Strona:PL Čech - Pieśni niewolnika.djvu/58

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A mnie się zdało, że ta jej dłoń mała
Serce mi muska i wprawia je w drżenie.
Kwitnąłem wówczas pełnią męskiej siły —
Toteż ramiona kobiet nieraz już
W namiętny uścisk pierś moją tuliły
I niskich uciech nachylając kruż,
Były otrockiej męce ukojeniem.
Lecz nigdy mimo tak zniżone loty,
Opromieniony czystych marzeń tchnieniem,
Nie zgasł mi obraz młodzieńczej tęsknoty.
I to, com dotąd ścigał nadaremno
Stało się — instynkt mi to mówił — ciałem,
Sen długo śniony jawą wstał przedemną, —
Teraz dopiero, co miłość, poznałem.

Baczyłem jednak, by przed Zajmą niczem
Nie zdradzić ognia, którym się zażegłem,
Tem mniej paść oczy wstydem jej dziewiczym.
Sam wziąwszy nocleg w urwisku przyległem
Swoją jej grotę dałem na mieszkanie,
A w niej z mchów miękkich i kwiatów posłanie.
Z oszczepem w dłoni przebiegałem lasy,
Znosząc w dom leśną zwierzynę i płody,
Co pod jej ręką nawet bez okrasy
W przysmak zmieniały się i w istne gody.
Z glin różnobarwnych zręczne jej paluszki
Piękne mi garczki zrobiły i niecki
I kolorowe z sitowia rogóżki,
A z łyka łapcie oraz sprzęt łowiecki.
Zwolna ogniska domowego wdziękiem
Poczęła mi się cała puszcza stroić
I otom poznał jak bardzo maleńkiem
Jest to, co szczęściem mogłoby nas poić