Pieśni niewolnika/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Svatopluk Čech
Tytuł Pieśni niewolnika
Data wydania 1929
Wydawnictwo Skład Główny w Księgarni Jagiellońskiej
Druk Drukarnia Związkowa
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Maciej Szukiewicz
Tytuł orygin. Písně otroka
Źródło Skany na Commons
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
SVATOPLUK ČECH


PIEŚNI
NIEWOLNIKA
Z ORYGINAŁU CZESKIEGO PRZEŁOŻYŁ
MACIEJ SZUKIEWICZ
KRAKÓW 1929
SKŁAD GŁÓWNY W KSIĘGARNI JAGIELLOŃSKIEJ, UL. WIŚLNA L. 6






DRUKARNIA ZWIĄZKOWA W KRAKOWIE, UL. MIKOŁAJSKA 13.




SVATOPLUK ČECH
❋ w Ostředku dnia 21 lutego 1846 r. — † w Pradze dnia 23 lutego 1908 r.

syn Franciszka Jarosława i Klary z Raków, z wielkiej trójcy czeskich poetów ubiegłego wieku najbardziej narodowy, przyszedł na świat w przededniu „wiosny ludów“, gdy przez całą Europę przebiegł dreszcz tęsknoty za swobodą, a „Slávy Dcera“ Jana Kollara dostatecznie już uświadomiła Słowiańszczyźnie jej rolę dziejową. Podczas gdy ojciec Franciszek Jarosław był narodowo rozbudzonym „vlastencem“, matka Klara chowała się po niemiecku wśród zniemczałej rodziny i dopiero miłość obudziła w niej — ale zato tem gorętszy — czeski patrjotyzm. Wypadkową tych wpływów na najrańsze dzieciństwo poety był z jednej strony „vlastenecki“ nastrój jego lutni, z drugiej nieprzejednany odpór przeciw obcemu elementowi. Muza Svatopluka Čecha jest bardzo wielostronną i bogatą w nastroje od satyrycznej ironji w prozie do płomiennych dytyrambów i hymnów mowy wiązanej. Krytyka literacka rozróżnia w twórczości Čecha cztery okresy. W pierwszym, romantycznym (1866-78), dla którego słupami granicznemi są „Husita na Baltu“ z jednej a „Evropa“ z drugiej strony, sławi Čech siłę i uwielbia tytanizm; w drugim (1879-84) przechodzi od rojeń i snów młodzieńczych do otaczającej go rzeczywistości czeskiego życia i życia Słowiańszczyzny, interesują go w niem momenty historyczne, stosunki socjalne i literackie; w trzecim (1885-92) dojrzewa w Čechu obywatel — zoon politikon — i, wyrósłszy na wodza narodu, dąży do pogłębienia dusz, domaga się wyższej etyki społecznego życia, ironją i satyrą chłoszcze „półrycerzy żywych“ i podnieca, w młodzieży przedewszystkiem, słabo jeszcze naogół tlejący ruch narodowy; w czwartym wreszcie (1893-1908), po dotkliwych ciosach, których mu los w życiu osobistem nie oszczędził, dochodzi poeta w ciszy samotności do syntetycznej wizji świata, zaś na beznamiętnem łonie natury do ukojenia. Wprawdzie załamanie się przed kratkami sądowemi, a cogorsza w umysłach rodaków, odrodzeńczego ruchu „Omladiny“, napełnia go gniewem i buntem i każe wyśpiewać „Pieśni niewolnika“, ale już w dwa lata po nich (1896) spływa na udręczoną duszę poety promyk — dalekiej od ortodoksji, ale głębokiej — wiary, która wkłada mu w usta „Modlitby k Neznamemu“, piękny i posilnych szczaw pełen kwiat pojednania intellektualnego sceptycyzmu z uczuciowemi wzlotami irracjonalnej tęsknoty. Utwory Svatopluka Čecha mają kryształową formę. Ani Vrchlický, ani Zeyer nie posiadają tej poetyczności języka, jaką się Cech w każdym swym utworze odznacza. Przeważnie liryk o rzewnym nastroju, umiał serdecznym swym przeżyciom nadać ton ogólnoludzki i ogólnoludzkie wyrażać myśli. Obok poezji rymowanej uprawiał także prozę, którą cechuje humor i satyra, przechodząca nierzadko w karykaturę. Jedyny dramat „Roháč na Sioně“, którego sceny snuł przez całe życie, pozostał w tece niedokończony. Z utworów nawskróś narodowych stworzył Svatopluk Čech szereg mniejszych i większych poematów epickich; święty swój gniew przeciw rozpanoszonemu przybłędzie zamknął w lirycznym przeważnie cyklu: „Písně otroka“ — „Pieśni niewolnika“. Powstanie ich przypada na okres najwyższego rozwoju i dojrzałości poety-myśliciela. W doskonałej jak zawsze formie, w płomiennych poemacikach o misternym rymie i rytmie, w wysoce urozmaiconych strofach, dał Čech wyraz tym jak rdza żrącym uczuciom, które przepalają pierś ujarzmionych. Nie zacieśnił się w nich jednak do odporu jedynie; nienawiść wroga nie zasłoniła oczom Jego trądów, które niewola rzuciła na ciało Jego własnego narodu. W pieśniach tych, „sercem gryzących“, szarpie się w okowach nietylko śmiertelnie obrażona duma czeska, ale równie — jeśli nie namiętniej jeszcze — duma człowieka wogóle, po wszystkie czasy niewolnika kajdan, które nałożyło nań tyraństwo przesądu i przeżytych, więc już bezużytecznych i szkodliwych norm społecznego współżycia. Dzięki temu wybiega Svatopluk Čech swemi „Pieśniami niewolnika“ daleko poza miedze ziemi rodzinnej, a jego „niewolnik“ staje się symbolem wszechludzkim. „Pieśni niewolnika“ ukazały się drukiem w 1894 roku i zdobyły poecie najwyższe uznanie w narodzie. Doczekały się też 32 wydań i licznych tłomaczeń na języki: rosyjski (całość tłom. Wergun), niemiecki (całość tłom. Jan Koutek) i szwedzki (I-IV, VII, VIII, X i XIII, tłom. Alfred Jensen).


∗             ∗

Niniejszy przekład „Pieśni niewolnika“, o ile mi wiadomo pierwszy i jedyny w języku polskim, jest zupełnie wierny w strofie, rytmie, idei i nastroju. Dosłownym jednak nie jest i być nie może. Wskutek różnicy idiomów w wyrażaniu tej samej myśli czy nastroju w blisko nawet spokrewnionych z sobą językach, tekst tłomaczenia niezawsze kryje się z oryginałem, kryć się nie może, częstokroć nie powinien. Mimo takiego zasadniczego poglądu na zadanie tłomacza i istotę przekładu, oddane tu w polskiem brzmieniu „Pieśni niewolnika“ mało odbiegają od czeskiego oryginału. Ta wierność, a także łatwość rymu zniewoliła mnie do posłużenia się — jak w czeskiem — wyrazem: „otrok“, nie w sensie starocerkiewszczyzny: „nieletnie dziecko“, lecz w znaczeniu: niewolnik = woli swej pozbawiony rab roboczy. Poniekąd usprawiedliwia mnie w tem archaiczna polszczyzna XVI wieku, tak bliska jeszcze językowi kazań Jana Husa. Przekładu „Pieśni niewolnika“ dokonałem za zezwoleniem Rodziny autora.

Tłomacz.



I.
CHÓR

Po dniu znojnym w chłodzie palmy, w blaskach księżycowej łuny
Miłym wywczas niewolnika. — Syta win posnęła straż...
Siądź tu z nami, nasz śpiewaku, słodkobrzmiące napnij struny,
Złotym dumom użycz głosu, wyjaw, co pod skronią masz.

MŁODA NIEWOLNICA

Piej o kwiatach i o gwiazdach.

MŁODY NIEWOLNIK

Sław krasawic wdzięk i czar.

INNY NIEWOLNIK

Zachychotaj błazna dzwonkiem.

STARZEC

Każ przeszłości powstać z mar.

ŚPIEWAK

Inne dzisiaj, inne pieśni w mrokach duszy mej się włóczą,
Niczem pęd i chrzęst obłoków w grom brzemiennych, groźnych tuczą.
Obce jej powaby kwiatu, wojów duma, krasa dziew —
Dziś w mej pieśni jęk i rozpacz, kajdan zgrzyt i złość i gniew!

CHÓR

Dla nas gędźba to powszednia, — choć bolesna, nie szczędź tchu,
Lecz zniż głos twój, kat nasz zdrzemnął, nie budź jego rózg ze snu.



II.

Nuże, warg zdruzgotaj rygle
Burzo miotająca mną!
Nuże myśli, co nieścigle
Jak grom ryjesz duszy dno —
Blady wstydzie, wichrze złości,
Z gnuśnych marzeń, z omdlałości
Otrząśnijcie lutnię mą!

W kędzierzawym, wonnym loku
Nie wypisklił się mój śpiew,
Pierś o pierś i bok u boku
Łono go nie grzało dziew —
Dumką we mnie wstał przesmutną,
Gdy pod kata pięścią butną
Skroń mą spurpurowił gniew.

Tak jest, bo on z krwi, z łez, z żółci
Wstał, gdym widział, ludu mój,
Jak najeźdźca ręce skuł ci,
Chłostą płacąc ci za znój —

Kiedym śledził w pianach, zgrzytach,
Jak twą ziemię na kopytach,
Drwiąc z twych mąk, roznosił zbój.

Wiem, nie czekać mi podzięki,
Wiem, niejeden sarknie z was:
Poco nam ten krzyk udręki?
Cały sztuki czar w niej zgasł.
Pieśniarz winien pławić skronie
Hen! w lazurach, kędy płonie
Blask słonecznych, czystych kras.

Święta prawda, — lecz czyż pora
W nadobłoczną lecieć drogę,
Kiedy ciężka, nocna zmora
W piersi szpony wpija srogie?
Przeto, choćbym nie chciał, muszę
Śpiewać to, co żre mi duszę —
Innej pieśni piać nie mogę!



III.

Spłodzili mię oto
Helotka z helotą,
Więc mi kołysanką
Był ich kajdan stuk,
Więc przez żywot cały
Łańcuch zardzewiały
Ku nocom i rankom
Wył w pustce mych dróg.

Nim junacka siła
W barki me wstąpiła,
Już mi szyję zgięto
Pod jarzemny gwóźdź —
Kazano się schylać,
Do pletni przymilać,
Przed tym, co wziął w pęto,
Ziemię czołem bóźdź.

Wzrastałem w obroży
Tchórzem pośród tchórzy —

U sióstr za manele
Dzwonił łańcuch oków.
Kędym posłał oko
Własną zlan posoką
Łasił się nieśmiele
Nędznych tłum otroków.

Duch fałszem zatruty
Nawyknął pęt nuty
Płoszącej mi z domu
Wszelki życia wdzięk,
A gdym w uczuć kłótni
Dłoń wspierał na lutni,
Niewoli i sromu
Wylatał z niej jęk.

Mimo to chwilami
Wzrok mglił mi się łzami
I tężyłem ucho
Za lasy, za wody
Ufny, że tam gdzieści
Niebo się niebieści
I już nam w noc głuchą
Szle pieśń swobody.

Biada czczym snom, biada!
Rosa wzrok wyjada,
W kale upodlenia
Czas pełza powoli.
Jarzmo za mną, we mnie —
Kark czeka daremnie
Zorzy wyzwolenia,
Końca niewoli.


Biały szron na strzesie...
Grzbiet mi wiekiem gnie się,
Ku jesiennym grobom
W dal idę mroczną,
A głos we mnie szepce:
Nie pękną oklepce,
Kajdany twe z tobą
W mogile spoczną.



IV.

Wieczór z morza wstał i chłodzi
Rozpalone piaski wydm,
Śród nadbrzeżnych gajów brodzi,
W dziwny je kołysząc rytm.
Srebrzą się już, miast różowieć,
Szmaragdowe liście palm —

CHÓR NIEWOLNIKÓW

To wieczornych cieniów spowiedź,
To pokutny duchów psalm.

Lutnia moja wam dopowie
Nad czem ten ich smęt i żal.
Oto sennych drzew listowie
Zapatrzone w wieków dal
Śni ów naród, co — pan sobie —
Życia tutaj spijał kruż...

CHÓR NIEWOLNIKÓW

Lud ów dawno, dawno w grobie,
Wszystko to przebrzmiało już.

My włodarzem tu, nie gnojem,
Nam ten kraj od wieków dan,
Własną orką, własnym znojem
Użyźnialiśmy ten łan,
A gdy wróg wpadł, myśmy lali
Krew za Znicza blask i cześć...

CHÓR NIEWOLNIKÓW

Czczo, jak z nieprzejrzanej dali,
Uszom naszym brzmi ta wieść.

Sami sobie władcy właśni
Godność nieśliśmy u czół,
Aż wróg, siejąc śród nas waśni,
Łańcuchami dłoń nam skuł
I cześć skradłszy pragnie dowieść,
Że nie dla nas wolnych byt...

CHÓR NIEWOLNIKÓW

Przestań! — głuszy palm opowieść
Bicza świst i kajdan zgrzyt.



V.

Jesteśmy cudzej samowoli łątką,
Każda pięść może nas bezkarnie bić,
Każdy dorobek nasz przechodnia wziątką,
Każdemu wolno przeszłość naszą lżyć.
Jesteśmy zgrają poganianą biczem
Dla drugich w pocie od świtu do nocy —

CHÓR NIEWOLNIKÓW

Z pod praw wyjęci, gorzej my niż niczem,
Bośmy otrocy!

Pan nam urąga: nuże, sił mi zdwoić!
Chcę spichrzów pełnych od klepisk po strych,
Abym jak chuć swą mógł w lot zaspokoić
Każdą zachciankę spółmiłośnic mych,
Abym wciąż grubsze plotąc na was rózgi,
Wpoił w was większy posłuch dla przemocy —

CHÓR NIEWOLNIKÓW

Wieczystej hańby śmiech kąsa nam mózgi,
Bośmy otrocy!

Co tkniem — nie nasze, obcy władną wszędy,
Dla nich rosimy potem ojców łan,
Wolą nam dzisiaj rozkazy przybłędy,
Prawem to tylko, czego chce nasz pan.
Z nim się nam krzywda i fałsz wkradły do dom,
A niebo zda się skąpić nam pomocy —

CHÓR NIEWOLNIKÓW

Jesteśmy czernią, jesteśmy już trzodą,
Bośmy otrocy!



VI.

Posoką rabów cały świat ten zrudział,
Rabów z szyjami w jarzmie jak kark nasz,
Którym jednaki z nami przypadł udział,
Jednakiej hańby piętnem szpecąc twarz.
Nie zliczyć w wieków mijających nocy,
Jak nie przeliczyć ziarnek piasku w morzach
Tych, co rzuceni na pastwę przemocy
Śnią wespół z nami o zbawienia zorzach —

Lecz my najgorszy pijem jad,
Najsroższą cierpim mękę:
Dwój-jarzma ciężar na nas spadł,
Dwój-dyby więżą rękę.

U wszystkich innych dola jednakowa,
Jednaka skóra, jarzmo, pletnia, kat.
Raba i pana wspólna wiąże mowa,
Jednych i drugich wspólny spłodził dziad.
Jednym i drugim serce żywiej bije
Przy klechdach, co są ich dziejów początkiem;

Gdy cześć ich ojców splwają usta czyje,
Krew w nich jednakim kipi wtedy wrzątkiem —

My innej cery niż nasz kat
Obcym nas klnący dźwiękiem.
Dwój-jarzma ciężar na nas spadł,
Dwój-dyby więżą rękę.

W grzbiet kolorowy od pletni dotkliwiej
Tnie posiepaka wymierzony raz,
A my przed panem nie piśniem trwożliwi,
By za dźwięk obcy gorzej nie zsiekł nas.
Rzecz nam najświętsza oczom jego wstrętna,
Chce byśmy czcili, co ubóstwia sam,
Radby nam z resztek krwi opróżnić tętna,
Oplwać nam przeszłość, język wyrwać nam —

Najgorszy z wszystkich pijem jad,
Najsroższą cierpim mękę.
Nam wgniata jarzmo obcy kat,
Zbir obcy skuwa rękę.



VII.

Pan potrząsa groźnie pletnią...
Nim rzemienie do krwi utną,
Gniewnym świstom ich wtóruje
Taką-to przemową butną:
„Spójrz, jak węzeł tu przy węźle
„Na korbaczu moim błyska,
„Mieniąc się rozliczną barwą
„Niby gady wężowiska.“

„Wsłuchaj się w ten syk, podobny
„Sykom meduzowych grzyw, —
„Spójrz, jak zwija się i skacze
„Pleców twych i krwi twej chciw.
„By zaś szpon ich jadowity
„Mniej ci się okrutnym zdał,
„Wiedz, żem każdej z tych żmij głodnych
„Najwabniejsze miano dał.“

„Patrz, ten rzemień zwie się Wiarą.
„Jej nakazem: kornie chyl

„Kark pod jarzmo! — wieczność raju
„Weźmiesz za trud kilku chwil.
„A ten z własnych twoich pleców
„Zdarty rzemień, Prawem zwan,
„Ten-ci jest, co knutem pisze:
„Sługą jesteś a ja pan!

„Ten-tu węzeł, to — Tradycja,
„Ten Moralność, ów Oświata,
„Ba! i frazes „ład społeczny“
„Wraz się tu z Wolnością splata,
„Ten szpon zowie się Ludzkością,
„Ów ma miano Prawd i Cnót —
„Ha-ha! czyliż brak w mej pletni
„Najwabniejszych barw i nut?“

„Dziady wasze i pradziady
„Dłoń ta siekła rzemieniami,
„W których przodków tkwi spuścizna,
„Uświęcona stuleciami.
„Lecz gdy chcecie, jam jest gotów
„Inny chłoście nadać smak...
„Póki pletni w mojej garści,
„Póty wam nie zbraknie plag!“



VIII.

Słysz mnie ty, co nad dziecięciem
Wicią chłodząc skroń
Przed much bronisz je muśnięciem, —
Odrzuć gałąź, opuść dłoń!
Nauczę cię kołysanki,
Którą winne znać poddanki,
Tylko ucho skłoń:

„Zmruż twych cudnych ocząt dwoje
„Mały otroku!
„Na błękitach gwiazdek roje
„Wysiewają się z obłoku...
„Srodze mię uszczwali kaci —
„Pozwól wytchnąć biednej maci
„U twego boku.“

„Gdy cię tulę w mej naręczy
„Bez pieluch i wstąg,
„Już ci gędźbą rabów dźwięczy
„Łańcuch moich skutych rąk.

„Lecz ty nie znasz, nie wiesz jeszcze,
„Że i ciebie chwycą w kleszcze,
„W kajdan zamkną krąg.“

„Moim jesteś przez ból ciąży
„A przecie-ś nie mój!
„Do nad tobą już gdzieś krąży
„Głodnym sępem siepacz twój,
„Co na piersi twojej, wprzódzi
„Nim się w tobie myśl obudzi,
„Skrwawi pazur swój.“

„Przemoc zmusi cię zbójecka,
„Byś w proch przed nią padł, —
„W duszę wszczepią ci od dziecka
„Niewolniczej wzgardy jad,
„Że w udrękach twego jeństwa
„Ledwo w tobie z człowieczeństwa
„Pozostanie ślad.“

„A gdy postać twa junacka
„Serce-ć zjedna dziew,
„Jarzm nie zdjąwszy pan znienacka,
„Iżeś mężny jako lew —
„Pogna cię śród surm i wrzawy,
„Byś dla jego czci i sławy
„Lał twą młodą krew.“

„Panu łan się będzie kłosić
„Skąpan w twym mozole, —
„Zdobną orderami nosić
„Będziesz pierś w służalców kole,

„Gorzej!... będziesz własną bracię
„Gnał ku większej wciąż zatracie,
„W sroższą wciąż niewolę.“

„Nad palmami lśnią przestwory
„Gwiazdą wszerz i wzdłuż,
„Czarnem skrzydłem nocnej zmory
„Rozpacz wkrada się do dusz.
„Zamknij oczka, lube dziecię —
„Wolej niż na raba życie,
„Na wieki je zmruż!“



IX.

Sąsiad zły naszemu panu nastąpił na cześć.
Gniewem zjęty pan nasz powstał, by go za to zgnieść.
Zpośród rabów swoich wybrał junaków na schwał,
Miecz przypasał im do boku, łuk i kołczan dał.

Od łachmanów, kit powiewnych zaroił się smug,
W bój za pana idzie walczyć zgraja wiernych sług.
Idą niemi, z chmurnem czołem, a ich wstyd i lęk
Tłumi tykw dudnienie głuche, głuchy bębna jęk.

A przed niemi wieje sztandar z pstrych strzępów i szmat,
A za niemi krwawy topór krwawy trzyma kat.
Niechby który się zawahał, wzbraniał się iść wprzód,
Zarazby mu kat siekierą głowę z karku zmiótł.

Już się zwarli, — charczą, jęczą, ziemia zlana krwią,
Wściekły otrok się z otrokiem jak psy dzikie żrą.
Dysząc dławią się wzajemnie, a gdzie trafił cios,
Tam posoką bluzgający łeb niosą za włos.


Upojeni szałem walki i zapachem krwie
Niosą łup i u nóg pana kładą łeb przy łbie.
Kładą i schrypłemi głosy wrzeszczą: „sława ci!“
A on wita ich z pogardą: „dobrze, dobrze psy.“

Broń odbiera im skrwawioną i zaś wprzęga w pług
I na pastwę zaś oddaje grzbiet ich sforze sług.
Mimo plag niejeden z onych ma za chwałę chwał,
Że i on się bił za pana, krew za niego lał.

Ale ja zaciskam pięści, twarz mi pali wstyd...
„Smagaj — wołam — smagaj knucie! Zamało ten zbit,
„Kto dostawszy broń z rąk pana, miast przez łeb go siec,
„Na powrozie się pozwala do szlachtuza wlec.“



X.

Od wysmukłych palm pustyni
Wysmuklejsza otrokini,
Z torsem gibkim, smagłą cerą,
Wonna ciał upojnych wonią
Tańcz przedemną bajadero,
I niech w tańcu za klejnoty
Starczą ci te kajdan sploty,
Co u twoich kolan dzwonią.

Niegdyś jeden pukiel czarny,
Jeden błysk źrenicy żarnej
Pochłaniały mą istotę,
Zamykały w czaru krąg.
Gdy cię — pomnę — wpół oplotę
Zda się, że to w pierś mą wnika
Skrzypków rwąca w pląs muzyka,
Choć to skrzypiał łańcuch rąk.

Teraz, gdy twa wirująca
Stopa czubki traw potrąca,

Wpatrzon w twoją pierś powabną
Zaś popadam w czarów moc, —
Zaś pod rzęsą twą jedwabną,
Widząc lubych pokus bezdno,
Jak w toń nieba złotogwiezdną
Szedłbym w niepamięci noc.

Szedłbym strząsnąć do tej toni
Wszystek cierń i piorun skroni
I upojne pić patoki
Rubinowych twoich warg.
Szedłbym pierś myć temi soki,
W których dusza zapomina
Jak się krwawo nahaj wcina
W ujarzmiony raba kark.

Ale i tyś jest wydana
Na podnóżek swego pana,
Najwabniejsza śród zabawek
Jesteś piłką jego rąk.
Za kęs chleba, sukna skrawek,
Który ci wyniośle rzuci,
Wolno mu dla niecnej chuci
Wdzięków twoich uszczknąć pąk.

Wielki zaszczyt niewolnicy
W jednej z panem lec łożnicy,
Większy dla mnie pić z tej kruży,
Którą sobie zastrzegł pan.
Więc mnie pogrąż w zmysłów burzy —
Może wśród służalców zgrai
Stracę pamięć o nahai,
Zgaszę bunt we krwi mych ran.


Piersi me ramieniem opnij,
Pieść mnie... Nie, nie, precz odkopnij
Syna smutków, bo wart wzgardy,
Gdy na srom twój głuch i ślepy,
Choć jest mężem pięści twardej,
Pobrzękuje swym łańcuchem,
Miast nim panu jak obuchem
Roztłuc na sto drzazg czerepy.



XI.

Na mej ręce spracowanej
Zabłąkany motyl siada,
Skrzydła składa i rozkłada,
A ja patrzę zadumany
Na tę sprzeczność tak głęboką,
Na ten kontrast mojej dłoni
Z krasą jego błon i żyłek, —
U mnie zmarszczka zmarszczkę goni,
Na nim aksamitny pyłek
Wprawia w zachwyt ludzkie oko.

Mój ty gościu z innych światów,
Przyodziany w blask i tęcze
Łąk zielonych ulubieńcze!
Bytem twoim: pośród kwiatów
Ustawiczny pląs i tan.
Gdzie nie fruniesz, w krąg ci świeci
Lazur czysty, — gdziebyś nie siadł
Do rozkosznych siadasz biesiad,

Ku twym stołom zewsząd szle ci
Swe nektary kwietny łan.

Moje zaś spętane ręce
O wieczorze i poranku
Mdleją w pracy bez ustanku,
W krwawych potach i udręce,
Czoło me się kłoni w proch;
Jak wół wlokę się jarzemnie
Pod okrutnej chłostą pięści, —
Mnie się nigdy nic nie szczęści,
Miast radości mieszka we mnie
Troska jeno, żal i szloch.

Rozkosz panem być błękitu,
Rozkosz bujać w słońca złocie,
Mimo tego ja ci, trzpiocie,
Nie zazdroszczę twego bytu,
Co na kwiatach wciąż upływa,
Nie chcę trwać w mdłych snach jedynie,
O pieszczotę róż się prosić —
Los nasz: ziem tę potem rosić.
Czyż nie po cnym tylko czynie
Ręka słodko wypoczywa?

Wolny, nie pod okiem straży,
Radbym tężyć myśl i ramię
W pracy, którą włoży na mię
Własny nakaz, — w tej, co darzy
Dniem jedynie godnym człeka;
W pracy, coby błogość niosła
Wszemu, z czem się pierś ma zrosła:
Mej Ojczyźnie i ludzkości
I szczęśliwszej tej przyszłości,
Co jest, choć się wciąż odwleka.


Ale po kres dni przeklęta
Nienawistna i zelżona
Praca, którą z musu kona
Dłoń otroka skuta w pęta —
Praca, co przy bata świście
Musi w krwawej ducha męce
Najstraszniejsze pić gorycze:
Sama na się kręcąc bicze
Na skroń kata splatać w wieńce
Triumfalnych laurów liście.



XII.

W trądach, w zmazach niewolnictwa
Od oparu juch,
Od chłost bicza stokroć gorszy
Jest heloctwa duch.
Wpośród naszej — patrz! — gromady
Ileż wszędzie kłamstw i zdrady, —
Wszystko na szalbierczą modłę
Chciwe żeru, niskie, podłe
Jak gadzina
W kabłąk się przed obcym zgina,
W ciebie jadem piwa, boś... druh!

Spójrz na tego dozieracza
Przydanego nam,
Jak nas w oczy się wypiera
Ten bezwstydny cham.
Wszystko, trzeba czy nie trzeba,
Przeda za bochenek chleba,

Na skinienie pańskie baczy,
Czy już spuścić deszcz korbaczy, —
Stokroć gorzej,
Brać rodzoną wciąż batoży
Niż pan, gdyby siekł nas sam.

Innym tak heloctwo wrosło
Do ścięgien i żył,
Że przed wrogiem dobrowolnie
Chylą czoła w pył,
Że prześciga służka służkę,
By całować szat opuszkę,
By na grzbiet pokorą krzywy
Ściągnąć pana wzrok wzgardliwy,
By słać róże
Nodze, która kopie tchórze,
Pletni, którą pan ich bił.

Jeszcze inni między sobą
Dziki toczą bój.
Miast ciemięzką zwalić przemoc,
Zwalcza gnoja gnój.
Na śmiech wroga, dla lukratu
Brat podstawia nogę bratu,
Wśród ustawnych walk zarzewia
Wywlekamy sobie trzewia,
Ba! i rado
Patrzym, kiedy jak biesiadą
Krwią się naszą tuczy zbój.

Nigdyż jarzmo, co nas gniecie
Nie złączy nam bark?

Wiecznie-ż pójdzie święta sprawa
Na frymark i targ?
Zaliż ponad kłótni wrzawą,
W której gniew codzienną strawą,
Poprzez zgody miłość szczytną
Dnie nam lepsze nie zakwitną?
Czczemi waśnie
Szczuć się nam jak bestje właśnie
Szczwa po klatkach zły ich wark?!



XIII.

Ufny w Bogu na barłogu
Dni dożywa stary dziad.
Za niewoli stęchłe ryże
Po raz setny kornie liże
Rzemień, którym siekł go kat.

Dla igraszki kawał blaszki
Przypiął mu na piersiach pan,
A nasz dziaduś z dziecka dumą
Chełpi się, że rabów tłumom
jest za wzór wierności dan.

„W życiu całem za cel miałem
Pana mego cześć i zysk.
Te dwiem gwiazdy miał jarzęce!
Otrzymałem też w podzięce
Źrenic pańskich wdzięczny błysk.

„Szczęściem drżało moje ciało,
Pod łzą dnia mi zmętniał blask,

Gdy na pierś od jarzma krzywą
Pan mi ręką miłościwą
Wieszał dowód swoich łask.

„Jakżem słodki w piersi wiotkiej,
W mózgach, w ustach poczuł miód,
Kiedym, czołem bijąc ziemię
Albo tuląc pańskie strzemię,
Mógł całować jego but.

„Z Bożej łaski w proch i piaski
Pan nam ugiął krnąbrne łby.
Piejmy hymn ku jego chwale —
A kto godzi weń zuchwale
Bądź przeklęty po kres dni!

„Obyż, oby onej doby
Gdy mi przyjdzie iść już w grób,
U drzwi pana wraz z batogiem
Pochowano mię pod progiem...
Chcę mu jeszcze służyć — trup!“



XIV.

Zcichnij pleśni czarnoskrzydła!
Zamilcz śpiewie klątwą klęt!
Już mi łzy i krew obrzydła
I zgrzyt rdzawych pęt.

Co tam znój raba, co tam że wokół
Dnia zgiełków celem jedynym: żer —
Pobrzęk łańcucha, co pierś mą okuł
W źródeł kastalskich zmienia się szmer.
Świetlana postać sfrunęła z nieba,
Gdzie mozół dyszał, baśń się koleba,
Z padołu wzlatam w blask czystych sfer.

Już daleko wrzask czczych waśni,
Mierzchnie ziemia w dole gdzieś,
Coraz wolniej, coraz jaśniej —
Nieś mnie, baśni, nieś!

Oto zbór duchów, ich tok i majdan,
Ich wywierzysko i wir i ruch.

Tu skrzydło nie zna szranek ni kajdan,
Gędźbą dróg mlecznych poi się słuch.
Tutaj myśl wolna w wolnym przestworze
W kras nieśmiertelnych polata zorze —
Fraszką ciał jarzmo, królem jest duch!

Ledwo skinął — noc przezuła
Czarny płaszcz na szafran zórz.
Sad bajeczny..., w nim Moguła
Pałac pośród róż.

Poprzez sieć bluszczów, lianów i pnączy
Storczyków giętki wije się wąs
I z palm wysmukłych koroną łączy
Wonnych kielichów lazur i pons.
Z utajonego w kryształach wrzyska
Woda zwysoka w baseny tryska,
jakby kto tęczę na marmur strząsł.

W mgłach kadzideł cień się słania
Otulony w tkań pajęczą,
Cudna nóżka w takt wydzwania
Złotą obręczą.

Pod kruczą grzywą, nad lic liliją
Blaskiem fosforów źrenice mżą,
Bieluchne piersi większy skarb kryją
Niż te, co w łonie Golkondy śpią.
Ale nad oczy, nad pierś dziewczęcą
Silniej usteczka kuszą i nęcą
Ku lubych pieszczot najsłodszym grom.

Rozkochaną sięgam dłonią...
Kto te zgrzyty w baśń mi wplótł?

Wiem, to pęta u rąk dzwonią,
Pierzcha śniony cud.

Tensam dokoła szczęk rdzawych oków,
Zpod których bluzga braci mych krew —
Smagany biczem spadam z obłoków,
Rozkosz się zmienia w mękę i gniew.
Miast pieśni słodkiej pięknem zaświatów
Z piersi wybucha pod chłostą katów
Czekanej zemsty zdziczały śpiew.



XV.

Raz dwaj otrocy z dozorcą samotrzeć
Z dalekiej drogi wracaliśmy puszczą,
Której stuletnie drzewa tak się bluszczą,
Że nigdy dniowi pod ich dach nie dotrzeć.
Z worem na drągu z ramienia na ramię,
Czujnie strzeżeni i pod grozą pięści
Albo cogorsza ostrej draba włóczni,
Jeden za drugim szliśmy obaj juczni,
Ledwo już dysząc. Wtem gałąź zachrzęści
I suchy konar z łoskotem się złamie
I sierść złocista, pręgowata cała,
Mignie znienacka szybciej niźli strzała.
Jeden krzyk trwogi i już drąg i brzemię
Lecą nam z ramion na skrwawioną ziemię,
A mój towarzysz, co zdążał przedemną,
Patrzę: kłom bestji broni się daremno.
Stróż nasz oszczepem potrząsnął i mierzy...
Zwierz powalonym nie bawiąc się trupem
Skoczył i łapy w krwi ubroczył świeżej
I pomknął w dżunglę z nowym swoim łupem.

Przejęty zgrozą pochwyciłem bronie,
Które siepacza wypuściły dłonie
I biec począłem naoślep przed siebie,
Byle bór minąć, zanim noc na niebie
Rozwiesi mroki czarne i ponure.
Byle bór minąć! — Ot, i rzedną liany
I coś jak ścieżka wije się pod górę.
Może z niej dojrzę ślad zgubionej drogi?
Tam jakaś grota pod załomem ściany...
Ku jej kolebie wspinam się po perci,
A wtem dzień zgasnął. Omdlały mi nogi
I w sen zapadłem, cięższy od snu śmierci.

Kiedym nazajutrz przecknął z odrętwienia,
Świat cały garnął się ku moim stopom,
Cudny jak w pierwszym dniu swego stworzenia.
W dal rozciągnięty ku morza zatopom,
W którego toni złocisty krąg słońca
Skrzył się jak bogów tarcza gorejąca,
Bór, co nikomu nie bywał komyszą,
Dumał nakryty uroczystą ciszą.
Gdziemkolwiek posłał zachwycone oczy,
Czy to przed siebie, czy też po uboczy,
Wszędzie a wszędzie na całym przestworze
jedno szumiało wkrąg zieleni morze
Świeżej, spojrzeniem człowieka nietkniętej,
Płynnym szmaragdem nawskróś przesiąkniętej,
Nad nią cień orła czy też albatrosa,
A jeszcze wyżej już tylko niebiosa.
Zaś za mną w dali z wiecznym śniegiem w żlebie
Zza wieńca regli poprzez mgieł rańtuchy,
Szczyt granitowy majaczał na niebie
I hen! aż ku mnie słał rzeźwe podmuchy,

Co palm wierzchołki w rytm kołysząc senny,
Ku leśnym jarom i wzgórz widnokręgom
Wiły się liścia rozchwianego wstęgą,
Aż przepadały w kniei smukłopiennej.
Ówdzie, rzuciwszy gniazdo swe podniebne,
Śpiewne siklawy, niby kryształ ciekły,
Wsnuwały pasma tęczowe i srebrne
W aksamit polan, których nie urzekły
Ludzkie spojrzenia. Tutaj kwiatów wdzięki
Jeszcze człowieczej nie zaznały ręki.
Dziewicza ziemia ta od lat tysięcy
Śni nieprzerwanie sen swój niemowlęcy.
Zdana na czujne śmigłych palm wigilje
Na mchach puszystych położyła skronie;
Nad nią storczyki złote i wanilje
Sieją z kielichów upojne swe wonie,
Albo winorośl, ręką niedotkniona,
Otrząsa na nią źrałe sokiem grona...
Tak, to kontyna dziewiczej przyrody,
Tu niema jarzma, tu jest raj swobody.

Przebóg, czy nie jest ułudy igraszką
Ta błogość w piersiach i ten grom pod czaszką:
Tyś wolny, wolny! tu cię nic nie pęta!
Za tobą hańba i kaźń twa przeklęta,
Sam sobie jesteś w tej kryjówce gazdą,
Tutaj ci w skałach uwić orle gniazdo-
Za tobą nędznych siepaczów czereda,
jarzmo i dyby i krzywda i bieda,
Za tobą rabów kłótliwa gromada,
Na której plecy batog dzień w dzień spada, —
Wszystek jad duszy, z jej bezsilną złobą,
Lęk, zawiść, podłość, — wszystko poza tobą

Niby gryzący dym, brudny i smolny,
Pierzchło na myśl tę jednę: jesteś wolny!

Matko naturo! daj mi na twem łonie
Przeżyć połowę życia mego drugą,
Zabliźnić rany, zapaść w czyste tonie,
Zlać się z twą duszą jak struga ze strugą!
Domem mi będzie gościnność tej groty,
Napojem woda z wywierzyska świeża,
Pokarmem owoc twój źrałością złoty,
A oszczep bronią na leśnego zwierza.

Zaledwo pustać oną wziąłem lennem,
Duch mój samotny śród chramów przyrody
Począł w tem życiu beztroskiem i sennem
Tracić czarnego niewolnictwa wrzody,
A wzrok, nawykły do błota i kału,
Z prochów ku niebu dźwigać się pomału.
Jakbym raz pierwszy przyglądał się ziemi,
Świat cały wokół tworami swojemi
Piersi me świętym napełniał podziwem.
O! z jakże słodkim patrzyłem zachwytem
Na zachód słońca, gdy za mgieł przędziwem
Schodziło w morze kręgiem złotolitym,
A z chmur pierzastych szkarłatnej osnowy,
Przetkanej słońca ognistemi ściegi,
Przędły się cudne wyspy i ostrowy,
Ukazujące wciąż odmienne brzegi.
Wieczorem zasię, gdy na firmamencie
Pod siejbą nocy, djament przy djamencie,
Ciche przestwory zażegły się złotem,
Duch mój, jak motyl całujący kwiaty,

Bezdeń błękitów przemierzając lotem
I z tych na inne wstępując znów światy
Z wiszaru sadów niebieskich na ziemię
Dum prometejskich przynosił mi siemię.
Przemyśliwałem: światów tych kołowrót
Jest JEDNIĄ, tylko rozbitą na tony.
W niej drzemie wszystko, co się w kształt obleka,
A potem w nicość zapada napowrót;
W niej gwiazdy wschodzą, palą się i gasną,
W niej dziwów ducha łańcuch nieskończony
I to, co snuje fantazja człowieka,
I to, co tylko przeczuwa niejasno —
W co, choć mu było, będzie niewiadomem,
Nad niepojętym wszechświata ogromem
Myślą swą godzi... Toć ta niestateczność
I te w obrębie JEDNI ciągłe zmiany,
Światów kołowrót, przestrzeń, czas i wieczność,
To płaszcz jedynie gwiazdami dziergany,
Płaszcz i cień CZEGOŚ, co za skrajnem ruchem
Oczom się naszym ustawicznie kryje,
Co nie materją będąc i nie duchem
Nad pojęć naszych zdolność trwa i żyje, —
Czego nie można zmierzyć żadną miarą,
Ani tęsknotą dociec, ani wiarą,
A co dla jego formy różnolicej
Darzymy mianem WIECZNEJ TAJEMNICY.
Nie wiemy o niej nic i tylko dusza
Przeczuwa czasem, a czasem wie iście,
Że za tym światem, gdzieś w górze czy na dnie.
Musi COŚ istnieć, co przestrzenią władnie
I czasem rządzi i gwiazdy porusza, —
Bez czego bylibyśmy jako liście
Strącone wiatrem, a wszechświat ten cały
O, jakże biedny i pusty i mały!

A tak, choć nieba chram gwiazdą nawisły
Tajniami swemi mroczył moje zmysły,
Rozeznawałem natyle atoli,
Że postawione nad czernią szamany
W chytrze zatlonej cudów aureoli
Swoje, nie Boga, jawili nam lico,
Byleby tylko naród okłamany,
Zabobonami zdławion jak pętlicą
Utrzymać w swojej i panów niewoli.

Nietylko jednak ciał kosmicznych ład
Ducha mojego ponosił w niebiosy;
Tosamo sprawiał często mały kwiat
Z główką schyloną pod perłami rosy.
O! jakież nieraz odsłaniał mi dziwy
Zielony trawnik upstrzony podbiałem,
Nikłe stokrotki i liljowe dzwonki, —
Nawet chwast zwykły, lichszy od pokrzywy,
W którym niebaczną stopą tratowałem
Liści subtelne krezy i koronki.
Równie dźwięk każdy nęcił mię i ruch:
Zręczność pająka przędącego sieci
I niestrudzony taniec żwawych much,
Podobny złotej pod słońce zamieci,
I praca mrówek, co karzełków rzeszą
Wciąż się krzątają nad czemś i gdzieś spieszą.

Raz gdym wszedł w wąwóz ciasny, pełen mroku,
Kędy wykrotem obalone drzewa
Ledwo czerniały przez bluszcze i pnącze, —
Kiedym się strwożył, że mię w ich natłoku
Zatopi liścia bujnego ulewa
I że już nigdy nóg z nich nie wyplączę,

Zielone dłonią rozgarnąwszy wieńce
Ujrzałem nagle na kwietnej rówience
Dziwo nad dziwy. — Jak pod baldachinem,
W którego płachty ustawicznie spada
Mżąca szafirem płynnym i rubinem
Stubarwnych kwiatów obfita kaskada,
W mgławym półcieniu olbrzymiego drzewa,
Na traw kobiercu spała cudna dziewa.
Wiotkiem przędziwem od wianka do wianka
Rozpięte wokół promienie poranka,
Jakby siliły się jej krasie sprostać,
Taki rzucały blask na śpiącej postać,
Że chociaż — widno — była z krwi i z ciała
Snem się tęczowym i baśnią zdawała.

Skąd się tu wzięła ta wątła księżniczka
W tak przeźroczyste odziana osłonki,
Że skróś nich widne nietylko jej liczka,
Lecz i ponętnie sformowane członki?
Kwef, potargany tu i tam na cierni,
Nosił na sobie liczne zużyć ślady,
Ale też zato ujawniał tem wierniej
Powaby więzi i skóry blask śniadej.
Kruczych kędziorów u skroni dokółka
Pofalowane opadały grzywy,
Z drogocennego w djademie naczółka
Zwieszał się klejnot jak łza migotliwy;
Rąk obnażonych pod głową poduszka
Leżała spięta w obręcz złotej żmiji,
A kosmyk włosów, poniechawszy uszka
I po łabędziej przemknąwszy się szyji,
Skradał się niżej tam, gdzie rąbek szaty
Kryjąc odsłaniał dwa świeżuchne kwiaty

Dziewczęcej piersi. Jednę z nóg doszczętnie
Kryło odzienie, a na drugiej zasię
Powyżej kostki, na błękitnem tętnie
Sznur pereł mienił się w tęczowej krasie.

Jakiemże drżeniem i trwożnym zachwytem
Pierś mą napełniał ten jej owal twarzy,
Opromieniony snów dziewiczych świtem,
I ta jej smagłość, w której się kojarzy
Patyna bronzu z skóry aksamitem,
I te usteczka przez pół odemknione,
Podobne kwiatom, kiedy się w koronę
Pod ros pieszczotą rozwijają z pąka.
A jak wśród kwiatów luba woń się błąka,
Tak na twarzyczce uśpionej dryady,
Mimo rzęsistych łez wyraźne ślady,
Błądził uśmieszek przesłodki choć blady.

A wtem przelotny motyl nabrał chętki
W dołeczku brody, kędy kupidynek
Ostrzy swe groty, skrzydeł modre centki
Niby wachlarze złożyć na spoczynek.
A gdy stąd senne spędziły go dłonie
Frunął i znów ją załaskotał w skronie.
Dziewczę przecknęło i otwarło oczy...
Wtedy ja widząc, że biedne serduszko
Ledwo jej z drżącej piersi nie wyskoczy,
Rzekłem: Nie lękaj się, nadobna wróżko!
Włosek ci z głowy nie spadnie przezemnie,
Lecz mów, jak zaszłaś w puszcz tych groźne ciemnie?

Wtedy płochliwej wzrokiem antylopy
Zmierzyła postać mą od głów po stopy

I po sekundzie wahania odrzekła:
Gdyś ciekaw, słuchaj. — Byłam niewolnicą,
Znam knut i jarzmo, lecz od tego piekła
Gorsza chuć pańska, której nie nasycą
Same spojrzenia. Dla niej w jedno rano
Zdjęto mi więzy i te suknie dano
I te w kształt węża manele ze złota
I ten sznur pereł, co me stopy mota.
Lecz nim mię, cennym obwieszoną darem,
Zdołano gwałtem zawlec w pański harem,
Rozpacz i podstęp sił mi dały tyle,
Że do ucieczki upatrzywszy chwilę
Zbiegłam w te lasy i wnet tydzień minie,
jak się samotna błąkam po gęstwinie,
Pijam z potoku, głód sycą owoce,
A ljanów sieć mi łożem w ciemne noce.
Ale cokolwiek jutro mi przyniesie:
Czy z wycieńczenia zginąć mam powoli,
Czy mię rozszarpie zwierz, czy pogoń w lesie —
Wolę to raczej niż hańbę niewoli.

Jednaki — rzekłem — los nas wiódł ku sobie.
I jam gnił dotąd w otrockiej porobię.
Więc gdy tam hańba czeka nas oboje,
Pozostań tutaj i nie gardź mem szatrem.
Jak umiem skórą je zwierząt wystroję,
Aby osłonić cię przed dżdżem i wiatrem
I rad podzielę się tem, co łów zdarzy.
A gdyby wtargnął i tu pościg wraży,
To nimby z tobą uszedł stąd jak z łupem,
Pierwejby musiał mnie rozciągnąć trupem.

Tu Zajma rękę ufnie mi podała
I zamieniliśmy pierwsze spojrzenie.

A mnie się zdało, że ta jej dłoń mała
Serce mi muska i wprawia je w drżenie.
Kwitnąłem wówczas pełnią męskiej siły —
Toteż ramiona kobiet nieraz już
W namiętny uścisk pierś moją tuliły
I niskich uciech nachylając kruż,
Były otrockiej męce ukojeniem.
Lecz nigdy mimo tak zniżone loty,
Opromieniony czystych marzeń tchnieniem,
Nie zgasł mi obraz młodzieńczej tęsknoty.
I to, com dotąd ścigał nadaremno
Stało się — instynkt mi to mówił — ciałem,
Sen długo śniony jawą wstał przedemną, —
Teraz dopiero, co miłość, poznałem.

Baczyłem jednak, by przed Zajmą niczem
Nie zdradzić ognia, którym się zażegłem,
Tem mniej paść oczy wstydem jej dziewiczym.
Sam wziąwszy nocleg w urwisku przyległem
Swoją jej grotę dałem na mieszkanie,
A w niej z mchów miękkich i kwiatów posłanie.
Z oszczepem w dłoni przebiegałem lasy,
Znosząc w dom leśną zwierzynę i płody,
Co pod jej ręką nawet bez okrasy
W przysmak zmieniały się i w istne gody.
Z glin różnobarwnych zręczne jej paluszki
Piękne mi garczki zrobiły i niecki
I kolorowe z sitowia rogóżki,
A z łyka łapcie oraz sprzęt łowiecki.
Zwolna ogniska domowego wdziękiem
Poczęła mi się cała puszcza stroić
I otom poznał jak bardzo maleńkiem
Jest to, co szczęściem mogłoby nas poić

I że ta ziemia wszystkichby żywiła,
Gdyby nie przemoc brutalna i siła
Tych nikczemników, co się obcą pracą,
Wprzężoną w jarzmo, tuczą i bogacą.

Wszystkie niewoli niecnej upominki,
Kosztowne ramion i skroni zapinki
I sznury pereł Zajma odrzuciwszy,
Corano w czarne swe wpinała włosy
Klejnot nad złoto wspanialszy i żywszy:
Wonne storczyki, skrzące się od rosy,
Albo powojów egzotyczne kiście,
Z których lazurów śnieg prószył rzęsiście.
Pod takim żywym klejnotem przyrody
Wzrok jej z dnia na dzień nabierał pogody
I raz był smętny, jak bywa wzrok sarny,
Gdy wyjrzy łzawo zpoza kwiatów wiechy,
To znów dziecinnie wesół i figlarny.
Ale nad wszystkie spojrzeń jej uśmiechy
Piękniejszą była ta promienność twarzy,
Co, niby tajny płomień trybularzy,
Gorzała cicha w jej licach i skroni,
A takie blaski rozlewała po niej
I taką nad nią aureolą trwała
I tyle snuła wokół niej jasności,
Że się jej postać dorodna zdawała
Uosobieniem szczęścia i radości.

I oto zwolna, anim spostrzegł kiedy,
Poczęło jaśnieć i weseleć we mnie;
Piętno mej hańby otrockiej i biedy
Z brózd mego czoła zniknęło bezplemnie.

Innemu-m wokół przyglądał się światu,
Odkąd jak promyk słońca potajemnie
Z ust jej, podobnych do kwiecia granatu.
Na moje usta przylatał mi w gości
Długo nieznany ptak: uśmiech radości.

Raz przed jaskinią naszą siedząc razem
Paśliśmy oczy cudnym krajobrazem.
Pod nami wdole gór okolnych szczyty,
Wdół coraz niższym opadając grzbietem,
Pod przedwieczornej zorzy fjoletem
W szmaragd zmieniały się i w malachity.
Bujna ich zieleń, przez uskoków głazy
Pocięta w liczne progi i upłazy,
Spływała w jary tu gęstwą tak zbitą,
Że się tkaniną zdała jednolitą,
Tam pniami w niebo drąc się na wyprzodki
Podobna była do olbrzymiej szczotki,
Ówdzie przerwana urwisk nagłym spadem
I grań ich rzeźbiąc w chryzoprasów djadem
Rzucała w przepaść jak zwiski jarzęce,
Rozkwitłych pnączów festony i wieńce.
Tak porośnięty drzew palmowych lasem
Kraj się obniżał taras za tarasem,
Aż gdzie słonecznym toń się skrzyła lontem,
Zlewał się miękko z morza horyzontem.
Nad nim mgły złote śród wieczornej żarzy
Przędły obrazy zwiewniejsze od puchów,
Na których widok myśl stęskniona marzy
O rajskim bycie wyzwolonych duchów...

Nagle poczułem, że w uścisk mięciuchny
Szyję mą garną jedwabiste dłonie,

Że spływa po niej bujny włos mej druhny
I do mej skroni chciwie lgną jej skronie.
A gdym w twarz Zajmy popatrzył z ukosa
Przez rozsypanych włosów czarne sploty,
U rzęs jej łzawa migotała rosa,
A w oczach płomień spragnionej tęsknoty.
Wtedy i po mnie dreszcz przebiegnął słodki
I krew zagrała. Niby kwiatek wiotki
Drżącą w ramiona pochwyciłem swoje —
I tak na wieki zrosło się serc dwoje.

Odtąd mi miłość w raj zmieniła życie,
A czas mię mijał jak wieniec w rozkwicie,
Co każdodziennie nowym kwiatem prószy.
Nietylkom bowiem wielbił Zajmy wdzięki,
Lecz stokroć więcej kochał się w jej duszy,
Czystej i jasnej jak promień jutrzenki.

Razporaz jednak szczęście to zamącał
Cień uprzykrzony. Z początku nieśmiało
Rozradowaną duszę moją trącał,
Aż i nieznacznie opanował całą.
Znałem go dobrze oczyma pamięci...
Widziałem rzeszę mych wczorajszych druhów:
Z posępną twarzą szli pod jarzmem zgięci...
Słyszałem pobrzęk ich ciężkich łańcuchów
I świst batoga i klątwy i zgrzyty.
Głos jakiś szeptał: czyliż ci przystoi
Z lubą kochanką latać przez błękity
I spijać rozkosz z rozkosznych puharów,
Kiedy tam w jarzmie jęczą bracia twoi?
Nie jest-że życie twoje tutaj grzechem?
Takiem sumienie moje drgnęło echem.

Ale to echo gasło w ogniu żarów
Lub zamierało pod Zajmy uśmiechem.

Raz gdyśmy poszli do rzeki po wodę,
Nabrawszy w stągwie, puściłem ją przodem.
Na łów iść miałem, lecz wsparty o kopję
Powracającą w dom oczyma tropię.
Szła jak rusałka, — świeżych kwiatów wianek
Zwisał jej z czoła i w tęcze ją stroił.
Podtrzymywany jedną ręką dzbanek
Chwiał się na głowie i smukłość jej dwoił.
Wzrok zachwycony tą harmonją linij
Śledził wdzięk ruchów, widnych poprzez kwef,
Ten wdzięk, o którym — choć znikła w jaskini —
Świadczył wymownie srebrzysty jej śpiew.
Nieraz-em duszę tą piosenką pasł —
Wówczas zabrzmiała mi ostatni raz:

Jak kwiatów pączki
Ros kryją łzy,
Jak śród obrączki
Blask perły lśni,
jak kryształ w skale
W niebie gwiazd rój,
W sercu mem trwale
Tkwi obraz twój.

Wpierw się w doliny
Zmieni szczyt gór
I księżyc siny
Zgaśnie śród chmur
I pierwej stanie
Słońce na niebie,
Niż pierś przestanie
Miłować ciebie.


Jeszcze nie przebrzmiał całkiem Zajmy śpiew,
Gdy niespodzianie rozległ się po lesie
Pośpieszny tupot nóg i łomot drzew,
Jak gdy zwierz dziki przez gąszcze się niesie.
Choć zbrojny byłem przebiegły mię ciarki.
A wtem pobliski rozstąpił się krzew
I puścił z głębi postać jakiejś starki,
Odzianej w łachman. Zmierzwiony na chróście
Włos bielił śniegiem jej zapadłe skronie.
Lepki od potu pył i stęgła krew
Rdzawiły ciało, zawiniętą w chuście
Drobną dziecinę tuliła na łonie
Jak ktoś, co skarbu najdroższego strzeże —
Był-że to człowiek czy uszczwane zwierzę?

W lot rozpoznałem: nie tak dawno jeszcze
Kark nam tesame do krwi gniotły kleszcze.
Znać mąk uchodząc i rozpaczą gnana,
Szuka tu schrony przed wściekłością pana,
Co zaślepiony chciwością kupiecką
Wszystko jej wziąwszy, chce jeszcze wziąć dziecko!
Bo oto draby wysłane tu po nią
Wybiegły z krzaków zziajane pogonią.

Ukryty całkiem za pniem sykomory
Mogłem napaści tej być niemym świadkiem.
Toć ten ich pościg, podobny do zmory,
Błahym-by z czasem wydał się przypadkiem,
Co zamąciwszy spokojność komyszy,
Przeszedłby obok i rozpłynął w ciszy.
Ale na widok nieszczęsnej staruchy,
Z którą pospołu nosiłem łańcuchy

I wobec zbirów, co ze sercem lutem
— Jak do niedawna mnie — siekli ją knutem,
Uległem fali wzbierającej juchy
I z gromem gniewu w pałającem oku,
Zbrojny rzuciłem się na nich w poskoku.
Widno zdumieni nagłym napastnikiem
Przez krótką chwilę zatrzymali kroku,
A potem ku mnie rzucili się z rykiem.
Wtem mi cień Zajmy mignął między pniami...
Dotąd ją widzę jak nawpół przytomnie
Z rozwichrzonemi od pędu włosami
Nadbiega blada, zatrwożona o mnie.
Oczy jej płoną, — dorwawszy bierwiona
W pomoc mnie wznosi cudne swe ramiona.
Nie była to już słodka gołębica,
Jeno broniąca swoich kociąt lwica.

Podniósłszy tedy suchą gałąź w biegu,
Wręcz nią natarła na pierwszego z brzegu,
Ale za wiotka była i za słaba,
By taką bronią w proch powalić draba.
Ledwo draśnięty siepacz się pośpieszył
I nim nadbiegłem dzidą ją wskroś przeszył.
Padła bez jęku jak kwiaty pachnące
Pod sierpem żeńców padają na łące,
U stóp mych legła swem młodziuchnem ciałem...!
Niepomny starki i żem sam jest w matni,
Skroń jej dźwignąwszy z lic gasnących ssałem
Uśmiech miłości, słodki a ostatni...

Martwym kamieniom podobny i kłodom
Dałem się zbirom znowu gnać przez las,
Wszystko mi jedno było, gdzie mnie wiodą.

I otom znowu znalazł się wśród was
I znowu w jarzmie. Dziś już nie dolega
Podyktowana dzikością okrutną
Chłosta, na którą tu skazano zbiega.
Mnie już nie boli nic, tylko mi smutno,
Że nic nie boli... W otępiałej duszy
Coraz posępniej jest i coraz głuszej.
Do jarzm nawykła nie pręży się szyja,
Jednako gnuśny dzień mi za dniem mija
I tylko czasem, kiedy uśnie żmija,
O zmierzchu, jakby poświatą księżyca,
Zwiewny mi obraz maluje tęsknica.
Zgiętego wiekiem już mię od mogiły
Wąziutka tylko odgranicza miedza,
Lecz nieraz jeszcze obraz Zajmy miłej,
Gdy w struny trącam, duszę mą nawiedza.
Taka jak była w pierwszym dniu spotkania
W marzeniu mi się zwiduje najczęściej.
Powabną twarz jej kruczy włos osłania,
A białych pereł sznur u kostek chrzęści.
Z śpiewem na ustach nademnie się skłania...
Wtedy mi serce balsamem opływa
Jakbym miał zasiąść do godów miłości
I zdaje mi się, że mię cień ten wzywa
Tam w cichy grób swój, w kraj wiecznej wolności..



XVI.

Dla drugich „wolność“ bywa pustem słowem
A „świt swobody“ martwo brzmi i czczo,
Lecz nasze dusze z każdym dzionkiem nowym
Jak świętem hasłem treścią słów tych drżą.
Wzrok ją płomieńmi widzi wypisaną,
Ucho wciąż słyszy ją jak wieczny dzwon,
Pierwszem westchnieniem naszem jest co rano,
Ostatnią w wieczór prośbą serc i łon.

Gdy oko nasze błądzi po mórz łęgu,
Co tchem swym włos nam rozwichrza na skroni —
Kiedy zabłyśnie gdzieś na widnokręgu
Grzywa rumaka, co bez uzdy goni —
Gdy dumny orzeł w błękity się wzbije
I na przestworach skrzydła swe rozprości,
Wtedy nam ręce prężą się i szyje,
A drżące usta szepcą: o, Wolności!...

Wolności! tyś jest jak ta baśń daleka,
Co z dali czasów tęskne dusze pieści,

Jak utajone w pamięci człowieka
Głuche o raju utraconym wieści.
Przeto zjarzmiona rzesza ledwo wierzy,
Żeś ty coś więcej, niżli skazki cud,
Że nie do pustych legend to należy,
Iż nie tak dawno wolnym był nasz lud.

Gdy dziad wnukowi czytał z kronik księgi,
Tyś się nad dzieckiem gięła jak rusałka
Strojna w klechd śpiewne djademy i wstęgi;
Gdy dorósł — byłaś bożyszczem dla śmiałka,
Jak wzrok kochanki blask twój przed nim migał,
Twój mu zapałem pierś wydymał zew,
Dla ciebie oręż w swych marzeniach dźwigał,
Dla ciebie w snach swych serdeczną lał krew.

Mężowi byłaś w noc czarnego jeństwa
Marą świetlaną, niedosiężną dlań!
Tajemną druhną walki i męczeństwa,
Słońcem złocącem tęsknot jego tkań.
Jak obiecana ziemia wciąż przyzywasz
Siwiznę starców, co cię w kaźni śnią,
Ostatnim jeszcze jasnym blaskiem spływasz
Na twarz, co zgonu już zachodzi mgłą.

Choć dzień dzisiejszy w imię twoje kłamie,
A miano twoje pustym dźwiękiem warg,
Choć cię, Wolności! byle oszust w kramie
Co dnia szalbierczo wywiesza na targ, —
Choć cię obłudnie na sztandar zatknęli
Nędzni turkucie prawdziwej swobody,
Co — ledwo sami szyje z jarzm wyjęli —
Zawzięcie inne ciemiężą narody:

My cię wżdy nosim w piersiach nieskażoną!
Nas pełną twoją wartość cenić uczą
Razy, któremi cześć w nas spotwarzono
I ręce, co nasz dobytek rozwłóczą.
Ile chłost na nas spada i katuszy
I ile cierni, co skroń do krwi bodą,
Za każdym stajesz ty przed okiem duszy,
Po każdym usta szepcą: oh, swobodo!...

Wolności! co dnia o zmierzchu i świcie,
Zwidują nam się twe tęczowe skrzydła,
Twój wdzięk czujemy nawet w łzach i w zgrzycie
Szczęk, co wiek zgórą szarpią swe wędzidła.
Gdy wróg nas depce butem najezdniczym,
A chamstwo jego brodzi w naszej krwi,
Usta wciąż milczą pod katowskim biczem,
Lecz w sercu gromów burzą: WOLNOŚĆ! grzmi.



XVIII.

Gdy czarne chmury nad ziemią zawisną
I jak szatanów rozjuszone zgraje
W pawęże zagrzmią i mieczami błysną —
Spętane ręce na wichry podaję:

Wstań, burzo, w całej swej grozie i mocy!
Niech wszelki żywioł wyda gniewu płód,
Niech gruzem legnie świat w pożarach nocy
A ziemię schłonie nurt wezbranych wód.

Wyjałów zagon najezdców i katów,
Glebę w kamieniec, łąki w piasek zmień,
Ogołoć palmy z owoców i kwiatów
I do korzenia zdruzgotaj ich pień.

Skrusz minarety ich, a złote banie
Pałaców ogniem straw i powal w rum,
Niech głaz na głazie z nich nie pozostanie
I zmiażdży pana i siepaczów tłum.


Z żywiołem w sojusz wejdź, sąsiedzie wraży,
I siej zniszczenie żagwią czy obuchem.
Niech się twej broni — ktobądź jesteś — darzy...
Każdy, kto panów naszych wróg, nam — druhem!



XVIII.

I boga nam nawet narzucił kat,
Niewoląc nas do wiary,
Że ten bóg właśnie dał mu na nas bat,
Łańcuchem skuł nam bary.

O, korzcie się! łby w proch, w pył, w miał
Przed gwiezdnych kopuł panem!
Przed panem, co ciemięzcy dał
Włodarstwo ziemskim łanem.
Pokorą się i rabstwem garb!
Bezpieczna w jarzmie szyja.
Pokora — dusz największy skarb,
Bo niebo skroś przebija.

Tak to najświętsze z wszystkich ludzkich czuć
Zbezcześcił pan okrutny,
Samemu bóstwu każąc w lico wkuć
Rys twarzy swojej butnej.


Szalbierzów chytrych korowody
Z udaną psią pokorą
Pieją mu hymn swój na wyprzody,
Przemocy są podporą.
Pomyślność pana i powaga
Umacnia się przez modły;
Kto liże bicz — ten w moc się wzmaga,
Kto buntu syn — ten podły!

Równość z ust Zbawcy niegdyś i proroka
Rybitwi brali prości;
On ich, skruszywszy pęta otroka,
Łańcuchem skuł miłości.

Lecz chciwych Jego uczniów zbór
Sfałszował gwichty w wadze,
Nam wyrzeczenia sławi wzór
A sam pochwycił władzę.
Wciąż święci krzyżem i kropidłem
Kaźń naszą w Mistrza imię,
A sam pod pana cupnął skrzydłem
I syt dziesięcin — drzymie.

O Boże nasz, prawdziwy Panie słysz!
Tyś Bogiem jest biedoty,
Ołtarzem Twoim nagi, prosty krzyż
Nie bisior i klejnoty.

Ty, co tronujesz śród przyrody
I masz ze serc podnoże,
Dawco pokoju i swobody
Dłoń Twoją podnieś, Boże!

Niech moc Twa pęta nasze złamie,
Z prochu nam dźwignij głowy
I światu głoś w wolności chramie
Twej prawdy zakon nowy.



XIX.

Pieśni łzawa, zmilknij wreszcie!
A wy bracia cyt! czuj duch...
Skroń marzącą w dłoniach zwieście,
Wytężajcie ducha słuch.
Czy słyszycie? czy słyszycie?
Dźwięk posępny zabrzmiał wkrąg;
Miljon ozwał się w tym zgrzycie
Niewolniczo skutych rąk.

Od gór najdalszych
Po morza męt,
Świat pełen szczęku
Żelaznych pęt.

Nie przepatrzy, nie przeliczy
Ilu nas tu w raba rab,
Zdanych na swawolę dziczy,
Na szpon krwawy chciwych łap.

Pociech łza tu nic nie zdole,
Jesteś rabem, rabem bądź;
Hej tam, ani mru-mru w dole!
A kto piśnie — łeb mu ściąć.

Lecz starczy ramion
Najlżejszy skręt,
W ciszy szczęk słychać
Żelaznych pęt.

Taka w szczęku tym wymowa,
Że jej żadna moc nie stłumi;
Otrok ją w swem sercu chowa,
Pan w swój sposób ją rozumie.
Ona jad mu, niby jędza,
Sączy do biesiadnych kruż
I sen z powiek wizją spędza,
Że dzień pomsty bliski już.

Tekel ufarsin
Biblijnych Zend,
Pisze mu ręka
W pobrzęku pęt.

Próżno szepce: „Niech tam chrzęści
„Pozbawiona miecza dłoń,
„Przeciw burzy gołych pięści
„Starczy mych siepaczów broń.“ —
Lecz do czasu! bo dzień błyśnie,
Gdy nic pomsty nie odwlecze,
Gdy gwałt gwałtem się odciśnie
A stal kajdan zmieni w miecze.


By czerep katów
Zmiażdżyć na szczęt,
Runie tysiące
Żelaznych pęt.



XX.

Nadzieja we mnie znowu żyje,
Że gwiazd jaśnienie to nie mit, —
Hardziej pod jarzmem prężę szyję,
I noc przemienia mi się w świt.

A wyroczne to zaranie
Nowych i radosnych dni,
Błysnęło mi niespodzianie
Z pod junaka ciemnych brwi.

Gdy głowę jego kędzierzawą
Dano na pastwę siepaczom,
Junak nie wejrzał ku nim łzawo,
Nie załamał rąk rozpaczą,

Jeno posłał im wyzwanie
Groźny w nich wpijając wzrok, —
W nim dostrzegłem niespodzianie
Brzask, przed którym pierzcha mrok.


Obcą mu była tchórzów trwoga,
Co kornie pada w proch i pył,
Gdy wzniesionego świst batoga
Odziera wolę czynu z sił.

Te groźnego oka błyski
Piękności przydawszy brwiom,
Były jako burzy bliskiej
Warczący w obłokach grom.

Dla mnie błysnęła z nich otucha,
Że w nas, ciemięzcom naszym wbrew,
Ostało coś z praojców ducha
I rozpłomienia w żyłach krew.

Wciąż strzeżona w naszem łonie
Czujnie ode dnia do dnia,
W synach, w wnukach oto płonie
Nieugaśna Znicza skra.

Choć oczu twych młodych spojrzenie
Przyganą wad naszych i plam,
Choć powiększa nasze cierpienie
I kąsa nam pierś, — witaj nam!

Witaj nam zaranie wiosny
Błyskające z młodych ócz —
W tobie jutra świt radosny,
Szczęścia i zbawienia klucz!



XXI.

Natchnąłeś braci mocą swego ducha,
By się stawili hardo wrogom swym
I wysmyknąwszy dłonie swe z łańcucha
Żelaztwem jego zagrozili im.
Na to pan warknął: „wraz otroki zbladną
„Na los zuchwalca patrząc, — przystąp kat!“
Brutalna przemoc złamała cię snadno —
Głowę-ś pod miecz dał i herosem padł.

Dzisiaj na twoim spustoszałym grobie
Rab osiwiały prawi przemądrzale:
„Oto jak zbrodzień zgasnął w rannej dobie
„Za czyn straceńca, dokonany w szale.
„Garść jego druhów próżno się tam stara
„Wyplątać z sieci lub naderwać lin,
„A nas tu sroższa tylko ściga kara
„Za ten niebaczny obłąkańca czyn.“

Ja zaś szlę-ć ten zew: Junaku męczenny,
Ty nas przez mroki wiedź jak ognia słup!

A ty półwdowo, na pełni promiennej
Kwiatami uwieńcz oblubieńca grób
I nie polewaj ty ich bolu łzami,
Że szczęściu twemu przyszło tak na schył, —
Bądź najdumniejszą między dziewicami,
Bo twój kochanek bohaterem był!

Zbywszy pęt odszedł w elizejskie pola,
Gdzie się wolności wiecznej zorza skrzy.
Śmierć mu zwycięstwem i szczęśniejszą dola
Niż tych, co w jarzmie wloką swoje dni.
Lepsza od więzień mogił cieśń milcząca,
Bo gdy na kaźni naszej wyjdziem próg,
Musim nieść hańbę w pełnym blasku słońca
I kajdanami podzwaniać u nóg.



XXII.

Tyle haseł, zdań się ściera,
Dy w rozsypkę pójść i w luz —
Różne ścieżki duch obiera,
Zwala dziś, co wczoraj wzniósł.
Nowych dróg szukając gdzieści
Każdy dzień szle inne wieści,
Co dnia nowy sztandar wionie,
Nowej wstaje wódz drużyny,
Miast by wszystkie jak są dłonie
W bark potężny wraz się zrosły
Dla idei wielkiej, wzniosłej,
Wszystkim świętej i jedynej.

Brzmią zajadłe wokół spory:
W czem swobody tkwi istota?
Świat jakimi pomknie tory
Gdy z swych więzów się wymota?
A tymczasem drwiąc z tych waśni
Jarzmo zwiera się wciąż ciaśniej,

Coraz szpetniej rdzą nas plami,
Żenie dusze w niecny targ —
Precz z błahymi dążeniami!
O drobiazgi, słów dźwięk — mniejsza
Na dziś dla nas najważniejsza
Z kun żelaznych wyrwać kark.

Kiedy przecknął z jeństwa mroku
Posiwiały w jarzmie dziad,
Pierwszy promień jego wzroku
Na tę gwiazdę tęsknie padł.
Za nią ojców naszych oczy
Szły uparcie skroś pomroczy,
Śród dziecięcych lat igraszki
Jej-to spływał ku nam wid —
Miałyżby dziś marne fraszki
Wolę naszą brać nam w łyka
A błędnego dym ognika
Ćmić zbawczego jutra świt?

Każdy z nas ciemiężycielom
Gwałtem niech odpłaci gwałt,
Niech się błyski ócz zestrzelą
W jeden piorunowy kształt,
Bark napięty i łopatki
Naprą tak na ściany klatki,
Że odpadnie ta zawora,
Co nas dzieli od swobody.
Wtedy, bracia, będzie pora
Radzić długo, marzyć błogo
Kędy, jak i którą drogą
Nam z wolnymi iść narody.



XXIII.

W mrokach stoję nad urwiskiem, kędy pianą dżdżów i plut
Dudniąc, jęcząc w pył się strzępi nawał rozechwianych wód
I jak ptak strudzony lotem, żądny przysiąść gdzieś u skał,
Wzrok na zwiady w dal wysyłam poprzez toni wzdętej wał,
Co kipiątkiem, jak czarownic parchocący w kotle war,
W nieprzejrzaną szerz się ściele wrzyskiem fal i kłębem par.

Stojąc tak za siebie patrzę: tam się w pętach krwawi ląd.
Patrzę przed się: tam żywiołu grozi zgubą wir i mąt.
Już nadciąga dziki orkan, wichrem mi się mierzwi włos,
Ustawiczny zgrzyt mych kajdan tłumi tucz chrapliwy głos,
Lecz ja dłoń spętaną wznosząc nad ten morza ryk i chlust,
Biczom wichru twarz nadstawiam jak pieszczocie tkliwych ust.
Witaj burzo! siecz mnie dżadżami, parskaj, miotaj się i pień,
W huku twoich wściekłych gromów wyzwolenia błyska dzień!

A wtem oczy płomienistą nagle mi zachodzą mgłą.
Czuję: skronie mi pałają, wzmożonemi pulsy drżą,
Z głębi piersi na me usta szept wydziera się i szmer
Wieszczych skrzydeł, co ku jutru obróciły lotek ster.

Za oponą mgieł ćma rzednie i mrok skrzy się, jakby zeń
Na przestwory miał wychynąć ciężko się rodzący dzień.
Pięknym w grozie swej szkarłatem nakrył się topieli gniew,
Wszędzie wokół, miasto wody, złoto wre i kipi krew.
Fal potwornie długie grzbiety, rozhuśtanej rząpi ruch,
Dżdże i wichry — wszystko tonie śród posoki krwawych juch,
Zaś dokoła bluzg i skowyt, jakby tłum rozżartych ciał
Miecz o miecz i pawęż w pawęż w straszny bój się wzajem szczwał.

A wtem milkną wściekłe rząpie, wichrów się ucisza wtór,
Złotosiejna tarcza słońca z rdzawych się wyłania chmur.
Niby sztandar, co śród bitwy płachtą stargał się na strzęp,
Świt zwycięski przez chmur ciżbę wolny zdobył dniowi wstęp.
Pierzcha mgieł posępnych tuman, dziki łoskot burzy ścichł —
Modre niebo, modre morze, złoty opar pośród nich...

Cóż to widzę? — Tam brzeg nowy! tam jutrzejszych słońce lat
Opromienia inny, świeży, burzą odrodzony świat.
Tam wysmukłej palmy zieleń, ustrojona w złoty płód,
Wielbi wdzięki swe odbite w modrej głębi cichych wód.
Uśmiechają się plennością kraj i kłos i winny krzew,
Z pilną pracą, wdzięczną sobie, łączy się wesoły śpiew.
Wszystkich ręce bez łańcucha, jasna pracujących twarz,
Bo ciemięzca im nieznany, ani batog, ani straż,
Bo nieznany im żołdaka zdziczałego krwawy miecz;
Ścieżką cnoty kroczą rzesze bez bramińskich rad i piecz,
Parias Kszatryi o swem przejściu nie uprzedza na pięć staj —
Tam są sobie wszyscy braćmi, tam wolności szczęsny kraj.

Mimo różną płeć i język zgodnie płynie życie ras,
Nicpoń złotem się nie chełpi, żebrak się nie kłania w pas,
Wszędzie schludny dom choć prosty, w nim dostatni, zacny byt.
A jeżeli pyszny pałac w niebo hardy dźwignął szczyt,

To nie mieszka w nim sobkostwo, wszystkim wolny w niego wchód,
Bo tam sam nad swemi losy wiec odprawia wolny lud,
Albo wiedza z sztuką wespół zastawiając miodną kruż,
Sycą chciwe prawd umysły lub głód piękna pięknych dusz...
Co to? kto mi zmącił wizję tych ponętnych, lubych scen?
Wiem, już wiem, — to zgrzyt mych kajdan spłoszył jasny, cudny sen.

Jednak nie! to nie był majak, który mózg w gorączce śni.
Wiem, że wejdzie, że zaświta złota jutrznia lepszych dni,
Że się tych proroczych widzeń spełni znaczna, większa część!
Mnie nie będzie tu już dano razem z braćmi za stół sięść,
Zanim dola z karku jarzmo, z rąk mi łańcuch zdąży zzuć,
Posiwiałej przyjdzie głowie kłaść się już w cmentarną grudź. —
Ale wy, druhowie młodsi, nim łódź wasza skończy bieg,
Wy wkroczycie wolną stopą na swobody jasny brzeg.
I dlatego choć was przemoc może długo jeszcze gnieść,
Każdy w sercu chowaj wiernie błogą o przyszłości wieść.
W wielki płomień szczytnych dążeń złączcie wszystkie myśli wraz
Zbierzcie w jedno wszystkie siły aż je w czyn zamieni czas.
Gdy w zbratanej już ludzkości znikną przemoc, więzy, straż,
Wówczas, bracia, na błękitach zalśni wolny sztandar nasz.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Svatopluk Čech i tłumacza: Maciej Szukiewicz.