeniu mnie w pułku gwardyi wallońskiej, i w tym celu napisał do kilku dawnych towarzyszów na których najwięcej jeszcze liczył. Ci zacni i szanowni wojskowi połączyli wspólne starania i otrzymali dla mnie patent na kapitana. Mój ojciec otrzymawszy tę wiadomość tak dalece był nią wzruszony, że lękano się o jego życie; wszelako niebawem przyszedł do siebie i odtąd zajmował się tylko przygotowaniami do mego wyjazdu. Chciał abym udał się przez morze i wylądowawszy w Kadyxie, naprzód przedstawił się Don Henrykowi de Sa, wielkorządcy prowincyi, który najwięcej przyczynił się do otrzymania dla mnie stopnia.
Gdy powóz pocztowy zajechał już na podwórze zamkowe, ojciec mój zaprowadził mnie do swego pokoju i zaryglowawszy drzwi za sobą, rzekł: «Kochany Alfonsie, pragnę powierzyć ci tajemnicę którą otrzymałem od mego ojca a którą ty przekażesz kiedyś twemu synowi, gdy go jej godnym osądzisz.»
Byłem przekonany że ta tajemnica tyczyła się jakiego ukrytego skarbu, odpowiedziałem więc: że zawsze uważałem złoto jedynie jako środek przyjścia w pomoc nieszczęśliwym.
«Mylisz się kochany Alfonsie, — odparł mój ojciec, — nie chodzi tu bynajmniej o złoto lub srebro. Pragnę nauczyć cię nieznanego dotąd pchnięcia, za pomocą którego zasłaniając prawy bok i szybkim zwrotem podbijając końcem szpady rękojeść przeciwnika, jesteś pewnym zawsze wytrącić mu broń z ręki.» To mówiąc wziął florety, nauczył mnie nieznanego pchnięcia; dał błogosławieństwo na drogę i zaprowadził do powozu. Uściskałem moją matkę i po chwili opuściłem zamek rodzicielski.
Udałem się lądem aż do Flessingi, tam wsiadłem na okręt i wylądowałem w Kadyxie. Don Henryk de Sa zajął się mną jak gdybym był własnym jego synem, dopomógł mi do przyzwoitego oporządzenia się i polecił dwóch służących, z których jeden zwał się Lopez drugi zaś Moskito. Z Kadyxu przybyłem do Sewilli, z Sewilli do Kordowy, następnie do Anduhar zkąd postanowiłem obrócić drogę przez Sierra-Morena. Na nieszczęście przy źródle w Alcornoques, oba służący mnie opuścili. Pomimo to, tego samego dnia dostałem się do Venta-Quemada, wczoraj zaś wieczorem do twojej pustelni. —
«Kochany synu, — rzekł pustelnik — twoja historya mocno mnie zajęła i dziękuję ci żeś mi ją raczył opowiedzieć. Widzę teraz po sposobie twego wychowania, że bojaźń jest dla ciebie zupełnie nieznanem uczuciem; ale ponieważ przepędziłeś noc w Venta-Quemada, lękam się abyś tam nie był doświadczył nagabań dwóch wisielców i żebyś kiedyś nie uległ smutnemu losowi opętanego Paszeko.»
«Wielebny ojcze — odpowiedziałem — długom się zastanawiał tej nocy nad przygodami pana Paszeko. Jakkolwiek ma on djabła w ciele, przecież jest szlachcicem, nie sądzę więc aby wszystko co mówił nie było najistotniejszą prawdą. Z drugiej jednak strony, Innigo Velez, nasz spowiednik zamkowy zaręczył mi, że jakkolwiek dawniej znajdowali się opętani, zwłaszcza w pierwszych czasach chrześcijaństwa, atoli dziś niema już ich zupełnie i jego świadectwo tem ważniejszem mi się wydaje, że ojciec mój rozkazał mi we względzie naszej religji, ślepo wierzyć czcigodnemu Velezowi.»
«Jako? — rzekł pustelnik, — nie widziałeś więc okropnej postaci opętanego, któremu djabli wyłupili jedno oko?..»
«I owszem mój ojcze, wszelako pan Paszeko, mógł innym sposobem nabawić się tego kalectwa. Wreszcie co się tyczy tych rzeczy, odnoszę się zawsze do tych którzy więcej umieją odemnie. Dość dla mnie że nielękam się żadnych widm ani strachów. Jednakże jeżeli chcesz, dla zachowania spokoju duszy mojej, dać mi jaką świętą relikwiję, przyrzekam nosić ją z wszelką wiarą i poszanowaniem.»
Pustelnik zdawał się uśmiechać z mojej prostoty, poczem rzekł: «Widzę mój synu, że masz jeszcze wiarę, ale obawiam się abyś nadal zdołał w niej wytrwać. Ci Gomelezowie od których wiedziesz twój ród po kądzieli, są od niedawna dopiero chrześcijanami, niektórzy z nich nawet, jak mówią, w głębi serca wyznają islamizm. W razie, gdyby ci ofiarowali niezmierne bogactwa, z warunkiem przejścia na ich wiarę, co byś wtenczas uczynił?..»
«Nie przyjąłbym, — odpowiedziałem — gdyż mniemam że wyparcie się wiary lub opuszczenie sztandaru, zawsze może tylko okryć hańbą.»
Tu pustelnik znowu zdawał się uśmiechać i rzekł: «Ze smutkiem spostrzegam że cnoty twoje zasadzają się na zbyt wygórowanem uczuciu honoru i uprzedzam cię, że dziś niema już tyle pojedynków w Madrycie ile ich bywało za czasów twego ojca. Oprócz tego, cnoty dziś opierają się na innych, daleko trwalszych zasadach. Ale niechcę cię dłużej zatrzymywać gdyż masz jeszcze długą drogę przed sobą, zanim dostaniesz się do Venta del Pegnon, czyli gospody pod skałą. Oberżysta mieszka tam pomimo złodziejów, liczy bowiem na opiekę bandy cyganów która obozuje w okolicy. Po jutrze, przyjedziesz do Venta de Cardegnas i wtedy będziesz już za Sierra-Moreną. Przy siodle znajdziesz niektóre zapasy na drogę.» To mówiąc pustelnik czule mnie uściskał, ale nie dał mi żadnej relikwji dla zachowania spokoju mej duszy. Niechciałem mu przypominać i dosiadłszy konia, opuściłem pustelnią.
Przez drogę rozmyślałem nad szczególniejszemi mniemaniami pustelnika, nie mogłem bowiem pojąć jakim sposobem cnota może opierać się na silniejszej podstawie jak na uczuciu własnego honoru, który sam obejmował w sobie wszystkie cnoty.
Właśnie zastanawiałem się nad temi uwagami, gdy nagle jakiś jeździec ukazał się z poza skały, stanął mi w poprzek drogi i rzekł:
«Czy pan nazywasz się Alfonsem van Worden?»
Odpowiedziałem że tak jest.
«W takim razie, aresztuję pana w imieniu króla i przenajświętszej inkwizycyi; racz mi pan oddać szpadę.» W milczeniu spełniłem jego żądanie, gdy w tem jeździec gwiznął i zewsząd otoczony zostałem uzbrojonymi. Rzucili się na mnie, związali mi ręce w tył, zapuścili manowcami w góry i po godzinie drogi ujrzałem przed sobą warowny zamek. Spuszczono most zwodzony i wjechaliśmy w dziedziniec; natychmiast zaprowadzono mnie do narożnej wieży i wepchnięto do więzienia, nie troszcząc się bynajmniej o rozwiązanie powrozów które mnie krępowały. Więzienie było zupełnie ciemnem, niemogłem wyciągnąć rąk przed siebie, lękając się zatem uderzyć głową w mur, usiadłem w miejscu gdzie mnie postawiono, i jak można łatwo pojąć, zacząłem rozmyślać nad przyczynami tak gwałtownego ze mną postępowania. Z razu myślałem że inkwizycya schwytała Eminę i Zibeldę i że murzynki opowiedziały wszystko co się stało w Venta-Quemada. W takim przypadku, bezwątpienia zadadzą mi zapytania względem pięknych afrykanek. Miałem dwie drogi przed sobą: albo zdradzić moje kuzynki i złamać dane im słowo honoru, lub też wyprzeć się ich znajomości; utrzymując to drugie zdanie, byłbym zabrnął w pasmo bezwstydnych kłamstw, czego bynajmniej nie chciałem.
Namyśliwszy się więc przez chwilę, postanowiłem zachować jak najgłębsze milczenie i na wszelkie zapytania nie odpowiadać ani słowa.
Raz usunąwszy tę wątpliwość, zacząłem marzyć o wypadkach dwóch dni ubiegłych. Byłem mocno przekonany że miałem do czynienia z istotami z tego świata, jakieś tajemne uczucie silniejsze nad wszelkie wyobrażenia o potędze złych duchów utwierdzało mnie w tem mniemaniu; wszelako oburzała mnie niegodziwa psota przeniesienia mnie pod szubienicę.
Tak mijały godziny. Głód zaczął mi doskwierać; słysząc że w więzieniach nie brakowało chleba i dzbanków z wodą, jąłem szukać nogami czy nie znajdę jakiego pożywienia. W istocie wkrótce domacałem się jakiejś półkuli, która rzeczywiście była chlebem; szło tylko jakim sposobem ponieść go do ust. Położyłem się obok chleba i chciałem go schwycić zębami, ale za każdym razem wymykał mi się dla braku oporu; natenczas przyparłem go do muru, i znalazłszy bochenek rozkrojony przez środek, zdołałem go ugryźć. Dziękowałem opatrzności że pomyślano wprzódy o rozkrojeniu chleba, w przeciwnym bowiem razie usiłowania moje byłyby pozostały bezskutecznemi. Następnie domacałem się dzbanka, ale znowu żadnym sposobem nie mogłem do ust go przychylić; w istocie zaledwie odwilżyłem gardło, wnet cała woda wylała się na ziemię. Tak czyniąc dalsze poszukiwania, znalazłem w kącie garść słomy i położyłem się. Związano mi ręce tak sztucznie że niedoznawałem żadnej boleści i wkrótce zasnąłem.




DZIEŃ CZWARTY.

Zdawało mi się że spałem już od kilku godzin gdy wtem nagle mnie obudzono. Ujrzałem wchodzącego mnicha z zakonu świętego Dominika a za nim kilku ludzi nader nieprzyjemnej powierzchowności. Niektórzy z nich nieśli pochodnie, inni zaś zupełnie nieznane mi narzędzia, służące zapewne do tortury.
Przypomniałem sobie o mojem postanowieniu i zamierzyłem na włos nieodstąpić od niego; przywiodłem na pamięć rady mego ojca. Wprawdzie nigdy nie brano go na tortury, ale wiedziałem że śród licznych i bolesnych operacyi chirurgicznych jakich doświadczał, nigdy nawet nie krzyknął.
«Będę go więc naśladował, — rzekłem do siebie — nie wyrzeknę ani słowa a nawet nie westchnę.» Inkwizytor kazał przynieść sobie krzesło, usiadł obok mnie, przybrał wyraz łagodności i słodyczy, i w te słowa się odezwał «Drogi, kochany synu, podziękuj niebu że cię przyprowadziło do tego więzienia; ale jakiż dałeś do tego powód? jaki grzech popełniłeś? wyspowiadaj się, w łzach i pokorze szukaj ulgi na mojem łonie. — Nie odpowiadasz — niestety, synu mój, źle, bardzo źle czynisz. My według naszego systemu, zostawiamy winowajcy wolność oskarżania samego siebie. Wyznanie to jakkolwiek nieco wymuszone, ma przecież swoją dobrą stronę, zwłaszcza gdy winny raczy wymienić współwinowajców. Jeszcze milczysz?. Tem gorzej dla ciebie, widzę że muszę sam cię naprowadzić na dobrą drogę. Czy znasz dwie afrykańskie księżniczki, czyli raczej dwie niegodziwe czarownice, wiedźmy przebrzydłe.... djablice wcielone?. Nic nie mówisz? niech więc wprowadzą te dwie infantki z dworu Lucypera.»
Tu wprowadzono obie moje kuzynki z rękami również jak moje w tył związanemi, poczem Inkwizytor tak dalej mówił.
«Coż więc kochany synu, poznajeszże je? Ciągle milczysz?. Drogi synu, niech cię to wcale nie przestrasza co ci powiem. Sprawią ci tu małą boleść; widzisz te dwie deski? Włożą ci nogi między te deski i skrępują je sznurami, później zabiją ci młotem między kolana te oto kliny. Z początku nogi ci nabrzękną, dalej krew wytryśnie ci z wielkich palców, z drugich zaś poopadają paznogcie; podeszwy ci popękają i wycieknie ci tłustość pomięszana z rozgniecionem ciałem. To cię już więcej będzie boleć. Jeszcze nic nie odpowiadasz?.. masz słuszność, to są dopiero katusze przygotowawcze. Pomimo to jednak zemdlejesz, ale niebawem zapomocą tych oto soli i spirytysów wrócisz do przytomności. Natenczas wyjmą ci kliny i zabiją te tutaj większe. Za pierwszem uderzeniem podruzgocą ci kolana i kostki, za drugiem, nogi wzdłuż ci popękają; szpik wytryśnie i razem z krwią zbroczy tę słomę. Obstajesz przy twojem milczeniu?. dobrze więc, niech mu ścisną palce.» Na te słowa oprawcy porwali mnie za nogi i położyli między dwie deski.
«Niechcesz mówić?.. zabijcie mu kliny!.. milczysz!.. podnieście młoty!..»
W tej chwili dały się słyszeć liczne wystrzały broni. Emina krzyknęła: «O proroku! jesteśmy ocaleni! Zoto przybywa nam na pomoc.» Zoto wszedł z swoją czeredą, wyrzucił za drzwi oprawców i przykuł Inkwizytora do obręczy żelaznej wbitej w mur więzienia. Następnie rozwiązał mnie i dwie Maurytanki. Skoro tylko dziewczęta poczuły wolne ramiona, natychmiast zarzuciły mi je na szyję. Rozłączono nas. Zoto rozkazał mi usiąść na konia i ruszyć naprzód, zaręczając że wkrótce z kobietami za mną pośpieszy.
Przednia straż z którą wyruszyłem składała się z czterech jeźdźców. O świcie przybyliśmy na puste miejsce i przemienieliśmy konie; następnie drapaliśmy się po wierzchołkach i garbach stromych gór.
Około czwartej po południu, dostaliśmy się między wydrążenia skaliste gdzie zamierzaliśmy noc przepędzić; z mojej jednak strony cieszyłem się że słońce jeszcze nie zaszło, gdyż widok był zachwycający zwłaszcza dla mnie, który dotąd widziałem tylko Ardenny i Zelandyę. U stóp moich rozciągała się czarująca Vega de Granada, którą mieszkańcy tego kraju z dumą nazywają la nuestra Vegilla. Widziałem ją całą z jej sześcioma miastami i czterdziestoma wioskami.
Henil, krętem korytem toczył swoje fale, potoki z hukiem spadały ze szczytów Alpuhary; migdałowe gaje, wspaniałe gmachy, ogrody i nieskończona ilość letnich domków wprawiały mnie w podziw. Zachwycony czarownym widokiem tylu przedmiotów razem nagromadzonych, wszystkie zmysły w wzrok zestrzeliłem i zapomniałem zupełnie o moich kuzynkach, które niebawem przybyły w lektykach niesionych przez konie. Gdy zasiadły na poduszkach rozłożonych w jaskini i wypoczęły nieco, rzekłem do nich: «Moje panny, bynajmniej nie żalę się na noc jaką przepędziłem w Venta Quemada, ale wyznam szczerze, że sposób w jakim ją zakończyłem, niewypowiedzianie nie przyszedł mi do smaku.»
«Nie oskarżaj nas Alfonsie, — rzekła Emina, — jak tylko o przyjemną stronę snów twoich; wreszcie na cóż narzekasz? czyliż nie zyskałeś natomiast sposobności okazania nadludzkiej odwagi?.»
«Jako? — przerwałem — miałżeby kto powątpiewać o mojej odwadze?.. Gdybym znalazł takiego, biłbym się z nim przez płaszcz, przez chustkę, na sztylety, na coby tylko sam zechciał.»
«Przez płaszcz, przez chustkę?.. nie rozumiem wcale tych wyrażeń, — odpowiedziała Emina — wiem tylko że są rzeczy o których ci mówić nie mogę. Niektóre nawet są takie o których sama dotąd nic nie wiem. Ja wykonywam tylko rozkazy naczelnika naszej rodziny, następcy Szeika Massuda który posiada tajemnicę Kassar Gomeleza. Mogę ci tylko powiedzieć że jesteś naszym blizkim krewnym. Oidor Grenady, ojciec twojej matki, miał syna który stał się godnym odkrycia mu tajemnicy, przyjął wiarę proroka i zaślubił cztery córki Deja panującego w ówczas w Tunis. Najmłodsza z nich miała tylko dzieci, i ta była właśnie naszą matką. Wkrótce po narodzeniu Zibeldy, mój ojciec i trzy jego żony umarli na zarazę która w tym czasie pustoszyła brzegi Barbaryi.... ale dajmy pokój tym rzeczom o których sam później dokładnie się dowiesz. Mówmy o tobie, o wdzięczności jaką ci jesteśmy winne, czyli raczej o naszem uwielbieniu dla twojej odwagi. Z jakąż obojętnością zapatrywałeś się na przygotowania do katuszy?... jak religijną stałość zachowałeś dla twego słowa?. Tak, Alfonsie, przeszedłeś wszystkich bohaterów naszego pokolenia i odtąd należemy do ciebie.»
Zibelda, która nie przeszkadzała siostrze ile razy rozmowa toczyła się o rzeczach poważnych, odbierała swoje prawa gdy następowała chwila uczucia. Okryty byłem przymilaniami, pochlebstwami i zadowolony z siebie i z drugich.
Wkrótce przybyły murzynki, zastawiono wieczerzę do której sam Zoto nam usługiwał z oznakami najgłębszego uszanowania. Po wieczerzy, murzynki posłały w jaskini wygodne łoże dla moich kuzynek, ja wynalazłem sobie drugą i niebawem oddaliśmy się spoczynkowi, którego potrzeba tak silnie dawała się nam uczuwać.




DZIEŃ PIĄTY.

Nazajutrz o świcie karawana gotową była do pochodu. Zstąpiliśmy z gór i zeszliśmy na głębokie doliny czyli raczej w przepaście które zdawały się dosięgać wnętrzności ziemi. Przerywały one pasmo gór w tylu rozmaitych kierunkach, że niepodobieństwem było rozpoznać położenie lub cel do którego zmierzaliśmy.
Postępowaliśmy tak przez sześć godzin i przybyliśmy do zwalisk opuszczonego miasta. Tam Zoto, kazał nam zsiąść z koni i zaprowadziwszy mnie do studni rzekł: «Panie Alfonsie, racz spojrzeć w tę studnię i powiedz mi co o niej sądzisz?.»
Odpowiedziałem żem widział wodę i że sądziłem że to była studnia.
«Mylisz się pan, — rzekł Zoto — jest to wejście do mego pałacu.» To mówiąc pochylił głowę nad otworem i wydał szczególny krzyk.
Na ten odgłos ujrzałem jak deski wychodziły z boku cembrowin i wznosiły się na kilka stóp nad wodą, następnie uzbrojony człowiek wyszedł tym samym otworem, za nim drugi i trzeci.
Gdy wydostali się na brzeg, Zoto rzekł pokazując mi dwóch pierwszych: «Mam zaszczyt przedstawić panu dwóch moich braci Cziczia i Moma; bezwątpienia widziałeś ich pan powieszonych na pewnej dobrze znajomej ci szubienicy, ale to nie przeszkadza że obaj są zdrowi i silni i będą zawsze służyć na pańskie rozkazy, są bowiem równie jak i ja w służbie i na żołdzie wielkiego Szejka Gomelezów.»
Odpowiedziałem mu że mocno byłem ucieszony widokiem braci człowieka, który mi wyświadczył tak ważną przysługę.
Chcąc nie chcąc musieliśmy spuścić się do studni. Przyniesiono sznurową drabinę po której dwie siostry zgrabniej zestąpiły aniżeli byłbym się spodziewał. Udałem się w ich ślady. Stanąwszy na deskach, znaleźliśmy małe boczne drzwi, któremi trzeba było wejść skurczywszy się we dwoje. Wkrótce jednak spostrzegliśmy szerokie wschody, wykute w skale i oświecone lampami. Zeszliśmy przeszło dwieście wschodów w głąb ziemi, nakoniec dostaliśmy się do podziemia rozdzielonego na mnóstwo komnat i mniejszych pokojów. Całe mieszkanie, dla ochrony od wilgoci, pokryte było wewnątrz bluszczem. Widziałem później w Cintra, niedaleko Lizbony klasztór wykuty w skale którego cele taż sama roślina pokrywała i który z tego powodu nazywano bluszczowym klasztorem. Oprócz tego ciągle podsycane ognie utrzymywały łagodne ciepło w podziemiu Zota. Konie służące dla jego jazdy stały w przyległych stajniach; w razie potrzeby także dostawały się na ziemię, szerokim otworem wychodzącym na dolinę, urządzono nawet machinę do łatwiejszego ich dobywania, wszelako rzadko kiedy jej używano.
«Wszystkie te cuda, — rzekła Emina — są dziełem Gomelezów. Wykuli oni tę skałę, podczas gdy byli jeszcze panami kraju, czyli raczej dokończyli pracę zaczętą przez pogan zamieszkujących Alpuharę w chwili ich przybycia. Uczeni utrzymują, że w tem samem miejscu znajdowały się niegdyś kopalnie prawdziwego złota betyckiego, dawne zaś przepowiednie głoszą, że cała ta okolica powróci kiedyś w posiadanie Gomelezów. Co mówisz o tem Alfonsie?. to byłoby piękne dziedzictwo.»
Nie podobały mi się te słowa Eminy i wyraźnie jej to oświadczyłem, następnie zwracając rozmowę, zapytałem jakie są jej zamiary na przyszłość?...
Emina mi odrzekła, że potem wszystkiem co zaszło nie mogły dłużej pozostać w Hiszpanji, ale chciały nieco wypocząć, dopókiby nie przygotowano dla nich okrętu.
Zastawiono nam obfity obiad zwłaszcza w zwierzynę i suche konfitury. Trzej bracia usługiwali nam z bezprzykładną gorliwością. Uczyniłem uwagę moim kuzynkom, że niepodobieństwem było znaleźć bardziej uprzejmych wisielców. Emina przyznała mi słuszność i zwracając się do Zota rzekła: «Bezwątpienia ty i twoi bracia musieliście doświadczyć w życiu dziwnych przygód, które z wielką przyjemnością radzibyśmy usłyszeć.»
Po chwili nalegania, Zoto zasiadł obok nas i zaczął w te słowa:

HISTORYA ZOTA.

Urodziłem się w mieście Benewencie, stolicy księztwa tego nazwiska. Ojciec mój, równie jak ja, Zoto nazwany, był z powołania nader biegłym zbrojownikiem. Ponieważ jednak było ich trzech w mieście i tamci dwaj mieli więcej szczęścia, przeto rzemiosło jego zaledwie wystarczało na wyżywienie żony i trojga dzieci to jest mnie i dwóch moich braci.
We trzy lata po ożenieniu mego ojca, siostra młodsza mojej matki zaślubiła kupca oliwy, nazwiskiem Lunardo, który na podarunek ślubny dał jej parę złotych kolczyków i takiż łańcuszek na szyję. Moja matka wróciwszy z wesela zdawała się być pogrążoną w głębokim smutku. Mąż chciał dowiedzieć się o przyczynie, ona długo wzbraniała się mu ją wyznać, nakoniec odkryła mu, że trawił ją żal że niemiała podobnych jak siostra kólczyków i łańcuszka. Ojciec mój nic na to nie odrzekł. Miał w swoim składzie cudownie wyrobioną strzelbę do polowania z takiemiż pistoletami i kordelasem. Strzelba, nad którą mój ojciec przez cztery lata pracował, dawała cztery strzały od jednego nabicia; mój ojciec cenił ją trzysta neapolitańskich uncyi złota, wyszedł jednak na miasto i całą broń sprzedał za ośmdziesiąt uncyi, następnie kupił kólczyki i łańcuszek i przyniósł je żonie. Matka moja tego samego dnia poszła pochwalić się przed żoną Lunarda i niesłychanie ucieszyła się gdy znaleziono kólczyki jej daleko piękniejsze i bogatsze.
W tydzień potem żona Lunarda przyszła odwiedzić moją matkę. Tym razem miała włosy splecione w jeden zwinięty warkocz i przytwierdzony wielką złotą szpilką, zakończoną misternie wyrobioną rubinową różą. Ta złota róża zapuściła w serce mojej matki dotkliwe kolce. Znowu zaczęła się dręczyć i nie pierwej przestała, aż mój ojciec przyrzekł że kupi jej taką samą szpilkę. Tymczasem szpilka podobna kosztowała czterdzieści pięć uncyi, i mój ojciec nie mając ani tyle pieniędzy ani sposobów nabycia ich, wkrótce wpadł w tenże sam smutek w jakim przed kilkoma dniami matka moja zostawała.
Tymczasem pewnego dnia wszedł do mojego ojca najemny wojak tamtejszy nazwiskiem Grillo-Monaldi i przyniósł mu pistolety do wyczyszczenia. Monaldi, widząc posępność mego ojca, zapytał go o przyczynę i ten mu wszystko wyjawił. Po chwili namysłu, Monaldi rzekł do niego temi wyrazy: «Panie Zoto, jestem ci więcej winien aniżeli sam sądzisz, przed kilkoma dniami znaleziono przypadkiem mój sztylet w ciele człowieka zamordowanego na drodze do Neapolu. Sąd posyłał ten sztylet do wszystkich zbrojowników, a ty wspaniałomyślnie oświadczyłeś że go po raz pierwszy widzisz, jakkolwiek sztylet wychodził z twego warsztatu i mnie samemu go sprzedałeś. Gdybyś był prawdę powiedział, mogłeś mnie wprowadzić w niepotrzebny kłopot. Oto są więc czterdzieści pięć uncyi których tak potrzebujesz, nadto pomnij że odtąd kiesa moja jest na twoje rozkazy.» Ojciec mój z wdzięcznością przyjął pieniądze i natychmiast poszedł kupić złotą szpilkę, w której tego samego dnia matka moja wystąpiła przed swoją dumną siostrą.
Moja matka wróciwszy do domu nie wątpiła że Pani Lunardo wkrótce ukaże się ustrojona w jaki nowy klejnot. Ale ta powzięła zamiar wcale innego rodzaju. Chciała pójść do kościoła z najętym lokajem w liberyi i zwierzyła się z tym zamiarem swemu mężowi. Lunardo, z natury niesłychanie skąpy, łatwo przystawał na kupno kawałka złota które zdawało mu się równie bezpiecznem na głowie żony jak w jego własnej szkatule. Ale zupełnie odmiennego był zdania gdy go proszono o danie uncyi złota dla próżniaka, który nie wiedzieć dla czego, przez pół godziny miał stać za ławką jego żony. Jednakże Pani Lunardo tak go męczyła i dręczyła bezustannie, że postanowił nakoniec dla oszczędności sam ubrać się w liberyę i pospieszyć za żoną do kościoła. Pani Lunardo znalazła że mąż równie był zdolnym do tego rzemiosła jak ktokolwiek inny i w nadchodzące święta ukazała się w kościele z lokajem tego nowego rodzaju. Wprawdzie sąsiedzi śmieli się z tej maskarady, ale ciotka moja przypisywała to uczuciu niepochamowanej zazdrości.
Gdy zbliżała się do kościoła, dziady i baby zaczęli krzyczeć na całe gardło w właściwem im narzeczu: Mira Lunardu che falu criadu de sua mugiera. Ponieważ jednak biedni do pewnego stopnia tylko posuwają swoją śmiałość, przeto Pani Lunardo spokojnie weszła do kościoła gdzie rozstąpiono się przed nią z wszelkiem poszanowaniem. Podano jej wodę święconą, posadzono w ławce, podczas gdy matka moja stała wraz z innemi kobietami w kruchcie.
Matka moja powróciwszy do domu, natychmiast zaczęła obszywać niebieski kaftan mego ojca, starym galonem odprutym od ładownicy jakiegoś muszkietu. Ojciec mój zdziwiony zapytał o przyczynę, na co opowiedziała mu postępek siostry i jak mąż tejże był tak grzecznym, że ubrawszy się w liberyę, poszedł za nią do kościoła. Mój ojciec zapewnił ją że nigdy nie zdobędzie się na tę grzeczność, wszelako następnej niedzieli najął za uncyą złota wygalonowanego lokaja który poszedł za moją matką do kościoła, i znowu Pani Lunardo tym razem musiała ustąpić siostrze.
Tego samego dnia, zaraz po mszy, Monaldi przyszedł do mego ojca i odezwał się temi słowy: «Kochany Zoto, dowiedziałem się o współzawodnictwie w dziwactwach jakie żona twoja z jej siostrą wyprawiają. Jeżeli śpiesznie temu nie zaradzisz, będziesz nieszczęśliwym przez całe życie; masz więc dwie drogi przed sobą: albo dać żonie porządną naukę, lub też jąć się rzemiosła któreby zaspokoiło jej skłonność do wydatków. Jeżeli chwycisz się pierwszej drogi, ofiaruję ci moją laskę której często używałem z nieboszczką moją małżonką. Nie jest to wprawdzie jedna z tych czarodziejskich lasek, które ujęte za oba końce obracają się w rękach i służą do odkrywania źródeł a nawet czasami i skarbów, ale jeżeli weźmiesz ją za jeden koniec a drugi przyłożysz na plecy twojej żony, zaręczam że wkrótce łatwo ją wyleczysz ze wszystkich przywidzeń. Z drugiej strony, jeżeli pragniesz zaspokoić wszelkie jej żądania, ofiaruję ci przyjaźń najdzielniejszych ludzi w całych Włoszech, którzy na teraz radzi przebywają w Benewencie jako w mieście granicznem. Sądzę że mnie rozumiesz, namyśl się i daj mi odpowiedź.»
To mówiąc Monaldi położył swoją laskę na warsztacie mego ojca i odszedł. Śród tego, matka moja po mszy, poszła na Corso i do kilku swoich przyjaciołek aby pochwalić się z swoim lokajem. Nareszcie wróciła uradowana do domu, ale mój ojciec całkiem inaczej ją przyjął aniżeli się tego spodziewała. Lewą ręką porwał ją za lewe ramię, prawą zaś ująwszy czarodziejską laskę zaczął wykonywać rady swego przyjaciela Monaldego. Mój ojciec z taką gorliwością oddał się udzielaniu tej nauki że matka moja padła zemdlona, co widząc przestraszony małżonek wyrzucił laskę, jął błagać przebaczenia, otrzymał go i pokój znowu został przywrócony.
W kilka dni potem, ojciec mój udał się do Monaldego i opowiedziawszy mu jak czarodziejska laska mało skutkowała, polecił się przyjaźni dzielnych towarzyszów o których ten mu wspominał. Monaldi w te słowa mu odrzekł: «Dziwi mnie to że niemając serca ukarać własnej żony, myślisz że ci wystarczy na zastąpywanie podróżnym na publicznej drodze. Wreszcie możemy się o tem przekonać; serce ludzkie składa się z tylu przeciwieństw. Chętnie przedstawię cię moim przyjaciołom, ale musisz wprzódy popełnić jakie morderstwo. Każdego wieczora po skończonej pracy, weź długą szpadę, zatknij sztylet za pas i przybrawszy postać nieco zuchwałą, przechodź się pod galeryą Madony. Być może że kto zażąda twojej pomocy, tymczasem bądź zdrów; oby niebo raczyło sprzyjać twoim przedsięwzięciom.»
Mój ojciec posłuchał rady Monaldego i wkrótce spostrzegł że różni wojacy jemu podobni a nawet zbiry, pozdrawiali go ze znaczącem spojrzeniem. Po dwóch tygodniach takiej przechadzki jakiś nieznajomy zbliżył się do niego i rzekł: «Oto masz pan sto uncyi złota. Za pół godziny ujrzysz przechodzących dwóch młodych ludzi z białemi piórami na kapeluszach. Zbliżysz się do nich jak gdybyś chciał im powierzyć jaką tajemnicę i rzekniesz półgłosem: «Który z panów jest margrabią Feltri?» Jeden z nich odpowie: «ja nim jestem.» Natenczas pchniesz go sztyletem, ale uważaj dobrze, w samo serce. Drugi młody człowiek jest nikczemnym tchórzem i zaraz ucieknie. Wtedy dobijesz Feltrego. Gdy wszystko już będzie skończonem, wracaj spokojnie do domu, i wcale nie staraj się schronić do kościoła. Ja będę tuż przy tobie.» Mój ojciec wypełnił słowo w słowo dane mu polecenie i gdy powrócił do domu, zastał już nieznajomego którego nienawiści tak dobrze usłużył. «Panie Zoto, — rzekł tenże — mocno ci jestem obowiązany za wyświadczoną mi przysługę. Oto jest druga kiesa ze stoma uncyami złota które chciej przyjąć, i jeszcze jedna tej samej wartości którą wsuniesz w rękę sprawiedliwości gdyby chciała cię napastować.» Po tych słowach, nieznajomy zawinął się w płaszcz i odszedł.
Wkrótce potem naczelnik zbirów stawił się u mego ojca, odebrawszy jednak sto uncyi złota przeznaczonych dla sprawiedliwości, zaprosił go do siebie na przyjacielską wieczerzę. Udali się do mieszkania przypartego do publicznego więzienia i znaleźli już przy stole dozorcę i spowiednika więźniów. Mój ojciec był nieco wzruszonym, jak to zwykle bywa po pierwszem morderstwie. Duchowny spostrzegłszy jego pomieszanie rzekł: «Odłóż na bok te smutki panie Zoto. Za msze w katedralnym kościele płaci się po dwa skudy od sztuki. Powiadają że zamordowano margrabiego Feltri. Każ zmówić ze dwadzieścia mszy za odpoczynek jego duszy a otrzymasz rozgrzeszenie ogólne.»
Po tych słowach już więcej nie wspominano o tem co zaszło i wieczerza odbyła się wesoło.
Nazajutrz Monaldi przyszedł do mego ojca, powinszował mu zręczności i odwagi jakie okazał. Mój ojciec chciał mu zwrócić czterdzieści pięć uncyi które dawniej był od niego pożyczył, ale Monaldi rzekł: «Zoto, obrażasz mnie — jeżeli raz wspomnisz mi jeszcze o tych pieniądzach, będę sądził że czynisz mi wyrzuty iż wtedy okazałem się dla ciebie zbyt skąpym. Kiesa moja jest na twoje usługi i możesz być przekonanym o mojej przyjaźni. Nie będę ukrywał przed tobą że jestem naczelnikiem towarzyszów o których ci wspominałem; są to wszyscy ludzie honorowi i nieposzlakowanej uczciwości. Jeżeli chcesz do nich należeć, powiedz że jedziesz do Brescia dla zakupienia broni i złącz się z nami w Kapui. Zajedź prosto do gospody pod Złotym krzyżem i bądź spokojnym o resztę.» We trzy dni potem mój ojciec wyjechał i odbył wyprawę równie zaszczytną jak zyskowną. Jakkolwiek klimat Benewentu jest nader łagodnym, jednak mój ojciec nie przyzwyczajony do rzemiosła nie chciał podczas złej pory puszczać się na nowe wyprawy. Przepędził więc leże zimowe na łonie rodziny. Odtąd co niedziela, lokaj wygalonowany chodził za moją matką do kościoła, nadto sąsiadki podziwiały jej złote zapinki na czarnym aksamitnym gorsecie i takież kółko do kluczów.
Z nadejściem wiosny, jakiś nieznajomy służący przyszedł do mego ojca prosząc aby raczył udać się z nim do bramy miasta. Tam znalazł, znakomitego jak się zdawało jeźdźca i czterech konnych. Nieznajomy rzekł mu: «Panie Zoto, weź tę kiesę z pięćdziesięcią cekinami, pośpieszysz za mną do poblizkiego zamku, tymczasem zaś pozwolisz aby ci zawiązano oczy.»
Mój ojciec zgodził się na wszystko i po długich zakrętach przybyli nareszcie do zamku. Zaprowadzono go do obszernej komnaty i odwiązano mu oczy. Wtedy ujrzał zamaskowaną kobietę, przywiązaną do krzesła i z zakneblowanemi ustami. Starzec rzekł do niego: «Panie Zoto, tu jeszcze masz sto cekinów, teraz bądź tak grzecznym i zamorduj tę kobietę.»
«Mylisz się pan, — odparł mój ojciec, — widzę że mnie pan wcale nie znasz. Wprawdzie zastępuję ludziom na rogu ulicy lub napadam na nich w lesie jak przystoi na człowieka honorowego, ale nigdy nie wypełniam obowiązków kata.» To mówiąc rzucił obie kiesy pod nogi mściwego małżonka, który więcej na niego nie nalegał, kazał mu znowu zawiązać oczy i polecił służącym aby go odprowadzili do bram miasta. Ten wspaniały i szlachetny postępek uczynił memu ojcu wiele zaszczytu, wkrótce jednak drugi w podobnym rodzaju równe zyskał mu pochwały.
Było w Benewencie dwóch ludzi bogatych i w znaczeniu, jeden z nich nazywał się hrabia Montalto drugi zaś margrabia Serra. Montalto kazał zawołać mego ojca i przyrzekł mu pięćset cekinów za zamordowanie margrabiego. Mój ojciec zobowiązał się, prosił tylko o zwłokę, wiedział bowiem że Serra pilnie się strzegł.
We dwa dni potem margrabia Serra kazał sprowadzić mego ojca do ukrytego miejsca i rzekł mu: «Ta kiessa, z pięciuset cekinami jest dla ciebie kochany Zoto jeżeli dasz mi słowo honoru że zamordujesz hrabiego Montalto.»
Mój ojciec wziął kiesę i rzekł. «Mości margrabio, daię panu słowo honoru że zamorduję hrabiego Montalto, ale muszę wyznać że wprzódy już obiecałem mu zabić pana.»
«Spodziewam się że tego nie uczynisz,» — rzekł Margrabia śmiejąc się.
«Przebacz mi pan, — przerwał mój ojciec — zobowiązałem się i umowy dotrzymam.»
Margrabia odskoczył na kilka kroków w tył i porwał się do szpady. W tej chwili mój ojciec dobył pistoletów z za pasa i roztrzaskał głowę margrabiemu; następnie udał się do Montalto i oświadczył mu że jego nieprzyjaciel już nie żyje. Hrabia uściskał go i wyliczył pięćset cekinów. Wtedy mój ojciec nieco zmieszany wyznał mu, że margrabia przed śmiercią dał mu za zamordowanie go pięćset cekinów. Montalto wynurzył swoją radość że zdołał uprzedzić nieprzyjaciela. «To się na nic nie przyda, panie hrabio, — przerwał mój ojciec — gdyż przyrzekłem mu śmierć pańską pod słowem honoru.» To mówiąc pchnął go sztyletem. Hrabia padając wydał krzyk straszliwy i zwołał swoich służących. Mój ojciec sztyletem usłał sobie drogę i uciekł w góry gdzie znalazł bandę Monaldego. Wszyscy dzielni towarzysze składający ją, nie mogli dość wyrazić uwielbienia dla tak religijnego pojęcia honoru. Zaręczam wam, że wypadek ten dotychczas jest w ustach wszystkich mieszkańców i długo jeszcze będą o nim mówić w całym Benewencie... —
Gdy Zoto kończył opowiadanie tej przygody swego ojca, jeden z jego braci przyszedł mu powiedzieć że oczekiwano na jego rozkazy względem przygotowania okrętu. Opuścił nas więc prosząc o pozwolenie odłożenia na jutro dalszego ciągu historyi. Wszelako, to com dotąd usłyszał mocno mnie zastanowiało. Dziwiło mnie że ciągle wychwalał honor, przywiązanie do słowa i nieposzlakowaną uczciwość ludzi, którzy powinni byli za łaskę uważać gdyby ich tylko powieszono. Nadużycie tych wyrażeń któremi szastał z takiem zaufaniem, pomieszało wszystkie moje myśli. Emina, spostrzegłszy moje zamyślenie, zapytała o przyczynę. Odpowiedziałem że historya ojca Zota przypominała mi to co przed dwoma dniami słyszałem od pewnego pustelnika, który utrzymywał: że cnoty towarzyskie mają daleko pewniejsze zasady od bezpośredniego uczucia honoru. «Drogi Alfonsie, — rzekła Emina — szanuj tego pustelnika i wierz temu wszystkiemu co ci powiedział. Nie raz jeszcze spotkasz go w twojem życiu.» Następnie obie siostry powstały i oddaliły się wraz z murzynkami do swoich pokojów, to jest do strony podziemia dla nich przeznaczonej. Powróciły na wieczerzę, po której wszyscy udali się na spoczynek.
Gdy się już uciszyło w jaskini, ujrzałem wchodzącą Eminę z lampą alabastrową w ręku, jak druga Psyche, za nią zaś Zibeldę piękną jak aniołek. Usiadły obok mnie i Emina rzekła: «Kochany Alfonsie, wielki Szeik przebaczy nam jeżeli więcej się tobą zajmujemy niż nam tego dozwolono, ale po tem co zaszło, każda chwila spędzona z tobą jest dla nas nieocenionej wartości.»
«Piękna Emino, — odpowiedziałem, — jeżeli to ma być jeszcze jedna próba na jaką mnie wystawiacie, lękam się aby nie była dla mnie niepodobną do zwalczenia.»
«Niemasz żadnej przyczyny obawy» — odparła piękna Maurytanka odgarniając mi włosy z czoła alabastrową rączką. W istocie kuzynki moje nosiły ozdoby jakie w średnich wiekach miłość splatała nieufną dłonią. Zachwycała mnie poważna piękność Eminy i lube szczebiotanie jej siostry. Chwile nasze zapełniała rozmowa już sam nie pamiętam o czem — o zamiarach które z szybkością błyskawicy nawzajem się ścigały — ja więcej patrzyłem i słuchałem niż mówiłem — dziewczęta przymilały się i opowiadały mi ich marzenia, jakie zwykle tkwią między świeżą pamiątką a nadzieją blizkiego szczęścia.
Nareszcie sen zaczął tłoczyć powieki pięknych Maurytanek i oddaliły się do siebie. Zostawszy sam, marzyłem o nieprzyjemnem wrażeniu jakiego doświadczę, jeżeli znowu nazajutrz obudzę się pod szubienicą. Roześmiałem się z tej myśli, która jednak ciągle chodziła mi po głowie dopókim nie zasnął.




DZIEŃ SZÓSTY.

Zoto obudził mnie i rzekł że porządnie zaspałem i że obiad już był przygotowany. Ubrałem się czem prędzej i poszedłem do moich kuzynek które czekały na mnie w jadalnej komnacie. Oczy ich błyszczały szczęściem, dziewczęta zdawały się bardziej być zajętemi wspomnieniami ubiegłej nocy, niż ucztą jaką im zastawiono. Po skończonym obiedzie, Zoto zasiadł obok nas i iak dalej zaczął opowiadać swoje przygody:

DALSZY CIĄG HISTORYI ZOTA.

Miałem w ówczas siódmy rok gdy mój ojciec złączył się z bandą Monaldego i dobrze pamiętam jak moją matkę, mnie i dwóch moich braci zaprowadzono do więzienia. Wszelako było to tylko dla pozoru, ojciec mój bowiem niezapomniał zarobkiem swoim podzielić się ze sprawiedliwością, wkrótce jasno dowiedziono że niemieliśmy z nim żadnych stosunków.
Naczelnik Zbirów, podczas naszego uwięzienia gorliwie się nami zajmował i nawet skrócił nam czas niewoli.
Moja matka wydostawszy się na wolność została z wielką czcią powitaną przez wszystkie sąsiadki; w południowych bowiem Włoszech, rozbójnicy są tak bohatyrami ludu, jak kontrabandziści w Hiszpanji. Część powszechnego szacunku spadła także i na nas, ja szczególnie uważany byłem jako książe lampartów całego miasta.
Śród tego, Monaldi poległ w jednej wyprawie i mój ojciec objąwszy dowództwo nad bandą, chciał świetnym jakim czynem usprawiedliwić zaufanie jakie w nim położono. Uczynił więc zasadzkę na drodze do Salerny na konwój pieniędzy wysłanych przez Wicekróla Sycylji. Wyprawa się udała, ale mój ojciec został kulą postrzelony w krzyż i nie mógł już dalej trudnić się rzemiosłem.
Chwila w której żegnał się z towarzyszami była niewypowiedzianie rozrzewniającą. Zapewniają że kilku rozbójników na cały głos się rozpłakało, czemu z trudnością bym wierzył, gdybym raz w życiu sam nie był gorzko płakał, zamordowawszy moją kochankę jak to wam później opowiem.
Banda, bez naczelnika nie mogła długo się ostać, kilku z naszych towarzyszów powieszono w Toskanji, reszta zaś złączyła się z Testa-lungą który w ówczas, zaczynał w Sycylji nabierać pewnej wziętości. Mój ojciec przebył ciaśninę i udał się do Messyny gdzie zażądał schronienia w klasztorze Augustyanów del Monte. Złożył zebrany majątek w ręce przewielebnych ojców, odprawił publiczną pokutę i zamieszkał wygodną celę, w której wiódł spokojne życie, przechadzki zaś używał w ogrodach i na dziedzińcach klasztornych. Mnichy dawali mu rosół, po resztę zaś potraw posyłał do sąsiedniej gospody, nadto braciszek zakonny opatrywał mu rany.
Domyślam się że mój ojciec musiał nam często przysyłać pieniądze, gdyż obfitość panowała w naszym domu. Moja matka uczestniczyła we wszystkich zabawach karnawału, przed nowym rokiem zaś sprawiła nam drzewko Bożego narodzenia ozdobne lalkami, pałacami cukrowemi, zabawkami i tym podobnemi drobnostkami w których mieszkańcy Neapolu nawzajem się przesadzają. Ciotka Lunardo miała także drzewko, ale daleko mniej świetne od naszego.
Matka moja, o ile mogę ją zapamiętać, była nadzwyczaj dobrą i często pamiętam jak płakała myśląc o niebezpieczeństwach na jakie się jej małżonek narażał, niedługo jednak wystąpienie w jakim ubiorze lub klejnocie na przekor siostrze lub sąsiadkom, osuszało jej łzy. Radość z pysznego drzewka którem nas obdarzyła, była ostatnią przyjemnością jakiej doświadczyła. Niewiem jakim sposobem dostała zapalenia płuc i w kilka dni umarła.
Po jej śmierci nie bylibyśmy wiedzieli co z sobą począć, gdyby nadzorca więzienia niebył nas przyjął do siebie. Przebyliśmy u niego kilka dni, po których oddano nas w opiekę pewnemu mulnikowi. Ten przeprowadził nas przez Kalabryę i czternastego dnia przywiózł do Messyny.
Ojciec mój wiedział już o śmierci swej żony, przyjął nas z rozczuleniem, kazał rozesłać maty obok swojej i przedstawił mnichom którzy przyjęli nas do liczby dzieci służących do mszy.
Służyliśmy więc do mszy, ucierali knoty świecom, zapalali lampy, resztę zaś dnia łotrowaliśmy na ulicy tak dobrze jak w Benewencie. Zjadłszy zupę przysyłaną nam przez mnichów, ojciec dawał każdemu z nas po bajoku na kasztany i obwarzanki z któremi szliśmy bawić się w porcie i powracaliśmy dopiero późno w nocy. Ostatecznie, na świecie nie było szczęśliwszych od nas uliczników, gdy wtem wypadek o którym dziś jeszcze nie mogę mówić bez wściekłości, postanowił o całym losie mego życia.
Pewnej niedzieli, właśnie gdy miano zacząć nieszpory, przybiegłem przed kościół obładowany kasztanami które zakupiłem dla siebie i moich braci, i dzieliłem między nich ulubiony owoc. Wtem zajechał przed kościół przepyszny powóz zaprzężony sześcią końmi i poprzedzony dwoma lózakami tej samej maści, wedle zwyczaju przyjętego tylko w Sycylji. Otworzono drzwiczki i naprzód wysiadł jakiś pan z panią, za niemi ksiądz, nareszcie mały chłopczyk mego wieku, prześlicznej twarzy, ubrany w bogatą węgierkę, strój jaki powszechnie w ówczas pańskie dzieci nosiły.
Węgierka z szafirowego aksamitu, haftowana złotem i oszyta sobolami, spadała mu niżej kolan i pokrywała wierzch jego żółtych safianowych bucików. Na głowie miał kołpaczek, także z szafirowego aksamitu, oszyty sobolami i ozdobiony kitą z pereł która spadała mu na ramię.
U pasa, ze złotych sznurków i żołędzi, wisiał mu mały pałasz wysadzany drogiemi kamieniami. Nareszcie w ręku trzymał książkę do nabożeństwa oprawną w złoto.
Widok tak pięknej sukni na chłopczyku mego wieku tak dalece mnie zachwycił że sam niewiedząc co czynię, zbliżyłem się do niego i ofiarowałem mu dwa kasztany które trzymałem w ręku; ale niegodziwy hultaj, zamiast podziękowania za grzeczność, z całej siły uderzył mnie książką do nabożeństwa w nos. Raz ten wysadził mi na wierzch jedno oko, klamra zaś rozdarła mi nozdrza i w jednej chwili krwią się zalałem.
Zdaje mi się że słyszałem jak mały panicz zaraz zaczął przeraźliwie krzyczeć, ale niepamiętam tego dobrze gdyż upadłem bez przytomności. Wróciwszy do zmysłów, ujrzałem się obok studni ogrodowej, otoczony moim ojcem i braćmi którzy obmywali mi twarz i starali się zatrzymać upływ krwi. Gdy tak jeszcze leżałem zakrwawiony, spostrzegliśmy wracającego małego panicza z tym panem, który pierwszy wyszedł z księdzem, i dwoma lokajami z których jeden niósł pęk rózg. Podeszły jegomość oświadczył w krótkich wyrazach, że księżna de Rocca-Fiorita kazała aby do krwi mnie oćwiczono za to że poważyłem się ją przestraszyć, również jak jej małego Principina. Natychmiast lokaje wzięli się do wykonania wyroku; mój ojciec lękając się aby klasztór nie wymówił mu schronienia z początku nie śmiał się odzywać, ale widząc że bez litości rozdzierano mi ciało, nie mógł już dłużej wytrzymać i zwracając się do jegomości, rzekł z wyrazem głębokiego oburzenia: «każ pan zakończyć te męczarnie albo pamiętaj że już nie dziesięciu takich zamordowałem którzy więcej byli warci od ciebie.» Niemiłosierny pan, uznał zapewne że słowa te nie były bez pewnego prawdopodobieństwa i kazał zaprzestać, ale podczas gdy leżałem jeszcze na ziemi, Principino zbliżył się i uderzył mnie nogą w twarz mówiąc: Managia la tua facia de banditu. Ostatnia ta zniewaga dopełniła miary mojej wściekłości. Mogę powiedzieć że od tej chwili przestałem być dzieckiem, czyli raczej nie kosztowałem żadnej radości tego wieku i długo potem niemogłem z zimną krwią patrzeć na bogato ubranego człowieka.
Bezwątpienia zemsta musi być pierworodnym grzechem naszego kraju, chociaż bowiem miałem wtedy dopiero ośm lat przecież dzień i noc myślałem tylko o ukaraniu Principina. Nieraz zrywałem się ze snu marząc że trzymałem go za włosy i okładałem razami, na jawie zaś przemyśliwałem jakimby sposobem możnaby zemścić się z daleka, gdyż przewidywałem że niedozwolą mi zbliżyć się do niego. Raz zadosyć uczyniwszy mojej namiętności, chciałem natychmiast uciec, nareszcie postanowiłem ugodzić go kamieniem w twarz, byłem bowiem dość zręcznym; tymczasem zaś aby więcej wprawić rękę, przez całe dnie rzucałem do celu.
Pewnego dnia, ojciec zapytał mnie, o przyczyne dla której z taką namiętnością oddawałem się tej nowej rozrywce. Odpowiedziałem, że zamierzyłem naznaczyć twarz Principina, następnie uciec i zostać rozbójnikiem. Mój ojciec udał że mi nie wierzy, jednak poznałem po jego uśmiechu że potwierdzał mój zamiar.
Wreszcie nadeszła niedziela którą oznaczyłem na dzień mojej zemsty. Gdy kareta zajechała i ujrzałem wychodzących, zmieszałem się, ale wnet nabrałem odwagi. Mój mały nieprzyjaciel spostrzegł mnie w tłumie i pokazał mi język. Trzymałem kamień w ręce, rzuciłem go i Principino padł na wznak.
Natychmiast zacząłem uciekać i zatrzymałem się dopiero na drugim końcu miasta. Tam spotkałem małego znajomego mi kominiarczyka który zapytał mnie dokąd szedłem?.. Opowiedziałem mu całą przygodę i ten zaprowadził mnie do swego majstra. Właśnie brakowało mu chłopców, niewiedział gdzie ich szukać do tak przykrego rzemiosła, chętnie mnie więc przyjął. Zaręczył że nikt mnie nie pozna skoro sadzami twarz uczernię i że drapanie się po dachach i kominach było nauką często nader użyteczną. Później, nieraz byłem winien życie nabytej w ówczas zręczności.
Z początku dym i woń sadzy sprawiały mi nieprzyjemne wrażenie, ale na szczęście byłem w wieku w którym można przyzwyczaić się do wszystkiego. Już od sześciu miesięcy wykonywałem nowe rzemiosło, gdy mi się wydarzyła następna przygoda.
Byłem na dachu i przysłuchiwałem się którym dymnikiem odezwie się mój majster, gdy zdało mi się żem usłyszał głos w sąsiednim kominie. Spuściłem się czem prędzej, ale pod dachem znalazłem dymnik rozdzielający się na dwie przeciwne strony. Powinienem był jeszcze raz zawołać ale nieuczyniłem tego i lekkomyślnie zacząłem złazić pierwszym lepszym otworem. Ześliznąłem się, stanąłem w bogatej komnacie i najpierwszym przedmiotem jaki spostrzegłem był mój Principino w koszuli grający w piłkę.
Chociaż mały głupiec często zapewne widział już w swojem życiu kominiarzy, tym razem jednak wziął mnie za djabła. Ukląkł, złożył ręce i zaczął mnie prosić abym go z sobą nie porywał, przyrzekając że będzie grzecznym. Byłbym może dał się zmiękczyć temi oświadczeniami, ale trzymałem w ręku moją kominiarską miotłę, pokusa użycia jej zbyt była silną, nadto aczkolwiek zemściłem się już za uderzenie książką od nabożeństwa i w pewnej części za rózgi, ale przyszła mi na pamięć chwila gdy Principino kopnął mnie nogą w twarz mówiąc: Managia la tua facia de banditu. Wreszcie gdy idzie o zemstę, każdy Neapolitańczyk daleko woli oddać jej więcej jak mniej.
Wyrwałem więc garść rózg z miotły, rozdarłem koszulę Principina i wtedy zacząłem porządnie go chłostać, dziwna jednak rzecz że malec ze strachu ani pisnął.
Gdy myślałem że już ma dość, otarłem sobie twarz i rzekłem: Ciucio maledetto io no zuno lu diavolu, io zuno lu piciolu banditu delli Augustini. Natenczas Principino odzyskał głos i zaczął wrzeszczeć o pomoc, rozumie się że nieczekałem aż kto nadejdzie i drapnąłem tą samą drogą którąm przyszedł.
Znalazłem się na dachu, usłyszałem raz jeszcze głos majstra który mnie wołał, ale nie sądziłem za rzecz potrzebną dania mu odpowiedzi. Puściłem się z jednego dachu na drugi, dostałem się na dach jakiejś stajni przed którą stał wóz z sianem, zeskoczyłem z dachu na wóz, z wozu na ziemię i co tchu pobiegłem do klasztoru Augustyanów. Tam opowiedziałem wszystko memu ojcu, który słuchał mnie z wielkiem zajęciem, po czem rzekł: «Zoto, Zoto! Gia vegio che tu sarai banditu, — następnie zwracając się do jakiegoś nieznajomego który stał obok niego: — Padron Lettereo prendete lo chiutosto vui.
Lettereo jest to imię chrzestne często używane w Messynie. Pochodzi ono od pewnego listu który Najświętsza Panna miała pisać do mieszkańców tego miasta r. 1452 narodzenia jej syna. Messyńczycy taką cześć oddają temu listowi, jaką Neapolitańczynowie krwi świętego Januarego. Objaśniam wam ten szczegół, w półtora roku bowiem potem, zanosiłem modlitwę do Madony della lettera, która sądziłem że będzie ostatnią w mem życiu.
Patron Lettereo był kapitanem uzbrojonego jachtu, przeznaczonego niby na połów korali, w istocie zaś szanowny marynarz zajmował się przemycaniem a nawet rozbojem gdy znalazł do tego przyjazne okoliczności. Wprawdzie takowe nie często mu się wydarzały, gdyż nie mając harmat musiał poprzestawać na łupieniu statków osiadłych na mieliznie.
Dobrze wiedziano o tem w Messynie; ale Lettereo przemycał dla najbogatszych kupców z miasta, celnicy także na tem zyskiwali, z drugiej strony nie tajnem było że patron chętnie bawił się sztyletem i ta ostatnia uwaga odstręczała tych, którzy byliby pragnęli mieszać się w jego sprawy.
Wreszcie Lettereo miał postać uderzającą, sam wzrok i rozrosłość dostatecznie odznaczały go śród tłumu, cóż dopiero gdy reszta powierzchowności tak dokładnie odpowiadała jego powołaniu, że ludzie nieco lękliwi nie mogli spojrzeć na niego bez uczucia obawy. Twarz jego mocno ogorzałą oczernił jeszcze wystrzał prochu armatniego; prócz tego patron, tak już nakrapianą skórę ozdobił jeszcze różnemi dziwacznemi rysunkami.
Majtkowie z morza śródziemnego mają zwyczaj, wykalać sobie na ramionach i piersiach różne cyfry, krzyże, zarysy okrętów i inne tym podobne ozdoby. Lettereo prześcignął wszystkich w tym zwyczaju. Na jednym policzku wykłuł sobie Madonę, na drugim zaś krucyfix, wszelako zaledwie można było widzieć wierzch tych obrazków, resztę bowiem zakrywała gęsta broda, nietknięta nigdy brzytwą i którą tylko nożyczki utrzymywały w granicach zwykłej wybujałości. Dodajcie do tego, w uszach ogromne złote kólczyki, czerwoną czapkę, pas takiejże barwy, kaftan bez rękawów, ręce i nogi do kolan gołe i pełne kieszenie złota. Takim był Patron.
Utrzymywano że w młodości kochały się w nim różne wielkie panie, wtedy jednak był tylko ulubieńcom kobiet swego stanu i postrachem ich mężów.
Wreszcie aby dokończyć wizerunek Lettera, powiem wam że przed laty żył w ścisłej przyjaźni z pewnym znakomitym człowiekiem, który później szeroko się wsławił pod nazwiskiem kapitana Pepo. Służyli razem u korsarzy maltańskich, później Pepo wszedł do służby królewskiej. Lettrereo zaś, któremu honor był mniej drogim jak pieniądze, postanowił zbogacić się wszelkiemi środkami i zarazem stał się najzaciętszym nieprzyjacielem dawnego towarzysza.
Mój ojciec za całe zatrudnienie w swoim klasztorze bawiący się tylko owiązywaniem swoich ran z których nigdy nie spodziewał się wyleczyć, chętnie wdawał się w rozmowę z rycerzami sobie podobnymi; w tym więc celu zaprzyjaźnił się z patronem i miał nadzieję że nie może nic lepszego uczynić jak powierzyć mu własnego syna. Tym razem wcale się nie zawiódł. Lettereo rozczulony temi oznakami zaufania, przyrzekł memu ojcu że nowicyat mój będzie mniej przykrym niż innych chłopców okrętowych i zaręczył, że kto zna rzemiosło kominiarskie we dwa dni z łatwością nauczy się drapać na maszty.
Zmiana ta niesłychanie mnie uszczęśliwiła, gdyż nowy mój stan zdawał mi się daleko szlachetniejszym niż wyskrobywanie kominów. Uściskałem ojca i braci i wesoło udałem się z patronem na jego okręt. Przybywszy na pokład, Lettereo zebrał swoich dwudziestu majtków których postacie wybornie odpowiadały jego powierzchowności, przedstawił mnie tym panom i odezwał się temi słowy: Anime managie quista criadura e lu filiu de Zotu, se uno de vui a outri, li mette la mano sopra, io li mangio l’anima.
To zalecenie sprawiło pożądany skutek, chciano nawet abym jadł razem z wszystkiemi; ale ja widząc że dwóch chłopców okrętowych posługiwało majtkom i zjadało resztę, wolałem do nich się przyłączyć. Czyn ten zjednał mi powszechną przychylność. Gdy jednak następnie ujrzano jak szybko drapałem się po masztach, zewsząd dały się słyszeć okrzyki podziwu.
Rozpuściliśmy żagle i trzeciego dnia przybyliśmy do ciaśniny świętego Bonifacego, która oddziela Sardynię od Korsyki. Znaleźliśmy tam przeszło sześdziesiąt łodzi zajętych połowem korali. Zaczęliśmy także łowić lub raczej udawać że łowimy korale. Co się tyczy mnie, wiele przez ten czas skorzystałem, gdyż w przeciągu czterech dni pływałem i nurkowałem jak najbieglejszy z moich towarzyszów.
Po ośmiu dniach, Gregalada, nazwisko jakie na morzu śródziemnem dają wiatrowi północno-wschodniemu, rozpędziła naszą małą flotę. My zarzuciliśmy kotwicę w opuszczonej zatoce świętego Piotra na wybrzeżach Sardynji. Zastaliśmy tam bryg wenecki który zdawał się mocno skołatany burzą. Natychmiast nasz patron zaczął coś przemyśliwać o tym okręcie i tuż obok niego zarzucił kotwicę. Następnie połowę swoich majtków umieścił na dnie statku, aby osada wydała się mniej liczną. Ostatnia ta ostrożność była całkiem nieużyteczną, gdyż jachty zwykle mają więcej ludzi niż brygi.
Lettereo uważając ciągle statek wenecki dostrzegł że osada była złożoną z kapitana, dozorcy, sześciu majtków i jednego chłopca okrętowego. Nadto ujrzał że wielki żagiel był całkiem podarty i że spuszczano go do naprawy, statki bowiem kupieckie zwykle nie mają żagli do odmiany. Uczyniwszy te spostrzeżenia, włożył do szalupy ośm strzelb i tyleż szabel; przykrył wszystko wysmołowanem płótnem i postanowił czekać przyjaznej chwili.
Gdy czas się wypogodził, majtkowie weszli na górną kładkę wielkiego masztu dla przymocowania żagla, ale tak sobie niezręcznie w tem poczynali, że dozorca a następnie kapitan weszli za niemi. Natenczas Lettereo kazał spuścić szalupę na morze, wsiadł w nią cichaczem z siedmioma majtkami i z tyłu zaczepił się o bryg. Widząc to kapitan stojący na kładce zawołał: Alarga ladron! a larga! Wszelako Lettereo wziął go na cel, przyrzekając zabić pierwszego kto okaże chęć zejścia na pokład. Kapitan, jak się zdaje człowiek odważny, nie zważając na groźbę rzucił się między sznury. Lettereo zabił go w lot; kapitan wpadł w morze i już go więcej nie ujrzano. Majtkowie zdali się na łaskę. Lettereo zostawił czterech ludzi aby ich trzymali na celu, z trzema zaś zszedł w środek okrętu. W kajucie kapitana znalazł baryłkę taką jakiej używają do oliwy, ale ponieważ była nieco ciężką i starannie obręczami obitą, osądził więc że może zawiera w sobie jakie ciekawsze przedmioty. Rozbił ją i z miłem zadziwieniem ujrzał zamiast oliwy kilka worków ze złotem. Poprzestał na tem i zatrąbił do odwrotu. Oddział wrócił na pokład, rozwinęliśmy żagle i mijając statek wenecki, krzyknęliśmy mu na wzgardę: Viva St. Marco!
W pięć dni potem przybyliśmy do Liwurno. Natychmiast patron z dwoma majtkami udał się do konsula neapolitańskiego i złożył oświadczenie: jako przyszło do kłótni między jego ludźmi a osadą brygu weneckiego, i jak kapitan tego ostatniego, przypadkiem popchnięty przez jednego z majtków wpadł w morze. Pewna część baryłki oliwy, nadała temu oświadczeniu cechę niezaprzeczonej prawdy.
Lettereo który miał nieprzezwyciężoną skłonność do rozbojów morskich, byłby bezwątpienia dalej prowadził swoje rzemiosło, gdyby nie przedstawiono mu w Liwurno nowych zamiarów którym dał pierwszeństwo. Niejaki żyd nazwiskiem Natan Lewi, uważając że papież i król neapolitański ciągnęli niezmierne zyski z bicia miedzianej monety, chciał także należeć do tych korzyści. W tym celu kazał sfałszować znaczną ilość takowych pieniędzy w pewnem mieście angielskiem nazwanem Birmingham. Gdy zamówiony towar był już gotowym, żyd osadził swego faktora w Flariola, wiosce rybackiej położonej na granicy obu państw, Lettereo zaś zobowiązał się do przewożenia towaru.
Handel ten przynosił nam wielkie korzyści i przez cały rok statek nasz, naładowany monetą rzymską i neapolitańską, ciągle odbywał tę samą drogę. Być może że bylibyśmy dłużej pielęgnowali tę gałęź przemysłu, ale Lettereo, w którym rozwinęła się zdolność do handlowych przedsięwzięć, namówił żyda aby tego samego sposobu użyć do monety złotej i srebrnej. Żyd usłuchał jego rady i w samem mieście Liwurno założył małą fabrykę cekinów i skudów. Pewnego dnia gdy Lettereo był w Liwurnie i tylko co miał wyruszyć na morze, doniesiono mu że kapitan Pepo otrzymał od króla neapolitańskiego rozkaz pochwycenia go, że jednak dopiero przy końcu miesiąca będzie mógł puścić się na morze.
To podstępne doniesienie wymyślił Pepo który już od czterech dni krążył koło brzegów. Lettereo dał się zwieść, wiatr jeszcze dość sprzyjał, sądził więc że może przedsięwziąść podróż i rozwinął żagle. Nazajutrz o świcie ujrzeliśmy się pośród eskadry Pepa złożonej z dwóch galiot i tyluż szalup. Zewsząd byliśmy otoczeni, bez żadnego sposobu ucieczki. Patronowi śmierć wyglądała z oczu, rozpiął wszystkie żagle i kazał sterować prosto na główną galiotę. Pepo stojąc na moście wydawał rozkazy do bitwy. Lettereo porwał strzelbę, wziął go na cel i strzaskał mu ramię. Wszystko to stało się w kilku sekundach.
Wkrótce potem cztery statki zwróciły się na nas i usłyszeliśmy zewsząd: Mayna Ladro! Mayna can Senzafede! Lettereo pochylił statek, tak że prawy jego brzeg ślizgał się po powierzchni morza; później zwracając się do osady zawołał: Anime managie, io in galera non civado. Pregate per me la santissima Madonna della lettera. Na te słowa upadliśmy wszyscy na kolana. Lettereo włożył w kieszenie dwie kule armatnie; myśleliśmy że chce rzucić się w morze; ale inny był zamiar złośliwego rozbójnika. Na drugiej stronie okrętu stała wielka beczka napełniona miedzią. Lettereo schwycił siekierę i przeciął przytrzymujące ją sznury. Natychmiast beczka potoczyła się na brzeg przeciwny, ponieważ zaś okręt był już bardzo pochylony, niemógł przeto znieść tego wstrząśnienia i zatonął. Natychmiast my wszyscy którzy byliśmy na kolanach upadliśmy na żagle, które gdy okręt szedł do dna, przez swoją sprężystość odrzuciły nas na kilkanaście łokci.
Pepo dobył nas wszystkich z wody wyjąwszy kapitana, jednego majtka i chłopca okrętowego. Skoro którego wyciągano z wody, wnet go wiązano i wrzucano na spód okrętu. We cztery dni potem wylądowaliśmy w Messynie. Pepo uprzedził sprawiedliwość że miał jej oddać kilku zuchów zasługujących na jej uwagę. Wylądowanie nasze nie odbyło się bez pewnej okazałości. Było to właśnie w godzinach Corso, podczas których cały wielki świat używa przechadzki na wybrzeżu. Postępowaliśmy poważnym krokiem z przodu i z tyłu strzeżeni przez zbirów.
Principino znalazł się w liczbie widzów, jak tylko mnie ujrzał natychmiast poznał i zawołał: Ecco lu piciolu banditu delli Augustini. W tej samej chwili skoczył mi do oczu, porwał za włosy i zadrapał w twarz. Miałem ręce związane z trudnością więc mogłem się bronić.
Przypomniawszy sobie jednak fortel używany przez majtków angielskich w Liwurnie, pochyliłem głowę i z całej siły uderzyłem Principina w brzuch. Niegodziwy malec padł na wznak. Wkrótce jednak porwał się z wściekłością i dobył z kieszeni małego noża którym chciał mnie zranić. Aby uniknąć tego ciosu, podstawiłem mu nogę, upadł mocno na ziemię i nawet padając sam zranił się własnym nożem. Księżna przybyła na tę sprawę i kazała lokajom aby powtórzyli ze mną scenę z klasztoru, ale zbiry sprzeciwili się temu i zaprowadzili nas do więzienia.
Krótko trwał proces naszej osady, skazano wszystkich na chłostę i następnie dożywotnie galery. Co zaś do chłopca okrętowego którego ocalono i do mnie, wypuszczono nas na wolność jako małoletnich. Jak tylko wydostałem się z więzienia, pobiegłem do klasztoru Augustyanów. Nie znalazłem już w nim mego ojca; braciszek odźwierny powiedział mi że umarł i że bracia moi byli chłopcami okrętowymi na jakimś statku hiszpańskim. Prosiłem o pozwolenie rozmowy z ojcem przeorem; wprowadzono mnie. Opowiedziałem mu wszystkie przygody nie przemijając ani podstawienia nogi ani uderzenia głową w brzuch Principina. Jego przewielebność wysłuchała mnie z wielką dobrocią, po czem rzekła: «Moje dziecko, twój ojciec umierając, zostawił klasztorowi znaczną summę pieniędzy. Był to źle nabyty majątek do którego niemieliście żadnego prawa. Jest teraz w rękach Boga i powinien być użytym na utrzymanie sług jego. Jednakowoż ośmieliliśmy się wziąść z niego kilka skudów dla kapitana hiszpańskiego który postanowił zabezpieczyć los twoim braciom. Co się tyczy ciebie, nie możemy dać ci schronienia w naszym klasztorze, przez wzgląd na księżnę della Rocca Fiorita, znakomitą naszą dobrodziejkę. Ty jednak moje dziecko, pójdziesz do wioski którą mamy u stóp Etny i tam przyjemnie spędzisz twoje dziecinne lata.» Po tych słowach, przeor zawołał braciszka i wydał mu stosowne rozkazy względem dalszego mego losu.
Nazajutrz ruszyłem z braciszkiem w drogę. Przybyliśmy do wioski; umieszczono mnie i odtąd całym moim obowiązkiem było chodzić z posyłkami do miasta. W tych małych podróżach starałem się o ile możności unikać spotkania z Principinem.
Jednakże pewnego razu zoczył mnie na ulicy kupującego kasztany, poznał i kazał swoim lokajom zbić niemiłosiernie. W jakiś czas potem wśliznąłem się znowu przebrany do jego pokoju i bezwątpienia mógłbym był łatwo go zamordować, dotąd nawet żałuję żem tego nie uczynił; ale nie byłem jeszcze w ówczas dość oswojony z postępowaniem podobnego rodzaju, poprzestałem więc na porządnem go oćwiczeniu. Nieszczęsna moja gwiazda, jak sami widzicie, sprawiła że w pierwszych latach mojej młodości nieprzeszło sześć miesięcy, nawet cztery, żebym nie miał jakiego spotkania z tym przeklętym Principinem który zwykle miał siłę za sobą. Takim sposobem żyjąc doszedłem lat piętnastu i chociaż co do wieku i rozumu byłem jeszcze dzieckiem, wszelako co do siły i odwagi byłem już człowiekiem skończonym, co bynajmniej nie powinno was dziwić jeżeli zważycie, że powietrze morza i gór, dzielnie przyczyniło się rozwinięcia budowy mego ciała.
Miałem więc piętnaście lat gdym po raz pierwszy ujrzał znakomitego sposobem myślenia i odwagą, Testa-Lungę, najuczciwszego i najszlachetniejszego rozbójnika jaki kiedykolwiek pustoszył Sycylią. Jutro, jeźli raczycie pozwolić, dam wam poznać tego człowieka, którego pamięć wiecznie pozostanie wyrytą w mem sercu. W tej chwili muszę was opuścić. Zarząd jaskini wymaga z mojej strony czujnego starania, którego nie powinienem zaniedbywać. —

Zoto odszedł i każdy z nas, stósownie do swego sposobu widzenia, zamyślił się nad tem co słyszał. Wyznam, że nie mogłem odmówić pewnego rodzaju szacunku dla ludzi tak odważnych, jakiemi byli ci których Zoto w opowiadaniu swojem odmalowywał. Emina utrzymywała że odwaga wtedy tylko zasługuje na nasz szacunek, kiedy jest użytą na poparcie zasad cnoty. Zibelda dodała, że można było pokochać małego szesnastoletniego rozbójnika. Po wieczerzy, każdy odszedł do siebie, wkrótce jednak obie siostry znowu przyszły do mnie na pogadankę. Usiadły i Emina rzekła: «Kochany Alfonsie, czy nie mógłbyś uczynić dla nas jednego poświęcenia? idzie tu więcej o ciebie niż o nas.»
«Wszystkie te przemowy są niepotrzebne, piękna kuzynko, — odpowiedziałem — powiedz mi po prostu czego żądasz odemnie?»
«Drogi Alfonsie, — przerwała Emina, — ten klejnot który nosisz na szyi i nazywasz cząstką prawdziwego krzyża, razi nas i wzbudza wstręt mimowolny.»
«O! co się tyczy tego klejnotu, — odparłem szybko — przestań mi o nim mówić. Przyrzekłem mojej matce że go nigdy nie opuszczę, i sądzę że nie ty powinnaś wątpić jak umiem dotrzymywać moich przyrzeczeń.»
Na te słowa moje kuzynki skrzywiły się nieco i zamilkły, niebawem jednak ułagodziły się i noc ubiegła nam równie szybko jak poprzedzająca.




DZIEŃ SIÓDMY.

Nazajutrz z rana obudziłem się wcześniej i poszedłem odwiedzić moje kuzynki. Emina czytała koran, Zibelda zaś przymierzała perły i szale. Przerwałem te ważne zatrundnienia słodkiemi pieszczotami w których równie miłość jak przyjaźń się odzywały. Po obiedzie Zoto w te słowa zaczął rozpowiadać dalsze przygody:

DALSZY CIĄG HISTORYI ZOTA.

Przyrzekłem mówić o Testa-Lundze i dotrzymam wam słowa. Przyjaciel mój był spokojnym mieszkańcem Val-Castera, małego miasteczka położonego u stóp Etny. Miał żonę zachwycającej piękności. Młody książe Val-Castera, zwiedzając pewnego razu swoje majątki, ujrzał tę kobietę która przyszła powitać go wraz z innemi żonami znaczniejszych mieszczan. Zarozumiały młodzieniec zamiast wdzięcznego przyjęcia hołdu jaki mu składali jego poddani ustami piękności, zajął się tylko wdziękami pani Testa-Lunga. Bez żadnych ogródek, wyjawił jej wrażenie jakie sprawiała na jego zmysłach, zuchwałą ręką objął jej kibić i pocałował w twarz. W tej samej chwili mąż, który stał za żoną, dobył noża z kieszeni i utopił go w sercu młodego księcia. Zdaje mi się że na jego miejscu każdy uczciwy człowiek byłby sobie tak samo postąpił.
Testa-Lunga, dokonawszy tego uczynku, schronił się do kościoła i zostawał tam aż do nocy. Sądząc jednakże że wypadało mu pewniejsze środki przedsięwziąść, postanowił złączyć się z kilkoma rozbójnikami którzy od niejakiego czasu ukrywali się na wierzchołkach Etny. Poszedł więc do nich i ci ogłosili go dowódzcą.
Etna na ów czas wybuchała niesłychaną ilością lawy; pośród ognistych jej potoków, Testa-Lunga umocnił swoją bandę w kryjówkach które jemu samemu były tylko znane. Gdy się już tak ze wszech stron dostatecznie zabezpieczył, dzielny ten wódz udał się do vice-króla żądając ułaskawienia siebie i towarzyszów. Rząd odmówił, jak sądzę z obawy nadwerężenia powagi władzy. Natenczas Testa-Lunga wszedł w układy z głównymi dzierżawcami okolicznych majątków. «Kradnijmy do współki, rzekł do nich, gdy przybędę do was, dacie mi co sami zechcecie, nawzajem ja będę was bronił przeciw waszym panom.» Wprawdzie była to zawsze kradzież, ale Testa-Lunga sumiennie rozdzielał wszystko między towarzyszów, zachowując dla siebie tyle ile najmniej biorący dostawał. Skoro zaś przeciągał przez jaką wioskę, kazał za wszystko płacić podwójnie, tak że w krótkim czasie stał się bożyszczem ludu obojga Sycylji.
Mówiłem wam już że niektórzy rozbójnicy z bandy mojego ojca, złączyli się z Testa-Lungą, który przez kilka lat przebywał na południu Etny, czyniąc nieustannie wycieczki na Val di Noto i Val di Mazara. Ale w czasie o którym wam mówię, to jest gdy skończyłem piętnasty rok życia, banda wróciła do Val-Demoni i pewnego dnia ujrzeliśmy ją przybywającą do wioski Augustynów.
Cokolwiek moglibyście wyobrazić sobie świetnego i okazałego, wszystko to da wam słabe zaledwie pojęcie o towarzyszach Testa-Lungi. Ubiory z gwardyi muszkieterów, konie pokryte jedwabnemi siatkami, pasy najeżone pistoletami i sztyletami, długie szpady i strzelby tego samego rozmiaru, oto były przedmioty składające uzbrojenie wojenne bandy.
Przez trzy dni rozbójnicy zjadali nasze kury i wypijali wino, czwartego doniesiono im że oddział dragonów z Syrakuzy, zbliżał się w zamiarze ich otoczenia. Na tę wieść zaczęli śmiać się z całego serca; zaczaili się w wąwozach, uderzyli na oddział i rozbili go do szczętu. Wprawdzie siła nieprzyjaciela dziesięć razy przewyższała ich zastęp, ale z drugiej strony, każdy rozbójnik miał przy sobie dziesięć wystrzałów z których żaden nie chybiał.
Po zwycięztwie, banda wróciła do wioski, ja zaś zapatrując się z dala na całą bitwę, tak byłem zachwycony że padłem do nóg dowódzcy i zaklinałem go aby raczył mnie przyjąć na towarzysza. Testa-Lunga zapytał co byłem za jeden? «Syn rozbójnika Zoto,» odpowiedziałem. Na to szanowne nazwisko, wszyscy ci którzy służyli pod moim ojcem wydali okrzyk radości. Następnie, jeden z nich porwał mnie w swoje objęcia, postawił na stole i rzekł: «Towarzysze, w ostatniej walce zabito nam porucznika Testa-Lungi; sprzeczaliśmy się kto go ma zastąpić, niech więc mały Zoto będzie naszym porucznikiem. Widzimy nieraz że powierzają dowództwa pułków synom książąt lub hrabiów, dla czegoż niemielibyśmy tego uczynić dla syna dzielnego Zota. Ja zaręczam za niego że stanie się godnym tego zaszczytu.» Na te słowa, okryto mówcę rzęsistemi oklaskami i jednomyślnie obrano mnie porucznikiem.
Stopień mój z początku zdał się dla nich być żartem i każdy rozbójnik kładł się od śmiechu nazywając mnie: Signor tenente, wkrótce jednak musieli zmienić dotychczasowe mniemanie. Nietylko zawsze pierwszym byłem w napadzie i ostatnim w odwrocie, ale żaden z nich nie umiał lepiej odemnie wyśledzić obrotów nieprzyjacielskich lub zapewnić bandzie spokojność. Raz wdrapywałem się na szczyty skał aby szerzej objąć wzrokiem okolicę, to znowu całe dnie przepędzałem śród nieprzyjaciół skacząc z jednego drzewa na drugie. Często nawet zdarzało mi się przez całe noce nie złazić z najwyższych kasztanów Etny i gdy niemogłem już oprzeć się znużeniu, zasypiałem przywiązawszy się wprzódy pasem do gałęzi. Wszystko to niebyło zbyt trudnem dla tego kto znał dokładnie rzemiosło kominiarza i chłopca okrętowego.
Tak ciągle postępując, zyskałem powszechne zaufanie i powierzono mi bezpieczeństwo całej bandy. Testa-Lunga kochał mnie jak własnego syna, nadto śmiem wyznać że niebawem nabyłem sławy, która przewyższała wziętość dowódzcy i wkrótce w całej Sycylji o niczem innem nie mówiono jak tylko o świetnych czynach małego Zota. Tyle sławy nie uczyniło mnie nieczułym na rozrywki właściwe memu wiekowi. Już wam powiedziałem że rozbójnicy u nas są bohaterami ludu, sami więc łatwo osądzicie czy najpiękniejsze pasterki Etny, byłyby wahały się oddać mi serce; byłem jednak przeznaczony uledz bardziej wykwintnym wdziękom i miłość przygotowywała mi pochlebniejszą zdobycz.
Już od dwóch lat byłem porucznikiem i miałem siedmnaście lat skończonych, gdy nowy wybuch wulkanu, zniszczył dotychczasowe nasze kryjówki i zmusił bandę szukać schronienia w stronie więcej południowej. Po czterech dniach pochodu, przybyliśmy do zamku nazwanego Rocca-Fiorita, siedliska i głównej posiadłości mego wroga Principina.
Oddawna zapomniałem już o krzywdach jakiem od niego doświadczył, gdy usłyszane nazwisko na nowo rozbudziło we mnie całą zemstę. Nie powinno was to bynajmniej zadziwiać, w naszym klimacie serca są nieubłagane. Gdyby Principino był naówczas znajdował się w swoim zamku, mniemam że byłbym mieczem i ogniem przeklęte gniazdo spustoszył. Tym razem jednak poprzestałem na zrządzeniu o ile możności jak największej szkody, do czego towarzysze, którym nie tajne były moje powody, dzielnie mi dopomogli. Służba zamkowa, która z początku chciała stawiać nam opór, uległa obfitym strumieniom pańskiego wina, które wytoczyliśmy z piwnicy, i niebawem przeszła na naszą stronę. Jednem słowem zamieniliśmy zamek Rocca-Fiorita w prawdziwą wyspę obfitości.
Hulanka trwała przez pięć dni. Szóstego, szpiegi uprzedzili mnie że wyprawiono przeciw nam cały pułk z Syrakuzy i że Principino wkrótce z matką i licznem towarzystwem kobiet, ma przybyć z Messyny. Cofnąłem bandę, sam jednak chciałem koniecznie pozostać, usadowiłem się więc na szczycie rozłożystego dębu w końcu ogrodu. Dla ułatwienia ucieczki w razie potrzeby, wybiłem otwór w murze ogrodowym.
Nareszcie ujrzałem nadchodzący pułk, który roztasował się przed bramą zamkową i dokoła porozstawiał straże. Tuż za nim ciągnął szereg lektyk w których siedziały damy, w ostatniej zaś sam Principino rozkładał się na stosie poduszek. Z trudnością wysiadł podtrzymywany przez dwóch koniuszych, wysłał naprzód oddział wojska i gdy zaręczono mu że żadnego z nas nie było już w zamku, dopiero wszedł z kobietami i kilku panami należącymi do jego orszaku.
Pod moim dębem wytryskało źródło świeżej wody, tuż zaś obok niego stał marmurowy stół otoczony ławkami. Była to najozdobniejsza część ogrodu; nie wątpiłem że całe towarzystwo tu przybędzie i postanowiłem nie złazić aby bliżej mu się przypatrzyć. W istocie po pół godziny ujrzałem nadchodzącą młodą osobę prawie w moim wieku. Aniołowie nie mogą być piękniejszemi, spostrzegłszy ją doznałem tak nagłego i silnego wzruszenia, że byłbym może spadł z wierzchołka dębu gdybym nie był, przez zwykłą ostrożność, mocno przywiązał się pasem do jego gałęzi.
Młoda dziewczyna szła ze spuszczonemi oczyma i z wyrazem głębokiego smutku na twarzy. Usiadła na ławce, wsparła się na marmurowym stole i zaczęła gorzko płakać. Nie wiedząc sam co czynię, zsunąłem się z drzewa i stanąłem tak że mogłem ją widzieć nie będąc sam spostrzeżonym. Natenczas ujrzałem Principina zbliżającego się z kwiatami w ręku. Od trzech lat jak go straciłem z oczu, znacznie wyrósł, twarz miał piękną ale bez żadnego wyrazu.
Młoda dziewczyna spostrzegłszy go, rzuciła nań wzrok pełen wzgardy, za który mocno jej byłem wdzięcznym. Pomimo to, Principino, zadowolniony z samego siebie, przystąpił do niej wesoło i rzekł: «Kochana narzeczono, oto są kwiaty przeznaczone dla ciebie jeżeli mi przyrzekniesz niewspominać o tym niegodziwym hultaju.»
«Mości książe, — odpowiedziała moja sąsiadka — sądzę że niesłusznie kładziesz warunki twoim łaskom, wreszcie chociażbym ja nigdy nie wymówiła przed tobą nazwiska Zota, cały dom wiecznie ci o nim będzie wspominał. Wszakże sama twoja mamka zaręczyła w twojej obecności, że nigdy w życiu nie widziała piękniejszego chłopca.»
«Panno Sylwio!.. — przerwał Principino dotknięty do żywego — racz pamiętać że jesteś moją narzeczoną.» Sylwia nic nie odrzekła tylko zalała się łzami.
Wtedy Principino w największej wściekłości zawołał: «Nikczemna, ponieważ kochasz się w rozbójniku, oto masz na co zasługujesz!» To mówiąc uderzył ją w twarz.
«Zoto!. Zoto!.. — krzyknęła biedna dziewczyna — czemuż cię tu nie ma aby ukarać tego nędznika!» Jeszcze nie dokończyła tych słów gdy nagle wyszedłem z mojej kryjówki i rzekłem do księcia:
«Poznajesz mnie?.. jestem rozbójnikiem i mógłbym cię zamordować; ale zbyt poważam pannę, która raczyła przyzwać mnie na pomoc i ofiaruję ci walkę jaka dla was panów przystoi.» Miałem na sobie dwa puginały i cztery pistolety; rozdzieliłem broń moją na dwoje, położyłem jedną część o dziesięć kroków od drugiej i zostawiłem mu wybór. Ale nieszczęśliwy Principino padł zemdlony na ławkę.
Sylwia natenczas, temi słowy odezwała się do mnie: «Jestem szlachetnego urodzenia ale biedną, jutro mam zaślubić księcia lub być na całe życie zamkniętą w klasztorze. Zamiast jednego lub drugiego, wolę być twoją na wieki!» To mówiąc padła w moje objęcia.
Możecie domyślić się że niedałem się długo prosić. Jednakowoż należało zapobiedz abyśmy ze strony księcia nie doznali przeszkody w ucieczce. Wziąłem sztylet i w braku młotka, kamieniem przybiłem mu rękę do ławki na której leżał. Krzyknął boleśnie i powtórnie omdlał. Wysunęliśmy się przez otwór w murze ogrodowym i uciekliśmy w góry.
Każdy z moich towarzyszów oddawna miał już kochankę, z radością więc powitali moją i kobiety ich przysięgły Sylwji nieograniczone posłuszeństwo.
Już upływał czwarty miesiąc mojego pożycia z Sylwią, gdy zostałem zmuszony opuścić ją aby obejrzeć zmiany jakie ostatni wybuch wulkanu poczynił w stronie północnej. Podczas podróży odkryłem w naturze nowe wdzięki, na które odtąd wcale nie uważałem. Co chwila spotykałem rozkoszne trawniki, jaskinie, gaje w miejscach, które wprzódy wydały mi się tylko dobremi do obrony lub zasadzek. Sylwia ułagodziła moje rozbójnicze serce które jednak wkrótce miało odzyskać dawną srogość.
Wróciłem z mojej podróży na północ góry. Wyrażam się tym sposobem dla tego, że Sycylianie wspominając o Etnie zowią ją zawsze il monte, czyli najpierwszą górą w świecie. Zwróciłem się naprzód ku wierzchołkowi który nazywamy wieżą filozofa, ale nie mogłem wdrapać się na szczyt. Podczas ostatniego wybuchu, wulkan zionąc potok lawy, objął wieżę dwoma ognistemi ramiony i następnie łącząc się o milę dalej, opasał ją nieprzebytemi rozpadlinami i utworzył rodzaj wyspy całkiem niedostępnej.
Poznałem natychmiast ważność tego położenia, nadto na samej wieży, mieliśmy znaczny skład kasztanów, który pragnąłem koniecznie zachować. Dzięki przezorności moich poszukiwań, wynalazłem podziemne przejście, którem dawniej często przechodziłem i które mnie wyprowadziło prosto na samą wieżę. Natychmiast postanowiłem umieścić na tej wyspie całą naszą ludność kobiecą. Kazałem zbudować szałasy z liści i najpiękniejszy przeznaczyłem dla Sylwji. Następnie wróciłem na południe i sprowadziłem całą osadę która była uszczęśliwioną z tego nowego schronienia.
Dziś kiedy przenoszę się pamięcią w szczęśliwe chwile jakie spędziłem na tej wyspie, znajduję je zupełnie oderwane od okropnych wzruszeń które miotały całem mojem życiem. Ogniste potoki dzieliły nas od reszty ludzi, miłość dni uprzyjemniała. Wszystko słuchało moich rozkazów i wszystko ulegało najmniejszym życzeniom kochanej Sylwji. Wreszcie na domiar mego szczęścia dwaj moi bracia przybyli do mnie. Oba doznali nadzwyczajnych przygód i upewniam was że jeżeli zechcecie kiedy posłuchać ich opowiadań, bezporównania więcej was zabawią odemnie.
Mało ludzi policzy szczęśliwe dnie w życiu, ale niewiem czy jest kto coby mógł szczęście rachować na lata. Moje przynajmniej nie trwało jednego roku. Towarzysze bandy zachowywali się uczciwie względem siebie samych, żaden nie byłby się ośmielił rzucić wzrok na cudzą kochankę, tem mniej zaś na moją. Zazdrość przeto była nieznaną lub raczej najakiś czas wygnaną z naszej wyspy, gdyż szalona ta namiętność zbyt łatwo zawsze znajdzie wstęp do miejsc w których miłość przebywa.
Młody rozbójnik, nazwiskiem Antonino, tak szalenie zakochał się w Sylwji że niebył nawet w stanie ukryć swojej namiętności. Sam to uważałem, ale widząc go smutnym i pognębionym, mniemałem że kochanka moja niebyła mu wzajemną i byłem spokojny. Radbym był tylko wyleczyć Antonina, kochałem go bowiem dla jego odwagi. Nawzajem znajdował się w bandzie drugi rozbójnik nazwiskiem Moro, którego dla nikczemności sposobu myślenia z całych sił nienawidziłem, i gdyby Testa-Lunga chciał był mi wierzyć, oddawna byłby go już wypędził.
Moro, potrafił wkraść się w zaufanie Antonina i przyrzekł mu dopomódz w miłości; pozyskał również ufność u Sylwji i przekonał ją że miałem kochankę w sąsiedniej wiosce. Sylwia lękała się wyznać przedemną powziętych podejrzeń, ale postępowanie jej zaczęło być coraz bardziej wymuszonem, domyślałem się więc że stygnął w niej zapał dawnej miłości. Z swojej strony Antonino, uwiadomiony o wszystkiem przez Mora, podwoił zalecania przy Sylwji i przybrał postać zadowolnioną, która dała mi do zrozumienia że był szczęśliwym.
Nie byłem wcale wprawnym w odkrywanie podstępów podobnego rodzaju. Zamordowałem Sylwią i Antonina. Ostatni na chwilę przed śmiercią wyznał mi zdradę Mora. Z zakrwawionym sztyletem, pobiegłem do zdrajcy; Moro przeląkł się, padł na kolana i wyjąkał, że książe Rocca-Fiorita zapłacił mu aby mnie i Sylwię zgładził ze świata, i że jedynie w celu uskutecznienia tego zamiaru przyłączył się do naszej bandy. Utopiłem mu sztylet w piersiach. Następnie wybrałem się do Messyny, wemknąłem się przebrany do pałacu księcia i wysłałem go za jego powiernikiem i dwoma mojemi ofiarami. Taki był koniec mego szczęścia i zarazem mojej sławy. Moja odwaga zmieniła się w zupełną obojętność dla życia, a ponieważ okazywałem równą obojętność dla bezpieczeństwa moich towarzyszów, wkrótce zatem całkiem postradałem ich zaufanie. Nakoniec mogę was zapewnić, że odtąd stałem się jednym z najpospolitszych rozbójników.
Wkrótce potem Testa-Lunga umarł na zgniłą gorączkę i banda jego się rozproszyła. Moi bracia znając dobrze Hiszpanię namówili, mnie aby tam się udać. Stanąłem na czele dwunastu ludzi, przybyłem do zatoki Taormińskiej i ukrywałem się w niej przez trzy dni. Czwartego dnia porwaliśmy mały statek rybacki, puściliśmy się na morze i wylądowali na brzegach Andaluzyi.
Chociaż w Hiszpanji nie zbywa na górach, które zapewniają bezpieczne schronienie, jednak przedewszystkiemi wybrałem pasmo Sierra-Moreny i niemiałem powodu żalić się na mój wybór. Schwytałem dwa transporty piastrów i uczyniłem później kilka nie mniej korzystnych wycieczek.
Odgłos naszych powodzeń doszedł aż do Madrytu. Wielkorządca Kadyxu, otrzymał rozkaz dostawienia nas martwych lub żywych i wyprawił przeciw nam kilka pułków. Z drugiej strony wielki Szeik Gomelezów ofiarował mi służbę u siebie i bezpieczne schronienie w tej oto jaskini. Bez namysłu przystałem na jego żądania. Wielkorządztwo Grenady, niechcąc pokazać swojej niedołężności, niemogąc jednak nas znaleźć, rozkazało schwytać dwóch pasterzów z doliny i powiesić ich pod nazwiskiem dwóch braci Zoto. Znałem tych dwóch ludzi i wiem że popełnili kilka morderstw. Utrzymują jednak, że gniewa ich to powieszenie na naszem miejscu i że w nocy odwiązują się z szubienic i wyprawiają tysiączne niedorzeczności. Nie przekonałem się o tem na własne oczy, niemogę więc nic wam o tem powiedzieć. Przecież nie raz przechodząc w nocy obok szubienicy, zwłaszcza gdy księżyc świecił, dokładnie widziałem że niebyło żadnego wisielca, nad rankiem zaś znowu wracali na szubienicę.
Oto jest historya mego życia którą pragnęliście słyszeć. Sądzę że moi bracia, których życie spokojniej upłynęło, mogli by wam bardziej zajmujące rzeczy opowiedzieć, ale niebędą mieli do tego czasu, gdyż okręt jest już przygotowany i odebrałem wyraźne rozkazy aby jutro puścić go na morze. —
Gdy Zoto odszedł, piękna Emina rzekła z wyrazem głębokiego smutku: «Ten człowiek ma słuszność, chwile szczęścia zbyt krótkie są w życiu człowieka. Przepędziłyśmy tu trzy dni które może już nigdy w życiu nam się nie powtórzą.» Wieczerza wcale nie była wesoła, pośpieszyłem więc z życzeniami dobrej nocy moim kuzynkom. Spodziewałem się że ujrzę je w moim pokoju i wtedy łatwiej zdołam rozproszyć ich tęsknotę. W istocie przyszły wcześniej jak zazwyczaj i na domiar mego szczęścia spostrzegłem że niemiały na sobie ozdób które pierwszego dnia zaraz tak mi się nie podobały. Zrozumiałem wybornie uprzejmość zachwycających dziewcząt, ale Emina nieufając mojej domyślności rzekła: «Kochany Alfonsie, poświęcenie twoje dla nas było bez granic, pragnę abyś równie sądził o naszej wdzięczności. Być może że się już więcej nie ujrzymy. Może dla waszych kobiet łatwiejszem jest zapomnienie, ale my chcemy wiecznie żyć w twojej pamięci i jeżeli kobiety madryckie przewyższają nas w wykształceniu i obejściu, żadna jednak nie będzie w stanie więcej cię kochać od nas. Jednakże drogi Alfonsie musisz jeszcze raz ponowić przysięgę że nam dochowasz tajemnicy i nie dasz wiary gdyby ci co złego o nas mówiono.» Uśmiechnąłem się lekko na ten ostatni warunek, ale zgodziłem się na wszystko i otrzymałem nagrodę w najczulszych pieszczotach.
Po chwili, Emina rzekła: «Kochany Alfonsie, te relikwije które nosisz na szyi, ciągle rażą wzrok Muzułmanek, czy nie możesz ich zrzucić?» Dałem odmowną odpowiedź, ale Zibelda objęła mnie za szyję i nożyczkami które trzymała w ręku, przecięła wstążkę. Emina natychmiast porwała relikwije i rzuciła je w rozpadlinę skały. «Jutro włożysz ją napowrót, — rzekła — tymczasem zawieś na szyi tę plecionkę z naszych włosów wraz z przywiązanym do niej talizmanem, który uchroni cię może od niestałości jeżeli w świecie zdoła uchronić od tego kochanków.» Chciałem poskoczyć za relikwijami, ale dziewczęta opasały mnie pierścieniem z ich śnieżnych ramion i tak ponętnie zaczęły się uśmiechać, że niebawem ogarnęły cały mój umysł i nie miałem czasu o niczem innem myśleć. Czułem jak krew biła we mnie z nadzwyczajną gwałtownością. Mówiąc o krwi dodam, że chociaż zwykle zbrodnią jest niewinną krew przelewać, są jednak wypadki w których człowiek z łatwością może sobie dozwolić zagłuszyć głos sumienia. Całe dalsze postępowanie z mojemi kuzynkami dowodziło mi że marzenia moje w Venta Quemada były tylko czczem urojeniem. Zmysły nasze ukołysały się, byliśmy już zupełnie spokojni gdy nagle zabrzmiał smutny jęk dzwonu. Zegar bił północ. Na ten odgłos, niemogłem wstrzymać się od wzruszenia i rzekłem do dziewcząt, że obawiam się aby nam nie zagrażał jaki smutny wypadek. — «I ja również lękam się, — odparła Emina — nawet niebezpieczeństwo jest blizkiem, ale posłuchaj tego co ci mówię: nie dawaj wiary żadnemu złemu jakieby ci o nas mówiono, niewierz nawet własnym oczom.»
W tej chwili drzwi otwarły się z łoskotem i ujrzałem wchodzącego człowieka wspaniałej postawy, ubranego po maurytańsku. W jednem ręku trzymał alkoran, w drugiem zaś miecz obnarzony; kuzynki moje rzuciły mu się do nóg, mówiąc: «Potężny Szeiku Gomelezów, przebacz nam!» Na co Szeik odpowiedział strasznym głosem: Adonde estan las fahhas? Snać pytał je o te właśnie ozdoby których tego dnia na nich niewidziałem. Później, zwracając się do mnie, rzekł: «Nieszczęsny Nazarejczyku! jak śmiesz razem znajdować się z niewiastami z krwi Gomelezów?.. Musisz przejść na wiarę Proroka lub umrzeć.»
W tej chwili usłyszałem straszliwe wycie i spostrzegłem opętanego Paszeko który dawał mi znaki zgłębi komnaty; moje kuzynki także go spostrzegły, porwały się więc rozgniewane, schwyciły go i wyprowadziły do drugiej izby.
«Nieszczęsny Nazarejczyku, — powtórzył znowu Szeik Gomelezów — wypij duszkiem napój zawarty w tej czarze, lub zginiesz haniebną śmiercią a ciało twoje zawieszone między trupami braci Zota, stanie się pastwą sępów i igraszką duchów ciemności które będą go używać do swoich piekielnych przemian.» Zdało mi się że w podobnej okoliczności, honor nakazywał mi samobójstwo. Zawołałem więc z boleścią: «Ach mój ojcze, na mojem miejscu tak samo byś sobie postąpił.» Po tych słowach wziąłem czarę i wychyliłem do dna. Uczułem nieznośne mdłości i padłem bez zmysłów.




DZIEŃ ÓSMY.

Ponieważ mam zaszczyt wam opowiadać moje przygody, łatwo więc pojmiecie że nie umarłem od trucizny którą myślałem żem wypił. Odszedłem tylko od przytomności i niewiem jak długo zostawałem w tym stanie. Pamiętam jednak że znowu obudziłem się pod szubienicą los Hermanos, ale tym razem z wielką radością, gdyż przynajmniej byłem pewny żem jeszcze nie umarł. Nadto nie znalazłem się już między dwoma wisielcami, leżałem po lewej ich stronie po prawej zaś spostrzegłem jakiegoś człowieka którego także wziąłem za wisielca gdyż zdawał się bez życia i miał stryczek na szyi. Wkrótce jednak poznałem że spał tylko i rozbudziłem go. Nieznajomy, spojrzawszy na miejsce swego noclegu zaczął śmiać się i rzekł: «Trzeba wyznać że w nauce kabalistyki wydarzają się czasem przykre nieporozumienia. Złe duchy tyle umieją przybierać na się kształtów, że niemożna wiedzieć z kim się ma do czynienia. Wszelako, — dodał — zkądże mi się wziął ten powróz na szyi? w miejscu plecionki z włosów, którą wczoraj jeszcze miałem na sobie.» — Później spostrzegłszy mnie rzekł: — «I pan tutaj?.. pan jeszcze za młodym jesteś na kabalistę, chociaż masz także powróz na szyi.» W istocie przekonałem się że miał słuszność. Przypomniałem sobie że Emina wczoraj zawiesiła mi na szyi plecionkę z włosów swoich i Zibeldy, i sam nie wiedziałem jak sobie tę przemianę tłumaczyć.
Kabalista spoglądał na mnie bystrym wzrokiem i rzekł: «Nie, ty do nas nie należysz, nazywasz się Alfons, twoja matka rodzi się z Gomelezów, jesteś kapitanem w gwardyi wallońskiej, masz wiele odwagi ale mało doświadczenia. Mniejsza o to, trzeba naprzód ztąd się wydostać a potem zobaczymy co z sobą poczniemy.»
Brama parkanu była otwartą, wyszliśmy i znowu ujrzałem przed sobą przeklętą dolinę los Hermanos. Kabalista zapytał mnie, dokąd chciałem się udać? Odpowiedziałem mu że postanowiłem zwrócić się na drogę do Madrytu. «Zgoda, rzekł, ja także idę w tę stronę, ale zacznijmy naprzód od przyjęcia jakiego posiłku.» To mówiąc dobył z kieszeni pozłacaną czarę, słoik napełniony pewnym rodzajem opiatu i flaszkę kryształową w której znajdował się jakiś płyn żółtawy. Wrzucił do czary łyżeczkę opiatu, wlał kilka kropel płynu i kazał mi wszystko razem wypić. Nie dałem sobie tego powtarzać gdyż omdlewałem z czości. W istocie napój był cudownym. Uczułem się tak pokrzepionym że śmiało mogłem przedsięwziąść dalszą drogę, co wprzódy byłoby mi zupełnie niepodobnem.
Słońce wzbiło się już wysoko gdy spostrzegliśmy nieszczęsną gospodę Venta Quemada, kabalista zatrzymał się i rzekł: «Oto jest miejsce w którem tej nocy wyrządzono mi niegodziwą psotę. Trzeba nam jednak wejść do tej przeklętej gospody, zostawiłem tu bowiem niektóre zapasy któremi będziemy mogli się posilić.»
Weszliśmy do opuszczonej Venty i znaleźliśmy w jadalnym pokoju stół zastawiony pasztetem i dwoma butelkami wina. Kabalista zdawał się być przy wybornym apetycie; przykład jego dodał mi odwagi, inaczej bowiem wątpię czy byłbym odważył się ponieść co do ust. Wszystko to co od kilku dni widziałem tak pomieszało moje wyobrażenia, że sam nie wiedziałem co czyniłem i gdyby kto był uwziął się, byłby mógł wprowadzić mnie w wątpliwość o mojem własnem istnieniu.
Po skończonym obiedzie, zaczęliśmy przebiegać komnaty i przybyliśmy do tej w której spałem pierwszego dnia mego wyjazdu z Anduhar. Poznałem moje nieszczęsne posłanie i usiadłszy na niem jąłem rozmyślać nad tem wszystkiem co mi się wydarzyło, szczególniej zaś nad wypadkami doświadczonemi w jaskini. Przypomniałem sobie że Emina uprzedziła mnie żebym nie dawał wiary, gdyby mi co złego o niej mówiono. Właśnie pogrążyłem się w tych myślach, gdy kabalista zwrócił moją uwagę na coś błyszczącego, utkwionego między szparami podłogi. Pojrzałem bliżej i przekonałem się że były to relikwie zabrane mi przez dwie siostry w jaskini. Widziałem jak je wrzucały w rozpadlinę skały a teraz znajdowałem je w szparze podłogi. W istocie zacząłem powątpiewać czym wychodził kiedy z tej przeklętej gospody i czy pustelnik, inkwizytor, bracia Zota nie byli widmami spłodzonemi przez obłęd czarodziejski. Tymczasem za pomocą szpady dobyłem relikwie i zawiesiłem je na szyi.
Kabalista zaczął śmiać się i rzekł: «To jest twoja własność Mości kawalerze. Jeżeli tu noc przepędziłeś, wcale nie dziwię się żeś się obudził pod szubienicą. Mniejsza o to, wychodźmy ztąd, musimy tego jeszcze wieczora stanąć w pustelni.»
Opuściliśmy gospodę i nieuszliśmy jeszcze połowy drogi gdy spotkaliśmy pustelnika który z trudnością wlókł się o kiju. Skoro tylko nas spostrzegł, zawołał: «Ach, mój młody przyjacielu, właśnie szukałem cię, wracaj do mojej pustelni; wyrwij twoją duszę ze szponów szatana, ale tymczasem podaj mi rękę. Nie szczędziłem dla ciebie gorliwych usiłowań.» Wypocząwszy przez chwilę, ruszyliśmy w dalszą drogę, starzec postępował z nami wspierając się raz na jednym to znowu na drugim. Nareszcie przybyliśmy do pustelni.
Zaledwie wszedłem, ujrzałem Paszeka rozciągniętego na środku izby. Zdawał się być na skonaniu, piersiami przynajmniej wydawał to chrapanie jakie rychłą śmierć zapowiada. Chciałem przemówić do niego ale niepoznał mnie; wtedy pustelnik zaczerpnął święconej wody, pokropił nią opętanego i rzekł: «Paszeko, Paszeko, w imieniu twego Odkupiciela, nakazuję ci opowiedzieć co ci się wydarzyło tej nocy.» Paszeko zadrżał, zaryczał straszliwie i tak zaczął mówić:

OPOWIADANIE PASZEKA.

«Mój ojcze, właśnie znajdowałeś się w kaplicy i śpiewałeś litanije, gdy posłyszałem kołatanie do drzwi i beczenie zupełnie podobne do tego jakie wydaje nasza biała koza. Myślałem więc że zapomniałem ją wydoić i poczciwe zwierzę, przyszło mi przypomnieć mój obowiązek. Tem bardziej trwałem w tem przekonaniu że właśnie przed kilkoma dniami wydarzył mi się podobny wypadek. Wyszedłem z chaty i w samej rzeczy ujrzałem naszą białą kozę która obracała się tyłem do mnie, pokazując mi nadęte wymiona. Chciałem ją przytrzymać aby jej oddać żądaną przysługę, ale wymknęła się z moich rąk i co chwila zatrzymując się i uciekając dalej, zaprowadziła mnie na brzeg przepaści tuż obok twojej pustelni.
Przybywszy tam, biała koza nagle przerzuciła się w czarnego kozła; przeląkłem się na widok tej przemiany i chciałem uciekać ku naszemu mieszkaniu, ale czarny kozioł przeciął mi drogę i wspiąwszy się na tylnych nogach, spojrzał na mnie płomiennemi oczyma. Strach ściął mi lodem krew w żyłach.
Natenczas czarny kozioł zaczął bić mnie rogami i zwracać ku przepaści; gdy już mnie tam doprowadził, zatrzymał się na chwilę jakby pragnął cieszyć się widokiem moich męczarń. Nareszcie strącił mnie w przepaść. Myślałem że się rozbiję w proch, ale kozioł przedemną stanął na dnie przepaści i przyjął mnie na grzbiet bez żadnego przypadku.
Tu nowa bojaźń mnie ogarnęła, gdyż zaledwie kozioł poczuł mnie na grzbiecie, wnet dziwnym sposobem zaczął galopować. Jednym skokiem przeskakiwał z góry na górę i przesadzał najgłębsze przepaści, nareszcie otrząsł się i sam niewiem jak znalazłem się w jaskini, gdzie spostrzegłem młodego podróżnego który przed kilkoma dniami nocował w naszej pustelni.
Młodzieniec siedział na łóżku, obok niego zaś siedziały dwie prześliczne dziewczyny ubrane po maurytańsku. Dziewczęta okrywając go pieszczotami, zdjęły mu z szyi relikwie i w tej chwili straciły całą piękność w mych oczach, poznałem w nich bowiem dwóch wisielców z doliny Los-Hermanos. Wszelako młody podróżny, biorąc je zawsze za piękne kobiety, przemawiał do nich najczulszemi wyrazy. Natenczas jeden z wisielców zdjął stryczek z szyi i zaciągnął go na szyję młodzieńca który dziękował mu z niewypowiedzianą wdzięcznością. Co się dalej stało, już nie widziałem, chciałem krzyczeć ale niemogłem wydać żadnego głosu, siedziałem jak skamieniały; gdy wtem północ wybiła i ujrzałem wchodzącego szatana z ognistemi rogami i płomienistym ogonem który kilku djablików niosło za nim.
Szatan w jednej ręce trzymał księgę w drugiej zaś widły. Zbliżył się do podróżnego i zagroził mu śmiercią jeżeli nie przejdzie na wiarę Mahometa. Wtedy widząc duszę chrześcijańską w niebezpieczeństwie, zebrałem wszystkie siły, krzyknąłem i zdaje mi się że młodzieniec mnie usłyszał. Ale w tej samej chwili wisielcy poskoczyli ku mnie i wyciągnęli mnie do drugiej izby gdzie znalazłem tego samego kozła. Jeden wisielec wsiadł na kozła, drugi na mnie i tak znowu zmusili nas obu galopować z niemi przez góry i przepaście. Wisielec który siedział na mnie ściskał mi boki piętami, ale znajdując zapewnie że nie dość szybko biegłem, podjął po drodze dwa skorpiony, przyczepił je do nóg zamiast ostróg i zaczął mi rozdzierać boki z niesłychanem okrucieństwem. Nareszcie przybyliśmy do drzwi pustelni gdzie mnie straszydła porzuciły. Tego poranku mój ojcze znalazłeś mnie bez przytomności, sądziłem że byłem ocalony, ujrzawszy się w twoich objęciach ale jad skorpionów zatruł mi krew. Jad ten pali mi wnętrzności i czuję że nieprzeżyję więcej tych cierpień.» — To mówiąc opętaniec zaryczał straszliwie i umilkł.

Wtedy pustelnik zabrał głos i rzekł: «Słyszałeś synu mój, możeż to być żebyś miał był do czynienia z dwoma szatanami? Pójdź, wyspowiadaj się, wyznaj twoje winy. Miłosierdzie boskie jest bez granic. Nie odpowiadasz?. Byłżebyś już tak dalece zatwardziałym w grzechu?»
Zastanowiwszy się przez chwilę, odpowiedziałem: «Mój ojcze, ten pan opętany widział rzeczy całkiem odmiennie. Jeden z nas bezwątpienia był otumanionym, może nawet i oba źle widzieliśmy. Ale oto masz przed sobą szlachetnego kabalistę, który także nocował w Venta Quemada. Może zechce nam opowiedzieć swoje przygody w których znajdziemy nowe światło co do wypadków jakie nas od kilku dni zajmują.»
«Panie Alfonsie, — przerwał Kabalista — ludzie którzy tak jako ja oddają się tajemniczym naukom nie mogą wypowiedzieć wszystkiego. Postaram się jednak o ile możności zadowolić ciekawość, ale jeżeli pozwolisz nie tego wieczora. Posilmy się wieczerzą i idźmy spać, jutro będziemy przy świeższych umysłach.»
Pustelnik zastawił nam skromną wieczerzę, po której każdy odszedł do siebie. Kabalista utrzymywał że musi przepędzić noc obok opętanego, ja zaś udałem się do kaplicy. Położyłem się na tem samem łożu z mchu na którem już jednę noc przepędziłem, pustelnik życzył mi dobrego snu i uprzedził że dla większej pewności, odchodząc, zamknie drzwi za sobą.
Zostawszy sam, zacząłem rozmyślać nad opowiadaniem Paszeka. Nie było wątpliwości że znajdował się razem ze mną w jaskini, widziałem także jak moje kuzynki poskoczyły do niego i wyciągnęły go do drugiej izby; ale Emina uprzedziła mnie abym nie wierzył gdyby mi co złego o niej i o siostrze mówiono. Wreszcie szatany które opętały Paszeka, mogły obłąkać mu zmysły i otumanić złudzeniami wszelkiego rodzaju. Tym sposobem szukałem różnych środków usprawiedliwienia i zachowania miłości dla moich kuzynek, gdy wtem usłyszałem bijącą północ.... Wkrótce potem usłyszałem kołatanie do drzwi i beczenie kozy. Wziąłem szpadę, poszedłem do drzwi i zawołałem mocnym głosem: «Jeżeliś szatan, staraj się sam otworzyć te drzwi które pustelnik zamknął.» Koza umilkła. Położyłem się i spałem aż do ranka.




DZIEŃ DZIEWIĄTY.

Pustelnik przyszedł mnie obudzić, siadł na mojem łóżku i rzekł: «Moje dziecko, złe duchy znowu tej nocy wyprawiały w mojej pustelni piekielne harce. Samotnicy Tebaidy nie byli więcej odemnie wystawionemi na złość szatańską; niewiem przy tem co mam sądzić o człowieku który przybył z tobą i zwie się Kabalistą. Przedsięwziął wyleczyć Paszeka i w istocie wiele mu pomógł, ale bynajmniej nie używał exorcyzmów przepisanych przez rytuał naszego świętego kościoła. Pójdź do mojej pustelni, śniadanie czeka na nas, po którem usłyszymy zapewne przygody tego dziwnego nieznajomego.»
Wstałem i udałem się za pustelnikiem. W istocie znalazłem Paszeka w daleko lepszym stanie i z twarzą nawet mniej odrażającą. Zawsze był ślepym na jedno oko, ale nie wywieszał już tak obrzydliwie języka. Usta przestały mu pienić się i pozostałe oko toczyło mniej błędne spojrzenia. Powinszowałem kabaliście, który mi odrzekł, że to był tylko słaby dowód jego umiejętności. Następnie pustelnik przyniósł śniadanie, złożone z gorącego mleka i kasztanów.
Podczas gdy pożywaliśmy tę skromną ucztę, ujrzeliśmy wchodzącego człowieka chudego i wybladłego, którego cała postać wstręt wzbudzała, chociaż nie można było rzec co było przyczyną tego odrażającego wrażenia. Nieznajomy ukląkł przedemną i zdjął kapelusz. Wtedy ujrzałem że miał owiązane czoło. Wyciągnął ku mnie kapelusz jak gdyby prosił o jałmużnę. Rzuciłem mu sztukę złota. Szczególniejszy żebrak podziękował mi i dodał: «Panie Alfonsie, twój dobry uczynek nie będzie straconym, uprzedzam cię że ważny list czeka na ciebie w Puerto-Lapicha. Przeczytaj go zanim wejdziesz do Kastylji.»
Udzieliwszy mi to ostrzeżenie, nieznajomy ukląkł przed pustelnikiem który mu napełnił kapelusz kasztanami, następnie uczynił to samo przed kabalistą, ale wnet zerwał się mówiąc: «Od ciebie niczego nie żądam, jeżeli powiesz kto jestem, gorzko kiedyś tego pożałujesz.» Po tych słowach wyszedł z pustelni.
Gdy zostaliśmy sami, kabalista zaczął śmiać się i rzekł: «Aby wam dowieść jak mało lękam się pogróżek tego człowieka, zaraz wam powiem że to jest Żyd wieczny tułacz o którym zapewne musieliście słyszeć. Już przeszło od ośmnastu wieków, ani razu me usiadł, ani położył się, nie odpoczął, nie zasnął. Ciągle idąc przed sobą, zje wasze kasztany i nazajutrz rano będzie już ztąd o jakie sześćdziesiąt mil. Zwykle, przebiega we wszystkich kierunkach, niezmierzone pustynie Afryki. Żywi się dzikiemi owocami, a drapieżne zwierzęta mijają go bez szkody z powodu świętego piętna, wyrytego na jego czole. Dla tego to, jak uważaliście, nosi na głowie przepaskę. Nie bywa on nigdy w naszych okolicach chyba na wezwanie jakiego kabalisty. Wreszcie mogę wam zaręczyć że ja go tu wcale nie wezwałem, nie mogę go bowiem cierpieć. Jednakowoż muszę wyznać, że często wie on o wielu rzeczach, radzę ci zatem panie Alfonsie nie zaniedbywać jego przestrogi.»
«Mości kabalisto, — odpowiedziałem — Żyd doniósł mi że list czeka mnie w Puerto-Lapiche. Spodziewam się tam po jutrze stanąć i niezapomnę zapytać oberżysty.»
«Nie potrzeba tak długo czekać, — odparł kabalista — musiałbym mało znaczyć w świecie gieniuszów, gdybym nie mógł mieć tego listu wcześniej.» To mówiąc pochylił głowę na prawe ramię i wyrzekł kilka wyrazów rozkazującym głosem. W przeciągu pięciu minut, upadł na stół wielki list pod moim adressem. Rozpieczętowałem go i przeczytałem co następuje:

«Panie Alfonsie!
Z rozkazu JK. Mości naszego Najmiłościwszego Pana Don Ferdynanda IV. uprzedzam cię abyś wstrzymał twój przyjazd do Kastylji. Srogość tę winieneś jedynie przypisać nieszczęściu, które spowodowało że rozgniewałeś na siebie święty trybunał zajmujący się zachowaniem czystości wiary w Hiszpanji. Wypadek ten jednak niech w niczem nie zmniejsza twojej gorliwości w chęci służenia królowi. Wraz z niniejszem, załączam ci urlop na trzy miesiące, przepędź ten czas na granicach Kastylji i Andaluzyi, wszelako nie słaniaj się zbyt w żadnej z obu tych prowincyi. Pomyślano już o zaspokojeniu twego czcigodnego ojca i przedstawiono mu całą te sprawę w świetle wcale go nie rażącem.»
Twój życzliwy
Don Sanche de Tor de Pennas
Minister wojny.

Do tego listu, przyłączony był urlop na trzy miesiące, opatrzony potrzebnemi podpisami i pieczęciami.
Podziwialiśmy pośpiech gońców kabalisty, następnie prosiliśmy go aby dotrzymał nam obietnicy i opowiedział wypadki przeszłej nocy w Venta Quemada. Odrzekł nam jak wczoraj, że niezrozumiemy wiele rzeczy w jego opowiadaniu, ale zastanowiwszy się przez chwilę, zaczął w te słowa:

HISTORYA KABALISTY.

Nazywają mnie w Hiszpanji Don Pedro de Uzeda i pod tem nazwiskiem o milę z tąd posiadam piękny zamek. Prawdziwe moje miano jest: Rabi Sadok Ben Mamoun, jestem bowiem żydem. Wyznanie tego rodzaju jest cokolwiek niebezpiecznem w Hiszpanji, ale oprócz że ufam waszej uczciwości, uprzedzam was że nie tak łatwo byłoby mi zaszkodzić. Wpływ gwiazd na moje przeznaczenie zaczął objawiać się od pierwszych chwil mego życia. Ojciec mój wyciągnąwszy mój horoskop, przejęty był radością, gdy ujrzał że przyszedłem na świat właśnie gdy słońce przechodziło w znak Panny. Wprawdzie użył całej umiejętności na dopięcie tego celu, ale niespodziewał się tak dokładnego skutku.
Nie potrzebuję wam mówić że ojciec mój Mamon, był pierwszym astrologiem swego czasu. Wszelako gwiazdarstwo, było jedną z najmniejszych nauk jakie posiadał, szczególniej posunął znajomość kabalistyki do stopnia jakiego żaden z Rabinów dotąd nie dosiągł.
We cztery lata po mojem przyjściu na świat, mój ojciec miał córkę, która narodziła się pod znakiem Bliźniąt. Pomimo tej różnicy, jednakowo nas wychowano. Nie miałem jeszcze dwunastu lat, moja siostra zaś ośmiu kiedy umieliśmy już po hebrajsku, po chaldejsku, po syro-chaldejsku, znaliśmy mowy Samarytanów, Koptów, Abissyńczyków i różne inne umarłe lub umierające języki. Nadto bez pomocy ołówka, mogliśmy rozłożyć litery każdego wyrazu, wedle wszelkich zasad oznaczonych prawidłami kabalistyki.
Wtedy to właśnie kończyłem dwunasty rok, z niezwykłą starannością ułożono nasze włosy w pierścienie ażeby zastosować się do znaku pod którym się urodziłem, dawano nam do jedzenia mięso z czystych zwierząt, wybierając dla mnie samców, samice zaś dla mojej siostry.
Gdy zacząłem szesnasty rok, mój ojciec postanowił nas przypuścić do tajemnic kabały Szafiroth. Naprzód dał nam do rąk Sepher Zoohar, czyli tak nazwaną jasną księgę w której nic nie można zrozumieć, tak dalece jasność dzieła ślepi wzrok patrzących. Następnie zagłębialiśmy się nad Siphra-Dzaniuthą, czyli tajemniczą księgą w której najzrozumialszy peryód mógł wybornie ujść za zagadkę. Nakoniec przystąpiliśmy do Hadra-Raby i Hadra-Suthy, to jest do małego i wielkiego Sanhedrinu. Są to rozmowy w których Rabbi Simeon syn Jochaja, autor dwóch poprzednich dzieł, zniżając styl do potocznej rozmowy, udaje że naucza dwóch przyjaciół najprostszych rzeczy. Tymczasem zaś odsłania im najbardziej zadziwiające tajemnice, czyli raczej wszystkie te objawienia pochodzą nam prosto od proroka Eliasza, który pokryjomu opuścił niebieskie krainy i był obecnym na zgromadzeniu pod przybranem nazwiskiem Rabina Abby. Być może że wy wszyscy wyobrażacie sobie jakobyście nabyli prawdziwego pojęcia o tych boskich księgach, z tłumaczenia łacińskiego wydanego wraz z oryginałem chaldejskim r. 1684. w małem miasteczku niemieckiem nazwanem Frankfurt, ale my śmiejemy się z zarozumiałości tych, którzy sądzą że dość zwyczajnego wzroku ludzkiego aby módz czytać w tych księgach. To zapewne wystarcza do czytania niektórych języków teraźniejszych, ale w hebrajskim każda litera jest liczbą, każdy wyraz przemądrą kombinacyą, każdy peryód straszliwą formułą którą gdy kto potrafi wymówić z potrzebnym przydechem i akcentami, z łatwością może poruszać góry i osuszać rzeki.
Wiecie dobrze że Adunai jednem słowem stworzył świat i następnie sam zamienił się w słowo. Słowo uderza umysł i powietrze, działa na zmysły i duszę zarazem. Chociaż nie zajmowaliście się temi naukami, możecie jednak zrozumieć że to słowo musi koniecznie pośredniczyć między materyą a istotą duchową wszech rzeczy. Mogę wam tylko powiedzieć, że nie tylko z każdym dniem nabywaliśmy nowych wiadomości, ale nadto nowej potęgi, której jeżeli nieśmieliśmy jeszcze używać, przecież z dumą cieszyliśmy się, że według wewnętrznego naszego przekonania siła ta w nas tkwiła. Wkrótce jednak najsmutniejszy wypadek, przerwał nasze rozkosze kabalistyczne.
Każdego dnia uważaliśmy z moją siostrą że nasz ojciec Mamon upadał na siłach. Zdawał się być czystym duchem który dla tego tylko przybrał ludzką postać, aby mógł być łatwiej dostrzeżonym przez podksiężycowe istoty. Pewnego dnia nareszcie kazał nas zawołać do swojej pracowni. Postawa jego tak była boską i czcigodną, że mimowolnie padliśmy przed nim na kolana. Zostawił nas w tem położeniu i wskazując na klepsydrę rzekł: «Zanim ten piasek się przesypie już nie będę na tym świecie. Pamiętajcie wszystkie moje słowa. Synu mój, do ciebie naprzód się odzywam, przeznaczyłem ci niebiańskie małżonki: córki Salomona i królowej Saby. Po przyjściu ich na świat nikt nie sądził aby kiedy mogły stać się nieśmiertelnemi, ale Salomon nauczył królowę wymawiać imię tego który jest. Królowa wymawiała to imię w chwili połogu. Nadleciały gieniusze wielkiego wschodu i przyjęły dwoje bliźniąt zanim te dotknęły się nieczystego siedliska, które zowią ziemią; następnie uniosły je w sfery córek Elohima, gdzie udzielono im dar nieśmiertelności z mocą podzielenia go z tym którego kiedyś dwie bliźnie siostry wybierą za wspólnego małżonka. Te to są dwie małżonki niewypowiedzianych przymiotów, o jakich ojciec ich wspominał w swojem Szir-haszirim, czyli kantyczkach nad kantyczkami. Zastanawiaj się nad tym Epitalmem od dziewięciu do dziewięciu zwrotek. — Dla ciebie moja córko, przeznaczam daleko świetniejszy związek. Dwaj Thaminowie, ci sami których Grecy znali pod nazwiskiem Dioskurów, Fenicyanie, Kabirów, jednem słowem bliźnięta Zodjaku, będą twoimi małżonkami. Co mówię?.. serce twoje jest zbyt czułem... lękam się aby jaki śmiertelnik.. — Już brak piasku w klepsydrze... umieram.»
Po tych słowach mój ojciec zemdlał i w jednej chwili w miejscu na którem spoczywał znaleźliśmy tylko garstkę lekkiego i świetlnego popiołu. Zebrałem te szacowne szczątki, złożyłem je w urnie i umieściłem w skrzyni dziesięciorga przykazań, tuż nad skrzydłami cherubinów.
Pojmujecie że nadzieja nieśmiertelności i posiadania dwóch niebiańskich małżonek, podwoiła we mnie zapał do nauk kabalistycznych, wszelako przez długie lata nie śmiałem wzbić się do nieograniczonej wysokości i poprzestałem na zawładnięciu przez moje zaklęcia kilku gieniuszami ośmnastego stopnia. Jednakowoż z każdym rokiem nabierałem więcej śmiałości; przeszłego lata zacząłem pracować nad pierwszemi zwrotkami Szir-ha-szirimu. Zaledwie pierwszy wiersz rozłożyłem, gdy w tem przeraźliwy łoskot, jak gdyby cały mój zamek walił się z posad, obił się o moje uszy. Bynajmniej nie przeląkłem się, owszem byłem przekonany że praca wybornie mi się udała. Przeszedłem, do drugiego wiersza i gdy go ukończyłem, lampa z mego stołu zleciała na podłogę, podskoczyła kilka razy i legła przed wielkiem zwierciadłem zawieszonem w głębi mego pokoju. Spojrzałem w zwierciadło i postrzegłem końce dwóch prześlicznych kobiecych nóżek. Wnet za temi pokazały się i drugie. Pochlebiałem sobie, że te zachwycające nóżki należały zapewne do niebieskich córek Salomona, ale nie śmiałem prowadzić dalej moich poszukiwań.
Następnej nocy znowu wziąłem się do pracy i ujrzałem dwie pary nóżek do kostek; we dwadzieścia cztery godzin później już zaczynałem spostrzegać kolana, ale w tem słońce wyszło ze znaku Panny i musiałem zaprzestać.
Gdy słońce wkroczyło w znak Bliźniąt, moja siostra ze swojej strony przedsięwzięła podobne poszukiwania i ujrzała nie mniej zadziwiające zjawisko, ale nie myślę wam opowiadać tego co niema żadnego związku z moją własną historyą.
Tego roku już znowu chciałem rozpocząć przerwaną pracę gdy dowiedziałem się że sławny adept miał właśnie przejeżdżać przez Kordowę. Sprzeczka jaką miałem z tego powodu z moją siostrą, skłoniła mnie do odwiedzenia go. Spóźniłem się nieco z wyjazdem z domu i na wieczór zaledwie stanąłem w Venta Quemada. Znalazłem gospodę opuszczoną z powodu złych duchów które ją zamieszkiwały, ponieważ jednak ja wcale się ich nie lękam, rozgościłem się w jadalnej izbie i rozkazałem małemu Nemraelowi aby mi przyniósł wieczerzę. Nemrael, jest to mały gieniusz ostatniego stopnia, którego używam do podobnych posyłek i on to właśnie przyniósł twój list z Puerto-Lapiche. Poszedł do Anduhar, gdzie nocował jakiś przeor Benedyktynów, porwał mu bez ceremonji wieczerzę i przyniósł mi ją do gospody. Wieczerza składała się z pasztetu z kuropatw, który znalazłeś jeszcze nazajutrz z rana; byłem jednak tak znużony że zaledwie się jej dotknąłem, odesłałem więc Nemraela do mojej siostry i sam położyłem się spać.
Śród nocy, rozbudził mnie dźwięk zegaru bijącego północ. Po tej przygrywce czekałem na ukazanie się jakiego ducha i przygotowałem się na odpędzenie go, gdyż w ogóle są to przykrzy i nieproszeni goście. W tych zamiarach, nagle ujrzałem mocne światło na stole pośród pokoju, następnie wyskoczył mały błękitny rabinek który zaczął wybijać pokłony przed pulpitem, jak zwykli czynić rabini podczas modlitwy. Miał zaledwie stopę wysokości i nie tylko jego szaty były błękitne, ale nawet twarz, broda, pulpit i księga. Poznałem natychmiast że nie był to duch ale gieniusz dwudziestego siódmego stopnia. Niewiedziałem jak się nazywa i wcale go dotąd nie znałem. Jednakże użyłem formuły, której powszechnie wszystkie duchy ulegają. Natenczas mały błękitny rabinek zwrócił się do mnie i rzekł: «Zacząłeś całą twoją pracę na wspak i to jest przyczyna dla której ujrzałeś naprzód nogi córek Salomona. Zacznij naprzód od ostatnich zwrotek i staraj się przedewszystkiem odgadnąć imiona niebiańskich piękności.» To wyrzekłszy, mały rabinek znikł bez żadnego śladu. To co mi powiedział było przeciwko wszystkim zasadom kabalistyki, wszelako byłem tak nieprzezornym że posłuchałem jego zdania. Zacząłem składać ostatnią zwrotkę Szir-ha-Szirimu i szukając nazwisk dwóch nieśmiertelnych wynalazłem imiona: Emina i Zibelda. Mocno byłem zdziwiony, wszelako rozpocząłem zaklęcia. Wtedy ziemia straszliwie zadrżała pod mojemi nogami, zdało mi się że niebo pęka mi nad głową i padłem bez zmysłów.
Przyszedłszy do przytomności, ujrzałem się w miejscu połyskującem niezwykłem światłem i w objęciach kilku młodzieńców piękniejszych od aniołów z których jeden rzekł do mnie: «Synu Adama! powróć do zmysłów, jesteś tu w mieszkaniu tych którzy nie umierają. Rządzi nami patryarcha Henoch który postępował przed Elohimem i porwanym został z ziemi. Prorok Eliasz jest naszym arcykapłanem i wóz jego zawsze będzie na twoje rozkazy, skoro tylko zechcesz używać przejażdżki na tym planecie. My jesteśmy Egregorami, czyli dziećmi spłodzonemi z synów Elohima i córek człowieczych. Zobaczysz także między nami kilku Nefelimów, wszelako w małej liczbie. Pójdź, przedstawimy cię naszemu władzcy.» Udałem się za niemi i stanąłem u stóp tronu na którym Henoh zasiadał; pojrzałem na patryarchę, ale żadnym sposobem nie mogłem znieść blasku jego oczu, moich zaś nie śmiałem podnieść wyżej jak na jego brodę, która była podobną do tego bladego światła jakie otacza księżyc podczas wilgotnych nocy.
Obawiałem się aby moje uszy były w stanie znieść dźwięk jego głosu, ale głos ten był słodszym nad harmonię boskich organów. Pomimo to jeszcze go złagodził, mówiąc do mnie: «Synu Adama, natychmiast przywiodą ci twoje małżonki.» W tej samej chwili ujrzałem wchodzącego proroka Eliasza i trzymającego za ręce dwie piękności, których wdzięków śmiertelni nigdy pojąć nie mogą.
Przez przejrzyste ich ciała można było widzieć dusze i dokładnie rozpoznać jak ogień namiętności krążył im po żyłach i mieszał się z krwią. Za niemi dwóch Nefelimów niosło trójnóg z kruszcu tak kosztowniejszego od złota, jak to dla nas droższem jest od ołowiu. Córki Salomona podały mi ręce i zawiesiły na szyi plecionkę utkaną z ich włosów. W tej samej chwili, żywy i czysty płomień wybuchnął z trójnoga i pożarł to wszystko co miałem w sobie śmiertelnego. Zaprowadzono nas do małżeńskiej komnaty, połyskującej chwałą i rozpromienionej miłością, otworzono ogromne okno które wychodziło na trzecie niebo, i wnet zabrzmiały boskie śpiewy aniołów. Rozkosz ogarnęła mi zmysły........
Ale cóż wam mogę jeszcze powiedzieć?. nazajutrz z rana obudziłem się pod szubienicą Los-Hermanos, między dwoma trupami, równie jak ten oto młody podróżny. Z tego wniosłem że miałem do czynienia z niesłychanie złośliwemi duchami i których istoty nie znam dobrze, lękam się nawet aby ta przygoda nie zaszkodziła mi u prawdziwych córek Salomona, których tylko nóżki widziałem.»
«Nieszczęśliwy, zaślepieńcze, — rzekł pustelnik — i czegóż to żałujesz?... Wszystko jest tylko złudzeniem w twojej przeklętej nauce. Duchy ciemności, które tylko naigrawały się z ciebie, zadały daleko straszniejsze męczarnie biednemu Paszeko. Bezwątpienia takiż sam los oczekuje tego młodego wojskowego, który przez zgubną zatwardziałość niechce wyznać win swoich. Alfonsie, synu mój Alfonsie! żałuj za grzechy, jeszcze masz czas do tego.»
Zniecierpliwił mnie ten upór pustelnika w żądaniu odemnie wyznań których niechciałem mu udzielić. Zimno mu odpowiedziałem: że wielce szanuję jego święte przestrogi, ale że uczucie własnego honoru było główną zasadą mego postępowania, poczem zaczęliśmy mówić o czem innem.
«Panie Alfonsie, — rzekł kabalista — ponieważ inkwizycya cię ściga a król rozkazuje ci trzy miesiące przepędzić na tej pustyni, ofiaruję ci mój zamek, poznasz moją siostrę Rebekę, która równie jest piękną jak uczoną. Tak jest pójdź ze mną, pochodzisz z Gomelezów a krew ta nie jedno ma prawo do naszego współczucia.»
Spojrzałem na pustelnika aby odgadnąć z jego oczu co myśli o tym zamiarze? Zdawało się że kabalista przeniknął moje zamiary, gdyż zwróciwszy się do pustelnika rzekł: «Mój ojcze, znam cię lepiej aniżeli się tego domyślasz. Wiara nadaje ci wielką potęgę; moje środki, chociaż nie tak święte jednakowoż nie są djabelskie. Racz także przyjąć u mnie gościnność wraz z Paszekiem, którego bądź pewnym że zupełnie wyleczę.»
Pustelnik za nim odpowiedział zaczął się modlić, po chwili namysłu zbliżył się do nas z wesołą twarzą i rzekł że gotów był nam towarzyszyć. Kabalista pochylił głowę na prawe ramię i kazał przyprowadzić konie. Wnet ujrzeliśmy parę pięknych koni przed drzwiami pustelni i dwa muły dla pustelnika i opętanego. Chociaż zamek oddalonym był o dzień drogi, jak nam powiedział Ben-Mamoun, przecież w przeciągu godziny stanęliśmy u kresu podróży.
Przez cały czas, Ben-Mamoun opowiadał mi o swojej siostrze, tak że spodziewałem się ujrzeć jakąś Medeę z czarnym włosem, z laską czarodziejską w ręce, mruczącą niezrozumiałe kabalistyczne wyrazy. Zawiodłem się w moich oczekiwaniach. Zachwycająca Rebeka, która nas przyjęła u bramy zamkowej, była najroskoszniejszą jasnowłosą jaką można sobie wyobrazić. Snieżysta suknia, spięta zapinkami nieocenionej wartości, spływała po jej uroczej kibici. Zdawało się z powierzchowności, że mało dbała o strój, wszelako w przeciwnym nawet razie nie mogłaby powabniej podwyższyć uroku czarownych wdzięków.
Rebeka rzuciła się bratu na szyję mówiąc: «Jakże byłam niespokojną o ciebie, zwłaszcza pierwszej nocy, żadnym sposobem nie mogłam dowiedzieć się co się z tobą stało. Cóż przez ten czas porabiałeś?.»
«Później ci opowiem, — odrzekł Ben-Mamoun — teraz staraj się dobrze przyjąć gości których ci przyprowadzam. Oto jest pustelnik z doliny, ten młodzieniec zaś pochodzi z rodziny Gomelezów.»
Rebeka spojrzała obojętnie na pustelnika, ale rzuciwszy wzrok na mnie, spłonęła lekkim rumieńcem i rzekła ze smutkiem: «Spodziewam się że na szczęście pan do nas nie należysz.»
Weszliśmy do zamku i wnet podniesiono za nami most zwodzony. Zamek był obszerny i utrzymywany w największym porządku, chociaż służba składała się tylko z jednego młodego mulata i mulatki w tym samym wieku. Ben-Mamoun zaprowadził nas naprzód do swojej biblioteki; była to mała sklepiona komnata służąca zarazem za pokój jadalny. Mulat rozesłał obrus, przyniósł olla-potridę i cztery nakrycia. Rebeka bowiem nie siadła z nami do stołu. Pustelnik jadł więcej jak zazwyczaj i zdawał się być wyrozumialszym. Paszeko, zawsze ślepy na jedno oko, uspokoił się w swem opętaniu, nie rozchmurzył jednak oblicza i siedział w milczeniu. Ben-Mamoun smacznie zajadał, ale ciągle był roztargnionym i wyznał nam że wczorajsza przygoda bezustannie krążyła mu po głowie; gdy wstaliśmy od stołu, rzekł: «Oto są książki dla waszej zabawy, mój mulat jest na wasze rozkazy, tymczasem pozwólcie mi oddalić się, mam niektóre ważne zatrudnienia z moją siostrą. Zobaczemy się jutro w godzinie obiadowej.»
Ben-Mamoun odszedł i zostawił nas, że tak rzekę, panami całego zamku. Pustelnik wziął z biblioteki legendę o pierwszych ojcach żyjących samotnie na pustyni i rozkazał Paszekowi aby mu przeczytał kilka rozdziałów. Ja wyszedłem na taras zamkowy zwieszający się nad przepaścią w głębi której niewidzialny potok huczał z łoskotem. Jakkolwiek okolica smutną mi się wydała, z niesłychanem jednak zadowoleniem zapatrywałem się na nią, lub raczej oddawałem się wrażeniom niezwykłego widoku. Nie tak tęsknota mnie ogarnęła, jak raczej wszystkie władze mego umysłu uległy odrętwieniu, spowodowanemu przez okropne wzruszenia jakich w ciągu tych kilku dni doznałem. Im bardziej zastanawiałem się nad doświadczonemi przygodami, tem mniej je rozumiałem, nareszcie nieśmiałem już o nich myśleć z obawy abym całkiem nie postradał rozumu. Nadzieja przepędzenia kilku spokojnych dni w zamku Uzeda ukołysała nieco moją znękaną duszę. Tak rozmyślając powróciłem do biblioteki. Przy schyłku dnia mulat zastawił nam wieczerzę złożoną z zimnego mięsiwa i suchych owoców, nie było jednak mięsa zwierząt nieczystych. Następnie rozłączyliśmy się: zaprowadzono pustelnika i Paszeka do jednego, mnie zaś do drugiego pokoju.
Położyłem się i zasnąłem; wkrótce jednak piękna Rebeka obudziła mnie mówiąc: «Panie Alfonsie, wybacz że poważam się sen ci przerywać. Wracam od mego brata z którym czyniliśmy najstraszliwsze zaklęcia aby poznać istotę duchów które go napastowały w Venta Quemada, ale usiłowania nasze pozostały bez skutku. Mniemamy że stał się igraszką Baalimów nad którymi nie posiadamy żadnej władzy. Jednakże kraina Henocha jest rzeczywiście taką, jaką ją widział. Wszystko to jest dla nas niesłychanie ważnem i zaklinam cię abyś nam opowiedział własne twoje przygody.» To mówiąc Rebeka usiadła obok mnie, ale zdawała się być jedynie zajętą wyjaśnieniem tajemnicy, którego żądała odemnie. Wszelako wytrwałem w milczeniu i poprzestałem na oświadczeniu, że poprzysiągłem na honor nie wspominać przed nikim o tem co widziałem.
«Jak możesz jednak mniemać, panie Alfonsie, — mówiła dalej Rebeka — ażeby słowo honoru dane dwom szatanom, było obowiązującem? Dowiedzieliśmy się już że są to dwa złe duchy niewieście, z których jeden zwie się Eminą drugi zaś Zibeldą, wszelako nie możemy dotąd przeniknąć istoty tych szatanów, gdyż w naszej nauce jak we wszystkich innych, niemożna wszystkiego wiedzieć.»
Dawałem zawsze odmowną odpowiedź i prosiłem piękną dziewczynę aby mi więcej o tem nie wspominała. Natenczas spojrzała na mnie z wyrazem nieopisanej łagodności i rzekła: «Jakże szczęśliwym jesteś że możesz trzymać się zasad cnoty które kierują wszystkiemi twojemi uczynkami?. jakiej spokojności sumienia możesz kosztować?. jakże nasz los różnym jest od twojego?.. Chcieliśmy ujrzeć rzeczy niedostrzeżone dla śmiertelnego wzroku, i zrozumieć to czego umysł ludzki nie jest w stanie pojąć. Ja nie byłam stworzoną do tych nadziemskich umiejętności; cóż mi przyjdzie po marnem panowaniu nad złemi duchami? Wolałabym stokroć panować nad sercem przywiązanego małżonka, ale mój ojciec tak chciał i muszę uledz memu przyrzeczeniu.» Przy tych słowach, Rebeka dobyła chustki i otarła łzy perłami spadające po jej pięknem obliczu, poczem dodała: «Panie Alfonsie, pozwól mi wrócić jutro o tej samej godzinie i jeszcze starać się przezwyciężyć twój upór, czyli jak sam nazywasz, niezłomne przywiązanie do twego słowa. Wkrótce słońce przejdzie w znak Panny, wtedy nie będzie już czasu i spełni się przeznaczenie.» Żegnając, Rebeka ścisnęła mi rękę z wyrazem przyjaźni i zdawała się z przykrością wracać do swoich kabalistycznych zatrudnień.




DZIEŃ DZIESIĄTY.

Obudziłem się wcześniej jak zazwyczaj i wyszedłem na taras aby odetchnąć świeżem powietrzem zanim słońce go rozpali. Spokój panował do koła, potok nawet zdawał się huczyć z mniejszym łoskotem i pozwalał słyszeć harmonijne śpiewy ptasząt. Pogoda żywiołów odbiła się w mej duszy i mogłem zimno zastanowić się nad tem wszystkiem co mi się wydarzyło od czasu mego wyjazdu z Kadyxu. Teraz dopiero przypomniałem sobie kilka wyrazów, które przypadkiem wymknęły się Don Emmanuelowi de Sa, gubernatorowi miasta, i osądziłem że on także musiał coś wiedzieć o tajemniczym bycie Gomelezów a nawet mieć udział w części całej tajemnicy. Gubernator sam nastręczył mi dwóch służących, Lopeza i Moskita, przypuszczam więc że ci z jego rozkazu opuścili mnie na wstępie do nieszczęsnej doliny Los-Hermanos. Moje kuzynki często dały mi do zrozumienia że chciano wystawić mnie na próby. Myślałem że w Venta Quemada dano mi usypiający napój i następnie podczas snu przeniesiono pod szubienicę. Paszeko mógł oślepnąć na jedno oko z wcale innego przypadku i jego miłosne stosunki i straszna przygoda z dwoma wisielcami, mogły być bajką. Pustelnik który za pomocą spowiedzi chciał wyrwać mi tajemnicę, zdawał mi się być narzędziem Gomelezów dla doświadczenia mojej stałości. Nareszcie zaczynałem jaśniej przezierać w całym tumanie moich przygód i wykładać je bez przypuszczania uczestnictwa nadludzkich istot, gdy wtem usłyszałem dźwięki wesołej muzyki zdala okrążające górę. Muzyka coraz się przybliżała i spostrzegłem nadchodzącą bandę cyganów, która w takt postępowała przy towarzyszeniu gitar i kaskarras. Rozłożyli się obozem tuż pod tarasem, tak że dokładnie mogłem podziwiać wykwintność ich ubiorów i pociągów. Myślałem że to byli ci sami cyganie złodzieje pod których opiekę schronił się oberżysta z Cardegnas, jak mi to powiedział pustelnik; ale wydali mi się cokolwiek zanadto wyświeżonymi jak na łotrów. Podczas gdy się im przypatrywałem, rozbijali namioty, stawiali kociołki na ogniu i zawieszali kołyski z dziećmi na gałęziach poblizkich drzew. Po ukończeniu wszystkich tych przygotowań, oddali się przyjemnościom koczującego życia, śród których na pierwszem miejscu kładą próżniactwo. Namiot naczelnika nie tylko odróżniał się od innych wielką buławą ze srebrną gałką, utkwioną przy wejściu, ale nadto ozdobniejszą powierzchownością i bogatemi oponami, jakich zwykle nie widać u pospolitych cyganów. Ale jakież było moje zadziwienie gdy, z otwierającego się namiotu nagle ujrzałem wychodzące obie moje kuzynki w tym powabnym stroju jaki w Hiszpanji nazywają: a la Hitana Mahha. Zbliżyły się aż do stóp tarasu ale zdawały się wcale mnie nie spostrzegać. Następnie przywołały towarzyszki i zaczęły wykonywać ulubiony taniec hiszpański na te słowa:

«Quando me paco me azze,
Las palmas para vaylar,
Me se puene el corpecito
Como hecho de marzapan.. etc.

Jeżeli piękna Emina i luba Zibelda zawróciły mi głowę ubrane po maurytańsku, nie mniej zachwyciły mnie w tym nowym stroju. Znalazłem tylko że tym razem przybrały złośliwy i szyderczy uśmiech, który aczkolwiek dość był stosownym dla cygańskich wróżek, jednak zapowiadał że dziewczęta chcą mi wyrządzić nową psotę ukazując się pod tą nową i niespodziewaną postacią.
Zamek kabalisty był zewsząd pozamykany, gospodarz miał klucze u siebie, niemogłem więc zejść do cyganów. Przechodząc jednak podziemiem które wychodziło na łożysko potoku, mogłem bliżej je widzieć a nawet rozmawiać z niemi nie będąc wcale dostrzeżonym przez mieszkańców zamku. Udałem się więc tem tajemnem przejściem i niebawem potok rozdzielał mnie tylko od tancerek. Ale to wcale nie były moje kuzynki. Postacie ich wydały mi się nawet bardzo pospolitemi i zupełnie zastosowanemi do ich stanu.
Zawstydzony moją pomyłką, wolnym krokiem wróciłem na taras. Wtedy znowu spojrzałem i znowu jak najwyraźniej poznałem moje kuzynki. Zdało mi się że one także mnie poznały, gdyż wybuchnęły głośnym śmiechem i uciekły do namiotów.
Byłem oburzony. «Przebóg! — rzekłem sam do siebie — możesz to być aby dwa tak miłe i rozkoszne stworzenia były złośliwymi duchami, nawykłymi drwić ze śmiertelnych, przybierając kształty wszelkiego rodzaju, albo czarownicami, lub też, co byłoby najstraszliwszem, upiorami którym niebo dozwoliło ożywiać ohydne trupy wisielców z doliny Los-Hermanos. Wprawdzie mniemałem że zdołam sobie te rzeczy zwykłym sposobem wytłumaczyć, ale teraz sam już niewiem czemu mam wierzyć.»
Zagłębiony w podobnych uwagach zwróciłem do biblioteki, gdzie znalazłem na stole wielką księgę pisaną gockiemi literami, pod tytułem: Ciekawe opowiadania Ilapeliusa. Księga była rozłożoną i stronnica jakby naumyślnie zagiętą na początku rozdziału, w którym wyczytałem co następuje.

HISTORYA TYBALDA DE LA JACQUIÈRE.

Żył raz w pewnem mieście francuzkiem położonem nad brzegami Rodanu i nazwanem Lyon, bogaty kupiec nazwiskiem Jakób de la Jacquière; Jakób wtedy przybrał to drugie nazwisko gdy porzucił handel i obrany został pierwszym radcą, którą to godność Lyończycy udzielają tylko ludziom majętnym i nieposzlakowanej uczciwości. Takim był w istocie zacny radca de la Jacquière. Miłosierny dla ubogich i dobroczynny dla mnichów i księży którzy są prawdziwymi ubogimi przed Panem.
Ale zupełnie był odmiennym od ojca, jedyny syn radcy, jespan Tybald de la Jacquière, towarzysz w muszkieterach królewskich. Szałaput, zawadyaka, napastnik dziewcząt, kostera, nieprzyjaciel szyb i latarń, pijak i przeklinacz za dziesięciu majtków. Często w nocy zdarzało mu się zatrzymywać na ulicy spokojnych mieszczan, aby zamienić z niemi swój stary płaszcz lub zużyty kapelusz na nową odzież. Niebawem jespan Tybald napełnił odgłosem swoich sprawek, Paryż, Blois, Fontaine-belle-ean, i inne rezydencye królewskie. Wkrótce wreszcie te doszły uszu naszego Najjaśniejszego Pana, świętej pamięci Franciszka I., zniecierpliwiony wybrykami zuchwałego żołdaka, wysłał go do Lyonu na pokutę do domu jego ojca, zacnego radcy de la Jacquière, który naówczas mieszkał na placa Belle-cour, jak się wychodziło na ulicę St. Ramond.
W domu ojcowskim przyjęto młodego Tybalda z taką radością, jak gdyby powracał z Rzymu obciążony wszystkiemi odpustami Ojca świętego. Nietylko że zabito tłuste cielę na jego przybycie, ale nadto radca de la Jacquière wyprawił ucztę która kosztowała więcej sztuk złota niż było biesiadników. Więcej nawet uczyniono. Wzniesiono toasty za zdrowie jedynaka i każdy życzył mu roztropności i upamiętania. Ale te przyjazne oświadczenia bynajmniej nie przypadły mu do smaku. Rozpustnik wziął ze stołu złotą czarę i napełniwszy ją winem, zawołał: «Do milion kroć sto tysięcy djabłów, wraz z ich naczelnikiem, któremu w tem winie zapisuję krew i duszę jeżeli się kiedykolwiek odmienię!» Na te straszliwe słowa, włosy najeżyły się na głowach biesiadników, niektórzy przeżegnali się, inni powstali od stołu. Jespan Tybald wstał także i udał się na przechadzkę na plac Belle-cour, gdzie znalazł dwóch swoich dawnych kolegów, podobnych sobie hultajów. Uściskał ich, przyprowadził do domu i kazał przynieść im kilka flaszek wina, nietroszcząc się wcale ani o ojca ani o resztę biesiadników.
Tak sprawił się Tybald pierwszego dnia po powrocie, nazajutrz powtórzył to samo i ciągle dalej żył tym samym sposobem.
Biedny ojciec trawiony smutkiem, postanowił polecić się patronowi świętemu Jakóbowi i złożyć na jego ołtarzu dziesięcio-funtową świecę woskową, ozdobioną dwoma złotemi pierścieniami, każdy za pięć marków; ale właśnie gdy chciał położyć świecę na ołtarzu, przewrócił srebrną lampę która paliła się przed świętym obrazem. Radca, dla innego powodu kazał był ulać tę świecę, ale mając przed oczami przedewszystkiem nawrócenie syna, z radością wypełnił to poświęcenie; skoro jednak ujrzał świecę na ziemi i lampę przewróconą, wyciągnął z tego nieszczęsną przepowiednię i ze smutkiem powrócił do domu.
Tego samego dnia Tybald wyprawił ucztę dla swoich przyjaciół. Po wypróżnieniu mnóstwa butelek, gdy noc już oddawna była zapadła, wyszli wszyscy razem na plac Belle-cour. Tam, wszyscy trzej wzięli się pod ręce i zaczęli z zadartemi głowami przechadzać się po placu, jak to zwykli czynić rozpustnicy kiedy chcą zwrócić uwagę dziewcząt. Tym razem jednak nic nie wskórali, nie było żadnej kobiety na placu a noc była tak czarna, że niepodobna było zoczyć którą w oknie. Gdy tak znudzili się już tą samotnością, młody Tybald dobywszy grubego głosu i klnąc według zwyczaju, zawołał: «Do milion kroć stotysięcy djabłów wraz z ich naczelnikiem któremu w tej chwili zapisuję krew i duszę, jeżeli przyśle mi tu swoją najmłodszą córkę abym się mógł trocha do niej poumizgać.» Mowa ta niepodobała się dwom przyjaciołom Tybalda którzy nie byli jeszcze tak zatwardziałymi grzesznikami i jeden z nich rzekł: «Przyjacielu nasz, pomyśl że szatan jest wiecznym wrogiem człowieka i że aby mu chętnie zaszkodził, nie potrzeba ani żeby go zapraszano, ani wzywano po nazwisku.» Na co Tybald odrzekł: «Jakom powiedział, tak uczynię.»
Śród tego, trzej hultaje, ujrzeli wychodzącą z sąsiedniej ulicy zakrytą kobietę, udatnej kibici i jak się zdawało pierwszej młodości. Za nią biegł mały murzynek ale nagle potknął się, padł na twarz i stłukł latarnię którą niósł w ręku. Młoda nieznajoma przelękła się i obróciła do koła jakby niewiedząc co z sobą począć?.. Natenczas Tybald zbliżył się i jak mógł najgrzeczniej ofiarował ramię aby ją odprowadzić do domu. Biedna dziewczyna po chwili namysłu przyjęła tę ofiarę. Tybald zwracając się do przyjaciół, rzekł im pół głosem: «Widzicie więc że ten kogo wzywałem nie długo kazał na siebie czekać: do widzenia, życzę wam spokojnej nocy.» Dwaj przyjaciele zrozumieli te słowa i opuścili go, śmiejąc się i żegnając go podobnemi życzeniami.
Tybald więc ofiarował rękę nieznajomej, podczas gdy mały murzynek, któremu latarnia była zagasła, postępował przed niemi. Młoda kobieta zdawała się z początku tak zmieszaną że zaledwie mogła utrzymać się na nogach, ale niebawem przyszła do siebie i śmielej wsparła się na ramieniu towarzysza, kilka razy potykała się, wtedy ściskała go za rękę aby nie upaść; Tybald z swojej strony, pragnąc ją zatrzymać, przyciskał jej rękę do serca, zawsze jednak z wielką ostrożnością ażeby nie spłoszyć zwierzyny.
Tak, długo i długo szli razem, że nareszcie Tybald mniemał że zabłąkali się w ulicach Lyonu. Nie użalał się jednak, gdyż sądził że tym sposobem piękna zabłąkana będzie dlań mniej okrutną. Wszelako chcąc się naprzód dowiedzieć z kim miał do czynienia, prosił ją aby raczyła wypocząć przez chwilę na kamiennej ławce którą spostrzegli przed drzwiami jakiegoś domu. Nieznajoma zgodziła się i usiedli obok siebie. Natenczas Tybald grzecznie ujął ją za rękę i z niezwykłym dowcipem tak się odezwał: «Piękna gwiazdo błędna, ponieważ moja gwiazda zrządziła że cię spotkałem tej nocy, uczyń mi tę łaskę i powiedz mi kto jesteś i gdzie mieszkasz?» Młoda kobieta zrazu wahała się, po chwili jednak nabrała odwagi i zaczęła w te słowa:

HISTORYA POWABNEGO DZIEWCZĘCIA Z ZAMKU SOMBRE-ROCHE.

Nazywam się Orlandyna, przynajmniej tak mnie nazywało kilka osób które zamieszkiwały ze mną zamek Sombre-Roche w Pyreneach. Nie widziałam tam żadnego ludzkiego stworzenia, prócz mojej ochmistrzyni która była głuchą, służącej, która tak mocno jąkała się że można było uważać ją za niemę i starego ślepego odźwiernego.
Odźwierny nie wiele miał do czynienia, gdyż raz tylko na rok otwierał bramę i to jednemu wyłącznie jegomości, który przychodził do nas aby pogłaskać mnie pod brodę i rozmawiać z moją ochmistrzynią w narzeczu biskajskiem którego ja wcale nierozumiem. Na szczęście umiałam już mówić gdy zamknięto mnie w zamku de Sombre-Roche, inaczej nigdy niebyłabym się nauczyła z dwoma towarzyszkami mego więzienia. Co się tyczy naszego odźwiernego, widziałam go tylko kiedy podawał nam obiad przez jedyne nasze kratowane okno. Wprawdzie moja głucha ochmistrzyni niekiedy krzyczała mi nad uszami jakieś nauki moralne, ale tyle je rozumiałam jak gdybym była równie głuchą jak ona, gdyż mówiła mi o powinnościach małżeńskich, nie tłumacząc nigdy co to jest małżeństwo. Prawiła mi nie raz i o innych rzeczach, ale nigdy niechciała mi dać żadnego wyjaśnienia. Często też jąkliwa służąca usiłowała opowiedzieć mi jaką historyę, o której zabawności mnie zapewniała, ale nie mogąc nigdy dojść do drugiego peryodu nareszcie zaprzestała i początku, i odchodziła jąkając wymówki które równie trudno jej szły jak cała historya.
Powiedziałam ci że miałyśmy jedno tylko okno, czyli że jedno tylko wychodziło na podwórzec zamkowy, inne otwierały się na drugie podwórze zasadzone kilku drzewami przedstawiającemi ogród i którego jedyne wyjście prowadziło do mego pokoju. Pielęgnowałam tam niektóre kwiaty i to było całą moją zabawą. Mylę się, miałam jeszcze jedną, równie niewinną zabawę. Było to wielkie zwierciadło w którem przeglądałam się każdego poranku a nawet jak tylko wstawałam z łóżka. Moja ochmistrzyni również w lekkiem ubraniu przychodziła przeglądać się i bawiłam się porównaniem jej postaci z moją. Oddawałam się także tej rozrywce przed pójściem na spoczynek, gdy moja ochmistrzyni głęboko już spała. Czasami wyobrażałam sobie, że widzę w zwierciedle towarzyszkę mego wieku która odpowiadała na moje poruszenia i dzieliła moje uczucia. Im więcej oddawałam się złudzeniu, tem bardziej ta igraszka mnie bawiła.
Mówiłam ci już o pewnym jegomości, który raz na rok przybywał do zamku, głaskał mnie pod brodę i rozmawiał w narzeczu biskajskiem z moją ochmistrzynią. Pewnego dnia ten jegomość, zamiast wzięcia mnie za brodę, wziął za rękę i zaprowadził do karety z okiennicami w której zamknął mnie z moją ochmistrzynią. Śmiało mogę rzec że zamknął nas, gdyż światło dochodziło tylko z góry.
Wyszłyśmy z niej trzeciego dnia, albo raczej trzeciej nocy, już bowiem było dobrze późno gdy stanęliśmy u celu naszej podróży. Jakiś nieznajomy otworzył drzwiczki od karety i rzekł: «Oto jesteście na placu Belle-cour, przy wejściu na ulicę St. Ramond, ten zaś dom na rogu należy do radcy de la Jacquière, gdzież teraz chcecie aby was zawieziono? —
«Każ zajechać w pierwszą bramę za domem radcy,» odpowiedziała moja ochmistrzyni.
Tu Tybald natężył całą uwagę, gdyż w istocie sąsiadował z pewnym szlachcicem nazwanym panem de Sambre-Roche, który uchodził za niesłychanie zazdrosnego i kilkakrotnie chełpił się przed nim, że mu pokaże jakim sposobem można mieć wierną żonę i że wychowywał w zamku swoim powabne dziewczę, które poślubi i przekona o prawdzie swego zdania; ale młody Tybald wcale nie wiedział żeby dziewczę znajdowało się w tej chwili w Lyonie i mocno cieszył się że je do swoich rąk dostał. Tymczasem Orlandyna tak dalej mówiła:
Zajechaliśmy więc do bramy, zkąd zaprowadzono nas do obszernych i bogatych komnat, ztamtąd zaś kręconemi schodami do wieży z której zdawało mi się że możnaby widzieć przy dniu całe miasto; ale myliłam się, w dzień nawet niepodobna było nic dostrzedz gdyż gęste zielone sukno zasłaniało okna. Natomiast wieża oświeconą była złoconym kryształowym pająkiem. Ochmistrzyni moja posadziła mnie na krześle i dała swój różaniec do zabawy, sama zaś wyszła i zaryglowała drzwi za sobą.
Gdy zostałam samą, porzuciłam różaniec, wzięłam nożyczki które miałam u pasa i rozcięłam zielone sukno zasłaniające mi okno. Wtedy ujrzałam obok drugie okno, a tem oknem rzęsisto oświeconą komnatę w której siedziało u stołu dwoje młodych dziewcząt i trzech młodych ludzi, piękniejszych niż można sobie wyobrazić. Śpiewali, pili, śmieli się i umizgali do dziewcząt, czasami nawet głaskali je pod brody ale z cale odmiennym wyrazem twarzy niż pan de Sombre-Roche, który jednak po to tylko przyjeżdżał do naszego zamku. Nadto młodzi ludzie poglądali na swoje towarzyszki szczególniejszym wzrokiem, dziewczęta zaś uśmiechały się do nich, podobnie jak ja niegdyś do siebie samej przed zwierciadłem. —
Na te słowa Tybald poznał że chodziło o wieczerzę którą wczoraj wyprawił był swoim przyjaciołom, objął więc ręką wysmukłą kibić Orlandyny i przycisnął ją do serca.
Tak samo czynili ci młodzi ludzie, — mówiła dalej Orlandyna — w istocie, zdaje mi się że musieli się nadzwyczajnie kochać. Nareszcie jeden z biesiadników, napełnił swoją czarę winem, przytknął ją do ust swojej sąsiadki, następnie wychylił duszkiem i pocałował jedną z dziewczyn w same usta. Ciekawość moja coraz wzrastała, gdy nagle drzwi otworzyły się; poskoczyłam szybko do mego różańca, ochmistrzyni bowiem wchodziła.
Wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do karety która nie była już tak zamkniętą jak wczorajsza i gdyby noc nie była tak ciemną, byłabym mogła dokładnie widzieć cały Lyon, ale tak uważałam tylko że jesteśmy gdzieś bardzo daleko i wkrótce minęliśmy mury miasta. Zatrzymaliśmy się przy ostatnim domu przedmieścia. Na pozór była to zwyczajna chata, strzechą nawet pokryta; ale wnętrze jej całkiem było odmienne, jak się pan sam o tem przekonasz, jeżeli mały murzynek nie zapomniał drogi, widzę bowiem że dostał światła i zapalił latarnią. —
Na tem Orlandyna skończyła swoją historyę. Tybald pocałował ją w rękę i rzekł: «Racz piękna zabłąkana, powiedzieć mi czy sama mieszkasz w tej chatce?»
«Zupełnie sama, — odrzekła nieznajoma — z ochmistrzynią tylko i tym małym murzynkiem. Ale nie sądzę żeby pierwsza mogła dziś wrócić do domu. Pan, który przyjeżdżał głaskać mnie pod brodę, kazał mi przyjść z nią do swojej siostry, ale nie mógł przysłać karety, posłał ją bowiem po księdza.
Poszłyśmy więc piechotą. Ktoś zatrzymał nas na ulicy aby nam powiedzieć że znajdował mnie piękną. Głucha ochmistrzyni sądziła że dopuszczał się grubijaństwa i zaczęła mu odpowiadać. Nadeszło wiele ludzi i wmieszało się do sprzeczki. Przelękłam się i jęłam uciekać co siły, murzynek pobiegł za mną, upadł i stłukł latarnię; sama niewiedziałam co począć, gdy na szczęście spotkałam pana.» —
Tybald zachwycony prostotą tego opowiadania, brał się znowu do umizgów, gdy wtem murzynek przyniósł zapaloną latarnię, której światło padło na twarz Tybalda. «Co widzę, — krzyknęła Orlandyna — ten sam który pocałował tę piękną dziewczynę!»
«Najniższy sługa, — odparł Tybald — wszelako możesz być pewną, moja luba, że pomimo tego samowładnie zapanujesz w mem sercu.»
«Jakto?.. zdawałeś się przecież tak kochać te trzy dziewczęta,» przerwała Orlandyna.
«Tem więcej jeden dowód że żadnej nie kochałem,» rzekł Tybald.
I tak ona mu szczebiotała i tak on do niej się przymilał, że sami nie wiedząc kiedy zaszli na koniec przedmieścia do opuszczonej chatki, której drzwi murzynek otworzył kluczem wiszącym mu u pasa. Kobierce flamandzkie tkane w różne wzory osób zdających się oddychać, pokrywały ściany. U sufitu wisiały pająki z gałęziami ze szczerego srebra. Wygodne krzesła z genueńskiego axamitu, ozdobione złotemi frendzlami, hebanem i słoniową kością, stały obok sprężystych sof powleczonych morą wenecką. Tybald na to wszystko jednak nie zważał, widział tylko Orlandynę i oczekiwał rozwiązania dziwnej przygody.
Śród tego, murzynek przyszedł nakryć do stołu i Tybald wtedy dopiero spostrzegł że nie było to dziecko, jak z razu sądził, ale stary czarny karzeł obrzydliwej postaci. Wszelako mały człeczek przyniósł rzeczy które wcale nie były brzydkie. Naprzód wielki złocony półmisek na którym kurzyły się cztery kuropatwy, smakowite i wybornie przyrządzone, pod pachą zaś niósł flaszkę alikantu. Zaledwie Tybald podjadł i napił się, wnet uczuł jak gdyby ogień krążył mu po żyłach. Co do Orlandyny ta mało jadła ale ciągle poglądała na swego współbiesiadnika, raz rzucając mu czułe i niewinne wejrzenia, to znowu wpatrując się weń tak złośliwemi oczyma, że młodzieniec mieszał się wyraźnie.
Nakoniec murzynek przyszedł sprzątnąć ze stołu, wtedy Orlandyna wzięła Tybalda za rękę i rzekła: «Na czemże mój luby, spędzimy ten wieczór?» Tybald nie wiedział co na to odpowiedzieć.
«Przychodzi mi pewna myśl, — mówiła dalej — widzisz to wielkie zwierciadło, chodźmy stroić w niem miny jak to niegdyś czyniłam w zamku Sombre-Roche.» Orlandyna przysunęła krzesło, posadziła Tybalda i zaczęła doń uśmiechać się w zwierciedle. Następnie gładziła mu czoło, bawiła z pierścieniami jego włosów, wreszcie zarzuciła mu śnieżne ramiona na szyję i przytuliła do piersi. Tybald odchodził od zmysłów, zaćmiło mu się w oczach, krew biła w nim gwałtownie, upojony nieopisaną rozkoszą objął kibić zachwycającej istoty; ale w tej chwili doznał uczucia jak gdyby kto szpony zapuszczał mu w szyję. «Orlandyno! — zawołał — Orlandyno, co to ma znaczyć?..»
Niebyło już Orlandyny; Tybald ujrzał w jej miejscu okropne, nieznane mu dotąd kształty. «Jam nie Orlandyna, — krzyknął potwór straszliwym głosem — jam Lucyper!..»
Tybald chciał wezwać Zbawiciela na pomoc, ale szatan który odgadł jego zamysł, schwycił go zębami za gardło i niepozwolił wymówić tego świętego nazwiska.
Nazajutrz wieśniacy idący na targ do Lyonu, usłyszeli w opuszczonej rozwalinie, która służyła za kostnicę, jęki i narzekania. Weszli i znaleźli Tybalda leżącego i trzymającego w objęciach kościotrupa. Wzięli go, zanieśli do miasta i nieszczęśliwy de la Jacquière poznał swego syna.
Położono go w łóżko, wkrótce Tybald zdawał się przychodzić do zmysłów i słabym i prawie niezrozumiałym głosem rzekł: «Otwórzcie drzwi temu świętemu pustelnikowi, otwórzcie czemprędzej.» Z początku nie zrozumiano go, otworzono jednak drzwi i ujrzano wchodzącego szanownego zakonnika który rozkazał aby go zostawiono sam na sam z Tybaldem. Uczyniono zadość jego żądaniu i drzwi za nim zamknięto.
Długo słyszano jeszcze napominania pustelnika na które Tybald odpowiadał mocnym głosem: «Tak jest mój ojcze, żałuję za grzechy i całą nadzieję pokładam w miłosierdziu Boskiem.» Wreszcie gdy wszystko ucichło otworzono drzwi. Pustelnik znikł, Tybald zaś leżał umarły z krucyfixem w rękach.

Zaledwie skończyłem tę historyę gdy wszedł kabalista i zdawał się chcieć wyczytać z moich oczu wrażenie jakiego doświadczyłem. Wprawdzie przygody Tybalda mocno mnie zadziwiły, ale nie chciałem tego pokazać i odszedłem do siebie. Tu znowu zacząłem zagłębiać się nad własnemi wypadkami i prawie dawać wiarę, że szatany dla złudzenia mnie ożywiły trupy dwóch wisielców i że kto wie czy niebyłem drugim Tybaldem.
Zadzwoniono na obiad, kabalista nie przyszedł do stołu, wszyscy zdawali się być roztargnionymi, może dla tego że sam nie mogłem zebrać myśli.
Po obiedzie wyszedłem na taras. Cyganie z całym obozem znacznie już byli oddalili się od zamku. Niepojęte cyganki wcale się nie ukazały; tymczasem noc już zapadła i udałem się do mojej komnaty. Długo czekałem na Rebekę, ale tym razem napróżno i nareszcie usnąłem.

KONIEC TOMU PIERWSZEGO.


DRUKIEM F. A. BROCKHAUSA W LIPSKU.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Jan Potocki, Jan Nepomucen Bobrowicz i tłumacza: Edmund Chojecki.