Strona:PL Čech - Pieśni niewolnika.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A tak, choć nieba chram gwiazdą nawisły
Tajniami swemi mroczył moje zmysły,
Rozeznawałem natyle atoli,
Że postawione nad czernią szamany
W chytrze zatlonej cudów aureoli
Swoje, nie Boga, jawili nam lico,
Byleby tylko naród okłamany,
Zabobonami zdławion jak pętlicą
Utrzymać w swojej i panów niewoli.

Nietylko jednak ciał kosmicznych ład
Ducha mojego ponosił w niebiosy;
Tosamo sprawiał często mały kwiat
Z główką schyloną pod perłami rosy.
O! jakież nieraz odsłaniał mi dziwy
Zielony trawnik upstrzony podbiałem,
Nikłe stokrotki i liljowe dzwonki, —
Nawet chwast zwykły, lichszy od pokrzywy,
W którym niebaczną stopą tratowałem
Liści subtelne krezy i koronki.
Równie dźwięk każdy nęcił mię i ruch:
Zręczność pająka przędącego sieci
I niestrudzony taniec żwawych much,
Podobny złotej pod słońce zamieci,
I praca mrówek, co karzełków rzeszą
Wciąż się krzątają nad czemś i gdzieś spieszą.

Raz gdym wszedł w wąwóz ciasny, pełen mroku,
Kędy wykrotem obalone drzewa
Ledwo czerniały przez bluszcze i pnącze, —
Kiedym się strwożył, że mię w ich natłoku
Zatopi liścia bujnego ulewa
I że już nigdy nóg z nich nie wyplączę,