Strona:PL Čech - Pieśni niewolnika.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Na skinienie pańskie baczy,
Czy już spuścić deszcz korbaczy, —
Stokroć gorzej,
Brać rodzoną wciąż batoży
Niż pan, gdyby siekł nas sam.

Innym tak heloctwo wrosło
Do ścięgien i żył,
Że przed wrogiem dobrowolnie
Chylą czoła w pył,
Że prześciga służka służkę,
By całować szat opuszkę,
By na grzbiet pokorą krzywy
Ściągnąć pana wzrok wzgardliwy,
By słać róże
Nodze, która kopie tchórze,
Pletni, którą pan ich bił.

Jeszcze inni między sobą
Dziki toczą bój.
Miast ciemięzką zwalić przemoc,
Zwalcza gnoja gnój.
Na śmiech wroga, dla lukratu
Brat podstawia nogę bratu,
Wśród ustawnych walk zarzewia
Wywlekamy sobie trzewia,
Ba! i rado
Patrzym, kiedy jak biesiadą
Krwią się naszą tuczy zbój.

Nigdyż jarzmo, co nas gniecie
Nie złączy nam bark?