Strona:PL Čech - Pieśni niewolnika.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Niby gryzący dym, brudny i smolny,
Pierzchło na myśl tę jednę: jesteś wolny!

Matko naturo! daj mi na twem łonie
Przeżyć połowę życia mego drugą,
Zabliźnić rany, zapaść w czyste tonie,
Zlać się z twą duszą jak struga ze strugą!
Domem mi będzie gościnność tej groty,
Napojem woda z wywierzyska świeża,
Pokarmem owoc twój źrałością złoty,
A oszczep bronią na leśnego zwierza.

Zaledwo pustać oną wziąłem lennem,
Duch mój samotny śród chramów przyrody
Począł w tem życiu beztroskiem i sennem
Tracić czarnego niewolnictwa wrzody,
A wzrok, nawykły do błota i kału,
Z prochów ku niebu dźwigać się pomału.
Jakbym raz pierwszy przyglądał się ziemi,
Świat cały wokół tworami swojemi
Piersi me świętym napełniał podziwem.
O! z jakże słodkim patrzyłem zachwytem
Na zachód słońca, gdy za mgieł przędziwem
Schodziło w morze kręgiem złotolitym,
A z chmur pierzastych szkarłatnej osnowy,
Przetkanej słońca ognistemi ściegi,
Przędły się cudne wyspy i ostrowy,
Ukazujące wciąż odmienne brzegi.
Wieczorem zasię, gdy na firmamencie
Pod siejbą nocy, djament przy djamencie,
Ciche przestwory zażegły się złotem,
Duch mój, jak motyl całujący kwiaty,