Strona:PL Čech - Pieśni niewolnika.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Co palm wierzchołki w rytm kołysząc senny,
Ku leśnym jarom i wzgórz widnokręgom
Wiły się liścia rozchwianego wstęgą,
Aż przepadały w kniei smukłopiennej.
Ówdzie, rzuciwszy gniazdo swe podniebne,
Śpiewne siklawy, niby kryształ ciekły,
Wsnuwały pasma tęczowe i srebrne
W aksamit polan, których nie urzekły
Ludzkie spojrzenia. Tutaj kwiatów wdzięki
Jeszcze człowieczej nie zaznały ręki.
Dziewicza ziemia ta od lat tysięcy
Śni nieprzerwanie sen swój niemowlęcy.
Zdana na czujne śmigłych palm wigilje
Na mchach puszystych położyła skronie;
Nad nią storczyki złote i wanilje
Sieją z kielichów upojne swe wonie,
Albo winorośl, ręką niedotkniona,
Otrząsa na nią źrałe sokiem grona...
Tak, to kontyna dziewiczej przyrody,
Tu niema jarzma, tu jest raj swobody.

Przebóg, czy nie jest ułudy igraszką
Ta błogość w piersiach i ten grom pod czaszką:
Tyś wolny, wolny! tu cię nic nie pęta!
Za tobą hańba i kaźń twa przeklęta,
Sam sobie jesteś w tej kryjówce gazdą,
Tutaj ci w skałach uwić orle gniazdo-
Za tobą nędznych siepaczów czereda,
jarzmo i dyby i krzywda i bieda,
Za tobą rabów kłótliwa gromada,
Na której plecy batog dzień w dzień spada, —
Wszystek jad duszy, z jej bezsilną złobą,
Lęk, zawiść, podłość, — wszystko poza tobą