Strona:PL Čech - Pieśni niewolnika.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Bezdeń błękitów przemierzając lotem
I z tych na inne wstępując znów światy
Z wiszaru sadów niebieskich na ziemię
Dum prometejskich przynosił mi siemię.
Przemyśliwałem: światów tych kołowrót
Jest JEDNIĄ, tylko rozbitą na tony.
W niej drzemie wszystko, co się w kształt obleka,
A potem w nicość zapada napowrót;
W niej gwiazdy wschodzą, palą się i gasną,
W niej dziwów ducha łańcuch nieskończony
I to, co snuje fantazja człowieka,
I to, co tylko przeczuwa niejasno —
W co, choć mu było, będzie niewiadomem,
Nad niepojętym wszechświata ogromem
Myślą swą godzi... Toć ta niestateczność
I te w obrębie JEDNI ciągłe zmiany,
Światów kołowrót, przestrzeń, czas i wieczność,
To płaszcz jedynie gwiazdami dziergany,
Płaszcz i cień CZEGOŚ, co za skrajnem ruchem
Oczom się naszym ustawicznie kryje,
Co nie materją będąc i nie duchem
Nad pojęć naszych zdolność trwa i żyje, —
Czego nie można zmierzyć żadną miarą,
Ani tęsknotą dociec, ani wiarą,
A co dla jego formy różnolicej
Darzymy mianem WIECZNEJ TAJEMNICY.
Nie wiemy o niej nic i tylko dusza
Przeczuwa czasem, a czasem wie iście,
Że za tym światem, gdzieś w górze czy na dnie.
Musi COŚ istnieć, co przestrzenią władnie
I czasem rządzi i gwiazdy porusza, —
Bez czego bylibyśmy jako liście
Strącone wiatrem, a wszechświat ten cały
O, jakże biedny i pusty i mały!