Strona:PL Čech - Pieśni niewolnika.djvu/85

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


To nie mieszka w nim sobkostwo, wszystkim wolny w niego wchód,
Bo tam sam nad swemi losy wiec odprawia wolny lud,
Albo wiedza z sztuką wespół zastawiając miodną kruż,
Sycą chciwe prawd umysły lub głód piękna pięknych dusz...
Co to? kto mi zmącił wizję tych ponętnych, lubych scen?
Wiem, już wiem, — to zgrzyt mych kajdan spłoszył jasny, cudny sen.

Jednak nie! to nie był majak, który mózg w gorączce śni.
Wiem, że wejdzie, że zaświta złota jutrznia lepszych dni,
Że się tych proroczych widzeń spełni znaczna, większa część!
Mnie nie będzie tu już dano razem z braćmi za stół sięść,
Zanim dola z karku jarzmo, z rąk mi łańcuch zdąży zzuć,
Posiwiałej przyjdzie głowie kłaść się już w cmentarną grudź. —
Ale wy, druhowie młodsi, nim łódź wasza skończy bieg,
Wy wkroczycie wolną stopą na swobody jasny brzeg.
I dlatego choć was przemoc może długo jeszcze gnieść,
Każdy w sercu chowaj wiernie błogą o przyszłości wieść.
W wielki płomień szczytnych dążeń złączcie wszystkie myśli wraz
Zbierzcie w jedno wszystkie siły aż je w czyn zamieni czas.
Gdy w zbratanej już ludzkości znikną przemoc, więzy, straż,
Wówczas, bracia, na błękitach zalśni wolny sztandar nasz.