Strona:PL Čech - Pieśni niewolnika.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zielone dłonią rozgarnąwszy wieńce
Ujrzałem nagle na kwietnej rówience
Dziwo nad dziwy. — Jak pod baldachinem,
W którego płachty ustawicznie spada
Mżąca szafirem płynnym i rubinem
Stubarwnych kwiatów obfita kaskada,
W mgławym półcieniu olbrzymiego drzewa,
Na traw kobiercu spała cudna dziewa.
Wiotkiem przędziwem od wianka do wianka
Rozpięte wokół promienie poranka,
Jakby siliły się jej krasie sprostać,
Taki rzucały blask na śpiącej postać,
Że chociaż — widno — była z krwi i z ciała
Snem się tęczowym i baśnią zdawała.

Skąd się tu wzięła ta wątła księżniczka
W tak przeźroczyste odziana osłonki,
Że skróś nich widne nietylko jej liczka,
Lecz i ponętnie sformowane członki?
Kwef, potargany tu i tam na cierni,
Nosił na sobie liczne zużyć ślady,
Ale też zato ujawniał tem wierniej
Powaby więzi i skóry blask śniadej.
Kruczych kędziorów u skroni dokółka
Pofalowane opadały grzywy,
Z drogocennego w djademie naczółka
Zwieszał się klejnot jak łza migotliwy;
Rąk obnażonych pod głową poduszka
Leżała spięta w obręcz złotej żmiji,
A kosmyk włosów, poniechawszy uszka
I po łabędziej przemknąwszy się szyji,
Skradał się niżej tam, gdzie rąbek szaty
Kryjąc odsłaniał dwa świeżuchne kwiaty